Wpisy użytkownika Kate - Writes z dnia 14 lutego 2016

Liczba wpisów: 2

abc.atlant
 
Rozdział 9

- Mamo! - słychać było z pokoju maluchów. - Mamo, chodź! - zwlokłam się z łóżka, chociaż chętnie bym sobie jeszcze poleżała. Dzisiaj pierwszy raz odważyłam się zostawić Skippera na noc bez pieluchy i nie chciałam tego zepsuć.
- Już jestem, jestem. - powiedziałam, zaglądając do pokoju, bo maluszek już zaczynał szlochać. Wzięłam go na ręce i postawiłam na podłodze. - Biegnij na nocniczek. - pingwinek pobiegł do łazienki, ale nie zdążył i chwilę później klęczałam w korytarzu, ścierając podłogę. Skipper patrzył na mnie ze wstydem. W oczkach zalśniły mu łzy, a maluszek zakwilił niespokojnie.
- Nie płacz, proszę. - powiedziałam, obejmując Skippera ramieniem. - Nic się nie stało, nie będę przecież krzyczeć. Skippuś, nie płacz, posłuchaj. Robisz się coraz bardziej samodzielny. Dzisiaj całą noc wytrzymałeś bez pieluszki. A to, że czasem jeszcze nie uda ci się zdążyć do łazienki to przecież nic złego, tak? nauczysz się w końcu i tego. Chodź, odniesiemy ścierkę i pójdziemy do kuchni. - powiedziałam, biorąc maluszka na ręce. - Co ci zrobić na śniadanie? -
- Jajko na miękko. - odpowiedział maluszek. Powoli wszystkie zaczynały mówić pełnymi zdaniami, co im się oczywiście chwaliło. Chwilę potem Skipper siedział w wysokim krzesełku zjadając śniadanie, a w pokoju budziły się pozostałe. Poprzedniego dnia obiecałam maluchom spacer, ale wyglądało na to, że z planów nici. Niebo było zasnute chmurami. O parapet stukały krople deszczu. Za oknem błysnęło i zagrzmiało. Wystraszony Kowalski zaszlochał niespokojnie i wyciągnął do mnie skrzydełka, a kiedy rozległ się kolejny grzmot, rozpłakał się na dobre.
- Kowalski... - odezwałam się, biorąc maluszka na ręce. - Nie trzeba płakać, to tylko burza. Boisz się? - Kowalski wtulił mi się w ramię i szlochał coraz głośniej i coraz bardziej rozpaczliwie. - Kochanie, nie płacz. W domu nic ci się nie stanie. - delikatnie kołysałam pingwinka w ramionach, popatrując przy tym na pozostałe. Maluszki z ciekawością spoglądały na Kowalskiego.
- Chodź Kowalski, nie bój się. - powiedziałam, kierując się do pokoju maluszków i chwilę potem włożyłam kocyk w skrzydełka malucha. Uspokoił się, ale tylko na chwilę i na nowo wybuchnął płaczem. Kołysałam go delikatnie, bezskutecznie próbując uspokoić. Maluchy zatroszczyły się o siebie same i wszystkie siedziały w salonie z zapałem smarując kredkami po kartkach. Usiadłam na fotelu z Kowalskim na kolanach i poklepałam po pleckach, kiedy maluszek się zakrztusił. Kowalski nakrył się kocykiem i wcisnął w kąt fotela. Jeszcze chwilę słychać było stłumiony szloch, ale w końcu maluszek się uspokoił. Zajrzałam pod kocyk. Kowalski właśnie zasypiał, ssąc koniuszek skrzydła.
Późnym popołudniem po burzy nie było śladu. Posadziłam pingwinki na parapecie i oczywiście stanęłam obok pilnując żeby żaden nie spadł. Kowalski - już uspokojony - spojrzał na mnie.
- Zaraz na niebie będzie tęcza. - wytłumaczyłam maluchom.
- Deszcz umył niebo. - zauważył Szeregowy. - Jest czyściutkie i niebieskie. - dodał.
- Mamusiu, a skąd tęcza? - spytał Kowalski.
- Zaraz wszystko wam wytłumaczę. - powiedziałam. - Skipper, przynieś kartkę i kredki. - nie zdążyłam jednak zdjąć malucha z parapetu, bo Szeregowy wyciągnął skrzydełko.
- Jest tęcza! - zawołał przejęty. - Ale znika.
- Nie martw się, skarbie. Po kolejnym deszczu powstanie nowa. - pocieszyłam go. - Dobra, schodzimy, bo jeszcze pospadacie.
- Mamo, skąd tęcza? - ponowił pytanie Kowalski. Narysowałam na kartce dużą kroplę, a po chwili dorysowałam słońce i duży promyk, który ją przebił i rozdzielił na kilka kolorowych kresek. Maluszki patrzyły z zainteresowaniem.
- Żeby powstała tęcza, potrzebne są kropelki deszczu  słońce. Kiedy promienie dotykają kropel, powstają kolorowe niteczki, a z nich tęcza. - powiedziałam. - Tęcza na niebie już zniknęła, ale my możemy wyczarować własną.
- Jak to? - zdziwił się Skipper.
- Chodźmy do ogrodu. - zaproponowałam. - Zrobimy tęczowy eksperyment. - chwilę potem ustawiłam wąż ogrodowy w taki sposób by woda płynęła drobnymi kropelkami tak jak z prysznica i skierowałam strumień w stronę słońca, które natychmiast rozświetliło kropelki. Tęcz anie była tak kolorowa i duża jak prawdziwa, ale maluchom bardzo się podobała. Niestety szybko też im się znudziła, chciały się bawić. Rico pognał do domu i chwilę potem wrócił z drewnianą łódeczką. Skipper z radością rozchlapywał wodę w kałużach. To naprawdę świetna zabawa. Założyłam maluchom kolorowe pelerynki przeciwdeszczowe na wypadek, gdyby znowu się rozpadało. Uśmiechnęłam się. Nie trzeba będzie ścierać podłogi, jeśli zdarzy się wypadek.
  • awatar Seiti: Powinnaś poszukać synonimu słowa "maluszek". Wielka pochwała za przystępnie opisaną tęczę. ;)
  • awatar frytki z majonezem.: Takie tęcze są najlepsze! :)
  • awatar *Mordka*: Tęczę zawsze piękne :D
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

abc.atlant
 
Dzisiaj dla odmiany wszyscy zwariowali na punkcie Walentynek. Przy śniadaniu (grzanki z pomidorami, kminkiem i serem) miało miejsce rozdawanie kartek walentynkowych. Nawet ja dostałem kilka i było mi odrobinę głupio, że ja nic dla nikogo nie mam. Po śniadaniu oczywiście na stok. Dzisiaj też mogliśmy pozjeżdżać sobie z tego najwyższego, tak jak wczoraj. Akurat zbliżała się pora obiadu, kiedy wyciąg zastrajkował, mną i panią Kremer wstrząsnęło i zawiśliśmy nad bezkresną bielą śniegu. Niby wcale wysoko nie było, ale gdyby ktoś spadł lub skoczył to by się zabił. Wychyliłem się odrobinkę, żeby spróbować zobaczyć co się dzieje, ale pani Teresa pociągnęła mnie za szalik. "Nie wychylaj się tak Kowalski. Musimy czekać, przecież w końcu nas stąd ściągną." Mijała godzina, w brzuszku burczało mi coraz bardziej no i widziałem, że pani Kremer ma kłopot z wysokością. Nie wiedziałem, że też ma akrofobię. Mi za to chciało się do ubikacji. Westchnąłem i odwróciłem się plecami do pani Kremer. Nie chciałem, żeby widziała moje gorączkowe podrygiwania. Po kolejnej godzinie było tylko gorzej. Cały się trząsłem, bolało mnie w podbrzuszu, bałem się, że długo już tak nie wytrzymam. "Proszę pani, ja..." odezwałem się. "Ja muszę do ubikacji." powiedziałem prawie z płaczem. Pani Kremer położyła mi dłoń na ramieniu. "Nic na to nie poradzę." westchnęła. "Staraj się wytrzymać, jestem pewna, że niedługo nas stąd ściągną." Niestety, nie ściągnęli. Skrzydła drżały mi coraz bardziej, gorączkowo przebierałem nogami, pęcherz miałem przepełniony co powodowało ból w podbrzuszu. Wcisnąłem dziób w szalik i rozszlochałem się. Naprawdę chciałem do ubikacji. "Cztery godziny..." westchnęła pani Kremer. "Ja już dłużej nie wytrzymam." zaszlochałem. "Kowalski..." odezwała się pani Kremer, ale ja już nie słuchałem. Czułem, że zaraz stanie się nieszczęście, fotel pode mną i tak był już mokry. Na policzki wypłynął mi rumieniec. Stało się. Pani Teresa usiłowała mnie uspokoić, ale ja tylko szlochałem gorączkowo w szalik. O Boże, nie... Z wyciągu ściągnęli nas pod wieczór. W hotelu odgrzali nam obiad (zupa z porów, zrazy w sosie grzybowym, szpinak zasmażany, a na deser ciastka z orzechami). Starałem się unikać wzroku pani Kremer, a zaraz po jedzeniu poszedłem do siebie i nie reagowałem kiedy próbowała ze mną rozmawiać. Taki wstyd... I to jeszcze w samiutkie Walentynki.
  • awatar Wiky the Metal-Punk!: Szkoda mi Kowalskiego... To jednak nie był udany dzień :/.
  • awatar Hanti: To nie jego wina. Nikt by nie wytrzymał 4 godziny. Miał pecha pingwin :(
  • awatar Pisarka~: O matko...Kowalski musi się trzymać... nie chcę, aby miał przez to traumę do końca życia T~T
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (4) ›