Wpisy użytkownika Kate - Writes z dnia 17 stycznia 2016

Liczba wpisów: 1

abc.atlant
 
Rozdział 5 - ze specjalną dedykacją dla frytek z majonezem.

Zajrzałam do pokoju maluszków, stwierdzając, że jest tam podejrzanie cicho. Wszystkie ciągle spały. No dobrze, nie wszystkie, bo Kowalski siedział w łóżeczku, bawiąc się kocykiem. Maluszek wyciągnął do mnie skrzydełka. Hmm... Aż dziwne, że mnie nie zawołał.
- No, chodź. - powiedziałam, biorąc go na ręce. - Jak się spało? - pieluszka oczywiście była mokra, więc najpierw musiałam Kowalskiego przewinąć. Dopiero później zabrałam go do kuchni.
- Co to? - spytał pingwinek, widząc, ze za oknem jest biało.
- To jest śnieg, skarbie. - odpowiedziałam. - I można się w nim świetnie bawić. - podałam maluszkowi butelkę mleczka. Kowalski przyssał się do smoczka, nie spuszczając wzroku z okna. Chwilę później rozległo się wołanie pozostałej trójki.
- Chłopcy, pójdziemy się pobawić na śniegu? - spytałam, kiedy wszystkie były już po śniadaniu.
- Co to śnieg? - spytał Szeregowy. No tak, były jeszcze malutkie, skąd mogły wiedzieć.
- Coś, co się wam na pewno spodoba. Chodźcie. - w korytarzu opatuliłam pingwinki szalikami, a Kowalskiemu wsunęłam na główkę czapkę. Łatwo się przeziębiał. Zaciekawione maluchy wyjrzały na zewnątrz, kiedy już sama się ubrałam i otworzyłam im drzwi. Całe podwórko było pokryte czymś białym. Pierwszy na dwór wyszedł Rico, ze zdziwieniem stwierdzając, że to białe, jest również mokre i zimne. Potem włożył w to białe coś skrzydło i wpakował sobie do dzioba. Ośmielone pingwinki poszły w ślady przyjaciela. Tylko Skipper ciągle stał za progiem, nieśmiało wyglądając na podwórko.
- Może lepiej tego nie rób Rico. - powiedziałam. - Nie każdy śnieg jest czysty. Chodź do nas Skippuś, nie bój się. - Skipper ostrożnie postawił nóżkę na śniegu, zapadł się i przewrócił.
- Ostrożnie. - podniosłam maluszka z zaspy. - Zobacz jak chłopcy świetnie się bawią. - pingwinki w międzyczasie zdążyły odkryć, ze śnieg się klei i toczyły teraz dużą kulę.
- Chcesz się z nimi bawić, Skipper? - spytałam. - Idź do nich. - maluszek niepewnie zrobił kilka kroków, chwiejąc się i dołączył do kolegów.
- Jak chcecie, to mogę wam ulepić igloo. - zaproponowałam. - To taki domek ze śniegu. - wytłumaczyłam, widząc, że maluchy nie bardzo rozumieją o czym mówię.
Dwie godziny później igloo było gotowe, a pingwinki zmęczone. Szeregowy ziewnął.
- Śpiące? - spytałam, biorąc go na ręce. - Chodźcie na drzemkę. Potem pójdziemy na sanki. - zaprowadziłam maluchy do domu, wytarłam do sucha i przysypiające zaniosłam do łóżeczka. Miałam jakieś półtorej godziny, żeby zrobić obiad.
Nadziewane pomidory znikały w zawrotnym tempie. Maluchy mnie mogły się doczekać obiecanych sanek (choć prawdę mówiąc nie wiedziały, co to). Wreszcie skończyliśmy jeść, zniosłam sanki ze strychu i wyszliśmy z domu, kierując się w stronę najbliższego pagórka. Pingwinki szybko odkryły, że mogę je na sankach ciągnąć i już wtedy miały niezłą frajdę. Na górce nie było nikogo z wyjątkiem małej dziewczynki z babcią. Maluchy patrzyły na mnie, nie rozumiejąc po co tu przyszliśmy.
- Siadajcie. - powiedziałam, układając na sankach kocyk, żeby maluszkom nie było twardo. - Popchnę was teraz, dobrze? A wy sobie zjedziecie z górki. delikatnie popchnęłam sanki, a pingwinki znalazły się na dole. a co więcej, strasznie im się to spodobało.
- Jeszcze! - wołał Kowalski po każdym zjeździe.
- Pobawcie się chwilkę sami. - powiedziałam. - Muszę odpocząć. - maluszki zrobiły zawiedzione minki, ale posłusznie zajęły się sobą. Nie dane mi jednak było cieszyć się chwilą spokoju, bo usłyszałam przeraźliwy pisk i szloch jednego z pingwinków. Skipper spadł z sanek, które podskoczyły na kamieniu, zarył dziobem w śniegu i rozpłakał się.
- Nic ci się nie stało? - spytałam, biorąc go na ręce i dotykając po kolei skrzydełek, nóżek, brzuszka i główki pingwinka. - No, na szczęście nie. Hej, no już. Przecież nie zrobiłeś sobie krzywdy. Wystraszyłeś się, tak? Ojej, biedactwo. - tuliłam do siebie szlochającego maluszka, kołysząc go delikatnie. - Skippuś... Nie płacz, proszę. - widząc, że nic nie pomoże, wyjęłam z kieszeni kurtki ciastko czekoladowe, rozerwałam zębami opakowanie i podsunęłam pingwinkowi, ale maluch pokręcił tylko głową.
- Mamusiu... - zaszlochał Skipper. - Do łazienki.
- Aaa... Bo tobie się chce... Chodź. - zorientowałam się, że pingwinek nie płacze tylko z powodu wypadku, i że nie bardzo wiedział jak mi zakomunikować, że chce mu się do ubikacji. - Trzeba było powiedzieć. - wytarłam Skipperowi łzy i odeszłam z nim kawałek, ale tak, żeby cały czas mieć na oku resztę i pingwinek zrobił swoje. - Zjedz teraz ciastko. - poprosiłam. - I będziemy się powoli zbierać, bo zaczyna się robić ciemno.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (4) ›