Wpisy użytkownika Kate - Writes z dnia 12 października 2014

Liczba wpisów: 1

abc.atlant
 
Max, Sara, Berta i Narcyz przyszli do Kamili w odwiedziny. Mieli się dogadać co do ich dalszego planu działania.
- Świetnie, że jesteście wcześniej – powiedziała otwierając drzwi – Murfy jeszcze nie wrócił.
- A to ma coś do rzeczy? – zapytał Max.
- Wolałabym przy nim nie rozmawiać na tak drażliwe tematy…
- Drażliwe? – zachichotała Sara.
- Wierz mi, ja tego tak nie nazwałam… – powiedziała ze znużeniem w głosie Kamila.
- Dobra, to co w końcu robimy? – zapytał rzeczowo Narcyz.
- Podobno na Rozdrożu pojawiły się jakieś króliki.
- Sssam ma mieć je na oku – wpadła jej w słowo Berta.
- Dobrze. Jak myślicie, co z tego wyniknie?
Wszyscy milczeli.
- Wiecie, tak sobie myślałam… - przerwała ciszę Berta – skoro powinniśmy odszukać Raymana, pilnować królików i zajrzeć na naszą planetę, to może się rozdzielimy?
Spojrzeli na nią zaskoczeni, a ona natychmiast dodała:
- Głupi pomysł, przepraszam…
- Nie! – powiedziała Kamila – Świetny!
Reszta jej przytaknęła.
- My możemy zostać tutaj i pilnować Rozdroża wraz z Sssamem – powiedział Narcyz stając obok Berty.
- Cudnie! To my wyruszamy w podróż do domu! – zawołali Max i Sara.
- W takim razie ja będę szukać Raymana. – powiedziała Kamila.
- Słuchaj, a zamierzasz wyruszyć sama? – zapytała ją Berta, a Sara jej przytaknęła.
- Powinnaś iść z kimś! – rzekła.
- Dobra, to znajdę sobie kogoś, z kim wyruszę. Czyli jesteśmy zorganizowani i możemy ruszać?
- Gdzie wyruszać? – zapytał nagle Murfy pojawiając się w pokoju.
- Na lody za tydzień – zażartował Max – już lepiej, żebyś nie wiedział.
- Powodzenia – powiedziała Kamila odprowadzając ich do wyjścia.
- Czyli nie dowiem się, co tu się działo? – zapytał Murfy gdy wyszli.
- Przecież wiesz – odparła Kamila – pogadaliśmy sobie, wypiliśmy herbatkę i zjedliśmy po ciasteczku.
Murfy westchnął.
- Cokolwiek robicie – uważajcie na siebie.
I poleciał na górę.
„Ostatnio zupełnie nie jest sobą – myślał - chodzi smutna i zamyślona. Mam nadzieję, że wszystko się ułoży.”

O piętnastej Narcyz przyszedł po Bertę. Na razie wszyscy wynajmowali mieszkanie u kogoś z Rozdrożan, a ona mieszkała u najstarszego Teensiena na Rozdrożu.
- Gotowa? – zapytał.
- Jasne! I zdążyłam się spakować! – zawołała z entuzjazmem – Mój dorobek wynosi jakieś… zero.
Narcyz zaśmiał się.
- Nawet żadnych ciuchów nie bierzesz?
- No dobra, przejrzałeś mnie. Jeszcze się nie spakowałam.
- A czarować umiesz? – spytał ironicznie.
- Fakt! Zaraz wracam!
Za pięć minut była z powrotem na dole z wypchanym różnymi rzeczami plecakiem.
- Idziemy! – krzyknęła radośnie.
- A co ty taka ucieszona? – zapytał.
- Bo lubię rozweselać innych.
- A kogo niby zamierzasz tam rozweselać?
- A jak myślisz? Sssam zwariuje ze szczęścia, jak przyjdziemy go poprosić o nocleg!
- Niezły mi nocleg… – mruknął – jakieś dwa miesiące, jeśli nie dłużej.
- Do świąt się wyrobimy.
- Nie wiem, co ci się stało, ale oby tak zostało.
- Oby. Chodź szybciej, bo za tydzień tam dojdziemy!
- Dobra… ale gdzie jesteśmy?
Wylądowali w głębi ciemnego lasu. Nigdzie nie było widać żywego ducha. Od czasu do czasu rozlegało się jedynie pohukiwanie sowy.
- Ja wiem gdzie jesteśmy! W środku lasu.
- Ha ha ha. Uśmiałem się.
Nagle zza krzaków wyjrzała para czerwonych ślepi. Po chwili na polankę wtargnął tuzin królików przebranych za żołnierzy, policjantów i dwóch piekarzy.
- O, znowu te słodkie króliczki! – powiedziała Berta radośnie – I zobacz! Mają zabawki! Jakie śmieszne pistolety…
Ukucnęła przy jednym z królików, który trzepnął ją po ręce packą.
- Ała! Brzydkie króliczki!
- A czego się spodziewałaś? Że zaproszą nas na podwieczorek? – zapytał sarkastycznie Narcyz.
Nagle jeden z królików wystrzelił z karabinu. Przed jego stopami padła martwa wrona. Zaraz potem podniósł ją i odgryzł jej głowę.
- No… – powiedziała blada Berta – to chyba nas mają.
- Co ty nie powiesz? – zdążył jeszcze powiedzieć Narcyz zanim nie rzuciły się na nich wrzeszcząc.

W tym samym czasie Sara i Max szli z plecakami do portalu, który specjalnie dla nich otworzył król Teensienów. Mieli przenieść się do pałacu Ermengardy i prosić ją o jakiś środek transportu. Kiedy dotarli na miejsce wrota pałacu otworzył im Magic w szlafroku. Wyglądał tak, jakby właśnie ktoś go obudził.
- Co? To wy? Czemu tak wcześnie?
- Wcześnie? – zapytała Sara – U nas jest szesnasta!
- No właśnie. A tu jest czwarta. Dwanaście godzin różnicy.
Max wyjąkał „Ups”, a Sara „przepraszamy”, na co Magic tylko machnął ręką.
- Właźcie.
Szli przez chwilę, aż doszli do sali tronowej. Po kilku minutach przybyła też Ermengarda, Lisa i Betilla, również zaspane i w szlafrokach.
- Czy coś się stało? – zapytała królowa sadzając córeczkę na jej miejscu.
- Wasza wysokość, chcieliśmy prosić cię o przysługę. Czy mogłabyś znaleźć dla nas jakiś środek transportu, byśmy mogli dostać się na naszą planetę? – zapytał Max.
- Oczywiście – odparła ziewając – ale czy moglibyście poczekać do rana?
- Tak wasza wysokość – powiedziała Sara – ale nie musimy iść spać, prawda?
- Jasne że nie - odpowiedziała z uśmiechem królowa – Magic zaprowadzi was do pokoju gościnnego, byście mogli zaczekać te kilka godzin.
- Dziękujemy – powiedzieli Max i Sara wychodząc z komnaty za Magicem.

O siedemnastej Kamila wyszła z domu, by poszukać kogoś chętnego do pomocy w jej misji. Na początku nie za bardzo wiedziała, do kogo się zwrócić, więc poszła nad strumyk do Świetlistych Lasów pomyśleć. Chodziła tam zawsze, gdy czekała ją ciężka decyzja lub ważne wydarzenie. Wciąż pamiętała, kto pokazał jej to miejsce i również dlatego bardzo chciała się tam udać.
- Wzięłabym Murfy’ego – wyliczała głośno – ale stał się trochę nadopiekuńczy. Ciekawe dlaczego? Mniejsza. Sssam odpada, bo ma pilnować Rozdroża. Clark jest za duży, nie wiem, czy dałabym radę go zabrać, a poza tym w razie potrzeby świetnie ochroni Rozdroże. Tily jest za mała, Ly również lepiej spisze się tutaj…
- A może ja ci pomogę? – rozległ się czyjś głos.
- Kim jesteś? – zapytała zdziwiona Kamila – Znam cię?
- Chyba nie. Jeśli już to z widzenia.
Postać wyszła zza drzewa. Okazało się, że jest to jeden z waleczniejszych i mądrzejszych Teensienów. Faktycznie – znała go z widzenia. Ile razy go spotykała zawsze komuś pomagał.
- Chcesz towarzyszyć mi w wyprawie?
- Mam lepszy pomysł.
- No to słucham – powiedziała usadawiając się wygodnie na trawie – ale może przedtem powiesz mi, jak się nazywasz?
- Utile.
- Ciekawe… skąd to imię?
- Z francuskiego. Pomocny.
- Nawet pasuje – zaśmiała się Kamila.
- Najlepiej by było, gdybyś zabrała Globoxa. I pewnego mojego znajomego…
- Hmm… nie pomyślałam o nim. A co to za znajomy?
- Trochę przypomina goryla. Wygląda strasznie, ale jest łagodny. Przynajmniej dla przyjaciół.
- A dla mnie będzie?
- Będzie, jak mu o tobie opowiem i kiedy cię pozna.
- Dobra. A mogę cię jeszcze o coś prosić?
- Słucham.
- Zastanawiam się, czy Globox nie będzie trochę… przeszkadzał.
- Nie martw się, jakby coś Xowar go pogoni.
- Xowar?
- Mój znajomy.
- Aha. Ale nie zrobi mu krzywdy?
- Nie. A, jest jeszcze coś.
- Tak?
- Weź to – powiedział podając Kamili małą przezroczystą kulkę – będziesz mogła się ze mną kontaktować.
- Dziękuję. Możemy teraz zapoznać się z tym twoim kumplem?
- Oczywiście. Chodźmy. A potem razem udamy się do Globoxa.
- Zgoda. Nie wiem, jak mam ci dziękować.