Wpisy użytkownika Kate - Writes z dnia 9 kwietnia 2015

Liczba wpisów: 1

abc.atlant
 
Kate - Writes: Leżałem od kroplówką, z maską tlenową na dziobie. antybiotyki też wprowadzano mi dożylnie, dwa razy dziennie. ale dla mnie nie istniało już coś takiego jak noc i dzień. Po prostu sobie trwałem, wciąż i wciąż... Dźgnięcie bólu w dziwnym miejscu - tuż pod żebrami po lewej stronie. Plastikowa rurka. Pielęgniarka oznajmiła mi, że mama na mnie czeka. Ucieszył mnie jej widok, choć wyglądała na zmęczoną i zmartwioną. Od chorowania gorsze jest tylko denerwowanie najbliższych. Znów zapadłem się w nicość. W krótkich przebłyskach świadomości uświadomiłem sobie, że przez syk aparatury tlenowej przebija nowy dźwięk. Kobiecy głos wypowiadający niezrozumiałe dla mnie zdania. Słowa brzmiały melodyjnie, kojąco. Jak kołysanka. Ale nic nie rozumiałem. Pewnie przez te leki. Oczywiście. Otworzyłem oczy i skupiłem wzrok na miejscu koło okna, gdzie niedawno stała mama. W cieniu majaczył profil młodej dziewczyny. Mama? Te leki mieszały mi w głowie. Niechętnie znowu osunąłem się w półprzytomność. Jakiś czas później, przedzierając się przez mgłę, spojrzałem tam, gdzie widziałem widmo mamy. Ku mojemu zdziwieniu nadal tam siedziała, na krześle przy oknie. Powoli uświadomiła sobie, że na nią patrzę. Uśmiechnęła się do mnie. Pokój wypełniło promienne światło. Pochyliła się i położyła mi dłoń na policzku. I zniknęła. Ale miałem jazdę po tych lekach. Następne dwadzieścia cztery godziny miały zdecydować o wszystkim. Jeśli wszystko będzie w porządku, możliwe, że szybko wyzdrowieję. A jeśli nie? Na ścianie przede mną wisiała dręcząco jaskrawa reprodukcja. Abstrakcyjny pejzaż nadmorski. Między plażą a klifem była ukryta ludzka twarz. Gdybym mógł się zwlec z łóżka, wyrzuciłbym ten bohomaz za okno. Ale szpitalne okna się nie otwierały. Minęła doba. Przeżyłem. Pielęgniarka - Mary - przedstawiła mi się i wymieniła maskę tlenowa na rurki, po jednej w każdym nozdrzu. Okazały się zaskakująco wygodne i mniej klaustrofobiczne niż maska. Mary spytała - pisząc coś w mojej karcie - czy to nie wspaniałe, że moja mama przyjechała. Więc to jednak nie był sen. Pewnie przyjechała, żeby być ze mną. Myślała o mnie. Po tym co jej zrobiłem. Przez ból i otępienie przebiła się nowa emocja; radość. Czysta radość. Mama naprawdę tu była. Siedziała obok mnie. miała na ramionach biały szal. Przyglądałem się jej twarzy, szukałem znajomych cech, śladu po ospie wietrznej nad prawą brwią. Ze smutkiem zauważyłem, że jej oczy już nie błyszczą tak jak wtedy, kiedy widziałem ją ostatnio. A jednak, kiedy do mnie podeszłą, okazała się ta samą młodą dziewczyną, która kochałem. Nigdy nie widziałem w jej oczach takiej czułości. Łagodnie powiedziała, że mnie kocha, że tęskni za mną. Odpowiedziałem słabo, ze ja też. Źle zacząłem. Powinienem przynajmniej podziękować. Spytała, czy chce mi się pić. Skinąłem głową na co przyłożyła mi do dzioba papierowy kubek. Czułem się słaby i bezbronny. Opadłem na poduszkę. Na dziób cisnęły mi się setki pytań. Kiedy przyjechałaś? To było jedyne zdanie jakie udało mi się wypowiedzieć. Odpowiedziała, ze parę godzin temu i przybiegła prosto z dworca kolejowego. A ja... znowu zasnąłem. Mógłbym spać godzinami, nawet całymi dniami, gdyby mi pozwolili. Ale Mary budziła mnie co godzinę, żeby sprawdzać moje parametry życiowe. Nadeszła kolejna noc , która wlokła się w nieskończoność. Usłyszałem, że mam niskie ciśnienie i gorączkę, ale nic mnie to nie obchodziło. Chciałem tylko spać. Godziny ciągnęły się niemiłosiernie. Pragnąłem snu. Przed świtem wydawało mi się, że znowu jestem jeńcem wojennym. Żołnierze dźgali mnie karabinem za każdym razem gdy zamykałem oczy. Za każdym razem, gdy spoglądałem w stronę okna, widziałem mamę. Jej nieustanna obecność dodawała mi sił. Wszystkie wątpliwości jakie mogłem mieć rozpłynęły się w suchym szpitalnym powietrzu. W szpitalu czas nie istnieje. Zewnętrzny świat gaśnie. Zmieniają się pielęgniarki. Deszcz rzuca o szyby czarnymi brylantami - zbyt nielicznymi, by położyć kres suszy. Ciemne niebo szarzeje. Szpital po raz trzeci przebudził się ze snu. Szybkie kroki, szczęk metalu, głosy pielęgniarek. Życie nowego dnia. Korytarzem przed moi pokojem przejeżdżały  wózki wiozące pacjentów, jedzenie i sprzęt medyczny. Mary postawiła przede mną tace ze śniadaniem. Płatki kukurydziane w plastikowej miseczce i herbata. Teraz, gdy po lekach ledwo mogłem ruszyć skrzydłem, mogłem wykonywać tylko nieznaczne ruchy. Mama u niosła łyżkę do mojego dzioba, a potem trzymała kubek, kiedy piłem herbatę. Wyglądała na zmęczoną. Powiedziała mi, że zostanie dopóki będę jej potrzebować. Głowa opadła mi na poduszkę. Właśnie to chciałem usłyszeć. Dostawałem kartki i maile, które mama drukowała i przynosiła do szpitala. Czy czegoś żałowałem? Niewielu rzeczy - przede wszystkim tego, że uciekłem i tego, że brałem wszystko zbyt poważnie. Mama ochlapała mnie wodą. Ucieleśnienie dobroci. nie mogłem usiąść, podniesienie skrzydeł nie wchodziło w grę, więc nie potrafiłem się sobą zająć. Choć mama spędzała u mnie długie godziny, nie uważałem jej za gościa, bo nie wymagała rozmowy  ani żadnego wysiłku z mojej strony. Była raczej jak dobry duch. Nie przeszkadzało jej, że często zasypiałem. a mnie świadomość jej obecności pomagała zasnąć.
Skipper
  • awatar Lisa Angels: Przeszłaś samą siebie tym rozdziałem, chyba to jeden z najlepszych w twoim wykonaniu. Gratuluje doprowadzenia mojego serduszka do dzikiego galopu, oby więcej takich :D
  • awatar SallyLou: Przeczytałam ze łzami w oczach. To co stworzyłaś jest nieziemskie, chłonęłam każde słowo niemal czując się tak jak Skipper. Genialnie oddałaś jego stan ducha :)
  • awatar Seiti: Ciągle coś mi przeszkadzało dokończyć rozdział. Grr. Wyszedł ci wspaniały. Masz lekki styl, który czyta się z przyjemnością. Gratulacje, to był majstersztyk.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›