Wpisy użytkownika Kate - Writes z dnia 21 marca 2016

Liczba wpisów: 1

abc.atlant
 
Jak sam tytuł wskazuje akcja opowiadania rozgrywa się w czasach II wojny światowej, a konkretnie w czasie bitwy o Warszawę, właśnie w stolicy. Jakby ktoś sobie życzył jeszcze bardziej szczegółowo to głownie w obozie AK Rzeczpospolitej Polski. Gotowi? No to start.

Skipper stał nad grobem przyjaciela, ponuro wpatrując się w szarą, smutną tablicę. Pingwinek przełknął ślinę. Drżącym skrzydłem przesunął po chropowatym kamieniu nagrobka i zasalutował. Zerknął na niebo. Błękitne i ani jednej chmurki. Wtedy też jesień była piękna. Wtedy... Skipper zamknął oczy.

8 września 1939 roku, Warszawa
Skipper i Johnson szli przez stare Miasto, rozglądając się czujnie dookoła. Każdy z nich obejmował skrzydłami spore jak na pingwina pudło.
- Ciężkie. - stęknął Johnson, poprawiając swoje pudło.
- Nie narzekaj. - odpowiedział Skipper. - Ciesz się, ze dowództwo w ogóle sobie o nas przypomniało. Zaczynało już przecież brakować amunicji, jedzenia... - kapitan westchnął. - I mnóstwa innych rzeczy.
- Wiem. - uspokoił dowódcę Johnson. - Ciężkie mamy czasy. - westchnął. Skipper nie odpowiedział. Zatrzymał się i nasłuchiwał uważnie. Rzeczywiście, w powietrzu wibrował dziwny dźwięk. Johnson odwrócił się, również nasłuchując.
- Skipper... - odezwał się, ale dowódca uniósł skrzydło.
- Ćśś... - uciszył podwładnego gestem i spojrzał w górę w momencie, kiedy tuż nad nim przeleciał śmigłowiec. serce Skippera na moment przestało bić, źrenice rozszerzyły się pod wpływem dławiącego strachu, pudło pełne konserw wylądowało na bruku. Johnson podszedł do niego.
- Skipper... - odezwał się znowu, potrząsając za ramię dowódcy. Skipper patrzył bezradnie jak na któryś z budynków oddalonych o kilkaset metrów spada bomba.
- Johnson, padnij! - wrzasnął, pociągając przyjaciela na ziemię i przyciskając go do bruku. Sam upadł ciężko z jękiem. Chyba stracił słuch. dookoła gramoliło się niezdarnie z ziemi kilkanaście zdezorientowanych osób. Wszyscy wpatrywali się szeroko otwartymi oczami w wielką chmurę rosnącą z sekundy na sekundę  nad narożnym budynkiem ulicy Kilińskiego, którego większa część zniknęła nagle jak zdmuchnięta. Koszmarna cisza dzwoniła w uszach. Skipper czuł zawroty głowy. Musiał usiąść. Czuł coś ciepłego i mokrego na skrzydle. Wyciągnął przed siebie oba skrzydła i patrzył, jak coraz częściej pokrywa je rosa mikroskopijnych jasnoczerwonych kropelek, błyszczących w słońcu jak okruchy rubinów. rozpaczliwie zastanawiał się nad tym dziwnym zjawiskiem meteorologicznym jednak myśli sunęły w jego głowie ociężale. Niepokojąca czerwona mżawka wzmagała się, aż nagle zupełnie niespodziewanie przeszła w grad.Johnsona ogarnęła zwierzęca panika. Rzucił się na oślep przed siebie, ciągnąc za sobą ogłupiałego Skippera, podczas gdy z nieba spadała na nich coraz potężniejsza lawina jakichś mięsnych ochłapów, odłamków cegieł, zakrwawionych gałganów i siekących skórę kawałków kości oraz blachy. Johnson dopadł do przewróconej furgonetki i panicznie wcisnął się przez wybitą przednią szybę do ciasnej szoferki. Potem wciągnął do środka dowódcę. Krwawa ulewa wciąż przybierała na sile. W karoserię bębnił deszcz urwanych rąk i nóg, a po chwili całą ulicę zaścielała lawina skotłowanych ludzkich szczątków, a ściany domów do wysokości pierwszego piętra zbryzgane były hektolitrami krwi. Johnson nie wytrzymał i zwymiotował. Skipper wcale mu się nie dziwił. Sam też ledwo powstrzymywał się od wymiotów. Zawartość żołądka podjechała mu do gardła.
- Wracają! - wybełkotał chrapliwie Rico, widząc przyjaciół, zbliżających się do obozu.
- Nareszcie! - Abigail wybiegła na zewnątrz. - Chłopcy, w co wy się wpakowaliście? Cali jesteście we krwi.
- To nie nasza krew. - odpowiedział Johnson. - Zaczęło się.
- Zbombardowali nam Stare Miasto. - dodał Skipper, biorąc od dziewczyny wilgotny ręcznik. - Oczekuję od was pełnej gotowości do działania i to w trybie natychmiastowym. - kapitan zarzucił na siebie wojskową kurtkę i sięgną po czapkę. - Kowalski, raport poproszę.
- Tak jest! W tej chwili na naszą szóstkę mamy; jeden niedziałający czołg, jeden ciężki karabin maszynowy, dwa karabiny maszynowe, cztery karabiny, pięć pistoletów. Z tym, ze zapasy amunicji są na wyczerpaniu.
- Hmm... Czyli niewesoło. - stwierdził przywódca. - Manfredi, zwołujcie wojska, za pięć minut będę przemawiał. Sanitariuszka gotowa? - Abigail przełożyła przez ramię pasek torby.
- Tak jest! - odpowiedziała. - Gotowa.
  • awatar Życie Skay: rany, w sumie "pingwiny z Madagaskaru" kojarzą mi się z bajką dla dzieci, ale w twoich opowiadaniach są przedstawieni zupełnie inaczej, mogę powiedzieć, że poważnie. Może II wojna światowa to nie do końca moje klimaty, ale pomysł ciekawy
  • awatar Wiky the Metal-Punk!: Bardzo podoba mi się to opowiadanie :D. Masz talent do pisania :D. Moja polonistka twierdzi, że pingwiny nie są bajką dla dzieci :P. Ciekawe co by powiedziała, jakby przeczytała Twoje dzieła ^^.
  • awatar Hanti: Mam nadzieje że niedługo dodasz następną część, bo ta jest zdecydowanie za krótka! <3
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (4) ›