Wpisy użytkownika Kate - Writes z dnia 9 kwietnia 2016

Liczba wpisów: 1

abc.atlant
 
Skipper powoli otworzył oczy. Ostatnie trzy dni przeleżał bez przytomności. Kapitan odwrócił głowę. Obok niego też otulony w koc siedział Kowalski. Od czasu tamtego nawrotu bólu nie ruszał się od przywódcy nawet na krok i nawet posiłki spędzał, siedząc przy kapitanie.
- Kowalski... - wyszeptał Skipper. Porucznik zerwał się z miejsca i opadł na czworaka przy dowódcy.
- Szefie... - odpowiedział szeptem. Kapitan jęknął.
- Kowalski... Obejmijcie po mnie dowództwo. - wychrypiał.
- Ja? Kiedy, Szefie... Szef przecież teraz nie umrze. Ja nie pozwolę. - Skipper uśmiechnął się słabo. Kowalski odwzajemnił uśmiech. - Dać Szefowi wody? - kapitan kiwnął głową i chwilę potem przytknął kubek do dzioba. To była jedna z niewielu chwil przytomności, bo z następnych trzech godzin nie pamiętał już nic.
- Trzymaj Kowalski. - powiedziała Abigail, przychodząc do pokoju i podając porucznikowi miskę kaszy. - Jak Skipper?
- Śpi. - westchnął Kowalski. - Nie wiem czy się poprawia czy pogarsza. Nie mam już rozeznania. - porucznik podniósł wzrok.
- Skoro jeszcze żyje, jest dobrze. - Abigail uśmiechnęła się. - Jedz. - Kowalski włożył sobie pierwszą łyżkę kaszy do dzioba.
Skipper przebudził się, czując nacisk na pęcherz. Porucznik siedział tyłem do niego, chrupiąc ogórka małosolnego. Kapitan przewrócił się na bok, ale to nic nie zmieniło. Musiał pójśc za potrzebą. Skipper wyciągnął skrzydło.
- Kowalski... - szepnął. - Weźmiecie mnie na stronę?
- Pewnie. - porucznik włożył resztę ogórka do dzioba. - Johnson, pomożesz? - spytał, wsuwając głowę do sąsiedniego pomieszczenia. Oboje, podtrzymując Skippera podprowadzili go w stronę latryny. Przypilnowali w czasie załatwiania potrzeby i odprowadzili z powrotem na legowisko. Dowódca dyszał ciężko, zmęczony wysiłkiem.
Kowalski przysypiał, oparty o szafkę. Powinien pilnować Skippera, ale oczy same mu się zamykały. Pomimo to usiadł sztywno, czując skrzydło zaciskające się na rękawie jego kurtki. Porucznik odwrócił głowę. Skipper...
- Wody... - wyszeptał kapitan. - Kowalski, wody... - porucznik podniósł się z podłogi i zajrzał do dzbanka. Był pusty.
- Zaraz wrócę, obiecuję. - powiedział i wyszedł z pomieszczenia, biorąc ze sobą kubek. Kiedy wrócił, Skipper leżał na legowisku bez przytomności. Kubek wylądował na ziemi.
- Szefie! - Kowalski potrząsnął dowódcą. - Szefie! Sanitariuszkę! Pomocy! - do oczu porucznika napłynęły łzy. Do pomieszczenia przybiegła Abigail i zaraz uklękła przy Skipperze.
- Nie mogę wyczuć pulsu. - powiedziała. - Przystępuję do reanimacji. - Kowalski stał obok, sparaliżowany strachem, zanosząc się histerycznym szlochem.

Skipper otworzył oczy. Wszystko było białe. Sufit, ściany, nawet poduszka. Czyżby to już raj? Kapitan powoli usiadł na łóżku. Przy nim siedzieli jego podwładni, pogrążeni we śnie.
- Johnson... Kowalski... - odezwał się Skipper. Porucznik zerwał się z miejsca i pociągnął Johnsona za kurtkę.
- Żyje Szef. - westchnął z ulgą, rzucając się przywódcy w ramiona.
- Żyję. - potwierdził skipper, odwzajemniając uścisk. - Jak bitwa? Wygraliśmy? Co z Warszawą? Nic nie pamiętam. - Abigail i Kowalski popatrzyli po sobie.
- Musieliśmy skapitulować. Nie daliśmy rady walczyć na dwa fronty. - powiedziała sanitariuszka.
- Kiedy? - Skipper podniósł głos. Abigail odetchnęła.
- Dzisiaj. - odpowiedziała. Skippera jakby zmroziło.
- Idźcie tam, zróbcie coś, na pewno coś da się zrobić! A... A gdzie Manfredi? - spytał. - Mówcie, bo nie pamiętam.
- W sali obok. - powiedział Johnson. Skipper momentalnie zerwał się z łóżka i nie zwracając uwagi na nawoływania, pokuśtykał do sąsiedniej sali.
- Manfredi... - odezwał się, nachylając się nad łóżkiem.
- Skipper... - Manfredi z wysiłkiem otworzył oczy. - Wybacz... Że rozstaliśmy się... Jako wrogowie... - wyszeptał, pojękując z bólu. Skipper uśmiechnął się przez łzy. Objął podwładnego skrzydłem.
- Każdy może pobłądzić. - powiedział. - Wybaczam. - Manfredi uśmiechnął się słabo. Głowa opadła mu bezwładnie na poduszkę.
Skipper położył na nagrobku białą różę i odwrócił się, czując dotyk skrzydła na ramieniu. Przy nim stał Kowalski. Skipper uśmiechnął się. Oboje równym krokiem ruszyli do bramy cmentarnej.