Wpisy użytkownika Kate - Writes z dnia 16 kwietnia 2016

Liczba wpisów: 1

abc.atlant
 
Kowalski siedział w szatni, zaszyty w jak najmniej widocznym miejscu, szlochając, wtulony w moją chustkę.
- Hej, no tu jesteś. - odezwałam się, zaglądając do szatni. - Szukam cię wszędzie. Czemu płaczesz? Ciągle o tę jedynkę? - pingwinek pokręcił głową przecząco i przytulił się do mnie.
- Boję się tej nauczycielki. - powiedział. - Dlaczego pani Karina zniknęła? - spytał z westchnieniem.
- Pani Karina ma zwolnienie lekarskie. - wytłumaczyłam. - A pani Kremer prosiła cię do pokoju nauczycielskiego. - Kowalski znowu westchnął i powlókł się za mną jak na ścięcie.
Postawiłam pingwinka na stole i kojąco pogładziłam po plecach, czując, że Kowalski zaczyna drżeć. Informatyczka wpatrywała się w niego złym wzrokiem.
- Porozmawiałyśmy sobie z Teresą. - zaczęła. - I mam do ciebie pytanie.Naprawdę aż tak się mnie boisz? - pingwinek ledwo zauważalnie skinął głową. - Mogę ci pójśc na rękę i nie pytać cię przez miesiąc. - Kowalski podniósł głowę.
- Dopóki nie oswoisz się z nową sytuacją. - dodała pani Kremer.
- Zamiast tego będziesz przychodził do mnie na dodatkowe zajęcia z informatyki. Raz w tygodniu. Może być? - pingwinek spojrzał na mnie niepewnie.
- Nie bój się. Jeśli będziesz chciał, to pójdę z tobą na te zajęcia. - powiedziałam. Kowalski od razu się rozpromienił.
- Dziękuję. - powiedział, posyłając nauczycielkom promienny uśmiech.
- To tylko miesiąc. - odezwała się informatyczka.
- Wiem. Ale i tak dziękuję. - pani Kremer potarmosiła pingwinka po piórkach, a Kowalski rzucił się jej na szyję
- Eee... Kowalski... - odezwałam się. - Może lepiej nie...
- Nic się nie dzieje. - uspokoiła mnie pani Teresa. - Powoli wszyscy ulegamy jego urokowi. Pierwszy poddał się Janusz, teraz powoli ja. - informatyczka przyglądała się tej scenie. Kąciki jej ust mimowolnie uniosły się odrobinę.
- Kowalski, chodź, musimy już wracać. - powiedziałam. - Trzeba odebrać Szeregowego ze świetlicy, a chłopcy pewnie umierają już z głodu. - pingwinek kiwnął głową i wsunął mi skrzydło w dłoń.

Akurat zdejmowałam z patelni ostatnią porcję placków ziemniaczanych, kiedy usłyszałam z zewnątrz warkot samochodu. Wyjrzałam przez okno, oblizując palce z tłuszczu. Z auta wysiadał właśnie pan Frankowski, a chwilę potem rozległ się dzwonek do drzwi.
- Proszę! - zawołałam, stawiając na stole naczynie pełne placków.
- Cześć wujku. - powiedziałam, kiedy pan Janusz wszedł do kuchni.
- Cześć. - odpowiedział, przytulając mnie.
- Nie było cię dzisiaj w pracy. - zaczęłam, rozkładając talerze. - Małe wagary?
- Moja mama umarła dziś rano. - zamarłam w bezruchu.
- O, nie wiedziałam, przepraszam. Babcia Józia? - pan Frankowski skinął głową. - Przecież nie chorowała. Była w świetnej formie.
- możemy o tym nie rozmawiać? - poprosił nauczyciel, siadając na krześle. Kiwnęłam głową potulnie,
- Chłopaki, jemy! - zawołałam, a chwilę potem usłyszałam jak pingwiny szturmem zbiegają po schodach, jak to zwykle one.
- Pojedziecie ze mną na pogrzeb? - spytał pan Frankowski,
- Oczywiście, że pojedziemy. - odpowiedziałam. - Ale najpierw zjedz. Założę się, że nic nie jadłeś.
- Jola też już wie. Za chwilę powinna być.
- Wujek Janusz! - zawołał Kowalski, rzucając się na ręce nauczycielowi. Pan Frankowski mocno go do siebie przytulił. - Dlaczego nie było cię w szkole? - spytał z żalem pingwinek. - Tęskniłem.
- Posłuchajcie chłopcy... - zaczął pan Janusz, stawiając Kowalskiego na podłodze. - Dziś rano zmarła babcia Józia. - powiedział. Pingwiny momentalnie umilkły i popatrzyły po sobie.
- Pójdziemy na pogrzeb, prawda? - spytał drżącym głosem Skipper.
- Oczywiście, że tak. - odpowiedziałam, obejmując pingwinka ramieniem. - zaraz po obiedzie biegniecie się pakować i jedziemy z wujkiem do Zakopanego. - Skipper ścisnął mnie za rękę, a Kowalski włożył sobie do dzioba placek ziemniaczany. Chciał opowiedzieć wujkowi o incydencie na informatyce, ale  zaistniałej sytuacji nie chciał dodatkowo martwić nauczyciela. Skipper odsunął od siebie talerz,a ja podniosłam wzrok, zaniepokojona.
- Nie mam apetytu. - wytłumaczył pingwinek. - Mogę odejść od stołu? - poprosił. Kiwnęłam głową, a Skipper zerwał się z krzesła i pognał do siebie, na górę. Zamknął za sobą drzwi i osunął się na podłogę. Manfredi i Johnson... Nie! Pingwinek zacisnął powieki  zatkał sobie uszy. Oddychał szybko.
- Skipper, kochanie, wszystko w porządku? - zawołałam.
- Tak, wszystko ok! - usłyszałam w odpowiedzi.