Wpisy użytkownika Kate - Writes z dnia 15 maja 2016

Liczba wpisów: 2

abc.atlant
 
Szeregowy leżał na piasku, dygocząc i z trudem łapiąc powietrze. Klęknęłam przy pingwinku i pomogłam mu podnieść się do pozycji półsiedzącej.
- Co się stało Szeregowy? - spytałam łagodnie, przykładając mu dłoń do policzka. Był strasznie rozpalony.
- Nic, naprawdę. - odpowiedział najmłodszy pingwinek. - Zrobiło mi się tylko słabo, a potem... potem nie pamiętam. - przytknęłam mu do dzioba butelkę z wodą. Szeregowy upił kilka łyków i wyciągnął do mnie skrzydełka, chcąc, żebym wzięła go na ręce.
- No to chyba  wyjścia na bazar nici. - westchnęłam.
- Ale idźcie... - odpowiedział pingwinek. - Mogę przecież zostać z Bridget. Na pewno mnie popilnuje.
- Masz rację. Na to nie wpadłam. - odpowiedziałam i poszłam zamienić słówko z koleżanką.
Bridget się zgodziła i chwilę potem siedziałam z pingwinami w taksówce, która miała na zawieść na bazar. Gdy wysiedliśmy z samochodu, uderzył nas hałas ogromnego bazaru, pełnego krzyczących kupców, głośnej arabskiej muzyki i klaksonów skuterów. Wszystko to spowijał intensywny zapach smażonego mięsa, orientalnych przypraw oraz rozmaitych olejków i kadzideł.
- Pewnie jesteście głodni, w końcu to pora obiadowa. - zagadnęłam. - Słyszałam, że mają tu świetny kebab. Poszukamy budki? - pingwiny - odrobinę mniej energicznie niż zwykle - pokiwały głowami. Zagłębiliśmy się w najstarszą część tego egzotycznego miejsca.
Od zgiełku i chaosu Kowalskiego szybko rozbolała głowa. Na dodatek od dobrych kilku minut próbowaliśmy przejść na drugą stronę ulicy, ale samochody płynęły nieprzerwaną strugą nawet przy czerwonym świetle. Wreszcie, z miłym uśmiechem podszedł do nas jeden z Arabów.
- Pomogę panience przejść. - zaofiarował się.
- Naprawdę? To miłe z pana strony. - odpowiedziałam. - Dziękuję. - już po minucie, cali i zdrowi, znaleźliśmy się po drugiej stroni dziurawej jezdni.
- Jeszcze raz dziękuję. - dodałam i mieliśmy właśnie odejść, kiedy mężczyzna poprosił o sowitą zapłatę za swoją pomoc. Zamarłam w bezruchu z dość głupią miną.
- Nie zapłacę panu, mowy nie ma. - oświadczyłam wreszcie, składając ręce na piersi. - Poza tym nawet nie mam tyle pieniędzy. Przyszliśmy tu tylko na obiad. Mężczyzna zaklął pod nosem, ale odszedł.
- Twardo i stanowczo, tak trzymać. - skomentował sytuację Skipper.
- Oddam wszystko za łyk chłodnej lemoniady. - jęknął Kowalski. Był już okropnie zmęczony, a w głowie mu huczało.
- Może i lemoniadę będą tu mieć. - odpowiedziałam, pokazując na budkę z kebabem.
Chwilę potem siedzieliśmy już przy stoliku. Kowalski trzymał w skrzydełkach szklankę zimnej lemoniady z lodem, która jednak szybko się nagrzewała. Pingwinek przyssał się do słomki i nie minęły dwie minuty, kiedy lemoniady nie było.
- Jeszcze... - poprosił , wyciągając w moją stronę szklankę. Poczuł się o wiele lepiej, ale to nie była jeszcze pełnia szczęścia.
- Kowalski, to już trzecia. - zaprotestowałam, ale wzięłam od niego szklankę i po raz trzeci podeszłam do okienka. Skipper zerknął na mnie, znad swojej porcji kebabu. To było pyszne, ale nieco pikantne i on też już by się czegoś napił.
- Ja też chcę! - zawołał, widząc, że rozmawiam ze sprzedawcą. Westchnęłam, ale do stolika wróciłam z dwiema szklankami zamiast jednej.
- Masz może coś na ból głowy? - zapytał Kowalski, wkładając do dzioba słomkę.
- Niestety, wszystko zostało w obozie. - odpowiedziałam. - Dam ci jak wrócimy. - pingwinek kiwnął głową. Nie miał siły na nic więcej.
Po zjedzeniu obiadu zostało nam jeszcze sporo czasu, żeby przejść się po sklepach i straganach. Zajrzałam do mina ej perfumerii. Natychmiast wybiegł z niej mężczyzna dzierżący kilka pękatych flakoników.
- Tylko u mnie kupisz najcudowniejsze olejki i perfumy! Boski zapach Izydy! - krzyczał, raz po raz skrapiając mnie perfumami. Zakaszlałam, nie mogąc znieść takiej różnorodności zapachów.
- Będziesz pachnieć nim wiele dni, jest bardzo trwały! - zapewnił perfumiarz. - a może zechcesz kupić Nefrytowy księżyc? Albo Gwiazdę Kleopatry? Wejdź do sklepu i tylko się rozejrzyj! Oglądane jest za darmo, nic nie kosztuje! - rozkręcał się sprzedawca.
- Dziękuję. - przerwałam wreszcie monolog mężczyzny. - Jeśli już to kilka kadzidełek, ma pan jakieś? - spytam z zaciekawieniem.
- Oczywiście, że mam! - krzyknął sprzedawca. - Kadzidełek wybór szeroki! - po krótkim namyśle, popędzana jękami pingwinów i szarpaniem za poły kurtki zdecydowałam się na waniliowe, pomarańczowe i cynamonowe i nie bez ulgi opuściłam perfumerię.
- Chwileczkę, może spodobają ci się olejki paczuli albo z sandałowca, albo z drzewa cytrusowego?! - zawołał jeszcze za mną perfumiarz, ale ja już nie słyszałam. A raczej udawałam, ze Ne słyszę. Znów zagłębiliśmy się w plątaninę ciasnych uliczek, na których jak grzyby po deszczu wyrosło mnóstwo sklepików. Wszędzie można było podziwiać stosy kolorowych tkanin, dywanów, przeróżnych figurek alabastrowych, dzbanków i dziesiątek rzeczy, których nie dało się ogarnąć wzrokiem.
- Chłopcy, będziemy musieli niedługo wracać. - powiedziałam, zerkając na zegarek. - Zaraz kończy się przerwa obiadowa.
  • awatar frytki z majonezem.: Tak, zdecydowanie, namowy sprzedawców są męczące :p
  • awatar Hanti: Ja bym nie wytrzymała i dała mu liścia :D.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

abc.atlant
 
Byłem z panem Januszem na wczorajszej Nocy Muzeów. Czekałem na to cały rok, odkąd tylko wróciliśmy z poprzedniej. Pan Frankowski miał przyjść po mnie około czwartej po południu, potem miałem u niego nocować. Nie wiadomo było przecież o której wrócimy. Miałem cichą nadzieję, że może w tym roku uda nam się oblecieć wszystkie warszawskie muzea, ale niestety, zahaczyliśmy tylko o niewielki procent. Na początku poszliśmy do muzeum Etnograficznego. Potem była wystawa "Zadziwiające technologie, edycja 2" na Mińskiej. Tutaj promowana była polska nauka i najzdolniejsi młodzi naukowcy. Podczas ekspozycji chwalili się swoimi wynalazkami, opowiadali o nich, i pokazywali jak działają w praktyce. Szkoda, że nie wiedziałem o tym wcześniej, przytachałbym coś swojego. Pan Frankowski mówił, że jeszcze nie widział żeby tak świeciły mi się oczka. Potem był wydział Architektury na Politechnice. Po pokazie wyrwaliśmy się z panem Januszem na szybką kolację do McDonalda, bo zaczynałem już być głodny, a zaraz potem przeszliśmy się do Muzeum Ewolucji. Tam było głównie o dinozaurach, ale dla mnie też się coś znalazło. Mógłbym w nieskończoność oglądać pod mikroskopem skamieniałości. Była prezentacja multimedialna o dinozaurach z pustyni Gobi i nawet jak nikt nie widział to zgarnąłem kolorowankę z dinozaurem. Wprawdzie dla dzieci, ale też lubię czasem coś pomalować. I na koniec kwintesencja tej nocy czyli Centrum Nauki Kopernik. Było jeszcze lepiej niż w zeszłym roku. Organizmy emitujące światło, zmienianie pracowni robotycznej w showroom, kosmiczni prezenterzy planetarium. Dostępne wszystkie Galerie, wystawa "Lustra", najnowsza ekspozycja "Nowy świat w ruchu", przestrzeń eksperymentalna "Majsternia", laboratoria i planetarium Niebo Kopernika. Patrzyłem w niebo przez teleskop. Widziałem Mars i pierścienie Saturna, a uśmiech nie schodził mi z dzioba. Dosłownie. W końcu jednak musieliśmy stamtąd wyjść, zwłaszcza, że zasnąłem w jednym z laboratoriów. Jak przez mgłę pamiętam jeszcze, że pan Janusz zanosił mnie do domu i kładł do łóżka.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›