Wpisy użytkownika Kate - Writes z dnia 6 kwietnia 2016

Liczba wpisów: 1

abc.atlant
 
Skipper siedział przy drewnianym słupie ze skrzydłami związanymi na plecach, przykuty do drewna. Piórka miał brudne i pozlepiane od potu, policzki zarumienione, oczy nienaturalnie błyszczące. Rana postrzałowa zabliźniła się, ale przy każdym gwałtowniejszym ruchu znowu krwawiła. Po piórkach spływała mu brunatna, niemal czarna krew. Skipper odchylił głowę w tył. Szarpnął się, usiłując uwolnić skrępowane i drętwiejące skrzydła, ale zaraz potem poczuł ostrze scyzoryka na szyi.
- Zrób to jeszcze raz a poderżnę ci gardło. - zagroził Manfredi. Skipper spojrzał w stronę zarośli. Coś się tam ruszało i kapitan zaczynał się bać o swoją psychikę. Znowu się szarpnął, usiłując zerwać się z ziemi, a zaraz potem tuż obok głowy świsnęła mu kula.
- Ostrzegałem. - powiedział Manfredi, wyjmując z kieszeni scyzoryk. Wysunął ostrze, z drwiącym uśmieszkiem obserwując jak dziób Skippera zaczyna drżeć, a w oczach wzbiera niemy strach. Manfredi skulił się odruchowo kiedy w powietrzu rozległy się dwa strzały. Z krzaków wyłonił się Johnson z pistoletem w skrzydle.
- Puść mojego dowódcę. - powiedział. Manfredi poruszył się nerwowo, a major znowu strzelił w powietrze. - Żadnych gwałtownych ruchów. Rzuć broń. - Manfredi bardzo powoli wypuścił ze skrzydła scyzoryk, ale drwiący uśmiech nie schodził mu z dzioba. Chwilę potem w Johnsona celowało dwóch Niemców, którzy zaraz padli na ziemię. Za majorem stanęli Kowalski i Rico. Skipper odwrócił wzrok.
- Mamy przewagę liczebną, do tego broń. - powiedział Johnson. - Skrzydła trzymaj tak, żebym je widział. Powoli podejdź do mojego dowódcy. Powoli. Manfredi zrobił krok w tył, potem drugi. - Rozkuj go. Rozkuj! - Skipper potarł zdrętwiałe skrzydła i spróbował wstać opierając się na słupie. - Miejcie go na celowniku. - polecił przyjaciołom Johnson, wskazując ruchem głowy Manfrediego. Sam podszedł do dowódcy i pomógł mu wstać.
- Wszystko w porządku Szefie. - powiedział, biorąc go pod ramię. Skipper syknął z bólu i zgiął się wpół, przyciskając skrzydło do lewego boku. - Powoli, spokojnie. - Skipper położył głowę na ramieniu przyjaciela.
- Wiedziałem, że przyjdziecie. Że wrócicie. - wyszeptał.
- Niech Szef nic nie mówi. - poprosił Johnson. - Musi Szef oszczędzać siły. Chłopaki, ewakuujemy się. Jego... - wskazał na Manfrediego. - Bierzemy ze sobą. - major rzucił pistolet Rico, a sam wziął od niego karabin. - Idziemy. - powiedział, przyciskając do skroni Manfrediego zimną stal. Tuż przed bramą drogę zastąpił im pułkownik Hopkins. Jego ludzie momentalnie wycelowali.
- Ruszcie się jeszcze choćby centymetr, a Manfredi zginie. - powiedział Johnson. - Jeden fałszywy ruch i strzelę mu w łeb! - wrzasnął.
- Strzelaj. - powiedział pułkownik. - Po pierwsze, to on nie jest mi do niczego potrzebny, po drugie, wiem, ze i tak nie będziesz w stanie tego zrobić. - skrzydło Johnsona drgnęło. - No strzel. Zabij go. Zabij, mówię! - wrzasnął Hopkins. Przed oczami majora mignęła czarno-biała smuga. Kowalski wyrwał Rico pistolet. Wycelował. Strzelił. Raz, drugi, trzeci. Pułkownik Hopkins padł na ziemię martwy. Porucznik opuścił broń.
- Niewidzialny Żniwiarz zabił setki ludzi. Jeszcze jeden martwy nie zrobi różnicy. - powiedział.  - Wychodzimy. - dodał, kierując się zdecydowanie do bramy. Niemcy wycelowali. Wtedy Rico rzucił granat. Jeden z nich złapał pocisk z szyderczym uśmiechem.
- Teraz, biegiem! - zakomenderował Johnson, rzucając się w stronę bramy. Wróg za późno zorientował się, że granat nie ma zawleczki. Pingwiny padły płasko na ziemię, kiedy za ich plecami rozległ się wybuch.
- Żyjemy. - stwierdził odkrywczo Kowalski.
- Tak. - odpowiedział Johnson. - Ale nie pora na radości. Teraz trzeba się zająć dowódcą. Ach, przy okazji... Kowalski, twoja postawa była nieodpowiedzialna i zupełnie nieprzemyślana! Ale jak najbardziej na miejscu. Dobrze ci poszło. - major klepnął kolegę w ramię. Obok z ziemi gramolił się Manfredi z ogłupiałą miną przyklejoną do dzioba.
- Dlaczego wzięliście mnie ze sobą? - spytał. - Ja zdradziłem.
- A zdrada karana jest śmiercią. - odparł Johnson. - W naszym obozie zajmą się tobą odpowiedni ludzie. Myślę, że oddział Majewskiej chętnie się tobą zajmie. Rico, miej go na celowniku! - Rico posłusznie uniósł karabin. Skipper wydał z siebie przeciągły jęk. Nie wiedział gdzie jest, ani co się z nim dzieje. Słyszał niby to znajome głosy, ale i one zlewały się w jedno i kapitan nie mógł nic z tego zrozumieć. Czuł tylko potęgujący się ból i gorączkę. Musiał się napić, był odwodniony. Znowu jęknął co zabrzmiało jak przeciągłe westchnienie.
- Już dobrze Szefie. - odezwał się Johnson. - Jest Szef w dobrych rękach.