Wpisy użytkownika Kate - Writes z dnia 10 października 2015

Liczba wpisów: 1

abc.atlant
 
Droga w dół ciągnęła się w nieskończoność i pingwiny zaczynały być zmęczone. Stroma ścieżka nie miała końca. Skipper potknął się o wystający z ziemi korzeń i zarył dziobem w podłożu. Zsunął się kilka metrów w dół, próbując łapać się ziemi. Wzięłam pingwinka na ręce i mocno przytuliłam.
- Nic ci nie jest? - spytałam, utytłanego w ziemi Skippera, który oddychał głęboko. - Wystraszyłeś się? - pingwinek pokiwał głową twierdząco. - Jak dojdziemy na miejsce, to się z grubsza opłuczesz pod wodą. - dodałam, otrzepując mu piórka i posadziłam go sobie na plecach. Gosia dogoniła nas, kiedy maszerowaliśmy już asfaltową drogą w stronę Ustrzyk. Kuzynka podbiegła do mnie.
- Hej, czekajcie. Zapomnieliście o mnie? - spytała. - Mamy teraz godzinę wolnego, gdzie idziemy najpierw?
- Do toalety. - odpowiedziałam. - Skipper jest cały w ziemi.
- A co się stało? - zainteresowała się Gosia.
- Przewrócił się na tym stromym odcinku. - odparłam. Chwilę potem pingwinek wyszedł z ubikacji o wiele czystszy niż przedtem i w o wiele lepszym humorze.
- Pójdziemy teraz obejrzeć pamiątki? - spytał.
- Możemy iść. - zgodziłam się. - Mamy dużo czasu. - pingwiny rozbiegły się między stoiskami, podczas gdy ja oglądałam koszulki z panoramą gór.
- Kupisz mi bransoletkę? - spytał Skipper.
- Kupię, kupię. - odpowiedziałam, płacąc za koszulkę. Kilka minut później sznurowałam na skrzydle Skippera dwie skórzane chłopięce bransoletki. Kowalski dostał zieloną bandankę, a Szeregowy pluszową owieczkę. Miał już białą z wyjazdu do Zakopanego, teraz dostał czarną, do kompletu. Rico nie zdecydował się na nic, ale kiedy kupiłam mu identyczną bransoletkę jak Skippera, uśmiechnął się z zadowoleniem.
- Teraz chodźmy na lody. - powiedziała Gosia. Pingwiny od razu podchwyciły pomysł. Chwilę potem siedziały przy stoliku na podwórku restauracji liżąc pomarańczowe świderki. Gosia zjadała loda śmietankowego w polewie toffi, a ja stałam przyglądając się temu z boku. Miałam nadzieję, że żaden nie będzie miał potem problemów z gardłem.

- Jedziemy! - zawołał pan Frankowski o wyznaczonym czasie. Zapakowaliśmy się do autobusu i usiedliśmy na swoich miejscach, tym razem po to, żeby wrócić do domu. Kowalski szybko usnął opierając się o mnie, Szeregowy i Rico wyglądali przez okno, a Skipper przywłaszczył sobie MP3 przyjaciela. Kowalski przebudził się nagle i ze zdziwieniem stwierdził, że siedzi w autobusie. dopiero po chwili dotarło do niego co się dzieje. Pingwinek przekręcił się w fotelu, czując potrzebę skorzystania z toalety, ale po krótkim namyśle stwierdził, że wytrzyma do domu. Powoli minęło kolejne pół godziny jazdy i Kowalskiemu chciało się już dosyć, dosyć. Poczuł ukłucie w podbrzuszu. Za chwilę mogło być niewesoło. Czas okropnie dłużył się pingwinkowi. Coraz bardziej chciało mu się do ubikacji. zaczynał przebierać nogami, ale niewiele to pomagało. Skrzydło Kowalskiego mimowolnie powędrowało w stronę podbrzusza.
- Kowalski, wszystko w porządku skarbie? - spytałam.
- Tak. - pingwinek kiwnął głową. - Tylko trochę boli mnie brzuch, ale nic mi nie będzie, naprawdę. - nie brzmiało to zbyt przekonująco. Pingwinek znowu poczuł ukłucie w podbrzuszu. Naprawdę bardzo mu się chciało. W oczach zalśniły mu łzy, przez głowę przeleciała myśl że mógłby pójść z tym do pana Janusza, ale pingwinek rumienił się na samą myśl o proszeniu o postój przy osobach, których nawet nie znał. autobus był w końcu pełen uczniów innej szkoły. Po policzkach Kowalskiego popłynęły łzy.
- Kowalski... - odezwałam się. - Coś mi się zdaje, że to nie jest zwykły ból brzucha. Pingwinek pokręcił głową przecząco dotykając zaczerwienionego policzka.  Kowalski wiercił się niemiłosiernie na fotelu, czując, ze sytuacja przedstawia się coraz gorzej. W końcu potrzeba okazała się silniejsza od nieśmiałości, pingwinek zerwał się z fotela, rzucił przez ramię, że zaraz wraca i pognał do pana Frankowskiego.
- Proszę pana... - odezwał się, ciągnąc wychowawcę za nogawkę. - Muszę do ubikacji. - tylko tyle, krótki komunikat, ale wiadomo było, że sytuacja jest poważna. - Możemy się gdzieś zatrzymać? Proszę. - Kowalski nerwowo przestąpił z nogi na nogę, drżącym skrzydłem ocierając łzy i starając się nie wybuchnąć płaczem.
- Panie Grzesiu, pan stanie na chwilkę, dobrze? - odezwał się pan Frankowski wstając z miejsca. Kowalski pochlipywał cichutko kurczowo uczepiony nogawki nauczyciela. Zaraz nie wytrzyma. Naprawdę nie wytrzyma. Autobus wreszcie zjechał na pobocze, pingwinek wypadł na zewnątrz i ledwo zdążył przykucnąć. Pan Frankowski usiadł na najwyższym stopniu schodków, czekając aż pingwinek załatwi potrzebę. Kowalski odetchnął z ulgą i wstał.
- Ma pan chusteczki? - spytał, spoglądając na drzwi od autokaru i ze wstydem odsunął się od kałuży na jezdni. Pan Frankowski wyjął z kieszeni opakowanie chusteczek higienicznych i podał pingwinkowi.
- W porządku? - spytał nauczyciel. Kowalski pokiwał głową, wsiadając do autokaru.
- Możemy jechać. - zameldował z uśmiechem. - Dziękuję. - dodał jeszcze.
- Nie ma za co. - pan Frankowski odwzajemnił uśmiech.