Wpisy użytkownika Kate - Writes z dnia 14 czerwca 2015

Liczba wpisów: 1

abc.atlant
 
W czasie kolejnego postoju ciocia Jola i pan Frankowski postanowili zebrać trochę owoców i zostawili obóz pod moim nadzorem.
- Chyba widziałam jadalne owoce. - cioci wydawało się, że pomiędzy liśćmi błysnęło jej mango... albo granat. Przeskoczyła zwalony pień drzewa i znalazła się w grząskim bagnie. Chwilę potem niedaleko cioci utknął nauczyciel. Przy każdym ruchu bagno wciągało ich coraz głębiej. Pan Frankowski wziął głęboki wdech.
- Nie ruszaj się! - zawołał. - Nie wykonuj żadnych ruchów.
- To jak mamy się z tego wydostać? - spytała ciocia z rozpaczą. - Jesteśmy tu kompletnie sami.
- Wydostanę się i pomogę ci.
- Wpadniesz jeszcze głębiej! - krzyknęła histerycznie ciocia Jola. - Mnie się każesz nie ruszać, a sam zapadłeś się głębiej.
- Jeszcze nie jest tak źle. - uśmiechnął się nauczyciel, pokazując, że nadal ma wolne ręce, a do ramion i szyi jeszcze trochę mu zostało. Uśmiech jednak powoli gasł. Miał coraz większy problem z oddychaniem, błoto naciskało mu na żebra, pozbawiając go tchu. Wiedział już, że nie jest w stanie sam wydostać się z bagna. Nie to jednak najbardziej paraliżowało jego myśli. Jeśli on nie pomoże Joli to kto? Ma podzielić jego los? Ich życie zakończy się w tej błotnistej kałuży? A co z resztą w obozie? Z pingwinami? Nie tak to sobie Janusz wyobrażał. Jola nie potrzebowała słów, by poznać myśli nauczyciela. Była świadoma, że oto nadchodzi koniec... Ale nie chciała tak łatwo się z tym pogodzić, nie mogła przecież zginąć bezsensownie, po tym wszystkim, co dopiero przeżyli. I ma jeszcze patrzeć na śmierć Janusza? O nie! Po stokroć nie! Gorączkowo przypominała sobie wskazówki i reguły postępowania w przypadku takim jak ten, kiedy bagno nie chce wypuścić swojej ofiary. Zaczęła się znowu rozglądać za jakimś pniem, konarem, lianą, czymkolwiek, czego mogłaby się chwycić. Wodziła wzrokiem po powierzchni bagna. Nic.
- Jolu. - odezwał się Janusz. - Wiem, ze to może nie najlepszy moment, ale wiesz... może lepszego już nie będzie. - zaśmiał się.
- No...? - ciocia wciąż była skupiona na szukaniu pnia.
- Już dawno chciałem cię o to prosić, ale wciąż nie miałem odwagi...
- O czym ty mówisz? - Jola odwróciła do niego głowie. Janusz wziął ją za rękę.
- Czy wyświadczysz mi ten zaszczyt i... zostaniesz moją żoną...? - ciocia Jola poruszyła się gwałtownie i w efekcie zapadła się kilkanaście centymetrów w dół.
- Janusz czy ty mówisz poważnie?
- Jola, nie żartuję. - odparł z powagą. - odpowiedz.
- Tak, wyjdę za ciebie... - wyszeptała Jola. - Chociaż mogłeś wybrać lepszy moment. - w błocie wreszcie namacała korzeń potężnego mangrowca. Z ulgą złapała korzeń i sięgnęła za pasek, gdzie w skórzanej pochwie tkwił jej ubłocony nóż. Odcięła nim długie pnącze. Jednym końcem obwiązała się w pasie, a drugi przywiązała do gałęzi, aby mogła ponownie wydostać się z błota. Niezdarnie pełznąc zbliżyła się do Janusza. Usiłowała obwiązać go liną. Janusz, choć nie mógł się prawie wcale poruszać, robił co mógł, aby ułatwić jej zadanie. Powoli, mozolnie, pomagając sobie nawzajem, oboje wydostali się na brzeg. Minęła dłuższa chwila zanim odetchnęli głęboko. Leżeli na plecach i patrzyli w górę, gdzie ponad ich głowami baldachim zielonych koron drzew przysłaniał niebo. Nagle jasny promień słońca przebił się przez gąszcz i zalśnił między liśćmi.
- Żyjemy! - wyszeptała ciocia Jola.
- Tak, żyjemy! - pan Frankowski sam jeszcze nie mógł uwierzyć, że tak jest naprawdę. Złapali się za ręce, a potem zaczęli się śmiać. głośno, aż echo niosło się po dżungli.
- Tu jesteście! - odezwał się Skipper, przedzierając się przez chaszcze.  - Co wam się stało?
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (5) ›