Wpisy użytkownika Kate - Writes z dnia 26 stycznia 2016

Liczba wpisów: 3

abc.atlant
 
Skipper obudził się rano, ze zdziwieniem obserwując, że w łóżku nie ma jego podwładnych. W skrzydle ciągle ściskał kocyk Kowalskiego.
- Dzień dobry Szefie. - odezwał się Kowalski.
- Cześć. - odparł Skipper. - Która godzina?
- Już po śniadaniu. Wzięliśmy Szefowi drożdżówkę z makiem. Zje Szef? - pingwinek kiwnął głową, zsuwając się z łóżka i sięgnął po drożdżówkę.
- Hej, wstałeś Skipper? - spytałam, zaglądając do pokoju. - Masz dziesięć minut, żeby zjeść i się wybrać, bo jedziecie do muzeum Auschwitze-Birkenau. - Skipper zakaszlał.
- Wy? - spytał. - Ty zostajesz? - kiwnęłam głową.
- Tak, wujek Janusz powiedział, ze mogę zostać. Nie musicie się o mnie martwić, pójdę sobie na spacer, odpocznę.
- Mamy z tobą zostać? - spytał Kowalski.
- Możecie, ale ja bym wolała, żebyście jednak pojechali. Wiem, że ci zależy na tym muzeum Kowalski, nie mów, że nie. - pingwinek spłonął rumieńcem, uśmiechając się. - Poradzę sobie. Skipper... Udało ci się usnąć?
- Tak. - pingwinek wlazł mi na kolana. - Koło pierwszej, no i musiałem podebrać Kowalskiemu kocyk.
- Chłopcy, gotowi jesteście? - do pokoju wszedł pan Frankowski. - Chodźcie, bo już trzeba jechać. - Skipper dał mi jeszcze buziaka i całą czwórką pobiegli za nauczycielem. Chwilę jeszcze siedziałam na wersalce, a potem zamknęłam pokój na klucz i poszłam do siebie. Nudziło mi się, nie miałam co robić, w telewizji też nie było nic ciekawego do oglądania, więc wzięłam płaszcz i wymknęłam się z hotelu. Padał śnieg. Przeszłam kawałek chodnikiem, kiedy usłyszałam, że ktoś mnie woła.
- Hej! - odwróciłam się. W moją stronę  biegł chłopak, który mnie wczoraj uratował. - Hej, wszystko dobrze?
- Tak. Tak myślę. - odpowiedziałam. - To ty mnie wczoraj...
- No. A właściwie czego chciała od ciebie tamta laska?
- Nie wiem. - wzruszyłam ramionami. - Bez przerwy czegoś ode mnie chce. Ale nawet nie wiem jak masz na imię.
- Andrzej. - odpowiedział chłopak. - A ty?
- Kate. - uśmiechnęłam się do Andrzeja. - Mieszkasz tu?
- Tak, w okolicy. Ale ciebie nigdy wcześniej tu nie wiedziałem.
- Mieszkam w Warszawie. Przyjechałam tylko na wycieczkę.
- Mhm. Czy piękna warszawianka miałaby ochotę na ciastko? Na przykład na bezę?
- Mam dwie godziny dla siebie, więc bardzo chętnie.
Chwilę potem siedziałam przy stoliku w kawiarni, naprzeciwko Andrzeja. Przystojny chłopak. Musze przestać mu się przyglądać.
- Dwa razy espresso prosimy. - Andrzej złożył zamówienie. - I dwie bezy. Przepraszam, nie spytałem czy pijesz kawę. - zreflektował się.
- Nie przejmuj się, piję. - odpowiedziałam z uśmiechem.
- To co? Te pingwiny to są twoje, tak? - spytał Andrzej, kiedy na stoliku wylądowało nasze zamówienie. Upiłam łyk kawy.
- Tak, moje. Chociaż w sumie to nie do końca. Nie są zwierzątkami domowymi, ja... Ja je kocham jak dzieci.
- Dzieci w tym wieku? - roześmiał się Andrzej.
- Dobrze wiesz o co mi chodzi. - kopnęłam go w kostkę pod stołem. - Tak, dzieci. Tyle, że adoptowane. - też się uśmiechnęłam.
- Wiem, ze mamy mało czasu. - Andrzej wyjął z kieszeni długopis i zaczął pisać coś na serwetce. - Zadzwoń do mnie. - powiedział, podsuwając mi serwetkę. - Tutaj masz mój numer telefonu i adres mailowy. - uśmiechnęłam się i też podałam mu zapisaną serwetkę, a on przechylił się nad stołem i pocałował mnie. I był to najpiękniejszy pocałunek na świecie.
- Hej, chłopcy. - odezwałam się, wsiadając do autobusu.
- Chyba powinnaś porozmawiać z Szefem. - powiedział Kowalski. Spojrzałam na Skippera, zwiniętego w kulkę w kącie fotela i zapatrzonego w okno. Usiadłam obok niego.
- Co się stało Skipper? - spytałam delikatnie.
- Pod muzeum Aschwitze dopadły go wiedźmy. - wytłumaczył Kowalski. - Niby nic się nie stało, bo Rico w prę zareagował, ale Szef przez całe zwiedzanie popłakiwał. A my nie wiemy, co zaszło. - wzięłam Skippera na kolana.
- Powiedziały mi, że beze mnie oddział świetnie sobie poradzi. Że jestem najsłabsze ogniwo. - poskarżył się pingwinek.
- Wierzysz w to? - spytałam. - Dobrze wiesz, że one zawsze uderzą tam gdzie boli. Nie płacz, je też to kiedyś spotka.
  • awatar frytki z majonezem.: Czytając o tej romantycznej randce w kawiarni nie mogłam przestać się uśmiechać...no bo nic nie poradzę na to, że Andrzej kojarzy mi się z tym "typowym Polakiem" z memów internetowych :D A Auschwitz jest fajne do zwiedzania. Nikt nie lubi, większość ludzi których znam ma jakąś traumę po wizycie tam, a ja bym tam chętnie wróciła. Mimo że smutno to mi się podobało.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

abc.atlant
 
Kate - Writes: Idziemy jeździć na wrotkach! Co z tego, że na zewnątrz jest mokro i wciąż pada śnieg? Zawsze można wykorzystać biurko komputerowe lub inną płaską powierzchnię. A pingwiny już nie mogą się doczekać zabawy.
IMG_0429.JPG

Ojć! Pierwsza wywrotka. Skipper i Kowalski od razu pędzą na ratunek. No cóż, Kowalski ma skończony kurs pierwszej pomocy, a Skipper zawsze potrafi opanować sytuację. I teraz też na pewno przyda się ta umiejętność.
IMG_0430.JPG

Szeregowy musi oczywiście sprawdzić, czy przybranej mamie nic się nie stało. Na szczęście wszystko jest w porządku i po krótkim odpoczynku można szaleć dalej. W międzyczasie zasłużony przytulasek.
IMG_0433.JPG
  • awatar Pinkamena Dine Pie: Miłej zabawy pingwiny ^^
  • awatar frytki z majonezem.: U mnie tam śnieg już nie pada :p Ale w domu bawi się lepiej, co racja to racja.
  • awatar serpentard210: U mnie śnieg już się stopił, a było tak ładnie. Poszłam nawet na łyżwy, co z tego że na jeziorku było jakieś 35 cm. śniegu. Ale życzę pingwinom miłej zabawy ;)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (4) ›
 

abc.atlant
 
Razem z kółkiem teatralnym wystawialiśmy dzisiaj na szkolnej scenie Hamleta. Pan Frankowski powiedział, że występ na scenie pomoże na moje - jak to określił - "napady wstydu". Wszyscy chcieli oczywiście mnie zobaczyć w trakcie słynnego monologu "Być albo nie być" i przed przedstawieniem zdążyłem dojrzeć Kasię i chłopaków w pierwszym rzędzie. Za kurtyną było rozkosznie cicho. Nie to co w domu, w charakteryzatorni czy garderobie. Tak cicho, że słyszałem bicie własnego serca, które biło szybciej niż zwykle i nierówno. Czułem, że dygocą mi nogi. Skrzydła, które zaciskałem na kurtynie, także drżały. Dodatkowo zaczynał boleć mnie brzuch, ale kiedy wspomniałem o tym panu Frankowskiemu skwitował to odpowiedzią "Z nerwów." Czułem bliską więź ze wszystkimi osobami biorącymi udział w przedstawieniu. Nie mogłem już tak po prostu uciec do domu, albo chociażby do toalety, bo trzykrotnie rozbrzmiał dzwonek. Moje serce przypominało jeden wielki kołaczący narząd, który próbował wykonać kilka tysięcy arytmicznych uderzeń na minutę. Pierwszy akt szedł nam całkiem składnie. Zerknąłem na widownię, kątem oka dostrzegając, że cała ekipa jak zaklęta wpatruje się we mnie. Po pierwszym akcie rozbrzmiały oklaski. Powoli opadało napięcie. Kołatanie serca ustało, skrzydła już nie drżały, tylko brzuch bolał coraz bardziej i trochę mnie mdliło. Pod koniec drugiego aktu wygłaszałem monolog. Z początku jeszcze szło dobrze, ale potem nie mogłem już ignorować narastającego bólu brzucha. Było mi niedobrze. Przerwałem wpół słowa, jedno skrzydło przyciskając do dzioba, drugie do brzucha. Brało mnie na wymioty. W oczach stanęły mi łzy. Pan Frankowski czuwający za kulisami sprowadził mnie ze sceny, widząc, że zaraz zwymiotuję. Potem naprawdę zwymiotowałem. "Położyłem spektakl, przepraszam." odezwałem się, kiedy pan Frankowski klęczał przy mnie na kafelkach w ubikacji. "Nic nie położyłeś." odpowiedział nauczyciel. "Co prawda nie mamy już Hamleta, ale jakoś się wykaraskamy." Skończyło się na tym, że czuję się strasznie. Nigdy więcej nie wyjdę na scenę.
  • awatar frytki z majonezem.: Nie martw się Kowalski, mnie też zawsze na siłę "uspołeczniają" i potem wychodzą z tego niezłe kwiatki :D
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›