Wpisy użytkownika Kate - Writes z dnia 10 stycznia 2016

Liczba wpisów: 1

abc.atlant
 
Pomysł z zabraniem Kowalskiego na pasterkę okazał się niewypałem. Pingwinek usnął już w drodze do kościoła i musiałam go nieść. W czasie mszy obudził się tylko raz i tylko po to, żeby przekręcić się w moich ramionach na drugi bok. Poza tym przespał całe nabożeństwo, drogę do domu i nawet pożegnanie z ciocią Cenią, która zaraz po pasterce wracała do siebie. Nie pisnął też ani słówka, kiedy już po wszystkim kładłam go w łóżku. Kowalski westchnął przez sen i odwrócił się do ściany. Uśmiechnęłam się, otulając go kołdrą.
- Śpij dobrze. - szepnęłam, dając mu buziaka na dobranoc, podniosłam głowę i.. Gdzieś z zewnątrz dobiegał dźwięk dzwoneczków. Rzuciłam się do okna i spojrzałam w niebo, po którym sunęły sanie zaprzężone w renifery.
- Kowalski... - potrząsnęłam pingwinkiem.
- Hmm? - Kowalski spojrzał na mnie nieprzytomnie.
- Wstawaj i chodź. - powiedziałam. - Skipper. Skipper!
Razem z pingwinami wybiegłam na dwór. Całą czwórka z wyczekiwaniem wpatrywała się w niebo, ale sań nie było nigdzie widać. Uchyliłam się odruchowo, słysząc huk dochodzący z pobliskiego lasu. Skipper spojrzał na mnie i wystartował w tamtą stronę. Pingwiny podążyły za nim. Ostrożnie rozchyliłam gałęzie krzewów. Na polance stały sanie, z których gramolił się właśnie...
- Święty Mikołaj? - odezwałam się.
- Ho ho ho. Czyli dzień dobry... Dobry wieczór... - powiedział na nasz widok mężczyzna w czerwonym płaszczu. - Potrzebuję pomocy. - jak skamieniała, patrzyłam na niego szeroko otwartymi oczami.
- Czemu tak patrzysz? - spytał Mikołaj. - Nie widziałaś nigdy Świętego Mikołaja?
- Podobno nie można zobaczyć Świętego Mikołaja.
- Uznałem, że sytuacja jest wyjątkowa. A do tego ty jesteś wyjątkową osobą. Naprawdę musicie mi pomóc.
- No i wszystkie moje renifery pouciekały, a mam do oblecenia jeszcze trzy kontynenty. - skończył tłumaczyć Mikołaj. Siedziałam obok niego w saniach.
- My pomożemy. - zaofiarował się Szeregowy.
- Zaraz, co? - poderwałam się z miejsca. - A niby jak?
- Otóż tak. - Skipper wdrapał się na sanie, już wpięty w uprząż. - Skoro renifery mogą, to ja też.
- Jesteś nielotem. - ręce mi opadły. - Nie, to się nie uda. - zupełnie nie zwróciłam uwagi na to, że pingwiny zapięły się w uprząż, obsypały piórka magicznym pyłem i poleciały. Krzyknęłam, kiedy saniami szarpnęło i opadłam na ławeczkę obitą zielonym pluszem.
- Skipper... Wy... - odezwałam się, patrząc na pingwiny.
- I co? Pingwin a lata. - uśmiechnął się przywódca. Do oblecenia zostały nam Australia, Azja i kawałek Europy, co - zważywszy, że mieliśmy sześć godzin do wschodu słońca - było niemożliwe. A jednak... Z Australią poszło szybko i - nie licząc kilku nieudanych lądowań - Święty Mikołaj był z nas bardzo zadowolony. Trochę gorzej było z Azją.
- Musimy zdążyć w trzy godziny. - powiedział Mikołaj. - Wtedy jeszcze trochę czasu zostanie nam na Europę.
- Ale Azja to duży kontynent. - powiedziałam.
- Widzisz, ja jestem w wielu miejscach jednocześnie. - powiedział Mikołaj, głaszcząc się po brodzie. - Wiesz, czemu Einstein wziął się do opracowywania tej swojej teorii względności? Chciał się dowiedzieć, jak w jedną noc obskakuję cały świat. I prawie mu się to udało... - saniami wstrząsnęło.
- Pada nam silnik! - zameldował Skipper. - Kowalski, nie zasypiajcie! - wychyliłam się z sań i dotknęłam pingwinka.
- Kowalski, wiem, że jesteś zmęczony. - powiedziałam. - Wszyscy jesteśmy. Jeszcze troszkę, nie śpij. - Kowalski pokiwał głową, całą siłę wkładając w to, żeby nie zamknąć oczu. A jednak się udało i azjatyckie dzieci też dostały prezenty.
- No to teraz na Europę. - Skipper ziewnął szeroko.
- Magiczny pył przestaje działać! - krzyknął Szeregowy.
- Ja muszę do łazienki. - przyłączył się Kowalski. W sumie to go podziwiałam. Zazwyczaj na każdej wycieczce szliśmy szlakiem lokalnych toalet, a tu proszę, cały wieczór i całą noc bez wizyty w ubikacji i ani słowa skargi. Pingwiny podchodziły do lądowania, ale sanie i tak zaryły w śniegu. Kowalski podrygiwał nerwowo, usiłując wyplątać się z uprzęży.
- Poczekaj, pomogę. - odpięłam kilka klamerek, rozwiązałam gruby rzemień i pingwinek śmignął w krzaki.
- Dziękuję. - święty Mikołaj położył mi dłonie na ramionach. - Za pomoc. No i nie spytałem, o czym marzysz.
- Ja nie mam marzeń. - odparłam.
- Każdy ma. - Mikołaj posadził mnie w saniach i otulił swoim płaszczem. Pingwiny znowu poderwały się do lotu. Kołysanie w końcu sprawiło, że usnęłam, a kiedy się obudziłam, leżałam w łóżku Gosi. Poderwałam się gwałtownie, pobiegłam na górę i odetchnęłam z ulgą. Pingwiny też spały w swoich łóżkach.