Wpisy użytkownika Kate - Writes z dnia 5 kwietnia 2016

Liczba wpisów: 1

abc.atlant
 
Kopnięcie w plecy powaliło Skippera na ziemię. Potem kopnięcie w brzuch. I znowu w plecy. Któryś z nich przyniósł bat. Pierwsze uderzenie. W głowę. Kolejne spadło na kark. Ciężki Niemiecki but przygniótł go do ziemi. Odkaszlnął zbierającą się w dziobie krew. Już się nie podniesie. Jeden z żołnierzy wyjął zza pazuchy scyzoryk.
- Sekret Niewidzialnego Żniwiarza. Musisz wiedzieć, gadaj! - usłyszał kapitan. Podniósł głowę, patrząc prosto w oczy wroga.
- Nie wiem, przysięgam. - odpowiedział.
- Blefuje. - odezwał się Manfredi, siedzący na skrzyni. Zeskoczył z niej teraz biorąc scyzoryk od Niemca i jednym szybkim ruchem przejechał mu ostrzem po policzku. Z rany powoli poleciała krew, ale Skipper ani drgnął. Nie pokazał po sobie, że boli.
- Oboje wiemy, że znasz sekret Niewidzialnego Żniwiarza. - warknął. - Albo w tej chwili podasz mi składniki, albo obóz Polskiej Armii Krajowej wyleci w powietrze, razem z twoimi podwładnymi. - Skipper zakaszlał. Za chwilę udusi się własną krwią. - Gadaj, bo nie ręczę za siebie! - wrzasnął Manfredi.
- Sekret Żniwiarza zna tylko Kowalski. - odpowiedział kapitan. - Nikt więcej. A jego nie dostaniecie drugi raz. Nawet jeśli go zabijecie tę tajemnicę zabierze ze sobą do grobu. A ja przyjaciela nie wydam. - Manfredi splunął gdzieś w bok. Skipper poczuł kolejne kopnięcie. W brzuch. I znowu batem. Czego chcą? Gdyby chcieli go zabić, już by to zrobili. Dostał w głowę. Krew zalała mu oczy. Nie mógł ich otrzeć, skrzydła odmówiły mu posłuszeństwa. Zawlekli go do niemieckiego obozu. Dłoń któregoś z nich zacisnęła mu się na szyi. Próbował jeszcze walczyć, ale w końcu skrzydła zawisły mu swobodnie wzdłuż ciała. Dusił się. Nie mógł oddychać. Zaczynał tracić przytomność z braku tlenu. Wtedy go puścili. Upadł ciężko na ziemię i nie miał siły się już podnieść. Rana od postrzału pulsowała bólem. Skipper przycisnął skrzydło do boku. Odkaszlnął krew. Oddychał ciężko, drżąc na całym ciele. Więc tak to wygląda. Powolna śmierć w męczarniach. Nic dziwnego, że Kowalski wrócił w takim stanie. "Muszę uciec." to była ostatnia myśl Skippera przed osunięciem się w ciemność.
Johnson wyglądał przez szparę w drzwiach na dziedziniec. W skrzydłach ściskał karabin, gotowy w każdej chwili strzelić. Pułkownika Hopkinsa, nie było nigdzie widać, ale jego obecność zdradziła właśnie sucha gałązka, która trzasnęła pod ciężkim butem. Kowalski usiadł obok przyjaciela.
- Jest tam jeszcze? - spytał. Johnson bez słowa kiwnął głową, obserwując uważnie porucznika. Kowalski wyjrzał przez szparę w drzwiach. Żeby zająć czymś głowę przyniósł sobie drugą sztukę broni i usiadł obok Johnsona, ale długo tak nie usiedział. Chodził po pomieszczeniu w tę i z powrotem, co chwilę patrzył na drzwi. Johnson ani na chwilę nie spuszczał go z oczu.
- Usiądź sobie, co? - odezwał się wreszcie zniecierpliwiony major.
- Nie mogę, muszę wyjść. - Kowalski podrygiwał nerwowo w miejscu. Johnson bez słowa patrzył na przyjaciela. No tak... Przecież na dziedziniec nie było można wyjść, bo cały czas siedział tam pułkownik Hopkins. A Kowalski nie dość, ze miał słaby pęcherz, to jeszcze spędzał cały dzień w zamknięciu. W nocy nawet nie miał jak załatwić potrzeby, bo zaraz po usłyszeniu dziwnych dźwięków przybiegł do niego. Czyli musiał trzymać od tamtej pory. Manfredi... Myśli majora obrały inny kierunek. Wstrętna, dwulicowa, zdradziecka szuja! Johnson poderwał się z miejsca i rzucił Kowalskiemu jego sztukę broni.
- Idziemy. - powiedział, otwierając drzwi kopnięciem. Pingwiny, plecami do siebie, asekurując siebie nawzajem i ciągle z bronią w pogotowiu ruszyły przez dziedziniec.
- Stój. - nakazał Johnson, słysząc trzask suchej gałązki. Major uniósł karabin. - Dalej. - rzucił pozornie od niechcenia. Kowalski dokładnie stawiając kroki, znowu ruszył w stronę latryny. Wreszcie oboje stanęli pod drzwiami. Johnson ruchem głowy nakazał porucznikowi robić swoje, a sam stanął tuż za framugą drzwi z bronią gotową do oddania strzału. Kowalski kucnął nad dziurą w podłodze. Wreszcie... Wtedy padł pierwszy strzał. Johnson przypadł do ściany, a zaraz potem również zaczął strzelać. Kowalski parł się skrzydłem o ścianę, skończył załatwiać potrzebę i dołączył do Johnsona, po drodze łapiąc za swój karabin. Od obozu tez padły strzały. Kowalski odwrócił głowę. W progu stał Rico z pistoletem. Porucznik uśmiechnął się lekko, ale zaraz zrzedła mu mina. Ratowanie przywódcy musiało poczekać.