Wpisy użytkownika Kate - Writes z dnia 8 października 2017

Liczba wpisów: 1

abc.atlant
 
- Pilnować łodzi, uważać na przypływ, nie dotykać mojej ziemi. - rzucił lakonicznie Jack, kiedy szalupa przybiła do brzegu. Liz zgrabnie zeskoczyła na piach. Nie mogła przestać się zastanawiać, o co chodzi z tym słojem, który kapitan bez przerwy tulił do piersi. Elizabeth szła przed siebie, wpatrując się w kompas Jacka. Igła kręciła się to w tę, to we w tę, a w końcu zawirowała wokół własnej osi.
- Nie działa! - warknęła zirytowana. - Nie pokazuje tego, czego najbardziej pragnę! - Liz rzuciła okiem na przyrząd. Wskazywał na Elizabeth, siedzącą na piasku.
- Ależ tak! - wykrzyknęła. - Siedzisz na tym!
- No już, sio. - zawtórował jej Jack. W ruch poszła łopata, która wreszcie uderzyła o coś głucho. Natychmiast wydobyto i otworzono skrzynię zakopaną w piasku. Pełno w niej było zalakowanych kopert, na dnie spoczywała mniejsza skrzyneczka. Jack wyjął ją ostrożnie, przyłożył ucho do wieka. To samo zrobiły obie panny, Will i towarzyszący im komodor. W środku biło serce.
- Prawdziwe. - odezwała się Liz.
- Najprawdziwsze. - potwierdził Jack, uśmiechając się do niej. Will zdjął z szyi rzemień, na którym zawieszony był klucz i włożył w dziurkę.
- Co ty robisz? - spytał natychmiast Sparrow.
- Zabiję Jonesa. - odpowiedział Will, przekręcając klucz.
- Nie mogę na to pozwolić. - Jack wyrwał zza paska szpadę. - Jeśli Jones zginie, kto każe jego bestyjce zaprzestać polowania? - Liz zerknęła najpierw na Willa, potem przeniosła wzrok na Jacka. - A teraz, jeśli łaska, klucz. - kapitan wyciągnął dłoń.
- Dotrzymuję danego słowa. Chcę uwolnić ojca.
- Ja też ci na to nie pozwolę. - w dłoni komodora pojawiła się szpada. - Lord Becket marzy o ty, co jest w skrzyni. Jeśli mu to dostarczę, odzyskam dawne życie. - Will wyszarpnął szpadę zza paska. Walka rozgorzałą w jednej chwili. Powietrze przeszywał szczęk stali, szpada uderzała o szpadę. Jack wyszarpnął z dłoni Willa klucz do skrzyni, ale i jemu zaraz go odebrano.
- Elizabeth, pilnuj skrzyni! - krzyknął William, odbiegając w głąb lądu. Na twarzy kobiety wymalowała się irytacja.
- Chyba nie myślisz, że będę tu tak po prostu siedzieć! - wrzasnęła, rzucając się w pogoń za mężczyznami.
- Tak, właśnie to miał na myśli. - odpowiedziała Liz.
- Nie wtykaj nosa w nie swoje sprawy! - rzuciła przez ramię Elizabeth. - A wy przestańcie w tej chwili! Zachowujecie się jak... Jak piraci! - wrzasnęła.
- Są piratami! - Liz wywróciła oczami. - Nie mów, że nie zauważyłaś. - Elizabeth zupełnie ją zignorowała. Wykrzykiwała słowa zupełnie pozbawione sensu, ciskając w walczących kamieniami. Wreszcie zajęczała głucho i padła na piasek, udając omdlenie. Liz skrzywiła się w drwiącym uśmiechu.
- Czy ty zawsze musisz być w centrum uwagi? - spytała, a zaraz potem poderwała głowę, widząc kątem oka dwóch załogantów biegnących w głąb lądu ze skrzynią Davy'ego Jonesa.
- Elizabeth, miałaś pilnować skrzyni! - wrzasnęła dziewczyna, zrywając się na równe nogi i pognała za złodziejami. Elizabeth po chwili namysłu rzuciła się za nią.
- Też mogłaś jej pilnować! - wrzasnęła.
- Choć raz mogłabyś pomyśle o kimś innym, a nie zawsze tylko o sobie! - Liz obnażyła szpadę.
- Wcale mnie nie znasz!
- Dwa dni obserwacji wystarczyły! - dziewczyna stanęła jak wryta, kiedy obok przetoczyło się ogromne koło młyńskie. Na szczycie koła zgrabnie balansowali Will i były komodor, ani na chwilę nie zaprzestając walki. W środku, jak chomik w kuli dreptał Jack, ściskając w dłoni klucz do skrzyni. Obie kobiety popatrzyły po sobie i podjęły pościg.
Liz zamachnęła się i rzuciła za złodziejami niewielki nóż, który chwilę potem z impetem wbił się w skrzynię, wytrącając im ją z rąk. Elizabeth również dobyła szpady.
- Nie radzę. - odezwała się, kiedy dwójka załogantów schyliła się, żeby ją podnieść. Liz schowała nóż z powrotem do kieszeni.
- Wracamy, trzeba kazać przestać im się tłuc. - powiedziała, podnosząc z ziemi skrzynię. Potem obie pobiegły z powrotem.
- Jack, Jack, mam skrzynię! - krzyknęła Liz, wypadając na plażę.
- Dobra robota, panno Harrington. - powiedział pirat, wyjmując jej skrzynię z rąk. Potem wsunął do zamka klucz. Liz patrzyła w zdumieniu, jak jej oczom ukazuje się najprawdziwsze serce, leżące sobie jak gdyby nigdy nic na dnie skrzyni. Jack bez najmniejszych oporów wziął je w rękę i wsadził do hołubionego przez siebie słoja z ziemią.
Właśnie wtedy plażę przecięło toczące się wściekle młyńskie koło i zwaliło na bok dopiero w wodzie.
- Will! - zawołała Elizabeth, widząc, że jej narzeczony gramoli się na zewnątrz cały i zdrowy. Za nim wylazł komodor.
- Na czułości będzie czas później, teraz trzeba się stąd wynosić! - odezwała się Liz. - Lepiej, żeby nas tu nie było kiedy zjawi się Davy Jones. - dodała, rzucając pustą już skrzynię komodorowi.
- Liz jak zwykle ma rację, no jazda! - Jack machnął ręką i rzucił się do szalupy, pod pachą ściskając oczywiście niezastąpiony słój.
  • awatar Wiky the Metal-Punk!: Ta Elizabeth to mi się czasem jakaś ułomna wydaje xD. Ciekawe dokąd teraz popłyną :P.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›