Wpisy użytkownika Kate - Writes z dnia 20 kwietnia 2015

Liczba wpisów: 1

abc.atlant
 
Kate - Writes: Na schodkach szpitala, uczepiony nogawki dżinsów mamy, wkroczyłem w świat boleśnie jaskrawych kolorów. Szare ulice i chodniki pulsowały życiem. Czerwień reklamy jarzyła się tak agresywnie, że musiałem odwrócić wzrok. Może pobyt w szpitalu wyostrzył mi zmysły. Albo zapomniałem już, jak intensywne jest codzienne życie. Wydawało mi się, że za wcześnie na powrót do domu. Ciągle miewałem bóle w klatce piersiowej i brakowało mi wtedy tchu. Wolałbym ukryć się w bezpiecznym szpitalu, dopóki to się nie skończy. Ale pielęgniarki wyraziły się jasno: nawet gdybym się uparł przy pozostaniu w tych dusznych korytarzach, prawdopodobnie zostałbym zignorowany. Personel miał nowych pacjentów, którymi należało się zająć.
Całą drogę pociągiem z Gdańska do Warszawy, przespałem, zresztą marsz z dworca do domu też, na plecach u mamy. Byłem tak zmęczony, że wszystko było mi jedno. W domu czekał na mnie komitet powitalny, ale zostało im jasno powiedziane, że jestem zmęczony i muszę odpocząć. To prawda, byłem. Położyłem się na kanapie w salonie, na mojej owczej skórze, z kocykiem obok i usnąłem. Przespałem całe popołudnie, obudziłem się wieczorem, ale nie miałem ochoty na kolację i znowu odpłynąłem. Obudziłem się dopiero rano, czy godzinę dziesiątą można nazwać "rano"? Mama siedziała obok mnie, a na stoliku czekała szklanka wody mineralnej z sokiem i talerz z trzeba pysznie wyglądającymi placuszkami z rodzynkami. Wodę wypiłem od razu, ale do zjedzenia  śniadania nie mogłem się zmusić. Mój żołądek się buntował. Z trzech naprawdę apetycznie wyglądających placuszków zjadłem tylko jednego. Nie wiem czemu, nie byłem głodny. Przeleżałem cały dzień, nie miałem siły wstać, nie miałem siły nawet kiwnąć skrzydłem, może to podróż tak mnie zmęczyła. spałem praktycznie cały czas, nareszcie odsypiając bezsenne noce w szpitalu. Następnego dnia dopadł mnie ból w piersi. Tak silny jeszcze nie był. Nie mogłem oddychać, wtuliłem się tylko w poduszkę na kanapie i płakałem z bólu. Minęło trochę czasu zanim mama usłyszała, ale natychmiast do mnie przybiegła, spytała co się dzieje, czy coś mnie boli. Kiwnąłem głową, ciągle przyciskając skrzydła do piersi, rozkaszlałem się, naprawdę zaczynało brakować mi powietrza. Zadzwoniła po panią Olę, weterynarz. Pani Ola akurat miała blisko i szybko przyszła. Przyłożyła mi do dzioba takie coś co się nazywa inhalator i wreszcie odetchnąłem. Pani powiedziała, że inhalator zostawi w razie coś, a potem zmierzyła mi temperaturę i ciśnienie, poklepała po głowie i wyszła. Kazała dzwonić gdyby coś się działo. A ja... znowu usnąłem. Nie wiem ile spałem, ale kiedy się obudziłem mamy nie było w domu. Z trudem zwlokłem się z kanapy i powlokłem się do kuchni, zerknąć na zegarek. Był już wieczór, to logicznie tłumaczyło, dlaczego zachodziło słońce. Wyszedłem na dwór i przysiadłem na pierwszym schodku. Z trudem łapałem powietrze. czułem się jak budynek do rozbiórki. Wystarczy raz przygrzmocić i runę. Pobyt w domu jawił się jako wspaniały, ale przerażający. Teraz byłem przerażony ilekroć zostawałem sam, a tak właśnie się teraz stało, mama wyszła. Czekałem na nią na schodach, a kiedy wreszcie wróciła (była w spożywczym) mocno się do niej przytuliłem. Wkrótce stało się dla mnie jasne, ze nowa sytuacja wymaga nadludzkiej cierpliwości. Nie byłem w stanie się schylić, żeby podnieść kocyk z podłogi. Jeszcze w Gdańsku kazali mi robić ćwiczenia zlecone przez fizjoterapeutę, ale miałem go gdzieś. Najważniejsze, ze mama była blisko. Tej nocy spałem z nią łóżku. Za bardzo się bałem, żeby zostać sam w salonie. Za to zaczął mi wracać apetyt. Któregoś dnia z kolei, kiedy leżałem na owczej skórze w salonie, poczułem zapach lasagni, którą mama i Abigail zrobiły dzień wcześniej. Zorientowałem się, że jestem  straszliwie głodny i jak na zawołanie stanął przede mną talerz ze spora porcją tej potrawy. Mama mnie karmiła, bo utrzymanie w skrzydle widelca przekraczało moje możliwości, ale zjadłem całą swoją porcję. Każdy dzień był teraz taki sam. Codziennie wlokłem się na spacer, za każdym razem starając się dojść trochę dalej, chociaż moje płuca błagały wręcz o powrót do domu. Znowu zaczęły mnie prześladować nocne koszmary i prawie każdej nocy budziłem się z krzykiem. Aż pewnego dnia moje życie znowu wywróciło się do góry nogami.
Skipper
  • awatar JJ: To jest cudowne *.* Czekam na następne bardzo (nie)cierpliwie ^^
  • awatar SallyLou: Ach ta służba zdrowia... Wciąż chorego do domu odsyłać. Biedny Skipper.
  • awatar Seiti: Brak mi chyba dziecięcej wyobraźni i nie umiem brać wszystkiego od tak, tylko analizuję. Skippuś był w szpitalu dla ludzi? Chyba mi coś umknęło... Swoją drogą pięknie opisałaś jego cierpienia
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›