Wpisy użytkownika Kate - Writes z dnia 21 lutego 2016

Liczba wpisów: 2

abc.atlant
 
Rozdział 10

Wszystkie maluchy już dawno siedziały w kuchni zjadając kaszkę na śniadanie, tylko Skipper ciągle leżał w łóżeczku i zaczynałam się już odrobinkę martwić. Jeszcze nigdy żaden nie spał tak długo. Usiadłam na krześle w pokoju dziecięcym i wsunęłam rękę między szczebelki.
- Skippuś... - odezwałam się, głaszcząc maluszka po pleckach. Pingwinek poruszył się niespokojnie, ale nie zerwał się z radosnym krzykiem, chichotem lub gaworzeniem jak to miał w zwyczaju.
- Skipper, stało się coś? - spytałam z troską, słysząc niespokojne kwilenie. - Skipper... - maluszek zaszlochał niespokojnie, szukając skrzydłem kocyka. - Chodź tutaj do mnie, nie płacz. Śniło ci się coś? - spytałam łagodnie, próbując sprawić, żeby pingwinek na mnie spojrzał. Pociągnęłam za kołdrę.
- Skippuś, no już. - umilkłam, widząc ciemniejsze miejsce na prześcieradle. Przejechałam dłonią po materacyku i wzięłam szlochającego malucha na ręce. - Miałeś wypadek w nocy? - spytałam. - Nie płacz, nic się nie stało. Posłuchaj... - zaczęłam, siadając razem z nim na krześle. - To dopiero twoja druga noc bez pieluszki, to normalne, że wypadki będą się zdarzać, dopóki nie nauczysz się całą noc wytrzymać. - tłumaczyłam. - To normalne. - wytarłam pingwinkowi oczka. - Chodź, zmienimy prześcieradło i pójdziemy na śniadanko, dobrze? A potem może wybierzemy się na spacerek. Mamy piękną pogodę. - uspokojony maluszek uspokoił się do końca i podreptał za mną po czyste prześcieradło. Niedługo potem siedział w wysokim krzesełku  w kuchni, ze smoczkiem od butelki w dziobie.
- Chłopcy... - odezwałam się. - Po południu pójdziemy na spacer, co? - uśmiechnęłam się, słysząc radosne piski i krzyki. - Ale dopiero po południu! - dodałam, przekrzykując podekscytowane pingwinki. - Muszę zrobić obiad.
Z obiadem poszło szybko, bo na dzisiaj planowane było spaghetti, za którym wszystkie cztery maluchy wprost przepadały i nie minęło dużo czasu, a mogliśmy wychodzić. Przyniosłam ze strychu stary czerwony wózek i posadziłam w nim gaworzące pingwinki.
- Uspokój się Rico. - poprosiłam, przykucając obok. - Macie być grzeczni, nie bić się, nie kłócić, nie drapać i nie gryźć, bo będzie wstyd na cały park, rozumiemy się? - maluchy z powagą pokiwały głowami. - Żadnego wymuszania na mnie, żebym wam kupiła to czy tamto, a jak się któremuś będzie chciało do łazienki, to ma mi powiedzieć, jasne? - kolejne potaknięcie. - Idziemy. - przełożyłam pasek torby przez ramię i razem z pingwinkami wyszliśmy z domu.
Maluchy gaworzyły wesoło, rozglądając się po parku z zaciekawieniem, kiedy pchałam wózek jedną z alejek. Szeregowy głośno westchnął, kiedy na skrzydle usiadł mu motylek i roześmiał się.
- Milek! Milek! - krzyczał wesoło. Roześmiałam się. Wiedziałam, że to w pokrętnym języku, jakim posługiwały się maluchy znaczyło ”Motylek! Motylek!”.
- Ja też chcę! - krzyknął Kowalski, usiłując złapać motylka i zdjąć go ze skrzydła Szeregowego, ale osiągnął tylko tyle, że owad odleciał. Zaskoczony Szeregowy patrzył w ślad za nim, a potem krzyknął głośno i rozpłakał się. Wzięłam malucha na ręce.
- Hej, przestań. - szepnęłam mu na ucho. - Motylek i tak by odleciał. - powiedziałam. - Nic się nie dzieje.
- Milek! - darł się na cały głos pingwinek i najwyraźniej nie zamierzał wcale przestać. Wychwyciłam spojrzenie młodego małżeństwa, które też przechadzało się alejkami z wózkiem.
- Szeregowy, proszę. - szepnęłam. - To nie katastrofa, zobacz ile motylków siedzi na klombie. - maluszek spojrzał na mnie z niedowierzaniem. - No zobacz. - pokazałam mu klomb z dzwonkami, gdzie aż roiło się od motyli. Szeregowy wykrzywił dziób w uśmiechu.
- Milki! - krzyknął, wyciągając w tamtą stronę skrzydełka.
- O nie, nie puszczę cię do nich. Spłoszysz je i znowu będziesz płakać. Pooglądaj je sobie stąd i pójdziemy dalej.
- Mamusiu... - usłyszałam Kowalskiego i odwróciłam się.
- Co tam skarbie? - spytałam, poprawiając sobie na ramieniu Szeregowego, który powoli zsuwał się na alejkę.
- Do łazienki. - odezwał się maluch, niespokojnie wiercąc się w wózku.
- Już, moment. - odpowiedziałam, sadzając w wózku Szeregowego, któremu okropnie się to nie spodobało i skręciłam  stronę toalet. Chwilę potem Kowalski siedział na sedesie, majtając wesoło nóżkami. Przez uchylone drzwi obejrzałam się na pozostałe. Siedziały wyjątkowo grzecznie jak na nie i chyba interesowały się gąsienicą sunącą po chodniku.
- Kupisz mi balonik? - poprosił Skipper, kiedy Kowalski dołączył do reszty.
- Kupię ci. - westchnęłam, wiedząc, że tylko taka odpowiedź usatysfakcjonuje pingwinka i powstrzyma się od on ryku, który kruszy szyby w oknach. Chwilę potem pingwinek z radosnym piskiem wziął ode mnie czerwony balonik. Obwiązałam mu tasiemkę wokół skrzydła, którym Skipper niepewnie potrząsnął.
- Żeby nie odleciał. - wyjaśniłam. Maluch spojrzał na swoje skrzydło, a potem przeniósł wzrok na unoszący się nad wózkiem czerwony balonik. Uśmiechnął się szeroko.
- A po rurce z kremem byście chcieli? - spytałam. - Wprawdzie jesteśmy przed obiadem, ale odrobina słodyczy nie zaszkodzi. Cztery rurki z kremem poproszę. - zwróciłam się do sprzedawcy, wyglądającego z okienka budki ze słodyczami.
Posadziłam pingwinki na parkowej ławce i każdemu włożyłam w skrzydło rurkę. Rico od razu zabrał się do jedzenia, Kowalski powoli skubał swoje ciastko, Skipper za to udawał, że jego rurka jest samolotem. Spojrzałam na szeregowego i aż jęknęłam. Maluch właśnie rozsmarowywał sobie krem po piórkach. z wdzięcznością wzięłam od sprzedawcy słodyczy serwetki i zagrałam się za doprowadzanie malca do porządku. ”I tak trzeba go będzie wykąpać.” przemknęło mi przez głowę. Na sama myśl zrzedła mi mina, a przed oczami stanęła zalana wodą łazienka. Gdzie się podziały tak zwane ”uroki macierzyństwa”?
 

abc.atlant
 
Trzydziestoletni Daikichi Kawachi nigdy nie przypuszczał, że rodzinne spotkanie na pogrzebie dziadka odmieni jego życie. Jak się okazuje, starszy pan pozostawił po sobie niezwykły „spadek”, sześcioletnią nieślubną córkę, imieniem Rin. Zszokowana rodzina nie bardzo wie, co z tym fantem począć, zwłaszcza że o matce dziewczynki nic nie wiadomo. Tknięty nagłym poczuciem obowiązku i zniesmaczony zachowaniem bliskich Daikichi postanawia zaopiekować się dzieckiem. Szybko jednak odkrywa, że dobre chęci to za mało, żeby samotnie wychowywać pociechę…
usagi_drop__dakichixrin_by_omfgee-d4l77ee.png

To było po prostu urocze, z każdego kadru Usagi Drop dosłownie wylewa się ciepło i słodycz. Chociaż mamy do czynienia z prostymi okruchami życia w najczystszej postaci, seria w żadnym momencie nie nudzi i nie dłuży się. Widz łapczywie pochłania kolejne odcinki, by nagle stwierdzić, że to już niestety koniec. Historia zwyczajnego pracownika biurowego, który przez niezbyt przemyślaną, chociaż słuszną decyzję, musi w ekspresowym tempie przewartościować całe swoje życie, chwyta za serce i nie puszcza do ostatnich minut. Przez jedenaście odcinków obserwujemy, jak Daikichi uczy się być ojcem, a mała Rin powoli otwiera się na świat i poznaje różne jego odcienie oraz niuanse. Opowieść jest w miarę realistyczna, bohater doświadcza wydarzeń, które często przytrafiają się rodzicom w rzeczywistości, zwłaszcza samotnym. Musi podjąć decyzję w sprawie pracy, ponieważ nie jest w stanie poświęcić jej tyle czasu, co kiedyś. Do tego dochodzi kwestia przedszkola i w ogóle wychowania sześcioletniej dziewczynki. Kawachi szybko zdaje sobie sprawę, że czasy całodniowych posiedzeń w biurze, a potem wypadów z kolegami na piwo do baru, bezpowrotnie minęły. Z czasem poznaje nowych ludzi, rodziców, w podobnym lub zupełnie innym położeniu, zaczyna obracać się w nowym towarzystwie, a jego głowę zaprzątają nowe problemy. Także rodzina mężczyzny powoli zaczyna przyzwyczajać się do Rin i początkowa niechęć zamienia się w szczere uwielbienie. Mimo to normalnie nie jest to sytuacja, której byśmy komuś zazdrościli. Tymczasem podczas seansu człowiek zaczyna się łapać na tym, że samotne wychowywanie dziecka to w sumie fajna sprawa…
b8u79g.jpg

Przede wszystkim jest to zasługa Rin. Oto dziecko­‑ideał: inteligentna, słodka, ładna, zdolna i pełna energii. Każdy marzy, aby mieć taką córkę. Zresztą nawet jej kolega z przedszkola, Kouki, chłopiec hiperaktywny, uparty i często pakujący się w kłopoty, został pokazany jako sympatyczne dziecko. Reszta bohaterów również daje się lubić. Na uwagę zasługuje mama Koukiego, która podobnie jak Daikichi, samotnie wychowuje syna. To kobieta zaradna, silna, a także pełna empatii. Wydaje mi się, że nie będzie nadinterpretacją, jeżeli napiszę, iż scenarzyści robią wszystko, aby widzowie uznali tę dwójkę za potencjalną parę. Szkoda tylko, iż na podtekstach się kończy, ponieważ nie mam najmniejszych wątpliwości, że byłoby z nich wspaniałe małżeństwo. Niestety tutaj przeszkodą jest mangowy pierwowzór, który kontynuuje historię, choć niekoniecznie w takim kierunku, w jakim bym chciała. Wracając jednak jeszcze na chwilę do postaci, warto też wspomnieć o rodzicach Daikichiego. Początkowo niechętni i zaskoczeni pomysłem syna (chociaż wcale im się nie dziwię), jednak zakochują się w Rin i zaczynają ją traktować jak wnuczkę (pomijam fakt, że zgodnie z genealogią rodu, dziewczynka jest siostrą mamy swojego opiekuna i tym samym jego ciocią). Brak tutaj jednoznacznie negatywnych postaci, nawet matka dziewczynki, osoba skrajnie ekscentryczna, której motywacja, przynajmniej dla mnie, jest zupełnie niezrozumiała, nie wydaje się jednak zła, najwyżej irytująca. Ale cóż, mówimy o okruchach życia, tego typu podziały raczej nie pasują do gatunku.
usagi-drop-rin1.jpg

Audiowizualnie Usagi Drop prezentuje raczej przeciętny poziom. Co prawda akwarelowe, nieco rozmyte początki każdego odcinka, a także kolorowe i radosne animacje do czołówki i napisów końcowych, utrzymane w stylu dziecięcych rysunków, są absolutnie prześliczne, ale reszta nie prezentuje się już tak atrakcyjnie. Projekty postaci, a także tła są raczej uproszczone, chociaż trzeba przyznać, iż postacie posiadają świetną mimikę. Miłą odmianą są również pełne ubrań szafy bohaterów. Niestety im dalej jesteśmy, tym animacja bardziej kuleje: pojawiają się deformacje i krzywizna. Nie ma tych wpadek strasznie dużo, ale ponieważ anime nie należy do produkcji dynamicznych, rzucają się one w oczy.
captura-commie-usagi-drop-02-c929f4a4-mkv-19.png

Muzycznie również jest tak sobie, ścieżka dźwiękowa zdecydowanie nie należy do wybitnych. Utworów nie ma zbyt wiele i zazwyczaj zupełnie wtapiają się w tło, tak że widz nawet nie zauważa melodii, która towarzyszy scenie. Są to „standardowe” kompozycje, spokojne i słodkie, bez dominacji jakiegoś konkretnego instrumentu. Nieco inaczej ma się sprawa czołówki (Sweet Drops w wykonaniu PUFFY) i piosenki towarzyszącej napisom końcowym (High High High śpiewane przez Kasarinchu). Obydwie piosenki są szalenie ciepłe i optymistyczne, zwłaszcza ta pierwsza przypadła mi do gustu, przez co ani razu nie przewinęłam początku odcinka. Ot, klasyczny j­‑pop, ale idealnie oddający klimat serialu. Przy okazji warto wspomnieć, że po endingu jeszcze przez chwilę mamy okazję obserwować bohaterów w różnych, zazwyczaj codziennych sytuacjach, dlatego warto obejrzeć każdy odcinek do samego końca. Dodam, że opening ciągle śpiewam.
usagi_drop-09-rin-towel-dry-cute.jpg

Usagi Drop to niezwykle pogodna i optymistyczna opowieść, która z pewnością odpowiednio podniesie Wam poziom cukru we krwi. Okruchy życia w bardzo dobrym, chociaż nieco zbyt pastelowym wydaniu. Cóż, miłośnicy takich nieśpiesznych i pozytywnych historii na pewno będą zadowoleni. Tylko proszę nie czerpać stąd wiedzy o dzieciach i ich wychowywaniu. Poza tym: polecam gorąco.
  • awatar Wiky the Metal-Punk!: Brzmi ciekawie :D. Chyba wolę mangi niż anime, tak samo jak wolę książki niż filmy, ale myślę, że jak znajdę chwilę czasu to może sobie kiedyś obejrzę :).
  • awatar Seiti: Myślę, że drugie zdanie od końca jest znaczące. Dzieci inteligentne i zdolne są bardzo wymagające. Geniusz dziecka to krwawica rodzica. Kiedyś próbowałam obejrzeć, ale słodycz mnie powaliła... już nie wstałam.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›