Wpisy użytkownika Kate - Writes z dnia 29 maja 2016

Liczba wpisów: 1

abc.atlant
 
Rozdziały tego opowiadania można czytać niezależnie od innych.
Rozdział 19

Nerwowe kwilenie Skippera sprawiło, że poderwałam się z łóżka i jak strzała pognałam do pokoju maluszków. Pingwinek stał w łóżeczku, bezradnie wyciągając do mnie skrzydełka, bo przecież nie potrafił sam wyjść.
- Mamo! - zawołał, kiedy weszłam do pokoju.
- Już jestem skarbie. - odpowiedziałam i wzięłam go na ręce, bojąc się, że zaraz obudzi mi pozostałe. Maluszek zaszlochał głośniej, czepiając się mojego rękawa. - Co tam, na nocniczek się chce, tak? - spytałam. Potem szybkim krokiem skierowałam się do łazienki. Skipper przestał szlochać, najwyraźniej zadowolony, że zrozumiałam o co mu chodzi i nawet się do mnie uśmiechnął, kiedy posadziłam go na nocniczku. Odwzajemniłam uśmiech. To była jedna z tych nielicznych nocy, po których materacyk nie był mokry. Kiedy maluszek siedział już w kuchni przy stole, wsunęłam mu w skrzydło owocowego cukierka. Należała mu się nagroda za to, że ładnie wytrzymał całą noc.
- Mamo! - usłyszałam Kowalskiego i chwilę później cała czwórka z zapałem ssała smoczki od butelek.
- Pójdziemy dzisiaj na plac zabaw, co? - odezwałam się. - Mam trochę czasu, więc pójdziemy. - wzdrygnęłam się, słysząc dziki wrzask Rico, który zapewne był okrzykiem radości. Pozostałe ani na chwilę nie przerwały ssania, ale gwiazdki oczach zdradzały, że są przeszczęśliwe.
Maluchy rozbiegły się po placu zabaw, kierując się w stronę ulubionych atrakcji czyli zjeżdżalni i huśtawek. Ja usiadłam na ławce z książką, co chwilę zerkając w ich stronę. Nie musiałam się jednak martwić. Bawiły się wyjątkowo grzecznie i cicho. Najpierw z zapałem grzebały w piasku, potem przeniosły się na zjeżdżalnię. Wstałam z ławki, żeby wybić im z małych główek pomysł na który wpadły, a mianowicie wspinaczkę na drabinkę przeznaczoną dla starszych dzieci. Rico wybuchnął płaczem, kiedy jako ostatniego ściągałam go na ziemię. Obejrzałam się, wyczuwając na sobie wzrok dorosłych.
- Uspokój się, albo zaraz pójdziemy do domu. - powiedziałam. Pingwinek pokręcił głową i zawył jeszcze głośniej, jakby działa mu się nie wiadomo jaka krzywda. - Rico, uspokój się. - powtórzyłam.
- Nie! - wrzasnął w odpowiedzi maluch. nie chciałam tego robić, ale teraz naprawdę zasługiwał na klapsa. Stanowczo pociągnęłam go za skrzydło, prowadząc za sobą na ławkę.
- Skoro nie umiesz się grzecznie bawić, to zamiast z nimi będziesz siedział tu ze mną. - powiedziałam. Rico na znak protestu znowu zaczął wyć, ale ja nie zwracałam już na to najmniejszej uwagi. Niedługo potem domyślając się, że płaczem nic już nie wskóra, umilkł. Spojrzałam na niego znad książki.
- Będziesz już grzeczny? - spytałam. Maluszek pokiwał główką. - I nie wejdziesz więcej na drabinkę? - kolejne potaknięcie. - No to biegnij do nich. - ulitowałam się nad znudzonym pingwinkiem, a on uradowany, pobiegł do przyjaciół.
- Mamo, siku. - zameldował Skipper, podchodząc do mnie.
- Chodź. - wzięłam go za skrzydło i odeszłam z nim kawałek od placyku zabaw, ale jednocześnie na taką odległość, żeby mieć na oku pozostałe. Maluszek zrobił swoje pod pierwszym lepszym drzewem i wrócił do zabawy.
- Mamo! - zawołał Kowalski i rzucił się biegiem w moją stronę. Niestety, zdążył się potknąć na żwirowej alejce i przeszorował skrzydełkami i łapką po żwirze. Podniósł główkę zanosząc się szlochem, potem wstał z ziemi i szlochając podbiegł do mnie. Wzięłam go na ręce i mocno przytuliłam.
- Boli! - krzyknął maluszek pomiędzy jednym napadem szlochu, a drugim.
- Cichutko... - szepnęłam, kołysząc go delikatnie. Jednocześnie oglądałam krwawiące skrzydełko, zdartą łapkę i otarty policzek. - Nic się nie dzieje, zaraz przestanie boleć. Chłopcy, idziemy do domu! - przywołałam do siebie pozostałe i szybkim krokiem skierowałam się w stronę wyjścia z placu zabaw. Kowalski ciągle szlochał wtulając się mocno w moją koszulkę.
- Ćśś... Już dobrze. - próbowałam go uspokoić, ale nie dawałam rady. Nie dawał się przekupić nawet ulubionymi cukierkami.
Zaraz po powrocie do domu posadziłam malucha na szafce w kuchni, z łazienki przyniosłam środek odkażający i zajęłam się skrzydełkiem, z którego ciągle leciała krew. Kowalski zakwilił, kiedy w zetknięciu ze środkiem do odkażania ranka zapiekła, a zaraz potem spojrzał na naklejony na krwawiące miejsce opatrunek. Łapką też trzeba było się zająć, bo chociaż nie krwawiła, to i tak była mocno otarta. Obejrzałam też policzek, ale tutaj na szczęście nic poważnego się nie stało. Pogładziłam maluszka po główce i włożyłam mu w skrzydełka ciastko czekoladowe.
- Już w porządku. - powiedziałam. - Nie trzeba płakać. - pozostałe maluchy bawiły się na dworze i teraz zaniosłam do nich Kowalskiego, ale maluszek nie był już tak chętny d zabawy jak wcześniej. Usiadł koło mnie na rozłożonym w trawie kocu i tylko przypatrywał się pingwinkom.
- Idź do nich. - zachęciłam. Kowalski przecząco pokręcił główką. - Czemu? Boisz się, że znowu coś ci się stanie? - maluszek potaknął. - Moje biedactwo. - dodałam, przytulając malucha do siebie. Kowalski znowu zaszlochał. Po policzkach poleciały mu łzy. Ciągle miał w pamięci niemiły wypadek na placu zabaw i nie chciał, żeby teraz się to powtórzyło.
- Nic się nie bój, skarbie. Tutaj nic ci się nie stanie. - uspokoiłam go. - W ogródku mamy tylko miękką trawkę. Nic ci się nie stanie, nawet kiedy się przewrócisz. - obok mnie stanął Skipper i wyciągnął skrzydło do Kowalskiego.
- Baw się ze mną. - powiedział, wkładając mu w skrzydło mały, plastikowy traktorek. Kowalski spojrzał na zabawkę, a potem zachęcony przez Skippera podreptał za nim pod drzewo, gdzie we dwójkę zaczęły budować kryjówkę z liści. Uśmiechnęłam się do siebie. Uwielbiałam patrzeć na bawiące się maluchy, ale niestety, trzeba było ruszyć się z koca i wziąć się za robienie obiadu o czym przypomniał mi Szeregowy;
- Mamusiu, jestem głodny.