Wpisy użytkownika Kate - Writes z dnia 15 marca 2015

Liczba wpisów: 1

abc.atlant
 
Wczoraj z Instytutu zadzwoniła pani Sznuk, mówiąc, że pilnie mnie potrzebuje przy badaniach, więc pa n Frankowski wziął mnie na wycieczkę. Jako, że jego samochód jest na przeglądzie technicznym pojechaliśmy autobusem. Zaraz na początku drogi kierowca zastrzegł, że nie będzie postojów. Z domu wyszedłem bez śniadania, wiec teraz zjadłem drożdżówkę z budyniem (mój ulubiony rodzaj tak na marginesie), przy okazji przeglądając nowy numer "Świata Wiedzy". Szybko zaczęło mi się nudzić i nie bardzo wiedziałem co ze sobą zrobić. Za połową drogi poczułem, że muszę do toalety. po prostu nie jestem w stanie wytrzymać sześciu godzin bez postojów. Zignorowałem potrzebę, ale kiedy po półgodzinie poczułem, że naprawdę muszę wyjść, pociągnąłem pana Frankowskiego za rękaw. "Proszę pana..." zacząłem nieśmiało. "Mi się chce do ubikacji." nauczyciel poprosił, żebym zaczekał i poszedł do kierowcy, ale nic nie wskórał. Coraz bardziej chciało mi się do łazienki i zaczynałem się czuć naprawdę niekomfortowo. Zacząłem się niespokojnie kręcić, nerwowo przebierałem nogami, ale to niewiele pomagało. Skuliłem się na fotelu i miał nadzieję, że stanę się niewidzialny. Nie chciałem, żeby ludzie wiedzieli, ze muszę do toalety. Czas mi się dłużył, do Instytutu były jeszcze około dwie godzi ny drogi. Do oczu napłynęły mi łzy. Wierciłem się gorączkowo. "Spokojnie, Kowalski." powiedział mi pan Frankowski, kładąc mi dłoń na plecach. Mój pęcherz mało delikatnie dał o sobie znać. Zdałem sobie sprawę, że jeśli zaraz nie skorzystam z toalety, to mogę nie wytrzymać... A byłem tego naprawdę bliski. Ciągle siedziałem lekko pochylony do przodu. Już naprawdę nie dawałem rady. Ledwo mogłem wytrzymać. Pęcherz boleśnie dał o sobie znać. Nerwowe wiercenie się nic nie pomagało. Z oczu leciały mi łzy, rozpłakałem się na dobre. Pan Frankowski spojrzał na mnie. "Kowalski, ja pójdę do kierowcy." powiedział, widząc, że jestem już na skraju wytrzymałości. "Poczekasz tu na mnie? Wytrzymasz jeszcze chwilkę?" kiwnąłem głową. Byłem w stanie zgodzić się na wszystko jeśli tylko pan ubłaga kierowcę, żeby się zatrzymał. Nauczyciel poszedł. nie mogłem usiedzieć na miejscu, zsunąłem się z fotela i nerwowo przestępując z nogi na nogę patrzyłem jak rozwija się sytuacja. Pan Frankowski krzyczał na kierowcę, kierowca na niego. Pęcherz miałem przepełniony, a z minuty na minutę czułem coraz bardziej, ze za chwilę dojdzie do nieszczęścia. I właśnie w momencie, kiedy kierowca uproszony przez polonistę zjechał na pobocze, nie wytrzymałem. Jak to jest, że w tych krytycznych momentach zawsze brakuje kilku metrów do ubikacji (tudzież do krzaków)? Zerknąłem w dół. Pode mną zaczynała robić się kałuża. "O matko." jęknąłem tylko. Nie wiedziałem co robić. Kierowca poderwał się ze swojego miejsca i zaczął wydzierać się na mnie. Skuliłem się wystraszony, policzkach znowu popłynęły mi łzy. Na szczęście pan Frankowski się wtrącił. Powiedział, ze to wcale nie była moja wina, że gdyby pan się wcześniej zatrzymał to nic by się nie stało. Te dwie minutki nikogo by nie zbawiły. Słuchałem tego wszystkiego stojąc w sporej kałuży, zapłakany i upokorzony. Wolałbym, żeby ci wszyscy ludzie nie patrzyli tak na mnie. Potem kierowca bez słowa wrócił na swoje miejsce i ruszył dalej, pan Frankowski dał mi opakowanie chusteczek higienicznych, żebym mógł doprowadzić się do porządku, a sam zajął się kałużą w przejściu między siedzeniami. Ludzie patrzyli na mnie z mieszaniną zażenowania i współczucia. Dopiero kiedy dojechaliśmy do Instytutu odetchnąłem z ulgą od razu zapomniałem o tym co się stało w autobusie. Na miejscu czekała na mnie niespodzianka. Naukowcy mieli dla mnie prezent i dali mi go zaraz kiedy wszedłem do głównej hali. Dostałem moje własne, prywatne laboratorium i jeszcze, tak na dobry początek w nowej pracowni zegarek na ścianę. Siedziałem tam przez całe przedpołudnie, dokładnie wszystko oglądając. Odzyskałem też mojego Żelusia! Pierwsze co zrobiłem w moim prywatnym laboratorium to zainicjowanie reakcji w wyniku której powstała ta galaretka. Byłem bezgranicznie szczęśliwy. Spytałem pani Sznuk, czy będę mógł go zabrać ze sobą do domu, a ona się zgodziła i nawet znalazła mi pudełko, do którego mogłem włożyć Żelusia. Po południu dałem pan Bieleckiemu materiał na nową książkę, sam nie będę się za to brał, ale poprosiłem, żeby pan opisał moją rozpoczynającą się karierę naukową, zjedliśmy razem obiad w kawiarence, a on po krótkim namyśle powiedział, że to jest świetny pomysł i kiedy książką już wyjdzie dostanę bezpłatny egzemplarz. Czas szybko mi mijał i w pewnym momencie pan Frankowski musiał mi przypomnieć, żebym się żegnał, bo spóźnimy się na autobus powrotny. Trochę się bałem, że znowu trafimy na tego kierowcę co wcześniej, ale na szczęście teraz jechaliśmy z takim, który robił postoje co trzy godziny. Spytałem nauczyciela czy się gniewa za to co stało się w drodze do Instytutu, ale pan odpowiedział tylko, żebym już o tym nie myślał, że to nie była moja wina, i że on nie ma o co się na mnie gniewać. Pogłaskałem Żelusia siedzącego w pudełku. Zaczynałem się robić śpiący. Nawet nie wiedziałem kiedy zasnąłem i przespałem drugą połowę drogi. A pierwsze co zrobiłem po wejściu do domu, to pokazałem Kasi mojego pupilka. Poprosiłem, żebym mógł go zatrzymać. Tylko Szef był przeciwny. Postawili mi tylko jeden warunek, że będę trzymać go w klatce.
  • awatar Kate - Writes: Kurczę, pierwszy raz wyszło takie długie. Ale Kowalski rzeczywiście miał o czym opowiadać.
  • awatar Lisa Angels: Nie wierze, że mu to zrobiłaś! Biedny kowalski!
  • awatar SallyLou: Biedny Kowalski, to musiało być przykre wydarzenie. Cieszę się, że tak długie wyszło ( chcę więcej, więcej, więcej :D)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (4) ›