Wpisy użytkownika Kate - Writes z dnia 21 stycznia 2017

Liczba wpisów: 2

abc.atlant
 
Wczorajsza gra na orientację wyszła genialnie. Bawiliśmy super całą grupą, nikt na nikogo nie krzyczał, a mapę od razu przejęła Cesia, żeby Robert nas nie zgubił jak ostatnim razem. No, nie powiem, było bardzo fajnie i chociaż wylądowaliśmy na czwartym miejscu to i tak wszyscy byli zadowoleni. Dzisiaj po śniadaniu (grzanki z pomidorami, kminkiem i serem) oczywiście poszliśmy na stok, ale tam nasza grupę czekała mała niespodzianka, a mianowicie sprawdzian z umiejętności. Czyli hamowanie, skręcanie, te sprawy. Nikt jakoś specjalnie nie protestował, ale wszyscy wolelibyśmy pojeździć sobie tak "na luzie", powygłupiać się, może porzucać śnieżkami. Po obiedzie (zupa pomidorowa i lane kluseczki z marchewką z groszkiem) pojechaliśmy na Gubałówkę i tutaj mogliśmy zaliczyć trasę narciarską. My, jako grupa zaawansowana oczywiście, młodsi pojechali oglądać skocznię narciarską w Zakopanem i sanktuarium w Krzeptówkach. Trasa była dość trudna, ale kto by się tym przejmował. Wystarczyło tylko na siebie uważać, a zjazd był wspaniały. Dla chętnych była jeszcze tzw. "rynna snowboardowa" z tym, że we własnym zakresie. Bez wahania wyłożyłem te sześć złotych i pobiegłem zjeżdżać rynną, podczas gdy większa część grupy wolała iść na frytki. Na frytki też potem poszedłem, a zjazd był super. Niech żałują. W ośrodku okazało się, że kolacji nie będzie. Zamiast tego zostaliśmy wzięci na lodowisko. Postanowiłem się trochę pobawić w łyżwiarzy figurowych, których Kate namiętnie ogląda w telewizji i ostatnio wciągnęła w to panią Irenę. Teraz obie planują jechać do Barcelony na finały, żeby wspierać nie tylko duchowo swoich ulubieńców. Codziennie przed telewizorem się kłócą, bo każda ma swojego faworyta. Cóż, z zabawy niewiele wyszło, bo nie potrafię tak skakać, jak ci goście z telewizji. z lodowiska wszyscy wróciliśmy głodni i tu czekała nas kolejna niespodzianka. Przed ośrodkiem płonęło ognisko, a na stole leżał dosłownie cały stos pieczonych kiełbasek. I każdy mógł zjeść ile tylko chciał, bo naprawdę sporo tego było. No i jak tu nie kochać naszych opiekunów, kiedy tak hojnie karmią nas kiełbaskami?
  • awatar Wiky the Metal-Punk!: Ooo, no to wspaniały dzień! :D. Jak Ci sprawdzian poszedł? Opowiadaj! Co do łyżew to sama bardzo dobrze nie jeżdżę ale uwielbiam to! :D. Super selfie, czekam na kolejne ^^.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

abc.atlant
 
pizap.com14850257560111.jpg

"Czy zastanawiałeś się kiedykolwiek jak to jest stracić pamięć, a wraz z nią istotną część swojej osobowości? Anarion przekonała się o tym na własnej skórze. Elfka stanęła przed kluczowym wyborem: uciec od przeszłości, którą jej odebrano, czy spróbować ją odzyskać? Nie wiedziała jeszcze, że przeszłość sama odnajduje tych, którzy przed nią uciekają."

Przybywszy do ludzkiej wioski, Darckastlehill, nieświadomie uruchomiła lawinę wydarzeń mającą porwać ją w zawiłości świata i życia, które zostawiła za sobą. Prosty wybór nagle się skomplikował – to nie była już kwestia tego, czy ucieknie, czy zostanie, ale tego, czy przeżyje i po czyjej stronie stanie w toczącej się wśród elfich wiosek wojnie. Prawda jeszcze nigdy nie była tak trudna, a decyzje tak niejednoznaczne. Anarion zostanie zmuszona stawić czoła nie tylko problemom świata, z którego została wyrwana, ale również słabościom swoim i swoich przyjaciół. Pytanie brzmi – które z nich wyjdzie z tego obronną ręką, a które będzie zmuszone się poddać?

  Pomimo iż pozycja ta ma tylko ok. 240 stron, czytanie jej szło mi opornie. Sprawił to m. in. zbyt rozwlekły styl autorki, która lubując się w opisach, raczyła mnie wielokrotnie zbędnymi szczegółami na temat wyglądu każdego z miejsc czy epizodycznych bohaterów. Szkoda, że nie poświęciła tyle uwagi nadaniu postaciom charakteru- wydawali mi się raczej płytcy i niezbyt konsekwentni w swoich działaniach ( kto przy kolejnym spotkaniu osoby, która ostatnio usiłowała go zabić rzuca się jej w ramiona?!). Myślę, że stosowanie tak wielu synonimów też nie było konieczne- jakoś wolałam przeczytać 'Anarion' niż 'jasnooka'.

Muszę jednak przyznać, że fabuła była ciekawa. Jak dotąd nie spotkałam się z motywem elfich Wiosek i wojny pomiędzy nimi. Opisy walk również mi się podobały, choć uważam, że główna bohaterka nie musiała poprawiać włosów przy co drugim ciosie.
 
Na uwagę zasługuje fakt, iż Natalia Molenda jest dopiero licealistką, ma 18 lat. A pisanie tej książki rozpoczęła w wieku dwunastu... Jestem pełna podziwu, że w tak młodym wieku doczekała się publikacji.
Niektóre wątki w historii bardzo przypominają mi wiele rzeczy z innych książek. Na przykład Wioski Kwiatu, Ognia, Ziemi, czy Cienia są podobne do tych stworzonych przez Kishimoto w Naruto. Z kolei widmowe psy tworzone przez Anarion mogą przypominać patronusy z Harry’ego Pottera. Władca Pierścieni także przyszedł mi na myśl, gdy przeczytałam imiona dwóch elfów z Wioski Kwiatu, ale Natalia raczej starała się odciąć od wizerunku nieśmiertelnych, jaki stworzył Tolkien. I to się chwali, ponieważ taka różnorodność sprawia, że historia jest ciekawsza.

Teraz przyjrzyjmy się bohaterom. Anarion poznajemy jako elfkę, która nie pamięta swojej tożsamości. Na świecie panuje nietolerancja wobec jej rasy, toteż szybko wpada w kłopoty; zostaje ranna, a później poznaje Samaela – zwykłego człowieka, który nie za bardzo utożsamia się z pozostałą częścią jego gatunku. Później poznajemy Czarną i są to trzy główne postaci, z którymi mamy do czynienia przez całą historię. Z tych trzech osób najbardziej polubiłam Czarną i (spoiler) miałam ochotę krzyczeć kiedy ją zamordowali. Ciągle odnosiłam wrażenie, że postać chce być na siłę zła do szpiku kości, a każda jej wypowiedź przepełniona jest sykiem, burczeniem, złością oraz dzikością w uśmiechu. To są jednak tylko pozory, bo Czarna to naprawdę sympatyczna postać, nie można patrzeć tylko na jej powierzchowność. Samael z kolei jest nieco… mdły, nie wybija się zbyt mocno ponad nasze elfickie bohaterki. Robi raczej za tło ich poczynań, dopiero pod koniec zwraca na siebie uwagę, choć jego podchody do Anarion były nieco naiwne, po czym na samym końcu dowiadujemy się, że tak naprawdę kochał Czarną, co w żaden sposób nie było zaznaczone wcześniej w tekście.
Sama Anarion nie porywa swoim charakterem. Mocno zagubiona w otaczającym ją świecie, lekko przytłoczona przez zło bijące od Czarnej, niepewna tego, co robi… Takie ciepłe kluchy. Pyta o wszystko przyjaciółki, nie zrobi niczego bez jej zezwolenia – czasami mnie to irytowało, ale po jakimś czasie tak bardzo zdołałam się przyzwyczaić, że nie robiło mi to już żadnej różnicy.

Podsumowując: niesamowicie barwna historia spisana przez dwunastolatkę, która podbiła moje serce prostotą, lekką naiwnością oraz niesamowitą lekkością, jaka przychodzi wraz z czytaniem tej pozycji. Książka z pewnością idealnie sprawdzi się dla młodszych czytelników, ale sądzę, że każdy fan fantastyki powinien ją przeczytać oraz poznać tę historię.