Wpisy użytkownika Kate - Writes z dnia 8 kwietnia 2016

Liczba wpisów: 1

abc.atlant
 
Johnson zamknął za sobą drzwi piwnicy, gdzie trzymali Manfrediego. Zdrajca podniósł się z podłogi. Johnson bez słowa wyjął spod kurtki pistolet gotowy do wystrzału.
- Nie celuj we mnie. - odezwał się Manfredi. - Krzywdy ci nie zrobię.
- Skipper coraz bardziej słabnie. - powiedział Johnson. - Chcę wiedzieć co mu podaliście i jakie jest na to antidotum.
- Na ta truciznę nie ma lekarstwa.
- Musi być, na każdą jest! - skrzydło Johnsona drgnęło.
- Niewidzialny Żniwiarz. - rzucił od niechcenia Manfredi.
- Kłamiesz. Nie znaliście wszystkich składników.
- Pewien jesteś? - Manfredi wyciągnął spod kurtki zapisany notes i rzucił pod nogi majora. - Na to nie poradzisz już nic. Wasz dowódca będzie słabł coraz bardziej, aż w końcu umrze. Zostało mu nie więcej niż czterdzieści osiem godzin. - Johnson przycisnął Manfrediego do ściany, łapiąc za poły kurtki. O dziwo zdrajca zachował całkowity spokój.
- Łżesz! - wrzasnął. - Łżesz jak pies!
- Niestety nie przyjacielu. - major puścił Manfrediego nie wierząc w to co słyszy. W głowie miał mętlik. To niemożliwe.
- Nie jesteś już moim przyjacielem. I nie tobie decydować o losie Skippera. - powiedział, odwracając się.
- Takie są skutki wojny. Dowódcy giną, przyjaciele zdradzają siebie nawzajem, a wszystkie z pozoru idealne plany zawodzą.
- Zamknij się! - Johnson odwrócił się gwałtownie, uderzając Manfrediego z pięści. - Nie ty będziesz o tym decydować! - uderzył jeszcze raz i jeszcze. Opamiętał się dopiero, kiedy zobaczył spływającą po policzku Manfrediego krew.
- Dowódcy i tak nie uratujesz. - rzucił Manfredi, śmiejąc się. Johnson strzelił w jego stronę i szybkim krokiem wyszedł z piwnicy. Oparł się o drzwi plecami i pokręcił przecząco głową. To nie mogła być prawa. Skipper wyzdrowieje, wyjdzie z tego. Trzeba tylko mocno w to wierzyć. Johnson usiadł w kucki na podłodze, chowając głowę w skrzydłach. Teraz należało podjąć decyzję czy powiedzieć o wszystkim podwładnym. Dowodzenie było szalenie trudne. Johnson gorączkowo zastanawiał się co robić. Jak Skipper radził sobie z tym wszystkim? I jeszcze na każde pytanie miał gotową odpowiedź. Major podniósł się z podłogi. Podjął decyzję.
- Nie! - krzyknął Kowalski, kiedy Johnson skończył opowiadać, czego się dowiedział. - Nie wierzę! Ja... Zabiłem własnego dowódcę!
- Uspokój się. - odpowiedział Johnson. - Jeszcze nie zabiłeś. Poza tym nie mamy pewności czy Manfredi mówi prawdę. Może kłamać. - Kowalski spojrzał na niego bez przekonania.
- Musimy rozpatrzyć obie wersje. - zdecydowała Abigail. Jeśli Manfredi kłamie, Skipper wcale nie umrze.
- Więc mamy bezczynnie siedzieć i czekać na cud? - spytał Kowalski. Johnson i Abigail popatrzyli po sobie.
- To chyba będzie najlepsze wyjście. - odparł major. Kowalski otworzył dziób. - Posłuchaj, ja jestem pewien, że Manfredi gra na zwłokę. Chce nas wywieść w pole, ale ja nie dam się tak łatwo. Postarajmy się wszyscy, żeby Szefowi się polepszyło.
Skipper leżał na wznak z odrzuconym kocem, pojękując przez sen. Ból w ranie się wzmagał. Na czoło wystąpiły mu kropelki potu. W dziobie miał sucho. Dlaczego nikogo nie było obok? Kapitan spróbował podnieść się do pozycji siedzącej i dosięgnąć metalowego kubka z wodą, stojącego na rozpadającym się regale. Kubek z brzękiem wylądował na podłodze. Do pomieszczenia zajrzał Kowalski.
- Szefie? - odezwał się i podniósł kubek z podłogi. - Wystarczyło zawołać. - mruknął nalewając do naczynia wody, a kiedy Skipper pił, usiadł obok niego. W oczach wzbierały mu łzy, kiedy myślał o tym, że za dwa dni dowódca może nie żyć. Łza spłynęła mu po policzku, a widząc to Skipper położył mu głowę na ramieniu.
- Kowalski... - odezwał się. - Mężczyźni... Nie płaczą... - porucznik spróbował się uśmiechnąć, ale nie wyszło. Rozpłakał się.
Skipper rzucał się pod kocem. Znowu się przespał, a teraz znowu zaczynał go boleć lewy bok. Kapitan jęknął. Ból w ranie wzmagał się coraz bardziej. Skipper krzyknął z bólu, wyginając plecy w łuk. Skrzydła przycisnął do bandaży.
- Skipper?! - do pomieszczenia wpadła Abigail, a zaraz za nią chłopaki. - Co się dzieje? - kapitan znowu krzyknął. Sanitariuszka powoli odsunęła skrzydła Skippera od bandaży. Chłonna gaza przesiąkła krwią, a skóra pod piórkami zsiniała. Skipper jęknął, czując dotyk Abigail. Kowalski złapał go za skrzydło. Johnson przyłożył skrzydło d0o czoła kapitana. Abigail zabrała się za zmienianie opatrunku.