Wpisy użytkownika Kate - Writes z dnia 21 maja 2015

Liczba wpisów: 3

abc.atlant
 
Gdy Makoto Konno zyskuje umiejętność cofania się w czasie, szybko postanawia wykorzystać ją do własnych celów. Wielu innych uczniów szkół średnich udałoby się pewnie do lokalnego odpowiednika kolektury totolotka, jednak ona pragnie tylko tego, żeby dni były wypełnione zabawą. Ma w końcu szansę skorygować różne swoje wpadki, poprawić szkolne oceny i śpiewać do woli w salonie karaoke. Po pewnym czasie przekonuje się jednak, że jej szczęście może powodować tragedie innych ludzi, a niektóre sprawy bardzo trudno odkręcić.
94487_qbnkscwdlgh360z1exm7u248ifta5jpo9vry.jpg

Nad anime, będącym jednocześnie uwspółcześnieniem i kontynuacją wydanej w 1965 roku powieści Yasutaki Tsutsui, wyraźnie unosi się duch literackiego pierwowzoru. Widać to choćby w początkowych scenach, gdy bohaterka przedstawia siebie za pomocą monologu wewnętrznego. Co prawda jej wyobrażenia o sobie odrobinę rozmijają się z rzeczywistością, ale to sprawia, że jeszcze łatwiej polubić Makoto od pierwszych minut. Poznajemy też jej znajomych z ich aspiracjami, małymi dramatami i pierwszymi fascynacjami. Podobało mi się, że nawet postacie z dalszego planu, jak choćby niesforna, puddingożerna siostra, potrafiły pokazać wyrazistą osobowość. Twórcy mogli by trochę pogłębić postać spokojnego i zrównoważonego Kousukego Tsudy, lecz i bez tego miło było patrzeć na paczkę przyjaciół, jaką tworzył razem z bardziej swobodnym Chiakim Mamiyą i Makoto.
Toki.wo.Kakeru.Shoujo.600.1189700.jpg

Toki wo Kakeru Shoujo kojarzyło mi się miejscami z „Dniem Świstaka”, zwłaszcza, gdy bohaterka bawiła się w swatkę, a kolejne podejścia z różnych powodów kończyły się niepowodzeniem. Miałam wiele okazji do uśmiechu, ale należy być przygotowanym na to, że w pewnym momencie komizm ustępuje miejsca bardziej dramatycznemu rozwojowi sytuacji.
Twórcom należą się pochwały za dopracowanie oprawy graficznej. Nie brak tu prześlicznych krajobrazów, ale nawet widok opuszczonej ulicy czy też szkolnego korytarza mogą sprawdzić się w roli komputerowej tapety. Obecnie znajduję się na etapie wyszukiwania szczegółów, które umknęły mi, gdy pierwszy raz oglądałem to anime. Nie chcę pozbawiać widzów przyjemności odkrywania takich smaczków, ale warto zwrócić uwagę choćby na to, jak zmienia się wystrój niektórych pomieszczeń pod wpływem drobnych zdarzeń w przeszłości. Jedyna rzecz, do której mógłbym się przyczepić, to cienie bohaterów. Często wykazują one tendencję, by dokładnie chować się pod stopami.
Toki.wo.Kakeru.Shoujo.600.666337.jpg

Równie udana okazała się oprawa muzyczna, która, używając głównie dźwięków fortepianu, potrafi wyrazić całą gamę emocji. Muzyka towarzyszy Makoto, gdy ze swoim nowozdobytym talentem udaje się na podbój świata (a przynajmniej najbliższych okolic), w dramatycznych chwilach, jak i momentach zadumy. Końcowa piosenka, Garnet w wykonaniu Hanako Oku, stanowi podsumowanie filmu, a jednocześnie pozwala mieć nadzieję, że bohaterka odważnie stawi czoła swojej przyszłości.
Toki wo Kakeru Shoujo to dla mnie jedno z najbardziej udanych anime z 2006 roku, a jednocześnie dowód, że Studio Ghibli nie ma wyłączności na magię w filmach kinowych. Gorąco polecam.
Toki.wo.Kakeru.Shoujo.600.618543.jpg
  • awatar Art et la Vie: Jak już skonstruuję wehikuł czasu skorzystam z pomysłu przeniesienia się do kolektury totolotka i... żyć nie umierać :D
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

abc.atlant
 
Dzisiaj pan Frankowski wziął zwolnienie ze szkoły, to znaczy z pracy i nie zwracając uwagi na brzydką pogodę pojechaliśmy do Instytutu. Byłem naprawdę podekscytowany, bo ostatni raz byłem tam ponad miesiąc temu, jeszcze przed świętami Wielkanocnymi. Naprawdę się cieszyłem, że znowu zobaczę panią Sznuk i pana Bieleckiego, no i oczywiście innych naukowców. Poza tym dzisiaj miał być testowany tunel czasoprzestrzenny i chciałem przy tym być. Droga dłużyła mi się jeszcze bardziej niż zwykle, ale natychmiast, kiedy tylko dojechaliśmy, poprosiłem, żebym mógł zobaczyć to cudo. Pan Bielecki odpowiedział mi na to, że mam szczęście, że przyjechałem w samą porę, żeby zobaczyć test z pełną mocą. Pan wziął klucze do sali z Pierścieniem, fachowej nazwy nie umiem powtórzyć, a co dopiero napisać. Oprócz nas do sali wszedł też pan Frankowski, żeby, jak to ujął, pilnować mnie, żeby mi się co nie stało i inni naukowcy. Parametry zostały ustawione, silnik zabuczał, po metalowej obudowie Pierścienia przeskoczyło kilka iskier. Zaczęło się. Powoli otwierał się tunel czasoprzestrzenny. Pan Marek wydał z siebie triumfalny okrzyk, cała reszta cieszyła się jak małe dzieci, zresztą ja wcale nie mniej. Po udanym teście poprosiłem, żebym mógł obejrzeć Pierścień z bliska. Popatrzyli po sobie. "Obejrzyj" zgodził się w końcu jeden z naukowców "Tylko uważaj, tam jest naprawdę silne pole elektromagnetyczne." pokiwałem głową, że będę uważał i wyszedłem z  pomieszczenia oddzielonego od hali szybą. Podszedłem powoli do Pierścienia. Czyżby po jego obudowie naprawdę przeskoczyło kilka iskier? Stwierdziłem, ze tylko mi się zdawało i podszedłem bliżej. Metalowa konstrukcja, elektromagnesy, kable plączące się na podłodze. Nagle poczułem ostry ból głowy i aż zgiąłem się wpół. Serce zaczęło mi bić szybciej, oddech mimowolnie także przyspieszał. Zakręciło mi się w głowie. "Kowalski!" usłyszałem pana Frankowskiego. Przed oczami zatańczyły mi czarne plamy. Podbiegło do mnie kilku naukowców, ale ja nie reagowałem, kiedy chcieli mnie stamtąd wyciągnąć. Straciłem przytomność. Ocknąłem się w swoim małym gabinecie na krześle, przykryty kocem. "Mówiłem o polu elektromagnetycznym." usłyszałem głos gdzieś daleko. Wokoło stali naukowcy z Instytutu, a nade mną pochylał się pan Frankowski. "Wystarczy szaleństw, wracamy do domu" zdecydował, biorąc mnie na ręce. Nie protestowałem. W drodze do Warszawy czułem się jeszcze gorzej. Było mi niedobrze. "Proszę pana..." zacząłem. "Może się pan zatrzymać?" "Chce ci się do ubikacji?" "Niedobrze mi." odpowiedziałem słabo i pan zjechał na pobocze. Wysiadłem pooddychać, ale dalej źle się czułem i musiałem pobiec za krzaki, żeby nie zwymiotować na jezdnię. Tak się skończyły eksperymenty z polem elektromagnetycznym.
  • awatar SallyLou: Wkradło ci się kilka błędów, ale przyznam szczerze, że ten rozdział bardzo mi się podoba :D Ta fizyka i normalnie widzę w Kowalskim drugiego Tony'ego Starka :P
  • awatar Art et la Vie: Ciekawe czy tunele czasoprzestrzenne istnieją naprawdę. Einstein twierdził że tak. Szalenie ciekawa sprawa :)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

abc.atlant
 
Skipperowi coraz bardziej rzedła mina. Ciocia Jola mówiła, że niedługo będziemy jeść kolację, ale ile potrawa to "niedługo" nie miał zielonego pojęcia. A pęcherz domagający się opróżnienia wcale mu nie pomagał. A gdyby tak zostać w tyle i przykucnąć gdzieś w trawie? to akurat nie wchodził w grę. Pingwinek resztkami silnej woli próbował wytrzymać. Pan Frankowski mówił, że najpóźniej o osiemnastej musimy wyjechać, a była dopiero siedemnasta. No i nie wiadomo gdzie jest najbliższa stacja benzynowa i czy w ogóle jest na niej toaleta. Skipper stanął w miejscu. Nie, nie wytrzyma, nie zrobi ani kroku dalej. Na szczęście ciocia Jola zarządziła przystanek. Pingwiny rzuciły się na jedzenie. Skipper rozwinął swoją kanapkę z papieru śniadaniowego i ugryzł kawałek. Sałata, kurczak, pomidor, ostry sos, pycha... Pingwinek z trudem przełknął. Nie miał ochoty na jedzenie. Przepełniony pęcherz po raz kolejny dał o sobie znać i Skipper poruszył się niespokojnie. Pingwinek kręcił się na trawie ze łzami w oczach. Naprawdę strasznie chciało mu się do ubikacji. Kolejny kęs kanapki o mało nie stanął mu w gardle. Więcej nie zje. Skipper wpatrywał się w ziemię załzawionymi oczkami. Miał ochotę się rozpłakać. Nagle poczuł dreszcze przeszywający jego ciało i łzy popłynęły po policzkach. Pingwinek odłożył ledwo napoczętą kanapkę z powrotem na papier i podbiegł do mnie.
- Mamo... - zaczął niepewnie. - Muszę pójśc do ubikacji.
- Przecież stawaliśmy przy tym murze. Miałeś to wtedy załatwić. - odszepnęłam dyskretnie.
- Ale nie załatwiłem. - Tam była wycieczka z przewodnikiem i... i... - Skipper gorączkowo szarpał mnie za rękaw. - Naprawdę, muszę... - dodał. Spojrzałam na pingwinka przestępującego z nogi na nogę. Widać było, że to naprawdę pilna sprawa, a Skipper nie może już wytrzymać.
- I co ja mam ci na to poradzić? - spytałam.
- Odejdź ze mną kawałek. - poprosił. - Ja już nie wytrzymam... Proszę... - jęknął pingwinek zaczynając szlochać.
- Nie płacz, spokojnie. - poprosiłam. - Zaraz za Odrzykoniem jest stacja benzynowa...
- Ale ja muszę teraz. - pingwinek przerwał mi wpół zdania. Przeniosłam wzrok na pana Frankowskiego i ciocię Jolę. - Mamo... Proszę... - Skipper podskoczył.
- Chodź. - wzięłam kręcącego się nerwowo pingwinka na ręce i odeszłam z nim kawałek od miejsca pikniku. Skipper wbiegł za gesty krzak i nie oglądając się już na nic, przykucnął. Pingwinek odetchnął z niemałą ulga i wziął ode mnie chusteczkę higieniczną.
- Lepiej? - spytałam, kiedy Skipper pociągnął mnie za nogawkę, a on z uśmiechem pokiwał głową. - To wracamy. - pingwinek poszedł ze mną w miejsce, gdzie zostawiliśmy resztę. Powoli wracał mu apetyt i dopiero teraz poczuł, jaki jest głodny.
- I kto tu ukrywa przed światem swoje problemy? - skomentował Kowalski, kiedy jego Szef wgryzł się w kanapkę. Skipper tylko posłał mu kwaśną minę. Nie chciało mu się wymyślać żadnej ciętej riposty.
- Ktoś ma ochotę na deser? - spytał pan Frankowski wyjmując z plecaka pudełko z ciastkami z kremem i owocami. - Ciastka prosto z Podkarpacia.
- Ja chcę! - krzyknęły na raz wszystkie zwierzaki.
- Ja też chcę. - przyłączyłam się. Ciocia Jola uśmiechnęła się i położyła głowę na ramieniu pana Frankowskiego, a nauczyciel objął ją ramieniem. Wyraźnie coś iskrzyło między nimi.
Zbliżał się wieczór i jeśli chcieliśmy być w domu przed północą, trzeba było już wyjeżdżać. Pingwiny były zmęczone i nie miały siły nawet na rozmowę. Kowalski przytulił się do koca i odwrócił do okna, Szeregowy usną od razu, za to Skipper wcale nie był śpiący.
- Kowalski... - pingwinek odwrócił się kiedy przywódca położył mu skrzydło na ramieniu. - Sorry za ten pamiętnik. To znaczy... Szanuję wasze tajemnice.
- Moich Szef nie uszanował.
- Leżał na biurku. To nie była do końca moja wina...
- Myślałem, że na biurku jest bezpieczny, bo nikt mi nigdy w papierach nie grzebał. Jak widać się pomyliłem.
- Naprawdę przepraszam.
  • awatar Art et la Vie: Haha, ja nie mogę z tego Skippera. Ale co by było gdyby tam nie rosły żadne krzaki? :D
  • awatar Kate - Writes: @Art et la Vie: Łatwo się można domyślić.
  • awatar SallyLou: Ciąg dalszy cierpień Skippera :) Fajnie napisane i po raz kolejny muszę powiedzieć: podziwiam twoją wenę, ja bym nie umiała tyle pisać. Ciekawa jestem, czy Kowalski w końcu wybaczy Szefowi...
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›