Wpisy użytkownika Kate - Writes z dnia 15 czerwca 2016

Liczba wpisów: 1

abc.atlant
 
Wróciłam ja z gór! Dzień dobry wszystkim! Tęskniliście? Bo ja wcale (śmiech). Wszystko wam zaraz opowiem i postaram się po kolei, bo ja zawsze zacznę jeden temat i zanim go skończę, to przechodzę do następnego. Wszystko z wyjątkiem występowania w naszym klimacie Pingwinów jest w stu procentach prawdą.

Wyjazd siódma piętnaście rano, więc siłą rzeczy trzeba wcześnie wstać, a z jazdy autobusem już jedne z najlepszych wspomnień. Jak to miło zobaczyć koleżanki z sąsiedniej szkoły, jak fajnie się z nimi powygłupiać. A pół drogi szczerzyłam się jak głupia do okna, bo sobie wyobrażałam, że jestem Bilbo i nie jadę wcale w góry, tylko odzyskiwać Erebor. I też się trochę zastanawiałam, co by było gdybym nigdy więcej nie wróciła do domu. Na pierwszy dzień planowana była połonina Caryńska, na drugi wejście na Tarnicę. Od razu po przyjeździe wychodzimy na szlak i jest cudownie. Wprawdzie towarzystwo z mojej szkoły zachowuje się jak bydło, ale da się to znieść. Wystarczy nie zwracać na nich uwagi. Przeszliśmy calusieńką połoninę, co daje jakieś czternaście kilometrów, bo wychodziliśmy z Ustrzyk Górnych, a doszliśmy do Brzegów Górnych. O samej trasie nie ma co się w sumie rozpisywać, tylko tyle, że było kilka zabawnych sytuacji, bo na przykład pan polonista chciał się podzielić kanapką z chemikiem. Pan miał urwać pół, a urwał mu się sam chleb. Polonista na to, że w takim razie da mu całą, ale chyba zrobiło mu się szkoda, bo sam całą zjadł. Potem pan chciał się dzielić kanapkami z taką jedną Niką. Ona się pyta z czym ta kanapka. Pan odpowiada, że z serem żółtym i schabem. Nika na to, że ona nie je schabu. A pan się popatrzył na tą kanapkę i pyta się gdzie ona tu widzi schab, przecież to szynka. Wszyscy się wtedy z tego śmiali.

Nocować mieliśmy w Chmielu. Taka mała prawie nie istniejąca miejscowość koło Lutowisk. A jakie zadupie! Ani jednej kreski zasięgu w całym ośrodku, już się zastanawiam jak ja do mamy zadzwonię, ale okazuje się, że Effa ma zasięg. Skąd i jak to zrobiła nie wiem, ale trzeba korzystać. W sumie to sobie nie porozmawiałam, bo mama ledwo co mnie słyszała. Ale jaką musiałam mieć dziwną minę, kiedy wyszłam na zewnątrz, żeby grać z towarzystwem w piłkę i okazało się, że na dworze zasięg jest. Czarna magia, powiadam. W pokoju byłam razem z Effą. Chcieli nam dać jeszcze takiego głupiego kolegę, ale jak mi wlazł do łazienki (a w łazience żadnego zamka, żeby można było się zamknąć), to stwierdziłam, że nie chcę go w pokoju i poszłam prosić pana, żeby go przeniósł gdzie indziej. Nie będzie mnie pod prysznicem podglądać, o nie... Na obiadokolację dostaliśmy pomidorową i mielone. Dobrą surówkę tam robią. Cały wieczór graliśmy w piłkę. Wszyscy razem, co z tego, że połowa nie wiedziała jak ma na imię druga połowa, było fajnie. I jeszcze taki jeden Adrian mi powiedział, że jestem przystojna. Nieodpowiednie określenia, ale ok... Następnego dnia chciał się na randkę umawiać. Biedni nauczyciele w ogóle sobie w nocy nie pospali. Gdzieś po dwunastej było, ja wychodzę spod prysznica i słyszę, że krzyczą mi pod oknem, że chłopcy natychmiast mają wracać do domku iść spać.
(najlepsze zdjęcie z wycieczki, zrobione... po wycieczce. Ja i Effa.)
B612_20160615_114615.jpg

Następnego dnia niestety padało i musieliśmy zmienić plany. Zamiast na Tarnicę pojechaliśmy z przewodnikiem na Jezioro Solińskie, żeby tam popływać statkiem. Lubię pływać. Zastanawiałam się, co by było gdybym z tego statku wyskoczyła do wody, ale wolałam nie próbować, bo było zimno i jeszcze padał deszcz. Znad jeziora Solińskiego pojechaliśmy do Zagórza, żeby tam zwiedzić ruiny klasztoru ojców Karmelitów Bosych i drogę krzyżową. To w sumie była zwykła droga, tylko, że można było oglądać rzeźby najróżniejszych bieszczadzkich artystów przedstawiające właśnie stacje drogi krzyżowej. Potem mieliśmy godzinę czasu wolnego w Sanoku. Przez pięć godzin nie puszczali nas do toalety, w sumie nawet nigdzie żadnej nie było i jedna koleżanka cały czas jęczała, że musi do ubikacji. No to chodziliśmy grupowo i szukaliśmy toalety. Poszliśmy do kawiarni u Mnicha, ale oni się bali wejść, więc weszłam sama, ale tam nie było. Była w restauracji gdzie nauczyciele jedli obiad. Płatna dwa złote, ale, że nikt nie stał przy barze, to zaoszczędziłam. Robiliśmy sobie zdjęcia przy pomniku Beksińskiego. Wciąż nie wiem kto to, ale mniejsza. Pamiątek było tyle, co nic i kupiłam tylko kilka pocztówek i małą owieczkę. Jako znawczyni fast-foodów ze wszystkich stron świata spróbowałam lokalnego hamburgera. Dobry, ale do hamburgerów z zielonej budki w moim mieście dużo mu brakowało. A jeszcze taki starszy pan podchodził do mnie i pytał, czy mu nie dam dwóch frytek. Podsuwam mu tacę, a ten bierze całą garść i w nogi. Ale nie mam pretensji, musiał być bardziej głodny niż ja. Z wycieczki zwróciło nam się po dziesięć złotych, więc w drodze powrotnej nasi kochani nauczyciele zabrali nas jeszcze do McDonalda. Nigdy więcej do żadnego już nie pójdę. Porcje są w McDonaldach śmiesznie małe i do tego niedobre. Co kto lubi, ok, ale tortilla, którą zamawiałam nie miała absolutnie żadnego smaku i byłą zrobiona z gumy. Dosłownie. Czułam się tak, jakbym jadła gumę.

W drodze powrotnej polonista dorwał się do mikrofonu. Znalazł sobie świetną zabawkę, bo cały czas coś przez ten mikrofon mówił. Siedziałam na przedzie, bo zajęli mi moje miejsce i nigdzie indziej już nie było, ale dzięki temu mogłam podsłuchiwać grono pedagogiczne. I w pewnym momencie pan polonista mówi do pani od wuefu, że dobrze, że nie jadła tego co on, bo zaczyna mu być niedobrze. Myślę sobie, Boże, jak on zaraz zacznie wymiotować... Ale nie, było ok. Ostatni przystanek robiliśmy w Tesco, bo pan polonista musiał sobie kupić gazetę do czytania. Przez mikrofon do nas mówił, że to ostatnia szansa na zakup pamiątek z Bieszczad, ale że do domu blisko jak ktoś się spóźni, to go zostawimy. Dostaliśmy kwadrans, jeśliby ktoś chciał coś kupić. Połowa się spóźniła, a polonista żartował, że powinniśmy odjechać, schować się i patrzeć jak oni panikują. Też bym chciała to zobaczyć szczerze mówiąc. A kolega spełnił dobry uczynek, bo pan, który kupował obok niego nie mógł sobie poradzić z kasą samoobsługowa i kolega mu pomógł. Miły ten kolega. A jak już byliśmy pod domem, to pani wuefistka zastanawiała się co ma zrobić z rogalikami. Bo przy śniadaniu dawali nam rogaliki, kto chciał, to sobie wziął. Nauczyciele nabrali pełną reklamówkę i zastanawiali się co z tym zrobić. chcieli nam opchnąć, ale polonista powiedział, że on ma dosyć rogalików i żeby mu dać spokój. Ciekawe, kto je wziął.

Wrażenia po wycieczce tak ogółem? Było fajnie, najchętniej nie wracałabym stamtąd wcale, kocham góry. Atmosferę psuło trochę wieśniackie towarzystwo, ale poza tym wszystko na plus. Pod spodem Effa, a konkretnie jej zdjęcie z Instagrama. Moim zdaniem śliczne.
13266824_1792111767678706_1188267254_n.jpg

A jak Pingwiny po wycieczce? Od razu po powrocie do domu padły, tak były zmęczone. Aż mi ich było szkoda, naprawdę. Takie zmordowane wróciły. Na szczęście w autobusie żaden nie wymiotował, ani w jedną, ani w drugą stronę, chociaż przygód mieliśmy co niemiara. Pierwszego dnia po drodze na grzbiet połoniny Kowalski omal sobie kostki nie skręcił. A jak już z połoniny schodziliśmy, to musiałam z nim latać po krzakach w celu, myślę, wiadomym. Szeregowy non stop jęczał, ze go nogi bolą, a Rico wyżerał mi całą zawartość plecaka. Gdzie on to wszystko mieści. Podczas gry w piłkę wieczorem młody oberwał w głowę i płakał. Zapomniałam wspomnieć, że w tym ośrodku mieli zagrodę z kozą i jak nam tam wpadła piłka, to wszyscy poza mną bali się tam wejść, bo ich koza pobodzie. Tchórze. Następnego dnia rano na huśtawce na dworze siedział ślimak i Skipper koniecznie chciał z nim zdjęcie. Jak jechaliśmy na Solinę, to musieliśmy stawać pod pierwszym lepszym budynkiem z ubikacją, bo Skipper mało brakowało, a spowodowałby katastrofę. Nie winię go, wcześniej nie było gdzie tego załatwić, próbował wytrzymać. Nie jego wina, że nie dał rady. Pingwiny całą czwórką pływały w jeziorze. I wcale im zimno nie było. Do klasztoru średnio miały ochotę z nami iść, ale wyjścia nie miały. W McDonaldzie za to najadły się tak, że do autobusu z powrotem to się toczyły. W przeciwieństwie do mojego gustu im tamtejsze jedzenie smakuje. Szeregowy próbował u mnie wydębić zestaw Happy Meal, ale ja się nie dałam. No i calutka czwórka zasnęła już w autobusie, podczas drogi powrotnej.

Wiadomość z ostatniej chwili... Jadę na kolonie do Gdyni! W piątek idę wpłacać zaliczkę. Już po prostu nie mogę się doczekać. Czarno-białe oczywiście jadą ze mną.
  • awatar Puchaty Dziobak: Z twoich przygód to by książke napisał xD
  • awatar frytki z majonezem.: O rany, no, nieźle! Piękne te zdjęcia, Effa jest mega fotogeniczna ;) I tyle przygód! Zazdroszczę kolonii w Gdyni, Polskie morze jest super!
  • awatar ♥Szkielet♥: Fajna wycieczka,zazdroszczę . Ja ostatnio byłam w parku linowym :) Super zdjęcie.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (4) ›