• Wpisów:1468
  • Średnio co: 1 dzień
  • Ostatni wpis:3 dni temu
  • Licznik odwiedzin:318 862 / 2088 dni
Jesteś niezalogowany. Niektóre wpisy dostępne są tylko dla znajomych.
 
Mercer obejrzał się z nadzieją na swojego człowieka, gdy usłyszał sygnał GPS-a. Tamten spojrzał na szefa z uśmiechem.
- Zgadza się. - odpowiedział. - Racine zalogowała się na swoją skrzynkę mailową. Jeśli to potrwa, namierzę ją. - zameldował. - Mam ją. - dodał po chwili.
- Jedziemy. - rzucił krótko Mercer. Samochód zawrócił z piskiem opon.
Młody mężczyzna bezwładnie przetoczył się po ladzie, pchnięty przez jednego z ludzi Mercera i skulił się na podłodze, usiłując osłonić głowę rękami, ale zaraz i tak został poderwany do pionu. David Mercer podszedł do niego, gdy znów został pchnięty i uderzył plecami o ścianę. Powoli musnął palcami jego gardło, patrząc w oczy w gruncie rzeczy młodego chłopaka i dopiero wtedy poddusił, stopniowo zwiększając nacisk na krtań.
- Gadaj. - powiedział, wyjmując zza paska pistolet, który przyłożył mu do skroni. - Kobieta z CIA i jej partner, postawny brunet. Byli tu. - tamten nerwowo pokiwał głową, wciąż czując chłód pistoletu. - Dokąd pojechali? - mężczyzna pokręcił głową przecząco.
- Nie wiem. - z gardła wyrwał mu się szept przemieszany z jękiem.
- W którą stronę?! - Mercer podniósł głos. Po policzkach pracownika stacji poleciały łzy, a on bez słowa wyciągnął rękę, wskazując odpowiedni kierunek.
- No proszę, więc jednak się na coś przydałeś. - uśmiechnął się mężczyzna. - Kto wie, może nawet daruję ci życie. - dodał, chowając broń i skinął dłonią na swoich ludzi, którzy posłusznie podążyli za nim do wyjścia. Pozostawiony samemu sobie sprzedawca powoli osunął się po ścianie na podłogę, wzdychając z ulgą i otarł twarz dłonią. Zaraz potem stracił przytomność.

- Alice... - odezwał się Jack, zerkając na kobietę. Spojrzała na niego pytająco, odwracając wzrok od okna. - Muszę ci coś powiedzieć. Zanim zorientowałem się, że mam założony podsłuch, zadzwonił do mnie Mercer. Oferował ćwierć miliona, jeśli mu cię wydam.
- Ale się nie zgodziłeś. - odpowiedziała Alice.
- Nie, nie zgodziłem. - Ascott pokręcił głową przecząco.
- Więc nie ma o czym mówić. - podsumowała kobieta, składając ramiona na piersi. - Mogę cię zmienić za kierownicą, nie chciałbyś się przespać? Mam też inny pomysł, zatrzymaj się na jakiejś stacji, wtedy prześpimy się oboje.
- Co będzie, jeśli nas znajdą? O tym nie pomyślałaś? - spytał Jack.
- Nie znajdą. - odparła Alice. - Wyprowadziłeś ich w pole, nie wiedzą gdzie nas szukać.
- Ciekawe tylko jak długo. - mężczyzna spojrzał na nią. Agentka niemal natychmiast odwróciła wzrok, nie znajdując żadnego racjonalnego argumentu, ani tym bardziej ciętej riposty.

- Poczekaj no, czekaj - powiedział Ascott, spoglądając na siedzącą obok Alice. - Naprawdę uważasz, że Julia Roberts to największa amerykańska aktorka naszych czasów?
- Tak - odpowiedziała kobieta, unosząc brwi. - A ty nie?
- Daj spokój! A co z Juliannę Moore... Holly Hunter... Meryl Streep... - przez ostatnie dwie godziny dyskutowali o filmach. Jack w wielu kwestiach się z nią nie zgadzał. Uważał na przykład, że Steven Spielberg jest przeceniany a wszystkie komedie romantyczne nakręcone w ciągu ostatnich dziesięciu lat powinno się zniszczyć. I że Gwyneth Paltrow nie jest nawet ładna. Może podróżowała z wariatem?
- Więc uważasz, że nie powinna dostać Oscara za Erin Brockovich? - spytała Alice.
- Żartujesz sobie? Okradziono Joan Allen - stwierdził Jack. - Była niewiarygodna w Ukrytej prawdzie. Racine zmarszczyła brwi
- Czy ty masz słabość do starszych kobiet?
- Nie. Do dobrych aktorek - odparł Ascott, czerwieniąc się i chwilę potem zjechał na parking przy stacji benzynowej. Alice spojrzała na niego pytająco.
- Co ty wyprawiasz? - zadała kolejne pytanie.
- Sama kazałaś mi się przespać, a ja dosłownie padam na twarz, więc dla kilku godzin snu jestem gotowy narazić się na każde ryzyko. - Jack przetarł twarz dłonią. - Głodna?
- Okropnie. - przytaknęła Alice, wysiadając z auta i zatrzasnęła za sobą drzwi. Miała ponaciągane mięśnie nóg, a plecy bolały w milionach miejsc. Przeciągnęła się i ziewnęła. Potem pomaszerowała za Jackiem do wnętrza budynku.
Chwilę potem oboje siedzieli przy niewielkim stoliku w małym barze. Alice upiła łyk swojej herbaty i odwinęła z folii jeszcze ciepłą kanapkę. Jack podniósł na nią wzrok.
- Nie wiem, czy to dobry pomysł. - odezwał się.
- Dam sobie radę, idź spać. - odpowiedziała Alice. - Jestem agentką Secret Service, a gdybyś o tym zapomniał, noszę przy sobie glocka, z którego umiem strzelać i to całkiem nieźle.
- Alice, to nie są żarty. - Jack spojrzał na nią z powagą. - Mercer cię ściga...
- A ja się nie boję Mercera. - przerwała mu kobieta. - Wręcz przeciwnie, chcę tego sukinsyna wreszcie skazać. - Ascott patrzył na nią nie do końca przekonany. - Idź już. - dodała łagodniej Alice. Jack westchnął, ale posłusznie wstał od stolika. Odprowadziła go wzrokiem, gdy kierował się z powrotem w stronę swojego Land Rovera.
Kiedy dołączyła do niego, mężczyzna od dawna już spał. Kobieta uśmiechnęła się, patrząc na niego przez szybę w drzwiach pasażera, potem oparła się plecami o maskę, powoli wdychając chłodne nocne powietrze. Zza paska spodni wyjęła pistolet i magazynek. Powoli przeładowała broń i usiadła na swoim miejscu w samochodzie, pistolet kładąc na desce rozdzielczej.
 

 
Do tej pory miałam okazję czytać bardzo wiele różnych wersji legendy o królu Arturze i jego Rycerzach Okrągłego Stołu, lecz ta w wykonaniu Bernarda Cornwella staje się powoli moją ulubioną. Z tego względu, że nie jest to kolejna wariacja na temat losów Artura, ale odrealnienie jego legendy, pokazanie jak jego przygody mogły naprawdę wyglądać, co autorowi udało się znakomicie.
W poprzedniej części Arturowi udało się zjednoczyć brytyjskie księstwa i powstrzymać najazd Saksonów. Jednak spokojne czasy wcale nie nadchodzą... Pojawiają się bowiem coraz to nowe problemy z którymi Artur musi sobie poradzić. Kolejni ambitni wodzowie, rosnące w siłę chrześcijaństwo, jak i zdrady oraz namiętności ponownie skierują Brytanię w stronę chaosu i wojen...

Długo mogłabym wychwalać trylogię Bernarda Cornwella. Drugi tom w niczym nie ustępuje pierwszemu, a momentami go przewyższa. Tak jak poprzednio fabuła na początku toczy się swoim wolnym rytmem, później co raz bardziej przyspieszając, by na koniec porazić całkowicie. W porównaniu z "Zimowym Monarchą" tu wszystko jest bardziej stonowane i opiera się głownie na wzajemnych relacjach między postaciami. Następuje ogromny skok w fabule - bohaterowie rozwijają się i na koniec wszystko obraca się o 360 stopni. Właśnie to sprawia, że ta druga część jest jeszcze lepsza. Tu już nie ma miejsca na czcze słówka, każda decyzja przynosi za sobą konsekwencję i tym samym nie da się uciec od przeznaczenia. Atmosfera powieści jest coraz bardziej mroczna i pełna szarości. Dialogi są kapitalne, a wizja legend arturiańskich w wersji Cornwella sprawia, iż historia ożywa na kartach książki.

To co jeszcze sprawia, że lektura jest tak wciągająca to wątek religijny i szeroko zakrojona intryga. Do tego motyw Tristana i Izoldy. Wszystko to zdecydowanie kradnie całą opowieść. Opisy są tu pełne plastyczności, co prawda niektóre można by było śmiało ukrócić, lecz nie jest to jakiś utrudniający czytanie mankament. Mamy do czynienia z rozrywką na wysokim poziomie i godną spędzenia z nią każdej wolnej chwili. Świeże spojrzenie na legendę arturiańską, celtyckie wierzenia i masa świetnych charakterów sprawia, że jest to tak bardzo zajmująca lektura. Nic tylko polecić. Pozostaje teraz brać się za ostatni tom, który znów przeniesie mnie w zamierzchłe czasy rządzone przez wojnę, namiętności i ukrytą magię.
 

 


Katrin stała z założonymi rękami przed Legolasem, spoglądając mu w oczy buntowniczo. Elf westchnął ciężko.
- Widzę, że moje tłumaczenia nie wywarły na tobie żadnego wrażenia. - powiedział z nutą gniewu. - Mimo to powtórzę raz jeszcze. To co zrobiłaś było niebezpieczne! - Legolas podniósł głos. - Pomyślałaś choć przez chwilę jak ja bym się czuł, gdyby stało ci się coś złego
- A jakby się to skończyło, gdyby nie ja?! - przerwała mu Katrin. - Biedna, niewinna dziewczyna skończyłaby ze strzałą w gardle! Bo nie zawahałbyś się, prawda? - Legolas zmierzył ją wzrokiem.
- Jest kimś obcym, a obrona granic to mój obowiązek. - odparł szorstko. - Tak samo jak dbanie o twoje bezpieczeństwo.
- Ja po prostu nie rozumiem, dlaczego nie chcesz nigdzie mnie zabierać ze sobą! Dlaczego nie mogę ci towarzyszyć w pełnieniu obowiązków?! Dlaczego nigdy nie zabrałeś mnie ze sobą na zwiad?! Wciąż mówisz o moim bezpieczeństwie, ale czy to bezpieczne dla ciebie rzucać się biegiem, gdy granice zostaną naruszone, choć tak naprawdę nie wiesz, co tam zastaniesz? Straż pałacowa...
- Straż pałacowa nie ma tu nic do rzeczy! - elf zacisnął dłonie w pięści.
- A całe to pilnowanie granic... - kontynuowała Katrin. - Zaczynasz mówić jak swój ojciec! - w oku elfa błysnął gniew, ale dziewczyna nie odwróciła wzroku. Nie uderzyłby jej. Nie potrafiłby. Mimo to drgnęła wystraszona, gdy Legolas chwycił ją mocno za kark, a swoje wargi przycisnął mocno do jej ust.
- Teraz rozumiesz, dlaczego zabraniam ci jeździć ze sobą? - spytał, gdy wreszcie odsunął się od niej. - Gdyby stała ci się krzywda, nie darowałbym sobie. - Legolas uśmiechnął się.
  • awatar Kate - Writes: @Angel Girl: Jakże ja mogłam o tym nie słyszeć? Mała korekta informacyjna; serial ma traktować o młodości Aragorna, więc Legolasa tam raczej nie zobaczymy. Trochę sceptycznie jestem nastawiona, ale serial ma być realizowany we współpracy z Peterem Jacksonem, więc poczekamy, obejrzymy (i być może będziemy się zachwycać). ;)
  • awatar Gość: Słyszałaś że ma być serial Władcy pierścieni? Świetnie by było gdyby Orlando grał Legolasa *.*
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Próbowałam już wczoraj sklecić coś sensownego, ale po półgodzinie dałam sobie spokój, stwierdzając, że wolę wam wrzucić porządny post po dłuższej przerwie, niż coś, co tak po prostu, żeby było.
Parę osób dopytuje się mnie o "Po drugiej stronie oceanu", czy to już koniec, czy Jacka więcej nie będzie, czy może jakiś ciąg dalszy. Powiem tak; chociaż panna Harrington gdzieś w głębi mojej podświadomości domaga się jeszcze swoich pięciu minut, nie sądzę, żebym napisała jeszcze coś więcej w tym uniwersum. Nie chcę pisać tasiemców, z doświadczenia wiedząc, że nie kończy się to za ciekawie. Tym samym przygoda na otwartym oceanie dobiegła końca. Za to w niedalekiej przyszłości dostaniecie nowy rozdział "Tożsamości wroga", ale też nie umiem się określić kiedy dokładnie, bo teraz jednak nauka jest najważniejsza (ja tej matury nie dożyję...).

Odkryłam wczoraj coś wspaniałego, a mianowicie Taylor Davis i jej skrzypce. Moje ulubione melodie w jej wykonaniu są piękniejsze niż w oryginałach, a myślałam, że w tym przypadku to prawie niemożliwe; https://youtu.be/AhJILVW7vlE https://youtu.be/gmn7QFvIwDM

Jeśli chodzi o Comic Con, to powoli ustalamy z Natką ostatnie szczegóły. Wczoraj kupiłyśmy bilety do Warszawy, więc teraz już musimy jechać. Wszystko mamy prawie idealnie zgrane w czasie i tylko mnie trochę martwi poruszanie się po samej stolicy, bo ja się jeszcze gubię w tych wszystkich liniach autobusowych (ledwie je opanowałam u siebie, a w porównaniu ze stolicą to małe miasto). Ale skoro Frodo dał radę do Mordoru, nie znając drogi w ogóle, ja dam radę na teren konwentu. Odrobinkę przeraża mnie też wielkość hali, na której się konwent będzie odbywał, ale tam na miejscu już sobie poradzę. Grunt, żeby tam dotrzeć na czas, bo o dwunastej zaczynają się zdjęcia z moim aktorem (druga tura wpół do czwartej, więc jakbym się spóźniła to jak znalazł), a o wpół do drugiej są rozdawane autografy. Pół dnia pewnie spędzę w ogromnych kolejkach, ale najważniejsze, żeby tam być. To będzie mój pierwszy konwent i tak strasznie nie mogę się już doczekać. :3
 

 
Alice westchnęła z zadowoleniem, wychodząc spod prysznica na jednej ze stacji benzynowych i wróciła do siedzącego w samochodzie Jacka, rzucając mu ręcznik. Wcześniej pozwolili sobie na małe zakupy w centrum handlowym i kobieta mogła przebrać się czyste spodnie i bluzkę, na którą teraz narzuciła swoją bluzę. Jej partner też zdążył się już odświeżyć, a to zdecydowanie poprawiło obojgu humor. Alice przeczesała włosy palcami.
- Jak, jedziemy? - zagadnął Jack.
- Potrzebuję dostępu do mojego konta mailowego. - odpowiedziała bez zbędnych dopowiedzieć Alice. - Laptop padł jakiś czas temu. - dodała. Ascott westchnął.
- Daję ci pięć minut. - odpowiedział.
- Jasne. - kobieta uśmiechnęła się, wysiadając z auta i skierowała się do budynku stacji. Młody brunet stojący za ladą podniósł wzrok znad komputera, na którym wypisywał właśnie jakąś fakturę, gdy podeszła do niego.
- Słucham? - odezwał się. Kobieta oparła się niedbale o blat lady.
- Zastanawiałam się, czy mógłby mi pan w czymś pomóc. - zaczęła. - Te komputery mają połączenie z Internetem? - spytała, postukując palcem w monitor przed nim.
- Owszem, dlaczego pani pyta?
- Potrzebuję sprawdzić maila i zastanawiałam się...
- Nie, nie, nie. - przerwał jej tamten. - To komputer służbowy, nie mogę dać pani z niego skorzystać. - Alice przestała się uśmiechać.
- Dobra, to inaczej. - odparła, wyjmując z tylnej kieszeni spodni identyfikator. - Ja jestem z CIA, a pan utrudnia pracę funkcjonariuszowi na służbie. - mężczyzna przełknął ślinę, ale skinął jej głową, pozwalając usiąść przy komputerze.
- Alice, musimy się zbierać. - odezwał się Jack, zaglądając o środka. - Masz coś?
- Nie, jeszcze minutę. - rzuciła w odpowiedzi kobieta, logując się na swoją skrzynkę. - Jest! - zawołała nagle, triumfalnie unosząc do góry pięść. - Przeszukali kryjówkę Reeda i nie zgadniesz co tam znaleźli. Karabin snajperski z jego odciskami palców, z którego strzelał do mnie wtedy pod centrum handlowym. Już nam się nie wywinie, a Emily zajmie się resztą.
- Świetnie, wychodzimy. - ponaglił ją Ascott, a Alice posłusznie wstała z miejsca, wylosowując się z poczty.
- Był pan niezwykle pomocny. - rzuciła jeszcze przez ramię do nic nierozumiejącego mężczyzny za ladą.

- To po co pan przyszedł? - spytał z westchnieniem Ed Romley, spoglądając na siedzącego naprzeciwko adwokata Toma Reeda.
- Po mojego klienta. - odpowiedział tamten, jakby było to oczywiste. - Niech pan kończy tę szopkę, a nie będę nagłaśniał sprawy.
- Pański klient strzelał do mojego człowieka. I pan wie, czym to grozi...
- Tak, wiem. Artykuł 223 mówi o odpowiedzialności nawet do dziesięciu lat.
- Może powtórzę jeszcze raz. - Romley poprawił się na krześle. - Pański klient strzelał do mojej agentki. Przyznał się do pracy dla Davida Mercera, a pan wie, kto to jest. I tym razem się nie wywinie. - mężczyzna uśmiechnął się.
- Odsiedział już swoje za tamte dwa zabójstwa, ma prawo żyć normalnie.
- Nie, nie pozwolę na to. - Ed zacisnął palce na podłokietniku.
- Śmiałe wyznanie. - skomentował adwokat. - Nie ma pan przypadkiem broni, z której strzelano? Jakichś śladów, dowodów? Może wezwie pan swoją agentkę na świadka? - mężczyzna zaśmiał się krótko. Romley odwzajemnił uśmiech. - Jeśli mój klient nie wyjdzie z aresztu, jutro będziecie we wszystkich serwisach. I w ten sposób zabójca Tom Reed stanie się ofiarą. A agent MI6 katem.
- No i właśnie dochodzimy do sedna sprawy. - Ed położył na stole plastikową torebkę z karabinem snajperskim w środku. - Broń z której strzelano, na której wykryte zostały odciski palców pańskiego klienta. A wie pan może gdzie ją znaleźliśmy? - mężczyzna postukał palcem w karabin. - W jego mieszkaniu. Proszę mi powiedzieć, czy to nie są solidne dowody obciążające? - adwokat przez chwilę wpatrywał się w Romleya bez słowa.
- Żegnam. - powiedział w końcu, podnosząc się z miejsca. Ed odprowadził go wzrokiem do drzwi z delikatnym uśmiechem triumfu na ustach.

Emily wyprostowała się przed komputerem, gdy na ekranie monitora rozbłysło okienko wideo rozmowy.
- Jak mogła się wam wymknąć?! - zaczął z miejsca Bob Hunter, gdy tylko zobaczył kobietę po drugiej stronie. Emily roześmiała się.
- Naprawdę chcesz w to wnikać? - spytała i wstała z miejsca, a zamknąwszy drzwi gabinetu kontynuowała rozmowę. - Prowadzicie nielegalne operacje na moim terenie, dajecie plamę i przybiegacie do nas z płaczem. MI5 to nie twoja mama.
- Tak, wiem. A wiesz skąd to wiem Emily? - kobieta wyzywająco uniosła brew. - Bo moja matka potrafiłaby ją zatrzymać.
- To wasza zguba, mogliście nas wcześniej powiadomić.
- Wcześniej była nieosiągalna. Wcześniej myśleliśmy, że jej pilnujemy! - zdenerwował się Hunter.
- Och, daj spokój. - westchnęła Emily. - Martwisz się o nią, nie ukryjesz tego. Nie przede mną.
- Oczywiście, że się martwię, a co? To mój najlepszy funkcjonariusz. - mężczyzna pokręcił głową. - Nie, Emily. Popełniliśmy błąd, dając wtedy Mercerowi uciec. Zawiniliśmy zarówno my w Langley, jak i MI5.
- Masz rację. - westchnęła kobieta. - Będę cię informować o naszych posunięciach. - Hunter bez słowa skinął głową i pożegnał się. Ekran komputera zgasł, a Emily westchnęła ponownie. Miała nadzieję, że Alice jakoś sobie radzi.
 

 
Nigdy wcześniej nie miałem styczności z twórczością Bernarda Cornwella, aczkolwiek słyszałem o jego książkach wiele dobrego, a teraz dzięki Wydawnictwu Otwartemu dostałem taką możliwość i to w przepięknym wydaniu. "Zimowy Monarcha" rozgrywa się w V wieku naszej ery i rozpoczyna się w momencie narodzin Mordreda, wnuka króla Brytanii Uthera Pendragona. Sam władca jest umierający, a jego potomek to tylko dziecko... Nic zatem nie mogło uchronić Brytanii od anarchii i wewnętrznych podziałów, jakie nastąpiły po śmierci króla, a na dodatek, Sasi widząc pusty tron, szykują się do najazdu. Nadzieją na bezpieczne dojście do władzy Mordreda oraz przeprowadzenie Brytanii przez te burzliwe lata jest Artur, nieślubny syn Uthera.

Cała historia jest opowiedziana przez Derfla - młodzieńca, który sam przecierpiał całą wojnę. Ukazuje on nam prawdziwy i brutalny świat, w którym wojna dziesiątkuje ludzi. Bohaterowie książki są zupełnie inni od tych, których możemy spotkać w legendach. Oni żyją, są z krwi i kości - są po prostu realni. Artur wciąż jest odważny i honorowy, ale czasami bywa także irytujący, szczególnie wtedy, gdy widzimy, jak podchodzi do czegoś z czystym egoizmem. Warto także zwrócić uwagę na Lancelota, o którym zawsze się mówiło, jaki to on nie wspaniały i mężny, a tutaj przedstawiony został, jako postać unikająca walk i przypisująca sobie zasługi innych, byleby tylko ludzie zwracali uwagę na jego osobę. Bohaterów jest wiele, ale każdy ma swój charakter. Nie są już przedstawiani, jako wyidealizowane postacie, a jako żywi ludzie, którzy musieli przeżyć wiele ciężkich lat.

Cornwell jest mistrzem tworzenia atmosfery. Od samego początku czułam obawy związane z narodzinami Mordreda, tajemniczość obrzędów Merlina i Nimue czy tragizm Wyspy Umarłych. Powieść jest mroczna, chwilami brutalna, ale to dodaje jej dziwnego czaru. Bohaterów jest dużo, niektórzy są jedynie tłem, ale ci, którym Cornwell poświęcił więcej miejsca, mają bardzo wyraźnie zarysowane charaktery. ''Zimowy monarcha'' mimo, że jest powieścią historyczną, dla mnie jest przede wszystkim magiczną. Długie opisy, które zazwyczaj mnie nudzą, tutaj sprawiały mi przyjemność. Przy tej powieści nie da się nudzić, nie da się również jej odłożyć na półkę nawet na chwilę. Nie lubię historii, a jednak ta książka trafia na listę moich ulubionych. Chyba to o czymś świadczy?

Wydaje mi się, że Bernard Cornwell tchnął w tę książkę wszystkie swoje uczucie, towarzyszące mu podczas pisania tej powieści. Jeżeli ktoś chciałby na kilka dni oderwać się od rzeczywistości i przenieść do Brytanii z okresu wczesnego średniowiecza, to ta książka mu to z łatwością umożliwi! Znajdzie się pomiędzy dzielnymi i honorowymi wojownikami w wirze wojen o władzę i panowanie. Pozna knowania i zdrady władców, będzie świadkiem gwałtów, przemocy, ale także nierozerwalnej przyjaźni i szaleńczej, zatracającej miłości. Dowie się wiele o wierzeniach celtyckich i praktykach ówczesnych druidów. Pozna schyłek religii pogańskiej, wypieranej agresywnie przez żądne pieniędzy i panowania chrześcijaństwo.

Nie polecam osobom z natłokiem pilnych zajęć, gdyż szybko okazać się może, że nie są tak ważne, jak historia o królu Arturze, dla której warto spędzić bezsenną noc. Tymczasem dobrej nocy.
 

 
Ed Romley powoli otworzył drzwi mieszkania, które poprzedniego dnia na przesłuchaniu wskazał im Tom Reed. Szybkim spojrzeniem obrzucił pomieszczenia, ale pistoletu nie opuścił. Wszedł głębiej. Tuż za nim trzymała się Emily, również z pistoletem w dłoniach.
- Ktoś tu lubi sobie wypić. - skomentowała, przyglądając się butelkom po wódce i tanim winie, których pełno stało na stole.
- Najwyraźniej. - zgodził się Romley, chowając broń. - Do roboty, Emily. - kobieta posłusznie założyła lateksowe rękawiczki, zabierając się za przetrząsanie pomieszczenia. - Musimy znaleźć broń, bo ten gnojek nie chce gadać. - westchnął mężczyzna.
- Spokojnie, najważniejsze, że siedzi w areszcie. - odpowiedziała mu Emily znad szuflady z męską bielizną.
- Ale Mercer jest na wolności. - westchnął Romley. - I poluje na naszą Alice. - Emily zatrzasnęła szufladę, otworzyła kolejną, potem zajrzała do komody.
- Zobacz. - rzuciła krótko, wyjmując stamtąd owinięty w wełniany szalik karabin, który dokładnie obejrzała. - Kaliber się zgadza.
- Świetnie. - odpowiedział Romely. - Nareszcie jakaś dobra wiadomość. Zostawiam to w twoich rękach, niech twoi ludzie się tym zajmą. - dodał, wyjmując z kieszeni dzwoniący telefon. - Halo?
- Szefie, adwokat Reeda tu jest. Chce z panem rozmawiać. - rozległ się męski głos po drugiej stronie.
- Pozwoliliście mu zadzwonić?
- No, niestety miał do tego prawo. - Romley westchnął.
- Dobrze, już jadę. - odpowiedział.

Człowiek Mercera drgnął na siedzeniu samochodowym, gdy ekran komputera rozbłysnął na niebiesko i rozległo się głośne piknięcie.
- Szefie... Ascott włączył komórkę. - zameldował, pochylając się nad laptopem. - Mam ich pozycję. Jadą na północ. Wkrótce ich dopadniemy. - David Mercer uśmiechnął się, zsuwając z nosa ciemne okulary. Samochód zawrócił niemalże w miejscu.
- Dobra robota. - pochwalił lakonicznie.
W niecałą godzinę później czarny Suv zaparkował tuż przy samochodzie przewożącym zwierzęta, stojącym na poboczu. Mercer szarpnięciem otworzył drzwi od strony kierowcy.
- Rusz się frajerze. - rzucił jeden z jego podwładnych, wyciągając mężczyznę z auta. - Otwieraj kojce! Prędzej!
- Bez nerwów... - przerażony mężczyzna rozłożył ręce bezradnie, ale zrobił co kazano. Dwóch uzbrojonych mężczyzn wpadło do środka, przepychając się między zwierzętami.
- Gdzie się podziali? - spytał któryś nich. - Dwóch agentów Secret Service. Facet i kobieta. - drugi z mężczyzn spojrzał na urządzenie, które wibrowało w jego dłoni i chicho brzęczało. Zaraz potem podniósł z dna kojca uwalany piachem telefon komórkowy. Bezradnie rozłożył ręce, wychodząc na zewnątrz, a komórkę podał szefowi. Mercer obejrzał ją dokładnie, a kiedy przekonał się, że telefon rzeczywiście należał do Jacka Ascotta, zamachnął się. Mężczyzna jęknął, dotykając rozciętej wargi.
- Jedziemy. - wysyczał przez zęby Mercer.

Jack przetarł wierzchem dłoni oczy i dopijając kawę w papierowym kubku, obejrzał się na siedzącą w samochodzie Alice. Kobieta spała skulona na fotelu pasażera, oparta o szybę. Pod głowę wsunęła zwiniętą w kłąb bluzę. Podniosła jednak głowę gdy wsiadł z powrotem do auta i przeciągnęła się zdrętwiała.
- Dzień dobry... - odezwał się Jack. - Jak spałaś?
- Cudownie. - odparła sarkastycznie Racine, wiążąc włosy w koński ogon. - Przydałby mi się prysznic. I coś do przebrania... - dodała, krytycznie spoglądając na sweter i dżinsy, które nosiła już trzeci dzień z rzędu. - Muszę zadzwonić. - Jack bez słowa wskazał jej budkę telefoniczną, a kobieta również bez słowa wysiadła z auta.
- Kod kontrolny poproszę. - odezwał się kobiecy głos po drugiej stronie. Alice zastanowiła się przez chwilę.
- Kod kontrolny ZGC442. Klucz szyfrowania ANA9. - odpowiedziała. - Muszę pomówić z moim dowódcą, to pilne.
- Mam na linii szóstej Alice Racine! - zawołała młodziutka sekretarka, wbiegając bez pukania do gabinetu Boba Huntera. - Namierzyliśmy telefon.
- Nareszcie. - mężczyzna wyprostował się w fotelu. - Przełącz mnie. - kobieta skinęła głową, a kiedy wyszła z gabinetu, Hunter podniósł słuchawkę telefonu. - Alice, tu Bob Hunter, jest ze mną Ed Romley.
- Gdzie jesteś? - spytał ten drugi. Alice wzięła głęboki wdech.
- Dzwonię z budki telefonicznej, znacie już odpowiedź. - odparła. - Zagrożona. Mercer na mnie poluje.
- Objęliśmy cię programem ochrony świadków. - powiedział Hunter, nie rozumiejąc.
- Nie wystarczyło. Mercer ma wśród swoich ludzi byłych agentów KGB, przyślijcie wsparcie.
- Alice... - zaczął Romley, ale kobieta zdążyła już odłożyć słuchawkę, ponaglana przez Jacka. Hunter oparł głowę na dłoniach. Cała ta sprawa komplikowała się coraz bardziej.
 

 
Przez tawernę na Tortudze szła młoda - może dwudziestoletnia - dziewczyna. Na białą koszulę i czarną spódniczkę zarzuciła stary płaszcz. Z zielonej bandany zrobiła zgrabną opaskę do włosów, która przytrzymywała w miejscu jej ciemne pukle niesfornych loków. W dłoni ściskała pasek od podręcznego worka, przerzuconego przez ramię. Rozejrzała się wokół i wreszcie przysiadła naprzeciwko mężczyzny z burzą dredów na głowie, w starym pirackim kapeluszu zsuniętym na twarz.
- Szukam pirata. - odezwała się. - Kapitana Jacka Sparrowa. - tamten z hukiem odstawił na stół trzymaną w dłoni butelkę rumu i spojrzał na nią znad trójkątnego ronda.
- To sprzyja ci dziś fortuna. - odpowiedział. - Tak się składa, że jestem nim, we własnej osobie.
- Na pewno jesteś "ten" Jack Sparrow? - dziewczyna zmierzyła go wzrokiem. Pirat spojrzał jej w twarz, na nos upstrzony piegami, w jej zielone oczy, tak znajome.
- Bardziej stosowne byłoby pytanie kim ty jesteś, nieprawdaż?
- Isabell Turner. Córka Willa Turnera i Liz Harrington.
- Ha! - uśmiechnął się Jack. - Płynie w tobie piracka krew, dziecko. A mama nie opowiadała o mnie?
- Opowiadała i to nie raz. - Isabell ściszyła głos. - Jak razem odnaleźliście Źródło Wiecznej Młodości. Coś z niego uszczknąłeś dla siebie... Prawda? - pirat znów się uśmiechnął, tym razem tajemniczo.
- Jack... - dziewczyna wsparła się o blat stołu. - Mój ojciec jest w niebezpieczeństwie. Potrzebuję ciebie... I Perły... - Sparrow pociągnął długi łyk rumu, spoglądając na nią znad butelki.
- Najpierw ty, złociutka, pomożesz mi. - powiedział. - Bo tak się składa, że znowu mi się gdzieś zapodział mój okręt. - Isabell przewróciła oczami. Właściwie mogła się tego spodziewać.
- Stoi. - powiedziała, wyciągając ku piratowi dłoń, którą uścisnął.
 

 
Angelica mordowała wzrokiem siedzącego naprzeciwko niej w szalupie Jacka. Pirat nie spuszczał z niej oczu, choć ręce miała związane.
- Nienawidzę cię. - powiedziała w końcu.
- Za ocalenie ci życia? - zdziwił się Jack.
- Lata, które mam przed sobą, zrabowałam własnemu ojcu.
- Pomogłem mu zrobić to, co powinien zrobić ojciec.
- Jesteś okrutny i nieokrzesany. - skończyła dyskusję Angelica.
Wkrótce przybili do niewielkiej wysepki i Jack pchnął kobietę na piasek. Tamta potknęła się i z krzykiem upadła. Pirat rzucił jej broń, nie zawracając sobie głowy pomocą.
- Jeden pistolet, jeden strzał. - rzucił tylko.
- By się zabić, nim umrę z głodu?! - zawołała za nim.
- Nie można ci ufać, skarbie. To ruchliwy szlak handlowy, wyślesz sygnał jakiemuś statkowi. Chyba, że wolisz gryźć piach.
- A jak mam się wyswobodzić z więzów?!
- Zrobiłaś to pół godziny temu, by w dogodnej chwili zaatakować. - Jack zręcznie uchylił się przed grubym konarem, którym zamachnęła się na niego.
- Przyznaj się Jack... - odezwała się, odrzucając drewno na piach. - Wciąż mnie kochasz.
- Gdybyś miała siostrę i psa, wybrałbym psa. - rzucił na odchodne pirat, kierując się z powrotem do szalupy.
- Czekaj! - Angelica rzuciła się za nim. - Jestem przy nadziei. Z tobą. - Jack zamarł zszokowany, ale po chwili odzyskał rezon.
- Nie pamiętam, byśmy... - zaczął.
- Byłeś pijany! - Angelica chwyciła go za rękaw.
- Aż tak nigdy. - pirat wyszarpnął ramię z jej uścisku.
- Czekaj! Muszę ci coś powiedzieć... Chciałam ci toi wyznać już przy pierwszym spotkaniu... - kobieta przerwała. - Kocham cię.
- Ja też. Od zawsze. Na zawsze. - odpowiedział jej Jack. Angelica zamknęła oczy, szykując się na pocałunek, od którego pirat wykręcił się zwinnie. Kobieta pognała za nim.
- To jeszcze nie koniec! - zawołała, gdy siedział już w szalupie. - Jack! - pirat uchylił się, gdy padł strzał, ale chybiony.
- Pudło! - odkrzyknął. Angelica cisnęła bronią o piasek.
- Sparrow! - wrzasnęła. Odpływającego Jacka żegnały jej przekleństwa i wyzwiska.

- Harrington, udało ci się! - Jack wysiadł z łódki, stając na piasku i przemaszerował przez plażę z szerokim uśmiechem. Liz, siedząca na dużym kamieniu, zaśmiała się. - A nasze wspólne przedsięwzięcie okazało się zyskowne?
- Naciesz swe oczy. - kobieta podała mu Czarną Perłę w butelce. - Kompas prowadził prosto do celu.
- A straże Czarnobrodego?
- Zastosowałam twój manewr z Nowej Gwinei. Szkoda by było zostawiać resztę. - Liz upiły łyk rumu z butelki. Drugą rzuciła Jackowi. Pirat odpowiedział jej uśmiechem.
- Wielka szkoda. - potwierdził.
- A Perła? Jak ją uwolnimy? - spytała Liz, stając za nim.
- A tak, złotko. - Sparrow wyszarpnął szablę z pochwy, a jej ostrze wbił w szkło butelki. Tamta natychmiast zadrżała. - Czarnobrody sczezł, więc i klątwa przez niego nałożona straciła moc sprawczą. - pirat uśmiechnął się. Czarna Perła rosła. Masztem przebiła butelkę, która roztrzaskała się na kawałki. Zaskoczony Jack wypuścił z statek z ręki, Perła wylądowała na piasku, nie przestając rosnąć. Liz odsunęła się, podobnie jack Jack. Patrzyła na to oniemiała.
- Patrz, rośnie! - pirat położył jej dłoń na ramieniu. Kobieta wzięła oddech, patrząc na Czarną Perłę w całej swej okazałości, którą Jack chwilę potem podniósł z piachu.
- Trochę się skurczyła. - odezwał się, oglądając ze wszystkich stron półtorametrowy okręt. - Czemu się nie odkrucza? Może woda za zimna? - Liz przewróciła oczami, wyrywając mu statek.
- Morza jej trzeba. - powiedziała, rzucając Perłę na głębszą wodę. Statek zatonął niemal natychmiast, co przyjęła z osłupieniem. Jack uśmiechnął się jednak, gdy morze zawrzało i czarny okręt wystrzelił spod wody na powierzchnię. Liz pisnęła, podskakując i rzuciła się Jackowi w ramiona. Pirat odwzajemnił uścisk
- Nie wierzę! - zawołała. - Widziałeś to?! Jack, widziałeś to?! - krzyczała radośnie, szarpiąc go za połę płaszcza. Szybkim ruchem odgarnęła włosy z twarzy. - Teraz, na bogów mórz i nieba, bierzemy kurs na Tortugę!
- A więc jeszcze ci mało? - Jack uśmiechnął się, ruszając za nią.
- Nie nacieszyłam się. - odpowiedziała, odwracając się przez ramię.
- Jack, muszę spytać... - odezwała się Liz, gdy już stała obok niego na mostku kapitańskim. - Miałeś kielichy, wodę, łzę... Mogłeś żyć choćby i wiecznie... Nie kusiło cię?
- Lepiej nie wiedzieć, która chwila będzie ostatnia. - odpowiedział Jack. - I każdą cząstką jestestwa trwać w odwiecznej tajemnicy. I kto twierdzi, że nie będę żyć wiecznie? Odkrywca Źródła Wiecznej Młodości... - Liz uśmiechnęła się.

Liz stanęła przed drzwiami domu biorąc głęboki wdech, zastukała do drzwi. Przez chwilę rozważała jeszcze ucieczkę, ale drzwi otworzyły się. Było za późno. W progu stał Will, na którego kobieta spoglądała spod obciętej nierówno kasztanowej grzywki. Mocniej zacisnęła palce na troczku swojego worka.
- Will... - odezwała ię przez ściśnięte gardło. - Ja przepraszam... - kobieta przerwała, gdy mężczyzna bez słowa ją do siebie przytulił.
- Nie przepraszaj. - powiedział. - Wiem, że ciągnie cię do życia na morzu. Jesteś piratką, moim ojcem zresztą też był pirat. Zastanów się lepiej, jak to wszystko wytłumaczysz swojej córce. - dodał z uśmiechem. Liz odwzajemniła uśmiech.
- Tobie na pewno opowiem wszystko ze szczegółami. - powiedziała, kładąc mu dłoń na plecach, gdy objął ją ramieniem i dała się zaprowadzić do środka.
 

 
Przy Źródle Wiecznej Młodości wrzało. Barbossa nie poddawał się, choć wyraźnie tracił przewagę. Wypuścił jednak z dłoni szablę, gdy ostrze Czarnobrodego raniło go w ramię.
- Spodziewałem się nieco dłuższej walki! - zaśmiał się Teach. Hektor nie odpowiedział, zdzielił go tylko pięścią, a wykorzystując chwilę rozproszenia przeciwnika z powrotem sięgnął po broń. Czarnobrody ponownie zaatakował, zwodząc go skomplikowanym manewrem i podciął. Barbossa z jękiem bólu padł ciężko na plecy i wsparł na pobliskim kamieniu, usiłując wstać. Uśmiechnął się jednak, spoglądając na Czarnobrodego.
- Przestaniesz się szczerzyć, kiedy cię rozpłatam. - rzucił tamten. Hektor skrzyżował z nim ostrze.
- Obejrzyj się Edwardzie Teach. - powiedział. Czarnobrody odwrócił się powoli. Z mgły wyłaniały się właśnie sylwetki Hiszpanów. W jednej chwili zaniechano walki. Ucichły odgłosy stali uderzającej o stal. Hiszpański dowódca rozejrzał się powoli.
- Seniorita... - odezwał się, spoglądając na Angelicę. - Kielichy poproszę. - Angelica, z przerażeniem malującym się na twarzy, oddała mu naczynia. Kryjący się za nią Jack przyglądał się temu w milczeniu. Hiszpan dokładnie obejrzał kielichy.
- Życiem wiecznym obdarzyć może Bóg. - przemówił w końcu. - Nie jakieś pogańskie wody. - powiedział, odrzucając kielichy daleko od siebie. - Żołnierze, zniszczyć tę bezbożną świątynię! - rozkazał. Czarnobrody zmrużył oczy, zbliżając się do niego.
- Głupcze... - syknął Hiszpan. - To, czego szukasz, może dać jedynie wiara. - powiedział, obnażając klingę.
- Wiara? - Teach parsknął. - Światło wiary pozwala widzieć, lecz jej mroki potrafią oślepić... - pirat przerwał wpół zdania, raniony od tyłu przez Barbossę. Cisze po burzy przeszył odgłos przebijanego ciała, a Czarnobrody padł bez słowa.
- Coś ty zrobił?! - Angelica natychmiast uklękła przy ojcu. Jack rzucił się za nią.
- Angelico, nie! - krzyknął. - Jest zatruta! - kobieta z przerażeniem spojrzała na swoją dłoń, rozciętą ostrzem szabli Hektora. Barbossa uśmiechnął się zwycięsko.
- Nie jestem durniem, by mierzyć się z Czarnobrodym bez jadowitej przewagi. - powiedział. Kobieta spojrzała na Jacka ze łzami w oczach. Zrozumiał bez słowa i rzucił się na poszukiwanie kielichów. Barbossa uniósł czarną szablę.
- Okręt Czarnobrodego, jego załoga i ta szabla to zadośćuczynienie za moją utraconą nogę. - oświadczył. - Za mną! - zarządził i załoganci posłusznie podążyli za nim. Jack przerwał poszukiwania kielichów, gdy skalna ściana roztrzaskała się, gdy Hiszpanom udało się zwalić na nią ciężką kolumnę, ale rzuciwszy okiem na konających Angelicę i jej ojca, znów wrócił do szukania naczyń, a widząc błysk szkła, zgarnął z wody kielichy i wyszarpnął z kieszeni fiolkę z łzą. Źródło zostało zniszczone, ale z roztrzaskanej skały wciąż sączyła się niewielka strużka wody. Jack ukląkł przy skale, do każdego z kielichów łapiąc kilka kropli cennej cieczy. Do jednego z nich dodał łzę syreny. Potem rzucił się biegiem z powrotem.
- Wypij. - powiedział, klękając przy Angelice. - W tym jest łza. Ty weź drugi. - zwrócił się do Czarnobrodego.
- Nie... - jęknęła Angelica, spoglądając na niego mokrymi od płaczu oczami. Jack odwzajemnił spojrzenie.
- Obojga nie ocalę. - powiedział. - I jedno się poświęci.
- Weź, ojcze. - zaszlochała Angelica. - Dla ratowania duszy.
- Kapitanie Teach, ona umiera. - zaoponował Jack. - Musisz ratować córkę. - Czarnobrody przeniósł wzrok na kielichy.
- Ten ujmuje życia? A ten ze łzą je daje? - upewnił się. Jack skinął głową energicznie.
- Tak, szybko. - odparł. Czarnobrody bez wahania chwycił odpowiedni kielich i łapczywie wypił jego zawartość.
- Ratuj mnie, dziecko. - zwrócił się do Angeliki. Tamta wyrwała z dłoni Sparrowa drugi z kielichów.
- Kocham cię, ojcze. - zaszlochała. Jack westchnął z rezygnacją i odwrócił się na pięcie z zamiarem odejścia, ale coś go powstrzymało.
- Chwileczkę... - odezwał się. - A może jednak było odwrotnie? W tym była łza, a w tym to drugie. - Czarnobrody zerwał się na równe nogi, pomimo rany.
- Oszust! Diabeł! - wrzasnął wściekle.
- Ojcze...! - Angelica urwała wpół zdania, patrząc na swoją dłoń. Rana od zatrutej szabli w jednym momencie się zasklepiła. - Łajdaku, jak mogłeś! - rzuciła oskarżycielsko. Jack uniósł dłonie w obronnym geście.
- Ojciec cię ocalił. Może zazna odkupienia. - odezwał się. W tej samej chwili woda wezbrała, porywając ze sobą Czarnobrodego. Stary pirat wrzeszczał rozpaczliwie, gdy woda wirowała wokół niego szaleńczo, aż w końcu na ziemię opadły tylko jego gołe kości. Jack patrzył na to w milczeniu, Angelica natomiast zaniosła się rozrywającym płaczem.
 

 
- Alice! - zawołał Jack, pochylając się nad kobietą siedzącą przy służbowym komputerze Romley'a. - A może trzydzieści trzy to nie liczba? Może to litery? Greckie, albo hebrajskie...
- Powiedz to Emily. - odpowiedziała Alice z uśmiechem podając mu telefon komórkowy. Jack wziął go od niej, natychmiast wybierając numer i po krótkiej rozmowie, z powrotem pochylił się nad ramieniem kobiety.
- Prześle ci to mailem. - rzucił krótko, a Alice posłusznie zalogowała się na swoją pocztę, zabierając się za przeglądanie świeżych informacji.
- Nie wkurzyliście przypadkiem KGB? - spytała Emily, zaraz po tym gdy Jack przełączył ją na głośnik. - Rosyjskie "Z" jest podobne do trójki. To ZZ, Zapadny Zawod. Mają bazę na Kubie. To baza uderzeniowa KGB. Wiecie o co mi chodzi... Sabotaż podwodny, wywiad, podsłuch elektroniczny... - Jack i Alice wymienili spojrzenia. - To byli spece od brudnej roboty. Nie zostawiajcie żadnych śladów elektronicznych, potrafią wywęszyć wszystko. Działali na rosyjskich statkach szpiegowskich, korzystając z nasłuchu elektronicznego. Możemy wam tam kogoś przysłać.
- Dzięki. - odpowiedziała Alice. - Ratujesz nam życie, nawet bez pomocy swoich ludzi. Znikam. Do zobaczenia w Londynie. - dodała, przerywając połączenie. Kobieta opadła na oparcie fotela, odgarniając włosy z twarzy. - Pięknie... - westchnęła. - Tylko KGB nam brakowało... - Jack przełożył przez oparcie fotela jej kurtkę, a potem podał kluczyki.
- Siadasz za kierownicę. - powiedział. - Trzeba ich jakoś zgubić, najwyższy czas, żebyś się trochę popisała. - Alice uśmiechnęła się, biorąc od niego kluczyki i wstała z miejsca, zgarniając ze stolika sprzęt.

Alice odetchnęła, zamykając za sobą drzwi samochodu Jacka i wsunęła kluczyk do stacyjki. Mężczyzna kątem oka spojrzał w lusterko, a gdy Alice przekręciła kluczyk i ruszyła z miejsca z piskiem opon, zapiął pas.
- Spokojnie... - odezwał się. Kobieta uśmiechnęła się tylko, dociskając jeszcze pedał gazu. Jack znów spojrzał w lusterko. - Widzę ich. - powiedział. - Jadą za nami. Zgub ich.
- Poważnie? - Alice spojrzała na partnera z niedowierzaniem. Jack skinął głową.
- Zgub go. - powtórzył ze śmiertelną powagą. Alice zmieniła bieg i samochód jeszcze przyspieszył. Kobieta zerknęła na licznik. - Będzie dobrze. - uspokoił ją Jack. Alice gwałtownie wciągnęła powietrze, gdy drogę zajechała jej ciężarówka z drewnem. - Spokojnie. Dasz radę. Jedziesz. - autem zatrzęsło, gdy Alice skręciła kierownicą i wyprzedziła pojazd, nieomal ocierając się o niego. Jack obejrzał się. - Brawo... - powiedział z uznaniem. Alice uśmiechnęła się, odwracając ku niemu głowę.
Jechali przez miasto o wiele szybciej niż pozwalały na to ograniczenia prędkości. Jack znów się obejrzał.
- Próbują nas dogonić. - poinformował, widząc jak czarny Suv stara się wyprzedzać kolejne auta, dzielące go od nich. - Gazu. - polecił, zerkając na kobietę. Alice westchnęła, próbując przyśpieszyć, albo wyprzedzić któreś z aut, jadących przed nią, co okazało się niemożliwe. - Cholera... - usłyszała Jacka i również odwróciła głowę.
- Co tam się dzieje? - spytała.
- Cokolwiek by się działo, jedź przed siebie. - polecił Jack, przeładowując swój pistolet. Rozległy się dwa strzały, jeden po drugim. Zniecierpliwiona Alice zamrugała długimi światłami i jadący przed nią mężczyzna w końcu ustąpił jej miejsca, klnąc przy tym i żywiołowo gestykulując. Kobieta zgrabnie przemknęła między dwoma innymi samochodami. Pochyliła się odruchowo, gdy tylna szyba poszła w drobny mak. Jack odpowiedział strzałem na strzał, a Alice skręciła, omal nie tracąc przyczepności. Mężczyzna spojrzał z powrotem na jezdnię przed nimi, zastanawiając się co robić.
- Zjedź tutaj. - powiedział w końcu. - Tutaj. Na parking. - Alice zrobiła o co prosił i zaparkowała między dwoma tirami. Samochodem szarpnęło przy hamowaniu. Kobieta oddychała głęboko, nie zdejmując dłoni z kierownicy. Jack potarł dłońmi twarz.
- Jak tam? - spytał, odwracając się ku niej. Alice odpowiedziała spojrzeniem, a zaraz potem w swoje drżące dłonie ujęła jego twarz, a swoje wargi przytknęła do jego ust. Pocałunek trwał długo. Nie odrywała ust od warg Jacka dopóki nie stwierdziła, że musi odetchnąć. Wtedy odsunęła się, biorąc nerwowy haust powietrza. Mężczyzna pokiwał głową w zamyśleniu.
- Zrobisz to jeszcze raz? - zapytał. Alice roześmiała się, ale zrobiła o co prosił.

Jack zjechał na parking przy stacji benzynowej, stając przy dystrybutorze paliwa. Przez otwartą na oścież szybę w drzwiach spojrzał na skuloną na miejscu pasażera Alice.
- W porządku? - spytał. Kobieta pokiwała głową w odpowiedzi, nie patrząc na niego. - Nie jesteś głodna? - na to pytanie również odpowiedziała ruchem głowy. Mężczyzna obrócił w palcach swój telefon komórkowy, przyglądając mu się z namysłem, potem przeniósł wzrok na zjeżdżającą właśnie na parking przyczepę do przewożenia świń. Uśmiechnął się do siebie, włączając telefon i po zdjęciu tylnej części obudowy wpiął zieloną diodę urządzenia namierzającego na swoje miejsce pod baterią. Ta natychmiast rozbłysła zielonym światłem, a mężczyzna powolnym krokiem podszedł do przyczepy i przez nikogo nie zauważony wsunął telefon do świńskiego kojca. Odpowiedziało mu niezadowolone kwiknięcie.
- Może chcesz się czegoś napić? - zagadnął znowu Jack, wracając do samochodu. Alice znów pokręciła głową. Mężczyzna przez chwilę patrzył na nią z niepokojem. Potem westchnął. - Pójdę tylko zapłacić za tankowanie. Zaczekasz?
- Tak, tak... - odpowiedziała wyraźnie rozkojarzona kobieta. Jack uśmiechnął się lekko, przez opuszczoną szybę nachylił się do niej, zakładając jej włosy za ucho - z lekkim wahanien, jakby zastanawiał się czy na pewno mu na to pozwoli.
- Zaraz wracam. - dodał jeszcze. Zanim rzeczywiście wrócił do samochodu, Alice już zdążyła zasnąć oparta o szybę.
 

 
Z nauką koniec na dziś, więc wpadam na chwilkę, żeby zrelacjonować wczorajsze wyjście do kina na nowy film z Rowanem Atkinsonem. Cóż... Nie za bardzo przepadam za nim w roli Jasia Fasoli, a postać przez niego grana sprawiała, że i do tego aktora niekoniecznie pałałam sympatią. Ale kumpela stwierdziła, że koniecznie muszę obejrzeć ten film, ja doszłam do wniosku, że jak go oglądać, to tylko z nią (dobra zabawa murowana), a to z kolei zaowocowało wtorkowym seansem. Jeśli macie wolne popołudnie lub wieczór i w repertuarze nie znajdziecie dla siebie niczego konkretnego, to "Johnny English: Nokaut" może wam umilić ten wolny czas.

Nie oczekiwałam zbyt wiele, ale zostałam całkiem pozytywnie zaskoczona. Dostałam przyjemną parodię filmu akcji, przy okazji uświadamiając sobie, że dokładnie tego potrzebowałam, żeby choć na chwilę odciąć się od tego całego zamieszania związanego ze szkołą, bo potem nie będę mogła sobie na taki luksus pozwolić. Fabuła jest bardzo prosta, szczerze mówiąc na dobrą sprawę mogłoby nie być jej wcale, bo od razu wiadomo, kto jest dobry, kto jest zły, co się wydarzy, ale to w ogóle nie o to chodzi. Film nie stara się być tajemniczy, w końcu to jest lekka i sympatyczna komedia.

Połowa sali pokładała się u mnie ze śmiechu. Ja też się śmiałam, choć nie aż tak, ale może też część żartów do mnie nie trafiło. Ja mam specyficzne poczucie humoru, a to swoje robi... Mimo to pod względem komediowym film podobał mi się bardzo. To jest po prostu Rowan Atkinson, który jak zawsze gra samego siebie i który rozśmiesza już swoimi ruchami. Pomijając już fakt, że Jasia Fasoli nie cierpię, to jako Johnny English ten aktor tak bardzo do mnie przemawia... Zastanawiam się tylko kto English'a wcielił do Secret Service? Co, testów nie było jakichś, z łapanki, z ulicy, no nie wiem, mniejsza (aczkolwiek z takim agentem bym nie chciała pracować). Do jego asystenta już na początku zapałałam szczerą sympatią, jest cudowny.

"Johnny English: Nokaut" nie wprowadza żadnych innowacji czy świeżych pomysłów; za to swoim archaicznym stylem i miałką fabułą bawi i pozwala się zrelaksować. I chociażby tylko po to, żeby odpocząć od szarej rzeczywistości warto dać mu szansę.
 

 
Liz rozejrzała się wokół, otrzepując się z ostatnich kropli wody. Stałą po kostki w płytkim jeziorze. Zadarła głowę wychodząc na trawiastą wysepkę. Gdzieś z góry zwieszały się pnącza lian, nie potrafiła dostrzec natomiast nieba. Przeniosła wzrok na skalną ścianę ze szczeliny której wypływała cienka strużka wody.
- Czy to... - odezwała się, podchodząc bliżej.
- Owszem. - odpowiedział Jack, stając za nią. - Wspaniałe, co? - Liz skinęła głową, podsuwając obie dłonie o strugę.
- Ani mi się waż, Harrington! - wrzasnął Czarnobrody, gdy nachyliła się, by się napić. - Ja pierwszy jej skosztuję! - Angelica powiodła wzrokiem wokół, nasłuchując.
- Ojcze... - odezwała się ostrzegawczo. Edward Teach wytężył słuch.
- Jednonogi. - powiedział, odwracając się.
- Sprowadziłeś go tu! - rzuciła Angelica oskarżycielsko.
- A niby po co? - Jack rozłożył ramiona w geście niewinności.
- Edwardzie Teach! - z mgły okalającej Źródło wyłonił się Barbossa wraz ze swoją załogą. - Za zbrodnie popełnione na pełnym morzu, działając z upoważnienia Jego Królewskiej Mości, ze sporą dozą osobistej satysfakcji... Pozbawiam cię wolności i ogłaszam iż jesteś... Moim więźniem.
- Moja wachta dobiegła końca, tak? - odpowiedział pytaniem Czarnobrody, podchodząc bliżej.
- Wśród wspomnianych przestępstw zarzuca ci się piractwo, zdradę, morderstwo, zadawanie haniebnych tortur, takich jak kradzież używanej, owłosionej i krzywej prawej nogi. - Barbossa dobył szabli. Czarnobrody również.
- Odważysz się stanąć przeciwko temu ostrzu?
- Z dala od twojego okrętu? Owszem. - Liz nachyliła się do Jacka.
- Od kiedy to Barbossa jest korsarzem w służbie koronie? - spytała.
- Nie jest. - odparł Jack. - Ma w głębokim poważaniu króla Jerzego. Rozumiesz? - kobieta westchnęła, pojmując i skinęła głową. Barbossa potrzebował przecież okrętu i załogi, a swoje utracił.
- Czuję na karku lodowy oddech przeznaczenia. - kontynuował Czarnobrody. - Ale nie odmówię sobie ostatniej potyczki. Wybić ich! - jego załoga natychmiast dobyła szabli, podobnie jak Anglicy pod wodzą Hektora.
- Zaraz, momencik jedną chwilkę! - zawołała Liz, zamachawszy rękami. - Czegoś tu nie rozumiem. Więc... Wy macie walczyć z nimi, a oni z wami... - zaczęła, gestykulując żywiołowo. - Bo ten ma ochotę utrupić tego? Gdzie tu logika? - załoganci popatrzyli po sobie. - Właśnie. Niech więc sami się biją, a my popatrzmy, wypijmy, poróbmy zakłady... Dosyć mam piractwa jak na jeden dzień. - Barbossa rzucił jej spojrzenie.
- Zabić ich! - rozkazał. Rozgorzałą walka.
Liz drgnęła, gdy zewsząd rozległy się strzały. Stal uderzała o stal. Barbossa wymachiwał dwiema szablami naraz, próbując odpierać ataki Czarnobrodego, co swoją drogą nieźle mu szło.
- Lizzie... - Jack postukał palcem w swój kompas. - Domyślasz się chyba, co masz robić? Ja spróbuję tu trochę posprzątać.
- Jasne, daj mi trochę czasu. - Liz ścisnęła w dłoni busolę i odbiegła z miejsca jatki. Jack rzucił się za Angelicą biegnącą ku Źródłu.
- Oddaj łezkę. - powiedział, przystawiając ostrze do szyi Scrum'a. - Wiem, że ty ją masz. Bądź grzeczny. - dodał.
- Jej boję się bardziej niż ciebie. - odparł tamten, atakując. Jack zgrabnie odbił jego ciosy, a okręcając się na pięcie, wyjął mu z kieszeni fiolkę. Uśmiechnął się.
- Dziękuję. - rzucił przelotem, ale zaraz zamarł w bezruchu. Na odległość ostrza trzymała go Angelica.
- Oddaj ją. - rzuciła ostro. - Wybacz mi. - dodała. - Mówiła, że potrzebuję lat. Teraz zadowolę się twoimi. - Jack bez namysłu zabił jej szablę swoją, a kielichy posłał kopniakiem w pobliże Źródła, po czym - unikając cięcia kobiety - rzucił się w tamtą stronę. Angelica rzuciła się za nim, klnąc na czym świat stoi.

Liz przedzierała się przez dżunglę z kompasem Jacka w dłoni, raz po raz potykając się i odgarniając liście i gałęzie, zwieszające się nisko nad ziemię. W końcu jednak wypadła na plażę i odetchnąwszy z ulgą, pobiegła przed siebie po miękkim piasku, co jakiś czas rzucając okiem na busolę, dopóki ni dostrzegła zacumowanej na mieliźnie Zemsty Królowej Anny.
- No, jesteś... - szepnęła, zatrzaskując klapkę kompasu. Po olinowaniu wspięła się na pokład, a odnalezienie kajuty kapitańskiej nie sprawiło jej już trudności. Znów zerknęła na kompas, a igła zawirowała, wskazując jej dokładnie to, czego w tej chwili potrzebowała najbardziej, czyli klucze do ciężkiej drewnianej szafy. Chwilę potem miała już w dłoni to, czego szukała, a drzwi szafy stanęły otworem. Liz wstrzymała oddech. Półki były bowiem wypełnione butelkami z uwięzionymi weń dziesiątkami okrętów. Perłę odnalazła wcale nie bez trudu.
 

 
Katrin usiadła na skraju łóżka, ściągając koszulkę nocną na uda. Wstydliwie spojrzała na prześcieradło splamione krwią. Policzki niemal natychmiast zapłonęły jej rumieńcem na wspomnienie tego, co stało się poprzedniego wieczoru i jak potem zasnęła z głową przytuloną do piersi elfa. Spróbowała zmienić pozycję na wygodniejszą. Bolało ją w kroczu, wciąż też krwawiła, miała przy tym nadzieję, że prowizoryczna lniana podpaska spełni swoje zadanie.
- Boli? - spytał Legolas jakby czytając jej w myślach, przysiadając tuż obok. Katrin odwróciła wzrok, zakładając za ucho kosmyk włosów.
- Tak, trochę. - odpowiedziała. - To normalne. - dodała.
- Nigdy bym cię nie skrzywdził. Nie umyślnie. - zapewnił ją znów elf.
- Wiem. - dziewczyna spojrzała mu w oczy.
- Nie mówiłaś, że to twój pierwszy raz. - Legolas speszył się.
- Nie pytałeś... - odpowiedziała. - Myślałam, że to dość oczywiste...
- To był również mój pierwszy raz. - Katrin podniosła wzrok, zaskoczona nagłym wyznaniem. - Nigdy wcześniej nie czułem tego, co czuję do ciebie. To dla mnie zupełnie nowe...
- Rozumiem. - Katrin skubała skrawek koszuli. - Bo i ja... - umilkła zaskoczona, gdy Legolas objął ją ramieniem i pocałował czule, zupełnie jak poprzedniego dnia. Zamknęła oczy, czując jego dłoń na swoim udzie, którą powoli przesuwał coraz wyżej, ale pieszczota urwała się tak niespodziewanie, jak się zaczęła.
- Chodź, zjemy śniadanie. - odezwał się Legolas, uśmiechając się promiennie. - Ubierzesz się? - Katrin skinęła głową, znów delikatnie się rumieniąc. Wiedziała, że po tym co się stało nie będzie już w stanie patrzeć na niego jak na przyjaciela.
 

 
Chciałam napisać coś porządnego, ale jedyne co mi przychodzi do głowy to szkoła, a tej mam w nadmiarze w świecie rzeczywistym, więc z tym tematem dajmy sobie spokój... Poza nauką nic specjalnego się u mnie nie dzieje, kłócą się o wycieczkę klasową, bo bez przerwy coś komuś nie pasuje, a wiadomo, wszystkim nie dogodzi, staram się jak najbardziej skupiać na sprawach szkolnych, ale też są takie chwile, kiedy mam po prostu dosyć. Chciałam od września zacząć sobie powoli powtórki do matury, ale ledwie wyrabiam się z materiałem bieżącym... A odpoczywać też przecież muszę...

Dobrze, dość. Coraz bardziej nie mogę doczekać się październikowego wyjazdu na Comic Con. Zgadałam się z przyjaciółką i tak jakoś wyszło, że jedziemy tam razem. W tym tygodniu kupiłyśmy bilety i naprawdę zaczynam powoli skakać z radości. Będzie John Rhys-Davies! Odtwórca roli Gimlego z "Władcy..."! A oprócz tego jeszcze Adam Brown, czy Ori z "Hobbita", ale z bólem serca musiałam sobie podarować spotkanie z nim, bo chyba poszłabym z torbami. W każdym bądź razie pojadę, choćby się waliło, paliło, żabami rzucało, ja tam będę i nikt mi tego nie zabierze.

Co w związku z moją wesołą twórczością... Z nowym rozdziałem "Piratów..." zapowiadam się na niedzielę. Nawet mam już połowę napisaną, ale znowu zostawiłam skrypty w internacie (tak to jest jak się mieszka w dwóch miejscach jednocześnie), więc ten... Jutrzejsze popołudnie zamierzam poświęcić "Tożsamości wroga", żeby wreszcie wrzucić coś porządnego i oficjalnie potwierdzam, że będzie obiecywany spin-off tego opowiadania (zanosi się, że niejeden). A odnośnie fragmentu poniżej... (Trochę inspiracja "Pięćdziesięcioma twarzami Greya", tak oglądałam ostatnio... Znowu...) Bo tak sobie pomyślałam, że wy nawet nie wiecie, jak wyglądał pierwszy raz Legolasa i Katrin, więc teraz możecie sobie przeczytać poniżej. A za chwilę powyżej co z tego wynikło.
  • awatar Wiky the Metal-Punk!: Zdaj*
  • awatar Wiky the Metal-Punk!: Współczuję z powodu nadmiaru materiału. Ambitna jesteś, więc myślę, że sobie poradzisz :). Zdaje relację jak wrócisz z Comic Conu :D. Ja jutro jadę na PGA. Też postaram się coś napisać :D.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Legolas spojrzał pytająco na Katrin, kiedy ta wstała z miejsca obok niego i rumieniąc się wstydliwie, zdjęła przez głowę koszulkę nocną. Stanęła przed nim naga i bezbronna. Elf objął wzrokiem jej ciało, potem spojrzał w oczy, gdy przysunęła się do niego, pochyliła i zamknąwszy oczy, zbliżyła wargi do jego ust.
- Katrin... - odezwał się elf, odsuwając odrobinę. - Ja trochę się boję jak to się skończy... - powiedział z dozą niepewności.
- Może to właśnie bardzo dobrze. - odpowiedziała mu dziewczyna, całując go. Spróbował jej na to pozwolić, spróbował też ją pocałować. Odwzajemnił muśnięcie jej warg, potem jeszcze raz, coraz intensywniej i z coraz większym uczuciem, sięgając przy tym do zapięcia własnej tuniki. Zanim zorientowała się, co się dzieje, Legolas położył ją na łóżku. Leżała na plecach, wpatrzona w jego oczy. Zwinnie zmieniła więc pozycję i jego ciało wślizgnęło się na miejsce tuż przy niej. Jego palce musnęły szyję dziewczyny. Jej żołądek zacisnął się. Zamknęła oczy, żeby zaraz poczuć jego dłoń na swoich udach. Zesztywniała. Nie mogła pozbyć się wrażenia, że mógłby... Mógłby zrobić, co tylko by zechciał, a ona nie miałaby na tyle siły, żeby go powstrzymać. Dłoń Legolasa przesunęła się w górę po jej udzie. Serce Katrin zabiło mocniej, ona sama zaczęła głębiej oddychać. Legolas odsunął się i spojrzał jej w twarz.
- Chcesz, żebym przestał? - spytał cicho. Nie mogła odpowiedzieć. Pokręciła tylko głową przecząco, zamykając oczy. Westchnęła, kiedy wszedł w nią delikatnie i czułością, a po policzkach poleciały jej łzy. Odetchnęła głębiej, czując ból w podbrzuszu.
- W porządku? - spytał znów elf. Znów odpowiedziała mu skinieniem głowy, ale tym razem udało jej się nawet powiedzieć; "Tak".
 

 
Na całym świecie zaczyna dochodzić do serii dziwnych zdarzeń: rząd Chin zrzuca na siebie bombę atomową, agent FBI, który prowadzi śledztwo w sprawie tajemniczej katastrofy lotniczej odkrywa coś makabrycznego, pani prezydent USA stara się mieć wszystko pod kontrolą, podczas gdy do laboratorium w Waszyngtonie dociera paczka zawierająca stare jaja pająków. Bardzo stare... W końcu przebudza się potworny gatunek który jest wygłodniały i rusza na krwawy żer. Zaczyna się apokalipsa...

Choć z założenia jest to horror, ja pospisuję tę książkę do mocnego thrillera, ponieważ mój strach przed pająkami nie jest aż tak mocno rozwinięty, ale te osoby, które naprawdę boją się tych stworzeń, na pewno w większym stopniu odbiorą ją jako przerażającą. A co przeraża? Miałam nieuzasadnione przeczucie, że w tej książce bohaterowie będą mierzyć się z ogromnymi pająkami wielkości samochodów (trochę jak Szeloba z "Władcy Pierścieni" ), a tymczasem autor przedstawia je jako falę czerni, morze odnóży, którego nie sposób zatrzymać. Przedstawia pająki, które obsiadają ofiarę jak rój much i poożerają ją w całości.

I to jest przerażające, bo na pewno łatwiej byłoby zabić jednego wielkiego pająka, aniżeli nieskończenie wiele małych, krwiożerczych istotek, które pełzną i pełzną... I są bardzo szybkie... I jeszcze do tego inteligentne... Słabo trochę, nie? No, właśnie. Nie zmienia to faktu, że pająki są niewątpliwie największym plusem tej książki. Dalej, narracja. Przeplatające się ze sobą miejsca akcji, różne perspektywy, różni bohaterowie i krótkie rozdziały, które ja osobiście bardzo lubię. Klimat; jest bardzo mrocznie i niepokojąco... Taki nastrój utrzymuje się prawie przez całą książkę, nie wspominając już o bardzo realistycznych opisach (bujna wyobraźnia to rzecz piękna).

Ważną sprawą jest tu narracja. Mamy wiele punktów widzenia, przeskakujemy od jednego bohatera do drugiego, mamy tutaj agenta FBI, panią z laboratorium, zajmującą się pająkami, obserwujemy punkt widzenia pani prezydent, a tych postaci jest o wiele więcej. Ponadto każda z nich ma bardzo mocno zarysowany charakter, wyróżnia się na tle innych, ma swoje obawy i lęki, dzięki czemu łatwo ich zapamiętać i nie gubimy się w ilości bohaterów pierwszoplanowych. Warte uwagi są również opisy pająków - bardzo realistyczne, aż zmuszające do rzucenia okiem, czy gdzieś w pobliżu nie czai się jeden z nich. Sama książka rzeczywiście daje powody, by bać się pająków. Grzechem byłoby nie wspomnieć o tym, jak bardzo podoba mi się okładka. Ta pajęczyna rozwleczona, na nasadzie grzbietu jest kokon jeszcze, wybaczcie, że nie pokażę, trudno.

Musimy mieć na uwadze, że to pierwszy tom serii (o czym początkowo nie wiedziałam), więc jego zadaniem jest wprowadzenie nas do całej historii i zaprezentować dla niej konkretne tło. Dla mnie jednak styl autora, układ książki i fakt, że już w pierwszym rozdziale przeszedł mnie dreszcz strachu, wystarczyły żeby czerpać z tej lektury naprawdę wiele przyjemności. Pomysł na fabułę tej książki jest bardzo prosty: pająki, bazowanie na wrodzonym strachu co poniektórych z nas względem nich, dodatek fikcji, krwiożerczości i zagrożenia ludzkości czymś, co skutecznie nas wszystkich oplecie białymi włóknami i pożre. Udało się? Tak.
 

 
Ostatnio cały mój wolny czas zajmuje szkoła i poza nauką właściwie nic innego nie robię popołudniami i tylko wieczór zostaje mi na chwilę wytchnienia, przeczytanie kilku rozdziałów książki, albo napisanie kawałka nowego rozdziału. Miałam ambitny plan zaczęcia powtórek do matury już we wrześniu, ale plany niezależnie ode mnie uległy trochę zmianie (ledwie wyrabiam z bieżącym materiałem). Rozumiem, że jesteśmy troszeczkę opóźnieni, ale sprawdzian na sprawdzianie to jednak lekka przesada, zwłaszcza, że teraz uczę się trzech przedmiotów naraz i każdemu trzeba poświęcić te półtorej godzinki, albo więcej, to już akurat zależy od przedmiotu.

Chwilowo nie ma dnia, żebym nie ślęczała nad książkami (tak, w weekend też), więc siłą rzeczy w tym roku odpada mi basen, jazda konna, która miałam nadzieję kontynuować jeszcze we wrześniu, może nawet październiku i klub łuczniczy, do którego się chciałam zapisać, przynajmniej na razie. Boli mnie to strasznie, bo jakaś odskocznia by się przydała, ale ale z drugiej strony wolę teraz pocierpieć i cieszyć się w pełni najdłuższymi wakacjami w życiu, niż przez trzy miesiące siedzieć w domu i uczyć się na poprawkę.

I poza tym nic ciekawego się u mnie nie dzieje, bo przeważnie kursuję teraz na trasie szkoła - internat, jak mam coś do załatwienia na mieście to biegiem, a wieczorem naprawdę wolę sobie poczytać, niż wychodzić gdziekolwiek. Bardziej z ogłoszeń parafialnych; powoli kończę pisanie opowiadania z Jackiem i Liz i to już będzie ewidentnie to prawdziwe zakończenie, bo nie chcę z tego robić tasiemca. Może kiedyś... Ale nic nie obiecuję. Bo nie cierpię pisać rozdziałów na siłę, po których widać, że napisanie ich nie sprawiło mi radości. Powoli i opornie kontynuuję "Tożsamość wroga" i w głowie siedzi pomysł na spin-off tegoż opowiadania, teraz trzeba tylko znaleźć czas, żeby to wszystko złożyć w logiczną całość, bo z thrillerami pod tym kątem zawsze coś zepsuję. Rozdziałów możecie wyczekiwać z niecierpliwością, a ja lecę czytać "Wesele".
  • awatar Kate - Writes: @Blinky: Z rozszerzeń to uczę się angielskiego (jak chyba wszędzie), biologii i WOS-u, a na maturze zamierzam zdawać rozszerzoną biologię i polski. Nas WOS-em też się jeszcze zastanawiam, ale chyba odpuszczę.
  • awatar Blinky: U mnie nie lepiej, chociaż jeszcze nie mamy sprawdzianu na sprawdzianie. Jednak moja wychowawczyni z panią od biologii dobitnie nam dały do zrozumienia, że: Możemy wykreślić słowo "weekend" z naszego słownika. jednak masz rację. Lepiej się pomęczyć przez te 8 miesięcy a później cieszyć się 4 miesiącami wakacji. ^^ Że się tak spytam, jakie masz rozszerzenia?
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Angelica przedzierała się przez dżunglę na czele załogi, w dłoni ściskając kompas Jacka. Przystanęła, spoglądając na leniwie obracająca się igłę i drgnęła, czując ostrze szabli na szyi, ale uśmiechnęła się, spoglądając w bok.
- Przy każdym spotkaniu czymś we mnie celujesz. - powiedziała na powitanie. Jack płynnie wsunął szablę z powrotem do pochwy i odwzajemnił uśmiech. Zza jego pleców wyłoniła się Liz.
- Widzę, że nie sposób was rozdzielić, choć to Sparrowa wysłałem, żeby zdobył dla mnie skarb Ponce de Leona, nie pannę Harrington. - rzucił Czarnobrody. - Masz kielichy?
- Tak. - odpowiedział Jack i skinął głową na towarzyszkę, która na dowód jego słów rozchyliła poły płóciennej torby.
- Jednonogi też jest blisko, tak?
- Tak. - potwierdził znów Jack. - Przekaże ci je pod paroma warunkami. - powiedział, stając między starym piratem a Liz. - Po pierwsze: oddasz mi kompas. Nie, to po drugie... Po pierwsze: dasz słowo, że nie skrzywdzisz Lizzie. - kobieta spojrzała na niego zdumiona, podobnie jak Angelica.
- Nie daję słowa takim łajzom, jak ty. - warknął Czarnobrody. - Ale mogę cię zapewnić, że nigdy nie była zagrożona.
- Po drugie... - przerwał mu Jack. - Czy wcześniej po pierwsze: upomnę się o zwrot kompasu. Poproszę. Zasłużyłem. - Angelica przewróciła oczami, rzucając mu jego własność. - Dziękuję. A po trzecie... Czasem, nie za często, rozmyślam o swoich haniebnych występkach. - Czarnobrody westchnął z rezygnacją, co bynajmniej nie zniechęciło Jacka do kontynuowania monologu. - Boli mnie zwłaszcza to, jak podle traktowałem pannę Harrington, lojalną pierwszą oficer. - Liz złożyła ręce na piersi, spodziewając się - niesłusznie zresztą - oficjalnych przeprosin. Przeliczyła się po raz kolejny. - Było mi obojętne, czy zginie po drodze do Źródła, trawioną gorączką... I wciąż jest...
- Ha! - żachnęła się kobieta. - Jack, ja cię normalnie...
- A jednak teraz musicie ją uwolnić. - pirat puścił jej słowa mimo uszu. Czarnobrody uniósł brwi.
- Czy to wszystko? - spytał. Jack zastanowił się.
- Chyba tak. - odparł wreszcie. Edward Teach spojrzał mu w oczy.
- Zgoda. - powiedział. Jack uśmiechnął się.
- Co?! - wyrwało się Liz. Na jej głos nałożył się krzyk Angeliki i kobiety spojrzały po sobie.
- Przekaż proszę kielichy naszemu dobrodziejowi. - Jack skinął głową Czarnobrodemu. Liz spojrzała na niego z wahaniem, ale w końcu zdjęła torbę z ramienia i oddała piratowi. Sparrow rzucił jej kompas. - Przepustka do wolności. - wyjaśnił krótko. Kobieta przytroczyła busolę do paska, ale ruszyła za Jackiem i Angelicą. Był palantem, owszem, ale nie zamierzała do teraz zostawiać.

Jack rozchylił kolejne liście tarasujące drogę.
- Przysiągłbym, że to gdzieś tutaj. - odezwał się. - To na pewno gdzieś tu niedaleko... - pirat zatrzymał się przed szerokim urwiskiem. Na skalnej ścianie wyryte były niezrozumiałe symbole, gdzieś w dole połyskiwało jezioro, a w głąb urwiska sięgała grota. Jack uśmiechnął się. - A właśnie...
Prędko zapalono pochodnię i zadecydowano o wejściu do środka. Szli gęsiego, jeden za drugim, brodząc po kostki w wodzie, aż w końcu dotarli do rozwidlenia korytarza i niewielkiej wysepki na płytkim jeziorze. Jack musnął palcami pokrytą starożytnym chyba pismem skalną ścianę.
- Aha! - Czarnobrody ruszył ku niemu. - Martwy punkt!
- Jack... Zaczyna podejrzewać, że nie znasz drogi. - powiedziała Angelica. Sparrow odwrócił się ku niej.
- Nie o to chodzi, by złapać króliczka. - rzucił. - Kielichy proszę. - Czarnobrody skinął przyzwalająco na bosmana i Jack wziął od niego naczynia, unosząc je w górę. - Cofnijcie się. - polecił, popatrzywszy po załodze. Po jaskini poniósł się czysty dźwięk, gdy kielich uderzył o kielich. Bardziej przesądni rozejrzeli się wokół niepewnie, ale nic się nie wydarzyło. Nic. Absolutnie.
- Czyś ty kiedykolwiek widział na własne oczy Źródło Wiecznej Młodości? - spytała Angelica, składając ramiona na piersi.
- Możesz powtórzyć pytanie? - Jack uśmiechnął się uroczo.
- Dość tego. - Czarnobrody wyszarpnął pistolet.
- Zaraz! - Liz rzuciła się ku Jackowi. - Nic ci nie przyjdzie z tego, że go zabijesz.
- Właśnie. - podchwycił natychmiast Sparrow, zasłaniając się kielichami, które uniósł na wysokość oczu. - Momencik! - zawołał zaraz, dostrzegając napis na metalowym okuciu naczyń. - Aqua de Vida. - przeczytał na głos. Niemal natychmiast rozległ się głośny szum. Woda z jeziora wezbrała, zawirowała i otuliła ich miękko, porywając ze sobą.
 

 
- Co znowu knujesz, Jack? - spytał szeptem Barbossa, gdy Hiszpanie prowadzili ich do swojego obozu.
- Jest dziewczyna. - odparł Sparrow. - Kobieta płci przeciwnej. - Barbossa skrzywił się. - Powinienem rzec "dama".
- Śpieszysz na ratunek damie? To coś nowego. - parsknął Hektor.
- Tak. - odpowiedział całkiem poważnie Jack. - Ale mogłem wyrządzić kiedyś wyżej wymienionej damie krzywdę. To ta kobieta z Sewilli.
- Jak zawsze. Udawałeś, że kochasz, a potem porzuciłeś ze złamanym sercem? - Liz przysłuchująca się rozmowie, prychnęła.
- Nie, gorzej. Być może coś we mnie... Przez krótką chwilę... Drgnęło. - Hektor wlepił w niego wzrok. - To nie uczucie, nie przesadzajmy. Bardziej coś jak... Uczucie.
- A jednak ją porzuciłeś. To podłe. - Jack zastanowił się przez chwilę.
- Masz rację. - stwierdził.
Hiszpanie przywiązali całą trójkę grubymi linami do drzew tuż przy ich obozie, wcześniej skonfiskowawszy Jackowie kielichy.
- Jak tam nasz plan odwrotu? - zagadnął Sparrow.
- Masz okazję improwizować. - odpowiedział mu ponuro Barbossa. Liz patrzyła na nich oboje z rządzą mordu w oczach. Od pojmania nie odezwała się do nich ani słowem, manifestując w ten sposób swoją wściekłość. Coraz bardziej złościło ją jednak to, że nikt nie zwracał na nią uwagi. Była niewidzialna.
- Może mógłbym wyswobodzić rękę... - zastanawiał się na głos Jack. - Masz nóż? - spytał, gdy Barbossa odkręcił swoją drewnianą nogę. Hektor uśmiechnął się.
- Coś lepszego. - odparł, zębami wyjmując korek z ukrytej w protezie butelki trunku. Jack patrzył na to w zdumieniu.
- Ja też taką chcę. - powiedział w końcu. Barbossa upił łyk rumu i z trudem, przez krępujące go liny, podał butelkę towarzyszowi niedoli.
- Za zemstę. Słodką i bezkarną. - wzniósł toast Jack.
- Za zemstę? - zdziwił się Barbossa.
- Owszem. - Sparrow skinął głową. - No, Hektor... Przyznaj wreszcie, że zaczaiłeś się na Czarnobrodego. Nie dam się zwieść.
- Liz? - Barbossa skinął na nią, podając jej butelkę. Chwilę jeszcze się wahała, aż w końcu z westchnieniem przytknęła ją do ust. Rum rozlał jej się ciepłem w gardle i żołądku.
- Nie było cię tamtej nocy. - odezwał się znów Hektor. - Gdy zabrali mój okręt. Zabrali, nie zatopili. Byliśmy u wybrzeży Hispanioli, gdy przypuścili atak. Bez prowokacji, ostrzeżenia, prób pertraktacji. Obsypał nas grad pocisków... Pod nami zakipiały wody... Statek zaczął tańczyć na fali. Deski, reling, drzewce zaczęły nagle trzeszczeć. Takielunek ożył. Aż okręt zwrócił się przeciw nam... Liny pętały załogę, wijąc się niczym węże... Pochwyciły mnie za nogę. Ale ręce miałem wolne, a pod ręką szablę. To ja, nie Czarnobrody, byłem panem okrętu. To ja, nie Czarnobrody, byłem panem swego losu. Zrobiłem to, co zrobić należało. - Barbossa pociągnął jeszcze łyk rumu i umieścił drewnianą nogę na jej miejscu.
- A więc... Odciąłeś sobie nogę... - odezwała się Liz.
- Przeżyłem. - odpowiedział Hektor.
- I nie szukasz Źródła. - dodał Jack, odwracając wzrok.
- Oddałbym lewą rękę za możność zemsty na Czarnobrodym.
- A nie prawą? - Jack znów się uśmiechnął. Liz też.
- Tę zachowa, by wbiła zatrutą klingę prosto w jego serce.
- Zadbam, byś miał sposobność. - Sparrow pomachał uwolnionymi dłońmi. Liz i Barbossa wymienili zdumione spojrzenia, po czym oboje przenieśli wzrok z powrotem na Jacka, który właśnie wstawał, wysuwając się zgrabnie z krępujących go lin. Kobieta roześmiała się.
- No jasne... - skomentowała. - A ja cię nie doceniałam.
- Sza. - upomniał ją pirat, przykładając palec do ust, po czym uwolnił ją z więzów i pomógł wstać. Wkrótce również Barbossa był wolny. Najciszej jak potrafili, pomknęli w stronę hiszpańskiego obozu, po drodze zgarniając trzy szable. Uzbrojeni wpadli między Hiszpanów, wśród których zawrzało. Barbossa wywijał szablą na wszystkie strony, Liz radziła sobie nie gorzej od niego. Jack skołował wiec linę, którą wkrótce obwiązani byli wszyscy wrogowie, łącznie z ich dowódcą.
- Zwiewajmy, póki się nie uwolnią. - odezwała się Liz.
- Nie pomogę z kielichami. - powiedział Barbossa, spoglądając na Jacka. - Jestem umówiony i już nie wrócę.
- Nie będziesz musiał. - odparł Sparrow, unosząc do góry obie dłonie, w których trzymał kielichy. - Napijemy się?
- Tak! Przy Źródle! - odkrzyknęła Liz, zrywając się do biegu. Jack pognał za nią.
- Czyżby panna Harrington zmieniła zdanie? - spytał.
- Nie. - odpowiedziała. - Ale akurat jestem pod twoim wrażeniem, więc radzę ci tego nie zepsuć.
 

 
Alice powoli podniosła się do pozycji siedzącej i przeczesała palcami włosy. Poprzedniego dnia zasnęła na fotelu, przy laptopie, ale ktoś musiał ją przenieść na łóżko, najpewniej Jack. Kobieta powoli zsunęła z siebie koc i opuściła nogi na podłogę.
- Wstałaś... - odezwał się mężczyzna, wchodząc do pokoju. - Kawa. - powiedział, wręczając jej kubek. - Na fotelu masz ubrania na zmianę. Chyba twój rozmiar.
- Dzięki. Kawa się przyda. - Alice upiła łyk z kubka i przejrzała leżące na oparciu fotela ciuchy. Spodnie i sweter rzeczywiście były w jej rozmiarze i po szybkim prysznicu z przyjemnością przebrała się w coś czystego. Jack spojrzał na nią.
- Zejdziemy na śniadanie? - spytał. - Dzwoniła do ciebie Emily, pozwoliłem sobie odebrać. Znaleźli tego człowieka, który podłożył ładunek wybuchowy w tym centrum handlowym i który próbował cię skasować. Maglują go od wczoraj, ale poza tym wiedzą niewiele. Namierzyli jego kryjówkę...
- Spałeś? - Alice przerwała mu i bez zbędnych wstępów zadała pytanie.
- Nie mogłem, musiałem cię pilnować. - odpowiedział Jack, wstając z miejsca. Alice oparła się biodrem o fotel, a kiedy spojrzała na niego z wyczekiwaniem, mężczyzna westchnął. - Wiesz jak nas znaleźli? - spytał, pokazując jej maleńkie urządzenie, które jeszcze wczoraj podpięte do baterii jego telefonu mrugało na zielono. - To znalazłem pod obudową komórki.
- Podsłuch? - spytała Alice, wyciągając dłoń po zieloną diodę.
- I urządzenie namierzające. - podpowiedział Jack. - Alice... - mężczyzna odwrócił wzrok. - Zawsze wszystko muszę spieprzyć.
- Jeszcze niczego nie spieprzyłeś. - kobieta pokręciła głową. - Żyję, tak? Stoję tu. - Alice uśmiechnęła się. - Zejdźmy na śniadanie, bo mam nieuzasadnioną ochotę na dżem truskawkowy. - Jack uśmiechnął się lekko. - Potem się prześpisz. A ja spróbuję się czegoś dowiedzieć i skontaktuję z centralą.

Alice wsunęła do ust tost z dżemem truskawkowym i przeniosła wzrok na Jacka. Mężczyzna mieszał w kubku drugą kawę, najwyraźniej pomimo jej prośby, nie zamierzając kłaść się później spać.
- Zastanawia mnie... - odezwał się w końcu. - Wiedzą, że tu jesteśmy. Wczorajszej nocy ktoś od Mercera stał po drugiej stronie ulicy, obserwował nas. Dlaczego nie spróbują wejść do hotelu, tak jak to zrobili tamtym razem? - Alice nie zdążyła nawet otworzyć ust, gdy szyba ogromnego okna wychodzącego na ulicę, rozsypała się w drobny mak, a tuż koło ucha kobiety śmignął pocisk. Ktoś krzyknął. Obsługa próbowała zaprowadzić porządek.
- Proszę zachować spokój! - zawołał Jack, zrywając się z miejsca. Jedną dłonią wyszarpnął naładowany pistolet zza paska, drugą, tą w której trzymał identyfikator, podniósł do góry. - Proszę o spokój! - powtórzył. - Wszystko będzie dobrze. CIA. - Alice podniosła z podłogi łuskę i dokładnie ją obejrzała.
- To było ostrzeżenie. - stwierdziła, pokazując pocisk partnerowi. - Gdyby chcieli mnie teraz zabić już bym leżała martwa na podłodze. Do wieczora musimy się stąd ewakuować. Tak myślę... - dodała, wyjmując własną broń. - Wszystko pod kontrolą, nikomu nic się nie stanie! - zawołała jeszcze, spoglądając na przestraszone twarze gości hotelowych. Skinęła głową na Jacka, kierując się w stronę windy.
Będąc już w pokoju, Alice podeszła do hotelowego telefonu, z pamięci wybierając numer Emily.
- Technika. - odezwała się kobieta, okręcając się na swoim fotelu. - A, to ty Alice.
- Emily? Zrób coś dla mnie. - Alice obejrzała trzymany w dwóch palcach pocisk. - Chodzi o analizę łuski.
- Nie dajecie mi odpocząć. - uśmiechnęła się do siebie Emily. - O co chodzi?
- O łuskę. Miedziana, centralny zapłon, wygląda na kaliber dwanaście, ale oznaczona jest liczbą trzydzieści trzy. Słyszałaś o czymś takim?
- Nie ma takiego numeru, to jakaś lipa.
- Przed chwilą omal nie rozwaliła mi głowy. - Emily zaniemówiła.
- Przepraszam... - odpowiedziała po chwili. - Co rusz produkują coś nowego. Sprawdzę, możesz zadzwonić za godzinę? - Alice potwierdziła, rozłączając się. Jack stanął za nią.
- To co teraz? Masz jakiś plan? - spytał, składając ramiona na piersi. - Ty zawsze masz plan.
- Chyba nie tym razem. - kobieta pokręciła głową. - Na razie czekamy aż Emily się odezwie.
- Alice... - mężczyzna wziął ją za nadgarstek i stanowczym ruchem posadził na skraju łóżka. - Nie chciałem tego robić w takich okolicznościach. - dodał, siadając obok. - Chciałem... - Jack wyjął z kieszeni niewielkie pudełeczko. - Racine, kocham cię. Wyjdziesz za mnie?
- Niewiele o mnie wiesz. - Alice odwróciła wzrok.
- To mi opowiedz. - Jack ujął ją pod brodę, nakierowując jej wzrok z powrotem na siebie.
- Najpierw zastanów się czy chcesz się wiązać na śmierć i życie z kimś, kogo Stany Zjednoczone śledzą od poczęcia. Tego Hunter ci nie powiedział. - dodała, widząc nieco zdziwioną minę partnera.
- Co zrobiłaś? - spytał tylko Jack.
- Kiedy miałam dwanaście lat matka wywiozła mnie do Stanów, rok później opieka społeczna zgarnęła mnie z ulicy. Kilka rodzin zastępczych, sześć różnych szkół... Nic ciekawego. Złamałam nauczycielowi rękę, bo podejrzewałam go o dobieranie się do uczennic.
- Podejrzenia były... Zasadne? - domyślił się Ascott. Racine tylko pokiwała głową z uśmiechem. - No proszę... Urodzony pies gończy.
- Gliniarze wciągnęli mnie do policyjnej ligi sportowej, trzy lata później dostałam stypendium sportowe w Northwestern. Zwerbowano mnie, bo miałam rewelacyjne wyniki testów, a w agencji brakowało oficerów śledczych. Cała historia. Próbowałam odejść po zamachu w 2012, ale zlecono mi misję w środowisko londyńskich dżihadystów. Resztę mniej więcej znasz.
- I po tym wszystkim wciąż chcę dzielić z tobą życie. - uśmiechnął się Jack. - To jak będzie? - Alice uśmiechnęła się, wyjmując mu z dłoni pudełko z prostym, srebrnym pierścionkiem i powoli wsunęła krążek na palec. Mężczyzna odwzajemnił uśmiech i objął ją ramieniem, przytulając. - Zobaczysz, tego gnoja, który na ciebie poluje, dorwiemy. Obiecuję.
 

 
Legolas zajrzał do komnaty, w której zwykle spał z małżonką, podczas pobytu w Rivendell i uśmiechnął się lekko, widząc Katrin siedzącą na łóżku, wpatrzoną w widok za oknem.
- Hej... - odezwał się, podchodząc do niej bezgłośnie u objął ją ramieniem, siadając obok. Katrin pośpiesznie otarła łzy lśniące w oczach i spojrzała na niego. Elf odwzajemnił spojrzenie.
- Coś nie w porządku? - zagadnął, muskając palcami jej policzek.
- Chyba się po prostu... Stęskniłam. - odpowiedziała dziewczyna, biorąc drżący wdech i znów otarła oczy zachodzące mgłą.
- Nai arma mare... - Legolas delikatnie przyciągnął ją do siebie, a gdy oparła głowę na jego ramieniu, przytulił ją czule. Stwierdzenie "wszystko będzie dobrze" zawsze brzmiało jak pospolity, bezużyteczny frazes, który ludzie powtarzali, gdy nie wiedzieli jak inaczej zareagować na sytuację, ale kiedy te słowa wyszły z jego ust, zabrzmiały jak najprawdziwsza prawda, jaką wypowiedziano w całej historii Ardy. Katrin westchnęła cichutko, przysuwając się bliżej do ukochanego i również go objęła.
- Kocham cię bardzo... - usłyszała jego szept tuż przy swoim uchu. - Powiedz, że ty też... - Katrin przygryzła wargę, nagle delikatnie się rumieniąc, a potem musnęła wargami jego usta w delikatnym pocałunku. Nie musiała nic mówić. Zrozumiał ją bez słów...
 

 
Piosenka, którą dziś katuję w kółko i w kółko, bo jest po prostu idealna na mój dzisiejszy nastrój. Odrobinę melancholijna i smutna melodia, piękny, romantyczny wydźwięk i te słowa... "Tell me that you love me to..." A przy okazji inspiracja dla fragmentu powyżej.
Przydałby mi się teraz ktoś, kto by po prostu podszedł i mnie przytulił, tak jak Legolas Katrin. Ja też potrzebuję teraz chwili miłości i takiego zapewnienia. Nai arma mare... Bo na pewno będzie, ale chyba każdemu zdarzają się takie chwile, kiedy wszystko jest jakieś inne, smutne i szare. Więc jak będzie...? Przytulisz mnie?

Powoli przyzwyczajam się do rytmu szkolnego, wstawanie przysparza coraz mniej trudności, zadawane są pierwsze zadania domowe, pierwsze powtórzenia (za dwa tygodnie pierwsze konsultacje). Właściwie teraz wydaje mi się, że rok temu wszystko było lepsze. Chciałabym z powrotem tamten plan lekcji, choć klęłam na niego nie raz, tamten rozkład materiału i tamten pokój w internacie, bo do tego jakoś nie mogę się przyzwyczaić. Wydaje się dziwnie duży, gdy mieszka się w nim tylko w dwie osoby... No i jeszcze rok temu wydawało się, że do tej matury jeszcze tak daleko, a teraz ledwie osiem miesięcy... Pomijając już fakt, że ja właściwie nie wiem co mam na tej maturze zdawać. Czytam sobie teraz wymagania i z takim trochę niedowierzaniem jakby dowiaduję się, że na ten sam kierunek na różnych uczelniach wymagane są różne przedmioty rozszerzone (a pięciu rozszerzeń pisać nie zamierzam), więc w sumie to ja już nie wiem... Historia na kryminalistyce... Co...?
 

 
Jack przedzierał się przez zarośla z szablą w dłoni, starając się podążać śladem Angeliki i załogi Czarnobrodego. Uśmiechnął się do siebie, gdy wreszcie dostrzegł ich między drzewami.
Liz szła za Angelicą w myślach klnąc najgorzej, jak umiała. Zostawił ją. Przebrzydły tchórz, zostawił i zwiał, jak zwykle troszcząc się tylko o siebie. W następnej sekundzie pisnęła cicho, gdy ktoś zatkał jej dłonią usta i wciągnął w zarośla. Chwilę szarpała się w uścisku, wreszcie w stosownej odległości od Czarnobrodego i jego załogi, Jack postanowił ją puścić.
- Ty idioto! - wrzasnęła, spojrzawszy mu w twarz, bo nic innego nie przyszło jej do głowy, po czym z rozmachem trzepnęła go po głowie. Jack uchylił się przed kolejnym uderzeniem i objąwszy ją za ramiona, odciągnął głębiej w las tropikalny.
- Ćśś... - nakazał, przykładając palec do ust. - Wróciłem, więc się nie awanturuj. A teraz zwiewajmy. - dodał, chwytając ją za nadgarstek i pociągnął za sobą. Liz posłusznie podążyła za nim przez tropiki, aż wypadli na plażę. Pirat pociągnął ją jednak dalej, stając wreszcie u stóp kamiennego klifu. Uśmiechnął się lekko.
- Santiago. - odezwał się. - Słynny okręt Ponce de Leona. - wytłumaczył, zerkając na kobietę i pokazał jej statek zawieszony tuż nad krawędzią urwiska. - I ani żywego ducha. - dodał, rozglądając się. - No dobra. - Jak wzruszył ramionami, ruszając w górę po kamienistym zboczu. Liz rzuciła się biegiem za nim.
- Dalej chcesz zdobyć te kielichy? - spytała zdziwiona, doganiając go. - Przecież mówiłeś, że...
- Posłuchaj... - przerwał jej Jack. - Oni mają Perlę, a ja nie znam położenia okrętu, zadowolona? Masz zatem wybór. Albo pomożesz mi zdobyć kielichy i zostaniesz bezpiecznie odstawiona do domu, lub też mi nie pomożesz i możemy się w tym momencie rozstać. Jak będzie? - Liz westchnęła zrezygnowana.
- Nienawidzę cię... - warknęła, ruszając za nim.

Liz rozejrzała się po wnętrzu starożytnego okrętu. Starała się ogarnąć wzrokiem bogactwo zgromadzone na tak niewielkiej powierzchni, jaką stanowiła kajuta kapitańska. Pod jedną ze ścian dojrzała ludzki szkielet.
- Ponce de Leon... - odezwał się Jack, zanim zdążyła choćby otworzyć usta. - Gdyby czterdziestu piratów marzyło przez czterdzieści dni o skarbie, ich wizja wypadłaby blado przy zawartości tej kajuty. - powiedział, uśmiechając się. Liz odeszła kilka kroków i zachwiała, tracąc równowagę, gdy statek przechylił się.
- Stój w miejscu! - zawołał Jack. - Niczego nie dotykaj. - nakazał, stając naprzeciw niej. - Kielichy. Gdzie one są? - zastanowił się na głos, rozglądając się po kajucie, dopóki jego wzrok nie padł na bogato zdobioną skrzyneczkę. Skinął głową z zadowoleniem. - Liz... Razem. - kobieta odpowiedziała skinieniem. Zrobiła pierwszy krok, gdy i on go zrobił, a w końcu oboje położyli dłonie na skrzyni.
- Nareszcie... - Jack z namaszczeniem uniósł wieki. Liz przeniosła wzrok z zawartości skrzyneczki na pirata. - Kamienie? - zdziwił się tamten. - Gdzie są kielichy?
- Tutaj. - Jack odwrócił się, słysząc za sobą znajomy głos. Ukryta w cieniu postać wyciągnęła przed siebie dłoń z dwoma kielichami. Jack zmrużył oczy, gdy mężczyzna w pirackim kapeluszu zrobił krok w ich stronę. Drewniana noga stuknęła o podłogę.
- Barbossa... - westchnęła Liz.
- Pani Turner... - pirat uśmiechnął się. - Widzę, że wciąż ciągnie panią do życia na morzu. - Jack bez słowa dobył szabli.
- Oddaj mi kielichy. - rozkazał z kamienną twarzą.
- Nie zrozum mnie źle przyjacielu... - zaczął Barbossa. - Ale Źródło Wiecznej Młodości w ogóle mnie nie interesuje...
- Kłamca. - rzucił Jack, nie dając mu dokończyć. Zaatakował lekką primą przed czym Barbossa zgrabnie się uchylił, żeby potem sięgnąć po własną broń. Zatańczyli na środku kajuty w morderczym tańcu, aż Liz znów zachwiała się, gdy statek zakołysał się na krawędzi klifu. Ciężko klapnęła na podłogę, tuż obok szkieletu Ponce de Leona i powoli sięgnęła do mapy, którą tamten wciąż trzymał w wysuszonej dłoni. Jack zgrabnie przekoziołkował w drugi kąt kajuty, od razu wstając. W prawej dłoni wciąż ściskał szablę, w lewej jeden z kielichów. Liz znowu przeniosła wzrok na mapę i spróbowała wyjąć ją z dłoni szkieletu. Mapa nie ustąpiła, a Ponce de Leon przekręcił głowę i wpatrywał się w nią teraz pustymi oczodołami.
- Liz... - Barbossa natychmiast przerwał walkę. - Nie dotykaj mapy. - kobieta natychmiast cofnęła dłoń.
- Wynośmy się stąd. - zdecydował Jack, wyjmując z dłoni Barbossy drugi kielich, mimo jego protestów. Hektor już bez słowa wyrwał mu oba kielichy, a kiedy znowu zaczęli się kłócić, kobieta westchnęła ciężko, otwierając drzwi kajuty i stanęła w miejscu jak wryta, widząc przed sobą zastęp uzbrojonych mężczyzn. Jack i Barbossa przerwali wyrywanie sobie kielichów, natychmiast zamierając.
- Hiszpanie... - odezwał się Hektor.
 

 
Rok szkolny uważam za rozpoczęty. Będzie ciężko, w końcu to klasa maturalna, więc podwójny stres, bo już nie tylko średnia na świadectwie i oceny końcowe, ale i egzaminy, a przy tym krótsze semestry. To straszne... Od wczoraj jestem już w internacie. Niby nic się nie zmieniło, ale podświadomie czuję, że to nie to samo co rok temu, czy choćby w pierwszej klasie, bo wszystko jest inne, nawet rozmieszczenie mebli w pokoju. Chwilowo mieszkamy z Natką we dwie tylko i modlę się żeby kogoś sensownego nam dokwaterowali, skoro już muszą. Lubię zmiany, te pozytywne oczywiście, ale... Czasami wolałabym, żeby nic się nie zmieniało...

Dzisiaj pierwsze po dwóch miesiącach wakacji spotkanie z ludźmi z klasy. Mimo wszystko tęskniłam za nimi, za wychowawczynią zresztą też. Okazało się, że będzie chodził z nami nowy kolega. Widziałam go dzisiaj tylko przelotem, potem mi tylko donieśli jak ma na imię, sama zdążyłam tylko zakodować, że całkiem przystojny (nie, wcale mu się nie przyglądałam), już jutro pewnie zobaczymy jak u niego z charakterem i czy da się pogadać Mój plan lekcji jest spoko. Mogłoby być lepiej, ale nie narzekam, tragicznie też nie jest. Mniej przedmiotów, a więc więcej czasu na ewentualne konsultacje i naukę w domu. Znowu zmieniono nam nauczyciela wuefu, a ponieważ ten nas jeszcze nie uczył, trochę go jestem jednak ciekawa. I religię z powrotem mamy z katechetką, zamiast z księdzem, z czego akurat bardzo się cieszę.

Tytułem szybkiego wstępu chyba tyle. Dzisiejsza inspiracja - Ed Sheeran i jego fantastyczna Nancy Mulligan:
Przesłuchałam dzisiaj "Divide" (i to dwa razy) przy okazji odkrywając, że fantastycznie działa na zszargane nerwy i lepszej płyty jeszcze w rękach nie trzymałam. To fantastyczny prezent urodzinowy...
A za każdym razem jak słucham tego kawałka, widzę szalejącą na parkiecie w rytm krasnoludzkich przyśpiewek Katrin, próbującą zachęcić do zabawy innych (co skutecznie jej się udaje) i Legolasa, przyglądającego się z boku z lekkim politowaniem i tym urzekającym krzywym uśmiechem. Narzeczona stara się i jego wyciągnąć do tańca, a w końcu po prostu chwyta za rękę... Tak...
Jutro postaram się machnąć nowy rozdział tego fanfiction pirackiego, ale różnie może być. Na chwilę obecną życzę dobrej nocy.
  • awatar Poicele: Klasa maturalna... Bardzo dobrze wspominam ten czas! Kiedy to było... Chętnie bym wróciła :D
  • awatar SugarFirefly: Na pewno dasz radę, bo jesteś ambitna i zdolna :) Będzie dobrze, zobaczysz ;)
  • awatar Blinky: Jesteś w klasie maturalnej? Jak dobrze, że jest na pingerze ktoś kto rozumie mój ból. Powodzenia moja droga! ^^ "Divide" jest bardzo dobre. Nie dziwię się, że zyskało dużą popularność.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 
- Pracujesz dla Davida Mercera, tak czy nie? - powtórzył Ed Romley, siedząc naprzeciwko Toma Reeda w pokoju przesłuchań.
- Tak, no i co z tego? - odpowiedział tamten. - Niczego nie wiem. Nie widziałem go od ostatniego zlecenia, przed odsiadką, nie wiem gdzie jest. - Romley rozparł się wygodnie na krześle.
- Posiedzisz kilka dni za kratkami, wytrzeźwiejesz, może pamięć ci wróci. - powiedział.
- Za kratkami? A za co? - Reed złożył ramiona na piersi.
- A za czynną napaść na funkcjonariusza. - odpowiedziała mu Emily, stojąca za Romley'em. - Już zapomniałeś? Dwa dni temu pod Whiteleys postrzeliłeś jednego z naszych agentów. Rozpoznała cię na zdjęciu. Poza tym znaleźliśmy tam twój odcisk buta.
- Mówicie o tym centrum handlowym? Ja tamtędy tylko przechodziłem. Nic nie wiem, ani o zleceniu na tę babę, ani o wybuchu. - Emily i Ed popatrzyli po sobie. Na twarzy Romley'a wykwitł uśmiech.
- Nie pogrążaj się. - powiedział się. - A to? To skąd masz w takim razie? - spytał, spoglądając na zranioną nogę mężczyzny.
- Na polowaniu byłem... - zaczął tamten niepewnie.
- Mhm. I pewnie pomylili cię z jeleniem, nie nabierzesz mnie na to. - rzuciła przez zęby Emily. Romley położył jej dłoń na ramieniu, przywołując ją do porządku.
- Spokojnie. - powiedział łagodnie, przewijając taśmę nagrywarki. "Nic nie wiem ani o zleceniu na tę babę, ani o wybuchu." Reed spojrzał na niego, blednąc gwałtownie. - Coś mi się zdaje, że masz nam o wiele więcej do powiedzenia. Ale na razie wybierzemy dla ciebie celę.

- Okazuje się, że nasz ptaszek miał stały kontakt telefoniczny z Mercerem. - powiedział Romley, wchodząc bez pukania do gabinetu Emily. - Moi ludzie to sprawdzili.
- Dobrze, on i tak wszystko wyśpiewa. - odpowiedziała kobieta, przeglądając akta bieżących spraw. Żadna jednak nie była tak priorytetowa jak sprawa Alice. - Dajmy mu tylko czas do rana. Dopadnie go delirka.
- Jasne. - Romley westchnął. - Wracam do siebie, odwieźć cię do domu? - Emily pokręciła głową.
- Jeszcze zostanę. - odpowiedziała. - Następnym razem zapukaj. - dodała, gdy Romley, zamykał za sobą drzwi. Mężczyzna odpowiedział jej uśmiechem, a Emily padła na oparcie fotela. - Gdzie jesteś, Alice? - westchnęła.
Jack usiadł obok Alice, skulonej w fotelu i wyjął z rąk śpiącej kobiety MacBook'a, a ją samą przykrył kocem. Chwilę jeszcze wpatrywał się w jej łagodnie zarysowany profil, a uśmiechnąwszy się do siebie, podszedł do okna, z zamiarem zasunięcia zasłon. W oczy rzuciła mu się postać, stojąca po drugiej stronie ulicy. Mężczyzna w czarnej kurtce. Wpatrujący się dokładnie w okno ich pokoju. W tym samym momencie zadzwoniła jego komórka. Jack powoli podniósł ją, a mimo nieznanego mu numeru odebrał połączenie.
- Ćwierć miliona. Gotówką. - odezwał się głos po drugiej stronie. - Za dziewczynę. - serce Jacka przyspieszyło, tak samo jak oddech.
- Nie ma mowy. - odpowiedział. David Mercer roześmiał się.
- Daj spokój, Ascott. - rzucił. - Co takiego mają służby specjalne, czego ja nie mam? Na pewno nie płacą ci lepiej.
- Ale nie zabijają dla własnej korzyści. - Jack mocniej ścisnął telefon. Śmiech zamarł na ustach Mercera.
- Daję ci ostatnią szansę, Ascott... - zaczął, ale Jack mu przerwał.
- Wiem, że mnie słuchasz i rozumiesz, sukinsynu. Nigdy nie dostaniesz Alice, dorwę cię i zatłukę własnymi rękami, gorzko pożałujesz...
- Czcze groźby, Ascott. Nie wiesz kim są moi ludzie, ani do czego są zdolni.
- Dowiem się tego. A wtedy będziesz skończony. - Jack przerwał połączenie i z westchnieniem opadł na fotel, kryjąc twarz w dłoniach. Odgarnął kosmyki włosów z twarzy. Skąd Mercer wiedział? Skąd wiedział gdzie są? Skąd znał ich każdy krok, zanim jeszcze go zrobili. Spojrzenie mężczyzny padło na telefon komórkowy, a tknięty przeczuciem zdjął tylną obudowę. Tuż przy baterii migotała mikroskopijna zielona dioda. Jack musnął ją palcem. Urządzenie namierzające. Bez wahania wyrwał je z telefonu i zamknął w dłoni. Jak mógł się nie domyślić wcześniej? To wszystko co się wydarzyło od wyjazdu z Londynu... To była jego wina. Niczyja więcej. Jego.
Jack westchnął, potarłszy twarz dłońmi. Delikatnie wziął Alice w ramiona, przenosząc śpiącą kobietę na duże podwójne łóżko, sam - choć zmęczony - nie położył się jednak. Usiadł z powrotem w fotelu z pistoletem w pogotowiu, aż do rana nie zmrużywszy oka. Na szczęście aż do rana nikt ich nie niepokoił.
 

 
Miałam być twórcza, miał być rozdział, ale stwierdziłam, że i tak za długo się zbierałam, żeby wrzucić ten post zakupowy, więc jest dzisiaj. Zaczynając od prezentów z urodzin... Przyjaciółka, z którą spędzałam urodziny obdarowała mnie niebieskim albumem Eda Sheerana, moim ulubionym zresztą, wzbogaconym o cztery dodatkowe kawałki oraz ostatnim tomikiem "Kształtu twojego głosu".

Przy okazji wczorajszego wypadu do kina poleciałam do Emipku po "Wyklucie". Książka o wielkich pająkach, o "czarnej szeleszczącej masie" atakującej turystów w peruwiańskiej dżungli? O, tak... W sumie trafiłam na nią przypadkiem, a ponieważ z takim pomysłem mam do czynienia po raz pierwszy, przekonajmy się co do wykonania (a wielkie pająki fascynują mnie odkąd pierwszy raz ujrzałam Szelobę). W komplecie z książką w Croppie kupiłam koszulkę. Jest fantastycznie upiorna i dziwnie słodka, ta czaszka mnie rozczula. No i pasuje kolorystycznie do książki, więc moje poczucie estetyki się raduje i to dość mocno. Oprócz tego trafił do mnie jeszcze beżowy sweterek, dysponujący wszystkimi cechami idealnego swetra.

No i w końcu przyszła ta paczka od Aśki, o której wspominałam gdzieś tam niżej. Ile ja się na nią wyczekałam... Stawiałam już Pocztę Polską na nogi, bo w pewnym momencie miała status zaginionej i oni sami nie wiedzieli co się z nią dzieje, ani gdzie jest, ale po dwóch tygodniach w końcu trafiła do mnie. Dzień po moich urodzinach (w środę), więc poniekąd mogę i ją uznać za prezent, a w środku czekały sobie na mnie dwie koncertowe koszulki Eda. Aśka, kocham cię...

Wpadła mi też w łapki nowa torba. Fantastyczna, pojemna i wygodnie się ją nosi (przechrzciłam ją wczoraj, jest super). Link (ponieważ aparat odmówił współpracy): https://www.reserved.com/pl/pl/media/catalog/product/T/R/TR674-99X-002_2.jpg
 

 
Podczas gdy wszyscy wieszają psy na polskich filmach, ja na "polską szmirę" wybieram się do kina, żeby się dobrze bawić. Kolejne wakacyjne wyjście do kina i wspaniałe zwieńczenie tego lata, a przy tym kawałek dobrej polskiej historii, świetny film i doborowa obsada, a do tego te efekty specjalne i Adamczyk w mundurze. ^^

Film to prawdziwa historia polskich asów przestworzy, inspirowana bestsellerem Arkadego Fiedlera o tym samym tytule. Polscy lotnicy, początkowo niedoceniani i wyśmiewani, stają się legendą. W ramach Królewskich Sił Powietrznych Wielkiej Brytanii (RAF-u) tworzą elitarną jednostkę - Dywizjon 303, który nie ma sobie równych. Ich ponadprzeciętne umiejętności i niezwykły patriotyzm mogą być przykładem dla kolejnych pokoleń Polaków, czym jest prawdziwe bohaterstwo. Film opowiada nie tylko o spektakularnych akcjach, w których brali udział podczas Bitwy o Anglię, ale pokazuje również ich życie prywatne. Kogo kochali, kogo stracili i za kim tęsknili.

Zaczyna się od dynamicznej walki powietrznej, którą przez przypadek podczas lotu treningowego stoczył Jan Zumbach, jeden z polskich asów powietrznych. Ta scena od razu pokazuje, co w tym filmie będzie najciekawsze. Sekwencje podniebnych potyczek są w nim naprawdę imponujące: dynamiczne, na swój sposób malownicze, a jednocześnie: przejrzyste i czytelne, o co często nie jest łatwo. Reżyser filmu pokazał wyjątkowy talent do realizowania tego typu scen, w których sekwencje z aktorami, nakręcone w oryginalnych samolotowych kokpitach, ujęcia historycznych maszyn i ich replik w locie oraz filmowe archiwalia z czasów bitwy o Anglię, łączą się płynnie z udanymi animacjami komputerowymi. Szwów praktycznie nie widać i te fragmenty filmu ogląda się z zapartym tchem. Widać przy tym, że duża część budżetu została zainwestowana właśnie w tę część filmu.

Całkiem dobrze sprawdza się też większość obsady, która potrafi nadać swoim bohaterom głębię, indywidualizm, a momentami nawet właściwą psychologiczną głębię. Zdecydowanie najlepiej z nich wszystkich radzi sobie Piotr Adamczyk, który budzi we mnie sympatię już jako aktor ogólnie, tutaj dodatkowo sprawił, że szybko polubiłam jego postać przywiązałam się do granego przezeń Witolda Urbanowicza. Wspaniały zarówno w kokpicie myśliwca jak i w scenach dyplomatycznych negocjacji z brytyjskimi dowódcami.

O ile sceny kręcone "w powietrzu" sprawiają, że nie można wręcz oderwać się od ekranu, o tyle odrobinę gorzej wypadają te, które mają uzupełnić ekranizację o życie prywatne naszych lotników. Wpleciono tu parę retrospekcji takich jak historię romansu między jednym z pilotów i córką inżyniera lotniczego, samą biegłą w sprawach takich jak wtrysk paliwa do silników myśliwców czy wątek prywatnej szlachetnej rywalizacji między dwoma asami lotnictwa, oraz pokazano wieczory spędzane w pubach, które mają za zadanie nadać głębi postaciom, a momentami spowalniają cały film, który traci na wyrazistości. w dodatku ma się wrażenie, że niektórzy z bohaterów drugoplanowych dostają za mało czasu ekranowego.

Mimo tego niewielkiego w sumie potknięcia film naprawdę zasługuje na uznanie i swoje pięć minut. Polecam bardzo.