Wpisy użytkownika Kate - Writes z dnia 9 grudnia 2013

Liczba wpisów: 1

abc.atlant
 
Dzisiaj będą ogłoszenia XD
Po pierwsze: do końca drugiej serii zostały tylko trzy odcinki opka (ten i jeszcze dwa).
Po drugie: Tak jak zapowiadałam po tej serii bedzie zmiana bloga (każdego kto mnie czyta uprzedzę poprzez wiadomość prywatną) a potem kryminał.
Po czwarte: Niektórzy zaczęli przypuszczać, że Ly powróci… Na razie nie będę nic o tym mówić, jakaś tajemnica się przyda XD
Po piąte: Dzięki, że czytacie mojego bloga. Buziaki dla wszystkich. To chyba tyle.

Odcinek 38 Godziny niepewnego oczekiwania
Andra od dwóch dni siedziała w poczekalni w gabinecie Anne Lyse’a. Miała oczy zaczerwienione od płaczu i braku snu. Ale nie potrafiła odpocząć, nie chciała… Wciąż myślała o Raymanie. Był już tyle czasu nieprzytomny. Anne Lyse, Romeo i Otto nie ukrywali, że bardzo z nim źle. Możliwe, że dostał wstrząsu mózgu, że stracił pamięć. Znów. Andra bardzo się o niego bała, jak nigdy przedtem. Płakała już tyle, że więcej nie mogła. Nastroju nie poprawiła jej Wilda, również siedząca w poczekalni i również zapłakana. Matka Raya przyciskała ręcznie wyhaftowaną chusteczkę do twarzy i w kółko powtarzała te same słowa:
- To wszystko moja wina… to moja wina… teraz mogę go stracić…
Do poczekalni wszedł Romeo. Andra i Wilda natychmiast podniosły głowy.
- Źle z nim – oznajmił doktor – Nadal jest nieprzytomny. Możliwe, że zapadł w śpiączkę. Jeśli chcecie, możecie go zobaczyć.
Dziewczyny poderwały się i pobiegł do sali, w której leżał Rayman. Tak jak mówił Romeo, był w koszmarnym stanie. Miał opatrunek na głowie, trochę zabarwiony na czerwono przez krew, ciężko oddychał i był bardzo blady.
- Rayman… – szepnęła Andra, podchodząc do łóżka. Przytuliła się do chłopaka.
- Dziesięć minut, później musicie wyjść – oznajmił Romeo.

Davin bez celu plątał się w okolicach gabinetu Anne Lyse’a. Dręczyły go wyrzuty sumienia i poczucie bezsilności. Bardzo martwił się o syna. Żałował niegdyś podjętej decyzji. Gdyby wtedy pomyślał, co może się zdarzyć… Że Rayman będzie miał zmarnowane dzieciństwo. Że nie będzie pamiętał wspólnie spędzonych chwil. Że tyle razy prawie zginie. Że będzie na nim ciążył tak wielki obowiązek. Że znienawidzi swoich rodziców. Gdyby wtedy, czternaście lat temu, on, Davin, posiadał tę wiedzę, co dziś, nigdy nie podjąłby tej fatalnej decyzji. To jego wina. Wilda tego nie chciała, a on wciąż nalegał. Gdyby jej posłuchał, wszystko potoczyłoby się zupełnie inaczej.
- Może w czymś pomóc? – z ponurych myśli wyrwał go czyjś głos.
Ojciec Raya podniósł głowę. Koło niego stał duch Rozdroża Marzeń we własnej osobie – Polokus. Wyglądał zupełnie tak, jak opisywał go Rayman.
- Nie da się mi pomóc – mruknął Davin – Pomóż mojemu synowi, jesteś taki potężny.
- Potęga to wielka rzecz, trzeba umieć z niej odpowiednio korzystać – odparł spokojnie Polokus.
- Stworzyłeś Rozdroże Marzeń, umiesz z niej korzystać. Pomóż mojemu synowi!
- On nie potrzebuje pomocy. Da radę.
- Co?! mój syn umiera, a ty mówisz, że nic mu nie jest! – wybuchnął Davin – Jak możesz?! Czy ciebie nie obchodzi jego los?!
- Ja byłem zawsze w pobliżu, gdy potrzebował pomocy – odpowiedział Polokus, wpatrując się w samotny kamień na pustyni – Ja mu pomagałem i służyłem radą. To nie ja opuściłem go w najtrudniejszych chwilach. To nie ja go porzuciłem. To nie ja zawarłem układ z jednym z najpodlejszych czarodziei.
- Zrobiłem to, bo chciałem go chronić! Bo to mój syn! Bo go kocham!
- Od przeznaczenia nie da się uciec. Gdybyście go kochali, dalibyście mu dom, prawdziwy dom. Nie krzyczelibyście wciąż na niego i nie zabranialibyście mu wszystkiego, co możliwe.
Davina zatkało. Skąd duch Rozdroża wiedział, co się działo? Skąd wiedział jak żyli przed przeniesieniem Raymana do tej krainy? Może nie docenił osobnika w wielkim kapeluszu. Spojrzał na miejsce, w którym stał Polokus. Właśnie, stał. Już go tu nie było. Davin wzruszył ramionami i wszedł do budynku, w którym mieścił się gabinet lekarski. Ruszył pustym korytarzem. Dźwięk jego kroków odbijał się od ścian. Cisza została zmącona. Davin doszedł do drzwi poczekalni, z której bezpośrednio można było przejść do sali, w której leżał Ray. Nacisnął klamkę i wszedł do środka. Zastał tam Wildę i Andrę, wciąż smutne.
- Co z nim? – zapytał bezbarwnym głosem.
- Dalej jest nieprzytomny – oznajmiła Wilda.
- A co mówili lekarze?
- Bardzo z nim źle. Możliwe, że…
W tej chwili Andra wstała i poszła do sali, w której leżał Ray. Nie chciała po raz drugi wysłuchiwać okropnej diagnozy. To niczego nie zmieni. Jedyną ważną rzeczą jest to, żeby się obudził. Tylko tyle. Nic więcej. Czy to tak wielkie życzenie? Dziewczyna zaczęła płakać. Dopadły ją najczarniejsze scenariusze. Nie, nie może się im poddać. Rayman by się nie poddał. Nigdy. Ona też nie może. Nie może się poddać. Nie może, dla niego. Musi być silna. Wszystko się jakoś ułoży. Jakoś to będzie. Ale jak?