• Wpisów:1442
  • Średnio co: 1 dzień
  • Ostatni wpis:2 dni temu
  • Licznik odwiedzin:304 051 / 1809 dni
Jesteś niezalogowany. Niektóre wpisy dostępne są tylko dla znajomych.
 
Kate otworzyła oczy. Chyba udało jej się zasnąć, bo teraz do pokoju wpadały pierwsze promienie słońca. Z trudem przekręciła się na drugi bok. Nie była w stanie się podnieść. Miała temperaturę, dreszcze. Bolał ją brzuch, pewnie z nerwów, ale nie wymiotowała. Do pokoju zajrzała pani Irena i usiadła przy dziewczynie na łóżku.
- Dzień dobry Kate. - odezwała się. - Jak tam noc? Wszystko w porządku?
- Boli mnie głowa. - wyszeptała dziewczyna, kuląc się pod kołdrą. Było jej też zimno.
- Masz gorączkę. - stwierdziła nauczycielka, przykładając jej dłoń do policzka. - Nie puszczę cię do szkoły w takim stanie. - Kate mało przytomnie spojrzała na panią Irenę.
- Nie chciałabym sprawiać kłopotu. - odezwała się. - Ale do sierocińca wracać też nie chcę.
- Kate... To żaden kłopot. - uśmiechnęła się nauczycielka. - Leż, zaraz przyniosę ci coś do picia. I termometr. Zmierzymy temperaturę. - pani Irena wyszła z pokoju i z ciężkim westchnieniem, ale i bez wahania chwyciła za telefon, leżący na kredensie. Chwilę potem w słuchawce usłyszała głos koleżanki.
- Bożena... Zrób mi przysługę. - odezwała się. - Pójdź za mnie do liceum. Mnie nie będzie przez parę dni. Ja mam w domu chore dziecko.
- Irena, ty nie masz dzieci. - zaprotestowała pani Bożena.
- A czy ja powiedziałam, że to moje dziecko?
- Kate jest z tobą? Wczoraj wieczorem zniknęła z domu dziecka.
- Jest ze mną, to prawda. Ale w jakim stanie do mnie dotarła, to już nie jest rozmowa na telefon. Porozmawiaj z dyrektorem, nie powinien mieć nic przeciwko mojej nieobecności. A nawet jeśli, trudno. Ja jej nie mogę teraz zostawić. - powiedziała nauczycielka i zanim pani Bożena zdążyła jeszcze coś powiedzieć, zakończyła połączenie.
Kate przeleżała w łóżku cały dzień. Z początku skarżyła się jeszcze na ból głowy, ale szybko usnęła i spała długo, niespokojnym snem. Cały dzień pani Irena kręciła się po domu, zaglądając co chwila do pokoju. Robiła co mogła, żeby pomóc dziewczynie dojść do siebie.
Kate zbudziła się w środku nocy z potwornym bólem głowy. Nie mogła ruszyć karkiem, chciało jej się pić. Było jej strasznie niedobrze, ale jednocześnie wiedziała, że jest potwornie głodna. To było straszne! Usiadła na łóżku i świat zawirował jej przed oczami, ale zmobilizowała się, żeby utrzymać ciało w tej pozycji i kilka minut później poszła do łazienki. Wyglądała koszmarnie. Wydawało jej się, że tak jak ona wyglądają umarli, ale nigdy nie widziała żadnego nieboszczyka, więc nie wiedziała tego na pewno. Obejrzała się dokładnie w lustrze. Lewy policzek był cały w siniakach. Oprzytomniała zupełnie, ale było to przebudzenie z koszmaru w horror.
Potem, znów leżąc już w łóżku, które pomimo upływu czasu co jakiś czas zamieniało się w rozkołysaną łajbę, usiłowała sobie przypomnieć wszystko, co wydarzyło się poprzedniego dnia. To, co się z nią działo od momentu wyjścia z sierocińca aż do chwili, kiedy znalazła się w domu nauczycielki, było zupełnie jasne i oczywiste. Pamiętała jeszcze jak nieludzko wystraszona gnała chodnikiem, ale co działo się wcześniej, nie potrafiła sobie poskładać w logiczną całość.
 

 
Stało się! Zajęłam drugie miejsce w Olimpiadzie Wiedzy Ekologicznej na etapie szkolnym! Osobiście jestem z siebie strasznie dumna, bo chociaż to i tak została wychwalona ta dziewczyna, co zajęła pierwsze miejsce, a ja zostałam wspomniana tak mimochodem, to jednak była to tylko i wyłącznie moja praca, nikogo więcej. Następny etap czternastego kwietnia i wezmę się solidnie za ten materiał, bo naprawdę chcę tu coś osiągnąć. Poza tym poniekąd za moją sprawą (bo sama wszystko załatwiałam i walczyłam o to jak mogłam) moja szkoła została zgłoszona do ogólnopolskiego konkursu fantastyki "Źródła marzeń". Nasz przedział wiekowy obejmuje książki Tolkiena; "Hobbita" i "Władcę Pierścieni" a dla mnie to naprawdę kaszka z mleczkiem, więc i tu liczę na jakieś wyniki. Pierwszy etap szesnastego marca, więc po feriach trzeba będzie odświeżyć sobie książkową wersję Władcy. Nie mogę się doczekać!

A w szkole dzisiaj symulacja rozprawy sądowej i przymierzałam togę. Moja Natalia stwierdziła, że mi pasuje, choć na zdjęciu wyglądam na dziwnie rozanieloną i teraz żałuję, że nie mogę go tu pokazać, bo mi się nie podoba. Trzeba było sobie cyknąć selfie. Nie zmienia to faktu, że bawiłam się świetnie, grając rolę świadka (byłam siostrą pozwanej). A sędzia był przystojny.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Wzrok Kate zasnuwała gęsta mgła. Wśród mlecznych oparów widać było dwie sylwetki, dorosłej kobiety i małej dziewczynki. Ta pierwsza krzyczała coś, ze wzburzeniem wymachując ramionami. Dziewczynka stała przed nią z pokornie opuszczoną głową, co zdawało się wprowadzać kobietę w jeszcze większą furię. A wreszcie szarpnęła małą za nadgarstek i zdzieliła po policzku. Wiedzione impulsem dziecko próbowało się wyrwać, ale kobieta szarpnęła mocniej, słowa stawały się wyraźne.
- Nienawidzę cię, rozumiesz... Ty niewdzięczna dziewucho... - kobieta odepchnęła od siebie córkę. Dziewczynka poleciała prosto na regał z książkami, straciła równowagę i uderzyła główką o marmurową posadzkę, tracąc przytomność.
Kate drgnęła, budząc się gwałtownie. Przez chwilę nie wiedziała gdzie jest, ale kiedy tylko poczuła pod policzkiem miękką poduszkę, wróciły do niej wszystkie wspomnienia poprzedniego wieczoru. W głębi duszy wiedziała, że dziewczynka ze snu to ona sama. Oddychała głęboko, usiłując się uspokoić. Czuła się okropnie i chyba miała gorączkę. Zwinęła się w kłębek pod kołdrą. Nie pamiętała czy krzyczała przez sen, ale nie chciała obudzić pani Ireny. Nie chciała, żeby nauczycielka martwiła się o nią jeszcze bardziej.
Jeszcze chwilę leżała w ciemności, aż wreszcie zapadła w krótki urywany sen. Koszmary powróciły, spotęgowane podwyższoną temperaturą i nadmiarem negatywnych wrażeń. Budziła się i na nowo zasypiała, wyczekując zbawiennego poranka.
 

 

Limmaniel poprawiła włosy upięte w kok, wsunęła na głowę prosty, złoty diadem i wpięła w uszy długie kolczyki. Katrin oglądała poczynania matki, siedząc na krześle, zwrócona twarzą do lustra.
- Przyglądasz mi się kochana. - odezwała się elfka.
- Nic podobnego, pierwsze słyszę. - Katrin odwróciła wzrok. Limmaniel wzięła się pod boki. Zafalowała na wpół przeźroczysta chusta i biało-srebrna suknia. Na twarzy elfki pojawił się uśmiech. Dziewczyna odwróciła się, spoglądając wprost na nią.
- No dobrze, może troszkę. - przyznała. Limmaniel bez słowa zajęła się fryzurą córki. Katrin odetchnęła głęboko. W powietrzu rozchodziła się delikatna woń konwalii.
- Jak samopoczucie? - zagadnęła Limmaniel, wpinając we włosy córki niewielkie klejnociki.
- W porządku. Faramir może się jednak ździebko zdziwić, kiedy usłyszy o naszych sojuszach. Dokonałam tego zupełnie sama.
- Słyszałam, że władca Rohanu nie darzy cię sympatią.
- Nie przeszkadzało nam to w utrzymywaniu poprawnych stosunków. - Limmaniel włożyła na skronie Katrin połyskujący srebrem diadem i przyjrzała dziewczynie.
- Pięknie wyglądasz. - odezwała się.
- Ty też, strasznie. - odpowiedziała Katrin. - To znaczy, nie strasznie, nie o to chodzi, po prostu strasznie pięknie.
- Dziękuję. - Limmaniel uśmiechnęła się. - To co? Zejdziemy do gości?
Legolas podniósł wzrok na schody, przerywając rozmowę z synami Elronda. Skinieniem głowy przeprosił i stanął u stóp schodów, po których schodziła jego małżonka w asyście matki, obie w fiolecie, bieli i srebrze. Kątem oka dostrzegł, że stojący za nim goście oddają władczyni pokłon. Wyciągnął dłoń ku Katrin. Rękę Limmaniel ujął Elrond. Legolas poprowadził dziewczynę w tańcu, obok tańczyła jej matka. Katrin uśmiechnęła się, zerkając na małżonka. Legolas nachylił się ku niej jeszcze bardziej.
- Wyglądasz wspaniale. - wyszeptał.
- Dziękuję, ty też. - odpowiedziała dziewczyna. Zielony płaszcz elfa falował wraz z jej suknią, na szyi połyskiwał srebrny pentagram na rzemyku. Katrin musnęła palcami kryształ górski, który nosiła na łańcuszku. Legolas uśmiechnął się, ostatni raz okręcając ją w tańcu.

Katrin śmiała się rozmawiając z Arweną. Policzki miała już zarumienione od wypitego wina, w dłoni ściskała kieliszek. Dziewczyna obejrzała się na dziesięcioletniego Elessara - księcia Gondoru, a widząc, że dzieckiem z powodzeniem zajmuje się Tauriel, uśmiechnęła się. Przeprosiła jednak elfkę, gdy dostrzegła stojącą przy ścianie Eowinę.
- Eowino, Faramirze... - odezwała się, podchodząc do władców Rohanu. - Cieszę się, że zaszczyciliście nas swoją obecnością.
- My również. - odpowiedziała Eowina. - Że możemy uczestniczyć w tak wspaniałym przyjęciu. - Katrin uśmiechnęła się.
- Niezwykle miło mi to słyszeć. - powiedziała i odwróciła głowę, kiedy Legolas położył jej dłonie na ramionach.
- Przepraszam najmocniej... - odezwał się. - Ale chciałbym porwać moją małżonkę do galopa. Nie macie nic przeciwko?
- Ależ skąd. - odpowiedział Faramir. - Prawdę mówiąc Eowinę też chciałem zaprosić do tańca.

Limmaniel opierała się o ścianę, w pobliżu stołu z przekąskami, z kieliszkiem wina w dłoni. Ze swojego miejsca obserwowała tańczące pary, w tym Legolasa i Katrin, podskakujących w rytm galopa. Uśmiechnęła się, widząc zmierzającą w jej stronę, po skończonym tańcu córkę.
- Jak się bawisz? - spytała, kiedy Katrin stanęła przy niej.
- Wspaniale. - westchnęła dziewczyna. - Dawno nie byłam na takim przyjęciu. - Limmaniel zachichotała.
- Goście dopisali. - stwierdziła, odstawiając kieliszek na stół.
- Tak, to prawda. - Katrin skinęła głową.
- Hej, a co tak bosko pachnie? - dziewczyna podciągnęła nosem.
- Czekolada... - westchnęła, równocześnie z matką. Obie się roześmiały. Katrin spojrzała na matkę, ale nie zdążyła nawet powiedzieć ani słowa, bo przed elfką skłonił się Faramir.
- Czy wolno mi poprosić panią do tańca? - odezwał się.
- Bardzo mi przykro... - Limmaniel uśmiechnęła się. - Ale poza wprowadzającym, dzisiaj nie tańczę. Za to może moja córka? - Katrin roześmiała się, machnąwszy ręką, ale to co powiedziała Limmaniel dotarło do niej o parę sekund za późno i już była ciągnięta przez Faramira do tańca. Elfka zachichotała.
- Wybacz... - odezwała się.
Faramir prowadził Katrin w rytm walca, nie spuszczając z niej wzroku. Dziewczyna czuła się bardzo niezręcznie, czując na sobie wzrok władcy Rohanu. Odwróciła głowę.
- Jak zdrowie twojej matki? - spytał w końcu Faramir.
- Skąd wiesz? - odpowiedziała pytaniem Katrin. - Słyszałeś...
- Całe Śródziemie słyszało. - mężczyzna spojrzał jej w oczy. - Jedyna elfka w Ardzie z wadą serca.
- Nie powinno cię to w ogóle dotyczyć. - ucięła dziewczyna. - Ale jeśli koniecznie musisz wiedzieć, moja matka ma się dobrze. - dodała, wysuwając dłoń z dłoni Faramira. - Przepraszam...
- No, widzę, że Faramir ma dryg. - odezwała się Limmaniel.
- I paskudny charakter niestety. - Katrin rzuciła ku niemu spojrzenie.
- Coś zaszło między wami?
- Nic znaczącego. - odparła dziewczyna. - Przestań. - poprosiła, widząc, ze elfka już otwiera usta. - Nie chcę sobie psuć wieczoru. - dodała, biorąc z półmiska ciastko z zielonymi owocami i zniknęła w tłumie. Słowa króla dotknęły ją do żywego. Szła przez salę zamyślona, nie zauważyła nawet kiedy wpadła na jedną z tańczących par, potknęła się i byłaby wylądowała na podłodze, gdyby nie ciemnowłosy elf, który złapał ją za nadgarstek. Uśmiechnął się.
- Dokąd lecisz? - spytał, pomagając jej wstać.
- Lindir! - ucieszyła się dziewczyna, rozpoznając sługę Elronda, który zjawił się u boku swojego pana na bankiecie i nieproszona ujęła jego dłoń do tańca. Elf poprowadził ją płynnie.
  • awatar Gość: Poczułam się jak na balu w Krainie Lodu, nawet kwestie podobne xD
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Obiecałam rozdział fanfiction, ale po pierwsze; zapomniałam notatek z internatu, a bez nich nic nie napiszę, po drugie; za dużo mam wam do opowiedzenia, bo ostatnia noc to była najpiękniejsza chyba w moim całym życiu. Rozdział nieodwołalnie jutro wieczorem, a ja prawie na żywo zdaję relację z wczorajszej Nocy Biologów.

Wyjazd punktualnie dziewiątej trzydzieści (dobra, cztery minuty po czasie, bo spóźnił nam się jeden opiekun). Jedziemy na Uniwersytet im. Marii Curie-Skłodowskiej do Lublina. Humory dopisują i wszyscy podekscytowani, no może z wyjątkiem naszej biolożki, której mina mówi sama za siebie "Jezu, znowu muszę gdzieś z nimi jechać...".

Zaraz po przyjeździe zaganiają nas do galerii Plaza, bo do zaczęcia wykładów jeszcze dwie i pół godziny, a my zapewne jesteśmy głodni, poza tym gdzie najlepiej spożytkować czas jak nie w galerii jakiejkolwiek. Chodzimy oczywiście całą ekipą, nierozłączni, bo tylko wtedy jest fajnie, a chłopakom nie przeszkadza nawet to, że my - dziewczyny ciągamy ich po sklepach z ciuchami. W KFC posilamy się frytkami i skrzydełkami kurczaka (znaczy kto się posila, ten się posila), Igor chomikuje dwie porcje kurczaków na później i troszeczkę się rozdzielamy. Tak na marginesie wizyta w Empiku kończy się krzywdząco nie tylko dla mojego portfela.

Na UMCS docieramy tym bardziej zintegrowani, najedzeni, szczęśliwi, zaopatrzeni w mniej, lub bardziej potrzebne rzeczy kupione w galerii i po przebrnięciu przez tłum ludzi w szatni i odstania w holu powitań i tym podobnych udajemy się do pierwszych laboratoriów, z miejsca trafiając na ciekawe rzeczy. Młodsze dzieci produkują mydełka, nas bardziej interesują eksperymenty z kodem genetycznym i z tej części wieczoru mam pamiątkę w postaci wyizolowanego, mojego własnego DNA, co wygląda dość niesamowicie.

Odrobinę tylko spóźnieni lecimy na pierwszy wykład, dotyczący biologii miłości, który jest tak interesujący, że bez problemu włączamy się do dyskusji i śmiejemy razem z wykładowcą. Przybliżona nam zostają procesy zakochiwania się i łączenia w pary nie tylko homo sapiens (na filmiku modliszki odgryzają sobie głowy). Zakochany mózg to upośledzony mózg, więc w stanie zauroczenia jesteśmy trochę podobni do osób z niepełnosprawnością umysłową. Też nie chciałam na początku wierzyć.

Stajemy w korytarzu zapełnionym po brzegi młodzieżą, ale też bachorami, których istnienia w tym konkretnym miejscu nie możemy rozgryźć. Igor wdaje się w jałową dyskusję z jedną z matek, usiłując jej uświadomić, że jej bacho... dzieci najzwyczajniej w świecie się nudzą, na co ona zupełnym przekonaniem odpowiada "Je to bardzo interesuje.". Ciekawe... Jakimś cudom dostajemy się do środka, dopychamy do pudełka z rękawiczkami i tu się dopiero zabawa zaczyna. Trzymałam na dłoni nerkę, podnosiłam ludzkie serce, dotykałam mózgu i wkładałam dłoń w płuco (konkretnie lewe) i oczka mi błyszczały z radości. Wiedzą się też mogłam popisać, bo układ pokarmowy czy oddechowy to materiał z tego roku. Udaje nam się również wyjść, co jest naprawdę niełatwe w tłoku i dostajemy do dyspozycji pół godziny przerwy, które pożytkujemy na zjedzenie zapasów Igora.

Następny wykład może i ciekawy, ale poprowadzony w usypiający sposób i wszyscy walczymy o to, żeby nie zasnąć. Neurobiologia używek jest spoko, kiedy nie opowiada o niej wyraźnie naćpany student. Robię notatki, tylko po to, żeby nie zasnąć, Kuba pokrywa zeszyt pentagramami. Jakiemuś gostkowi na drugim końcu sali zaczyna się wybitnie nudzić, bo puszcza sobie piosenkę z Kubusia Puchatka, którą i tak słychać w całym obejściu, więc nagle zaczynamy się dobrze bawić. Student wykładowca piorunuje naszą grupę wzrokiem, bo nasze szalone nauczycielki chichrają się jak durne, ja udaję, że nie mam z nimi absolutnie nic wspólnego, siedzący obok mnie Igor piorunuje naszą biolożkę wzrokiem oznaczającym "Uspokój się kobieto.". Wykład się kończy, idziemy szaleć dalej.

Dowiadujemy się co nieco o hodowaniu mikroorganizmów i może też chcemy sobie pohodować, ale niestety skończyły się wolne szalki. Wobec tego skupiamy się na konstruowaniu zegara jodowego (Igor swój zepsuł, stwierdził, że to głupie i sobie poszedł), a potem uciekamy wkręcić się na tzw. Escaperoom, na który co prawda nie mamy rezerwacji, ale może coś z tego wyjdzie. Niestety rozmowa z kierowniczką zbyt wiele nie wnosi. Możemy się wkręcić gdyby jakaś grupa nie przyszła, niestety wszystkie są obecne. Wspólnie z nasza ekipą dochodzimy do wniosku, że to niesprawiedliwe, bo bachory z podstawówki nie będą czerpać z tego takiej radości jak my, w poczuciu beznadziei siadamy na schodach i czekamy na nasze nauczycielki, które znowu gdzieś przepadły.

Droga powrotna mija sennie i głośno, zostaję odstawiona pod sam internat i długo jeszcze nie mogę spać, bo to zdecydowanie mnóstwo wrażeń jak na jeden dzień.
 

 
W środę miałam chwilę wytchnienia (a czwartek nie mam biologii), więc wyskoczyłam z moją Natalią na zakupy i w Empiku oprócz kalendarza do pokoju dorwałam nowe mangi, a ściślej rzecz biorąc mangę i nowelkę. Takie cudeńka do mnie trafiły;

Mangi jestem okropnie ciekawa, bo z takim motywem jeszcze się nie spotkałam. Ryou jest nieśmiałą dziewczyną, która nie potrafi dogadać się z rówieśnikami i nie ma zbyt wielu znajomych. Chciałaby mieć swój własny telefon komórkowy, tak jak koleżanki z klasy. Wymyśla go więc, ale jakie jest jej zaskoczenie, kiedy na telefon w wyobraźni ktoś dzwoni. Chyba czegoś takiego jeszcze nie było, więc tym bardziej nie mogę się doczekać, kiedy ją przeczytam.

Do nowelki podchodzę sceptycznie. Miałam kupować również mangę o takim samym tytule, ale po tym co z tym komiksem zrobiło wydawnictwo, podarowałam sobie i mam nadzieję, że przy nowelce będę się dobrze bawić. Strasznie mnie razi w oczy projekt okładki, ale miejmy nadzieję, że zawartość wynagrodzi spartaczenie roboty.
  • awatar Kate - Writes: @SugarFirefly: Moim zdaniem wydali w zdecydowanie za dużym formacie, przez co druk w środku wygląda na okropnie rozwleczony, zdecydowanie lepiej wyglądałaby w mniejszym formacie. Poza tym spartaczyli projekt tytułu. "Twoje" o wiele lepiej prezentowałoby się z dużej litery i bez tego dziwacznego zawijasa, który można zobaczyć i w nowelce, no i kropka na końcu. Kropka. Na końcu tytułu!
  • awatar SugarFirefly: A co wydawnictwo zrobiło z komiksem złego, bo jestem ciekawa? :)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Miałam wam dzisiaj oddać trzeci rozdział "Historii naturalnej smoków", ale nie wyrobiłam się z nim, a jutro mnie nie ma, więc z rozdziałem zapowiadam się na sobotę i proszę mnie wtedy z niecierpliwością oczekiwać. Osobiście jeszcze nigdy nie napisałam tak długiego rozdziału o jakimkolwiek balu i aż sama jestem z siebie dumna, że udało mi się to tak pociągnąć. I zamierzam znowu trochę namieszać ludziom (oraz elfom) w życiu, bo Limmaniel odrobinę niedomaga, Faramir chyba chce zerwać sojusze z Zielonym Królestwem, Elrond coś za bardzo klei się do Limmaniel, a Lindir nagle zaczął interesować się Katrin. To się porobiło... No i jeszcze muszę wymyślić jak w ogóle dojdzie do tej wyprawy do Beleriandu i kto ją zorganizuje (a w to zamierzam wmanewrować Aragorna).

Zaczęłam skrobać nowy rysunek, niedługo pewnie pokażę efekty. I obmyślam luźne opowiadanie na bazie "Prosto z serca", bo stwierdziłam, że póki mam coś do powiedzenia w tej sprawie (a tak się składa, że mam i to sporo) to pani Irena musi mieć jakąś rodzinę. I fajnie by było przedstawić reszcie rodziny Kate. To może być dość ciekawe... Poza tym pod koniec wakacji wkleiłam tu luźny fragmencik z Johnem i Sheilą, pamiętacie to? Nie wiem, czy będę cokolwiek z tym robić, ale jeśli będę, dowiecie się pierwsi. I mam zaczątek dalszych losów Liz Harrington, ale spokojnie, nie wszystko na raz.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Pani Jarocka delikatnie przemywała mokrą szmatką krwawiącą ranę. Nie płakałam. Chyba nie mogłam już płakać. Dalej się trzęsłam, dalej panicznie się bałam, ale wiedziałam, że jestem na właściwym miejscu. Nauczycielka położyła mi dłoń na ramieniu.
- Wszystko w porządku, kochanie? Jesteś taka cicha i... Po prostu chcę się upewnić. - popatrzyłam na nią, przełknęłam ślinę i delikatnie pokiwałam głową. Rozpaczliwie chciałam wyjaśnić jej, jak się czuję, powiedzieć jej o wszystkim, ale wydawało mi się to niewykonalne. Nauczyłam się trzymać swoje uczucia głęboko w ukryciu. Niezależnie od tego, co czułam w środku, byłam już na tyle silna, żeby nie płakać na zewnątrz. A przynajmniej tak mi się do tej pory wydawało. Nie mogłam nigdy powiedzieć nikomu o tym, jak się czuję, a już zwłaszcza nie pani Jarockiej. Nie znałam słów, które mogłyby to opisać, i nie chciałam, żeby ona przeze mnie się martwiła.
- Jesteś pewna, skarbie? - spytała nauczycielka głosem pełnym wątpliwości. Pierwszy raz zwracała się do mnie w ten sposób. Z taką czułością. Już dawno nikt tak do mnie nie mówił. Znów pokiwałam głową, tym razem bardziej zdecydowanie.
- Połóż się teraz. Postaraj się zasnąć. - poprosiła. - W łazience zostawiłam ci czysty ręcznik i suche ubrania. Możesz się wysuszyć i przebrać. Porozmawiamy jutro rano, dobrze?
- Będzie tu pani? Cały czas? - nie mogłam się powstrzymać przed zadaniem tego pytania. Musiałam mieć pewność, że nie zostanę z tym wszystkim sama, że ona gdzieś nie zniknie. Że to wszystko nie okaże się jedynie snem.
- Będę. - obiecała mi i dopiero wtedy mogłam położyć się i usnąć. A usnęłam natychmiast. To chyba adrenalina zrobiła swoje.
 

 
Poniedziałek, wtorek za mną, więc teraz już można odetchnąć. Te dwa dni zawsze są najgorsze i najbardziej zawalone. Ale w tym tygodniu nie było wcale tak źle. Wczoraj siedziałam do ciemnej nocy, ale dzisiaj nawet trafiła się chwila wytchnienia, więc jest ok. Co prawda dalej nie mogę się przekonać do hormonów roślinnych i tylko czekam, aż zaczniemy przerabiać zwierzątka, ale nawet to jakoś poszło. Byliśmy z klasą na łyżwach, za dwa dni noc biologów i tylko się trochę martwię jutrzejszym pisaniem rozprawki na angielskim (ten cały opinion essay), bo języki obce ani mi nie idą, ani niespecjalnie mnie interesują (chociaż to akurat kiedyś mnie pewnie zgubi).

Jeszcze tylko kończę się przygotowywać do jutrzejszej Olimpiady Wiedzy Ekologicznej. Zostały mi do ogarnięcia parki narodowe i mogę pisać. Strasznie mi zależy na tym konkursie i co by się nie działo, napiszę go najlepiej jak potrafię. Uczyłam się długo i dużo wiem, poza tym przejście do etapu wojewódzkiego to już duża szansa. Potem etap centralny, a po wygraniu etapu centralnego oprócz wycieczki za granicę, laptopów, tabletów i innych do niczego niepotrzebnych rzeczy, zdobywa się okrąglutkie sto procent na maturze z biologii. Gdybym jakimś cudem trafiła do tego etapu centralnego, to już byłoby ogromne święto. Nie interesuje mnie laptop, wycieczka może trochę, ale ta matura to o matko! Na tym mi właśnie najbardziej zależy. Zobaczymy jutro jak to będzie. Proszę mi życzyć powodzenia!
  • awatar SugarFirefly: Języki są ważne, bardzo ważne. Szczególnie angielski, więc musisz jakoś to ogarnąć ;) Dasz radę, trzymam kciuki!
  • awatar Aliexpress Zakupy: Życzymy ci jak największego powodzenia :-) :-) :-) A co do nauki języków, zwłaszcza angielskiego, jest to podstawa bez której nie będziesz mogła poruszać się po świecie.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Gdybym wiedziała jak to wszystko się skończy, za nic bym jej wtedy nie puściła. Następnego dnia Kate nie zjawiła się w szkole, co już samo w sobie było dla mnie sygnałem, że coś się musiało stać. Dziewczyna nie opuszczała szkoły bez powodu, nie chodziła na wagary, nasze liceum było dla niej ostoją, w której zawsze mogła się schronić. Poprzedniego wieczoru, kiedy ode mnie wychodziła, była okazem zdrowia, wiec ewentualność choroby również odpadała. Mogła się oczywiście przeziębić, wracając do domu dziecka w deszczu, bez parasola, ale moja nieomylna intuicja podpowiadała mi, że coś się stało. Coś złego. Na szczęście, a może właśnie nieszczęście, jak zwykle miałam rację.
Lało już od paru dni, ale akurat tego wieczoru wyjątkowo mocno. Siedziałam w kuchni, zastanawiając się, gdzie się podziewa teraz Kate i co się z nią dzieje, kiedy przez szum deszczu usłyszałam cichutkie stukanie do drzwi. W pewnym momencie myślałam, że się przesłyszałam, ale w końcu podniosłam się z miejsca i chwilę potem otworzyłam drzwi.
Stała tam. Cała mokra, cała zapłakana, z prawym policzkiem w sińcach, z rozciętym łukiem brwiowym. Po policzku ciekła jej już na wpół zasychająca krew.
- Przepraszam... - odezwała się, przez łzy. - Nie miałam dokąd pójść...
- Proszę... - przerwałam jej. - Proszę, wejdź. - zamknęłam za nią drzwi i zaprowadziłam do kuchni. - Chodź, usiądź. Spokojnie... - cała się trzęsła, kiedy sadzałam ją na krześle. - Zaraz ci gorącej herbaty zrobię, przyniosę ręcznik. - patrzyła za mną. Dłonie jej drżały, kiedy nieporadnie brała ode mnie ręcznik. Postawiłam przed nią kubek herbaty i usiadłam przy niej. - Kate... - odezwałam się znowu, usiłując ją uspokoić, dowiedzieć się czegoś. Czegokolwiek... - Kate, spokojnie... - wzięłam ją za rękę i odgarnęłam z twarzy mokre włosy. - Kate, kto ci to zrobił? Kate...
- Przepraszam... - odpowiedziała tylko, spazmatycznie łapiąc oddech. Nawet przez rękaw bluzy czułam, że ma przyśpieszony puls, a dopóki się nie uspokoi, nie mogłam z nią rozmawiać.
- Przyniosę ci suche ubrania. - powiedziałam łagodnie, uśmiechając się. - Zostaniesz u mnie dzisiaj na noc. Jest wolny pokój, ja tylko łóżko pościelę. - Kate kiwnęła głową, nareszcie dochodząc do siebie. Czuła się u mnie naprawdę bezpiecznie, a ja za wszelką cenę nie chciałam tego zepsuć. - Chodź ze mną. Chodź, chodź... - poderwała się z krzesła, natychmiast mnie obejmując.
- Dziękuję... - wyszeptała przez łzy. - Dziękuję. - przytuliłam ją mocno, czując jak drży w moich objęciach. W tym momencie wydawała mi się tak krucha i delikatna, że chciałam zrobić wszystko, byleby tylko ją ochronić. Byłabym w stanie zabić tego, ktoś ośmielił się zrobić jej krzywdę.
- Przecież to żaden problem. No już, kochana, idziemy. - stanowczo wzięłam ją za rękę i poprowadziłam do pokoju. Nie opierała się, wiedziała, że ma we mnie oparcie. Tylko dlaczego nagle było mi tak strasznie ciężko?
 

 
Kate dopiła herbatę i na powrót zajęła się testem sprawdzającym umiejętności po przerobieniu działu. Zerknęła na zegarek. Właściwie powinna już wracać do sierocińca, ale chciała odwlec ten moment jak tylko się da. Minęło kilka dni od pamiętnej rozmowy z klasą, na którą pani Irena poświęciła przecież godzinę biologii, przysięgając, że każe im ją odrobić. Dziewczyna po raz pierwszy od tamtego dnia zjawiła się u nauczycielki i jak zwykle została ciepło przyjęta. Koleżanki i koledzy starali się ją zrozumieć i o wiele częściej rozmawiała teraz z klasą. Nawet wyszła znów z Loiciem po lekcjach. Tym razem zabrał ją do kawiarni na ciastko. Inni starali się być dla niej mili, a co ważniejsze, nikt ich do tego nie zmuszał.
Kate zamknęła podręcznik, podnosząc się z miejsca. Jeśli wyjdzie choćby pięć minut później, spóźni się na kolację, a ostatnio za takie spóźnienie zebrała naprawdę ostre cięgi od wychowawczyni.
- Będę się zbierać. - odezwała się w odpowiedzi na pytające spojrzenie pani Ireny.
- Teraz? Przecież leje. - odpowiedziała nauczycielka, również podnosząc się z krzesła. - Mogę zadzwonić do dyrektorki domu dziecka. Powiedzieć, że przyjdziesz dziś później.
- Nie trzeba, naprawdę. - zaprotestowała Kate. - Dam sobie radę.
- To może chociaż dam ci parasol? Zmokniesz, Kate.
- Nic mi nie będzie, to tylko deszcz. - dziewczyna otuliła się bluzą i narzuciła na siebie kurtkę. - Do widzenia. - dodała otwierając drzwi wejściowe i nasunąwszy kaptur na głowę, pomaszerowała chodnikiem przez strugi deszczu.
- Do widzenia. - odpowiedziała jej nauczycielka, opierając się o framugę w drzwiach. Pokręciła głową z rezygnacją. Ależ ta dziewczyna potrafiła być uparta.
  • awatar Wiky the Metal-Punk!: Opieprz za spóźnienie na kolację? Trochę przesada...
  • awatar Kate - Writes: @gość: Po pierwsze; bez wulgaryzmów proszę. Po drugie; adoptowana mogła być w poprzednim opowiadaniu, a "Prosto z serca" nijak się z nim nie wiąże. Tak, Kate mieszka w sierocińcu, ale zupełnie nie rozumiem tego nagłego wybuchu emocji. Będzie dobrze :)
  • awatar Gość: Kurwamać, jak to Kate w sierocińcu?! Co Ty "najlepszego" wykombinowałaś?! Przecież była adoptowana! Okurwa, Ty cholero, co Ty zrobiłaś?! Jak?!
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 

Katrin skończyła splatać włosy w warkocz i poprawiwszy koszulkę nocną, przemknęła się do sypialni Legolasa. Elf leżał w łóżku, na boku i z zamkniętymi oczami. Wsunęła się pod kołdrę obok i pogłaskała go po włosach, po policzku, objęła wzrokiem jego ramiona i przytuliła do nich. Tak bardzo go kochała i była taka szczęśliwa, że jest tutaj, z nim, w jego łóżku... Legolas poczuł, że nie jest sam, poruszył się i otworzył oczy. Gdy ujrzał jej uśmiechniętą twarz, odwrócił się na plecy i przygarnął do siebie.
- Możesz mnie tak zawsze budzić. - powiedział.
- Mówiłeś, że będziesz czekał. - roześmiała się Katrin. Usiadła na łóżku i płynnym ruchem zdjęła przez głowę koszulkę. Legolas objął wzrokiem jej nagie ciało i podniósł się do pozycji siedzącej. Delikatnie musnął palcami policzek dziewczyny i wpił się wargami w jej usta. Dziewczyna westchnęła cichutko, oddając pieszczotę i opadła na poduszki. Legolas przeniósł się z pocałunkami na jej szyję, a ona wsunęła palce w jego włosy. Elf wsunął dłoń pod jej bieliznę, ona sięgnęła ku guzikom jego koszuli. Legolas przerwał pieszczotę, spoglądając w oczy małżonki. Katrin odwzajemniła spojrzenie. Elf wziął głęboki wdech i niemalże zdarł z siebie strój nocny.
- Kochanie... - odezwał się, ale dziewczyna przyłożyła mu palec do ust.
- Kochaj się ze mną. - wyszeptała. I westchnęła z rozkoszą, kiedy Legolas - zsunąwszy z niej delikatne majteczki - musnął palcami jej kobiecość. W jej oczach stanęły łzy, a twarz pokryła się rumieńcem. Elf znów złożył na jej ustach pocałunek.
- Jaki rumieniec... - wyszeptał z uśmiechem Legolas.
- Nic nie poradzę. Przy tobie zawsze... Cała się rumienię... - odpowiedziała Katrin.
- Chcesz tego? - upewnił się elf.
- Chcę. - dziewczyna skinęła głową. Legolas pocałował ją w policzek i wrócił do delikatnych pieszczot. Wszedł w nią delikatnie, tak jak to miał w zwyczaju, przyprawiając ją o dreszcze rozkoszy. Katrin założyła mu włosy za ucho. Przetoczyła się na łóżku tak, że teraz to ona była górą. Elf objął ją, poruszając się w niej delikatnie, dopóki nie jęknęła przeciągle. Legolas podniósł się, przytulając ją do siebie. Dziewczyna po raz kolejny westchnęła i musnęła palcem jego usta.
- Amralime... (Kocham cię) - wyszeptała.
- Ja ciebie też, najdroższa. - odpowiedział jej, przewracając się na bok. Znów zakotłowali się w pościeli.

Katrin przeciągnęła się w pościeli i przewróciła na bok. Wyciągnęła rękę, chcąc przytulić się do małżonka, ale jego nie było obok. Dziewczyna otworzyła oczy i podniosła się do pozycji siedzącej. Legolas stał przy oknie, wyglądając na dziedziniec.
- Dzień dobry. - odezwała się Katrin, wysuwając się spod kołdry. Ucałowała małżonka, przytulając się do niego.
- Dzień dobry melisse (kochanie). - odpowiedział Legolas. - Nie masz na sobie bielizny. - stwierdził, muskając dłonią jej pośladki.
- A kto ze mnie tę bieliznę zerwał? - spytała podchwytliwie Katrin, splatając swoje palce z jego palcami. - Pójdę do siebie. Jesteśmy już skandalicznie spóźnieni na śniadanie.
Przy stole w sali jadalnej siedziała już Limmaniel, kiedy oboje zeszli na dół. elfka obrzuciła uważnym spojrzeniem parę królewską.
- Spóźniliście się. - odezwała się.
- Przepraszamy, mamo. - odpowiedziała Katrin, zerkając na Legolasa. - Jakieś plany na dzisiaj? - spytała.
- Żadnych, ale wieczorem będziemy mieli gości. - odparł Legolas. - Elfy z Rivendell złożą nam wizytę. Przyjadą także z Gondoru i Rohanu.
- Jakieś święto? - spytała dziewczyna.
- Rozeszła się wieść o tym, że wróciłaś. Myślę, że możemy się spodziewać także Mithrandira.
- Więc będzie bankiet. - Katrin z zachwytem klasnęła w dłonie. - Tak dawno nie byłam na żadnym bankiecie.
- Planowaliśmy też tańce. - odezwała się Limmaniel.
- Więc będziemy tańczyć do białego rana. - powiedział - równocześnie z małżonką Legolas. Katrin zachichotała. Elf również się uśmiechną. Limmaniel wstała od stołu.
- miałam nadzieję, że będę mogła cię dziś porwać na cały dzień, ale w zaistniałej sytuacji nie planuj niczego na jutro. - poleciła córce. - Teraz wybaczcie. - odezwała się, wychodząc z sali.

Katrin zacisnęła dłoń na głowni łuku i musnęła palcami cięciwę. Płynnym ruchem wyjęła strzałę z kołczanu i tak samo płynnie założyła ją na cięciwę. Napięła łuk, czując pod dłonią wyraźny napór.
- Niżej łokieć skarbie. - Katrin drgnęła, czując obejmujące ją ramiona małżonka. Legolas przytulił policzek do jej policzka, jedną dłoń zacisnął na głowni łuku, muskając palcami dłoń dziewczyny. Drugą dłonią poprawił uchwyt. strzała pomknęła prosto, wbijając się w sam środek tarczy. Katrin odchyliła głowę w tył, kiedy wargi ukochanego dosięgły jej ust.
- Jak zwykle piękna, jak zwykle zabójcza. - wyszeptał elf. - Nie chciałem przeszkadzać w treningu...
- Powinnam zacząć się szykować, wiem. - dziewczyna zsunęła z ramienia kołczan ze strzałami. Legolas skinął głową.
- Za chwilę pojawią się pierwsi goście. - dodał.
 

 

Katrin przeskoczyła nad wystającym z ziemi korzeniem, uchyliła się przed gałęzią i wreszcie wypadła z Mrocznej Puszczy na równinę. Zaraz też wyrwała z ziemi sztywne źdźbło trawy. Zagwizdała przeciągle w umówionym sygnale, a kiedy ze wzgórza dojrzała znajoma sylwetkę, rzuciła się w tamta stronę. Dopadła do złotowłosego elfa, zarzucając mu ramiona na szyję. Tamten objął ją mocno.
- Wróciłaś. - odezwał się.
- Wróciłam, Legolas. Do ciebie zawsze będę wracać. - odpowiedziała dziewczyna, muskając wargami jego usta. elf odwzajemnił pocałunek, odgarniając jej włosy z twarzy.
- Cainen ana coa (Witaj w domu). - wyszeptał. Katrin uśmiechnęła się. - W pałacu nie mogą się ciebie doczekać.
- Więc nie każmy im się niecierpliwić. - dziewczyna chwyciła Legolasa za rękę.

Katrin rozglądała się po dziedzińcu z nieukrywaną radością i uczuciem. Musnęła palcami korę najbliższego drzewa.
- Wasza Miłość... - Legolas skinął głową małżonce, stojąc przy wrotach pałacu. Katrin uśmiechnęła się, wchodząc do środka. Czekała już na nią służba, stojąca po obu stronach wejścia. Służące pochyliły głowy, okazując władczyni należny jej szacunek. Katrin odpowiedziała skinieniem głowy.
- Katrin! - w ramiona dziewczyny wpadła rudowłosa elfka, przytulając się do niej mocno.
- Tauriel... - odezwała się młoda władczyni, odwzajemniając uścisk. - Dobrze cię widzieć. - elfka wysunęła się z jej uścisku.
- Wasza Miłość... - poprawiła się, składając przed królową głęboki ukłon.
- Daj spokój, nie wygłupiaj się. - zaprotestowała natychmiast Katrin. - Tauriel... wstań. - poleciła i położyła dłoń na ramieniu elfki. - Jesteś moją przyjaciółką, nie musisz mi się kłaniać. - Tauriel odpowiedziała uśmiechem. - Legolasie... Katrin zwróciła się do małżonka. - Gdzie jest Limmaniel?
= Pojechała na polowanie. - odpowiedział elf.
- Puściliście ją samą do lasu?! - przestraszyła się dziewczyna.
- Spokojnie. - Legolas położył jej dłonie na ramionach. - Posłałem za nią Gamlinga, nic jej nie będzie. - Katrin skinęła głową, nie do końca jednak uspokojona i weszła schodami na górne piętro pałacu. Otworzyła drzwi swojej komnaty.
- Wygląda tak samo jak ją zapamiętałam. - odezwała się. - Legolas... Muszę się przebrać i uczesać.
- A co cię powstrzymuje? - spytał z uśmiechem elf, zamykając za sobą drzwi komnaty.
- Wyjdź, bo nie będę w stanie tak po prostu się przebrać. - Legolas musnął palcami policzek małżonki.
- Możemy na tym nie poprzestawać. - odezwał się.
- Legolas... Na to też przyjdzie czas. - uśmiechnęła się Katrin. - Obiecuję ci, że w nocy będę cała twoja. Teraz chciałam się po prostu przebrać. - Legolas pocałował ją w policzek.
- Bedę czekać. - odpowiedział, zostawiając małżonkę samą. Dziewczyna roześmiała się, kręcąc głową i opadła na miękkie łóżko z baldachimem. Była na swoim miejscu.

- Cieszę się, że znowu mam cię przy sobie... - odezwał się Legolas. Oboje stali w głębi korytarza przy poręczy "balkonu" skąd widać było cały hol wejściowy.
- Będziesz mnie miał przy sobie całą wieczność... - odpowiedziała dziewczyna.
- Jak poszło składanie wizyt elfom z Dalekiej Północy? I dlaczego Mithrandir upierał się, żebym dał ci jechać samej? - Katrin uśmiechnęła się.
- Zielone Królestwo właśnie zawarło sojusze z Daleką Północą, Ossiriandem i Doriathem. - odpowiedziała. - Zostałam przyjęta godnie jako nowa władczyni, dobrze znana jest tam też moja matka.
- A Dorthonion? - spytał Legolas.
- Dorthonion upadł. - powiedziała z nieukrywanym żalem Katrin.
- To przykre co mówisz. - Legolas odwrócił wzrok. - Katrin... - elf ujął dłonie małżonki w swoje. - Jestem z ciebie naprawdę dumny. Tak wiele zrobiłaś dla Śródziemia. Udało ci się raz na zawsze pokonać zło. Pogodzić zwaśnione rody. - Katrin uśmiechnęła się. Legolas musnął wargami jej usta. Ona odwzajemniła pocałunek, ale zaraz potem odwróciła głowę.
- Zaczekaj... - poprosiła, nasłuchując. - Stukot tych obcasów poznam wszędzie.
- Wasza Wysokość - odezwał się jeden ze służących, wchodząc po schodach na górę. - Pani Limmaniel wróciła z polowania. - Katrin wyprostowała się jak struna.
- Wybaczysz mi nietakt? - spytała.
- Biegnij do niej. - odpowiedział z uśmiechem Legolas. Dziewczyna po raz ostatni pocałowała elfa w policzek i podkasawszy suknię zbiegła na dół po schodach, zatrzymując się na dolnym stopniu. Przez pałacowe wrota wchodziła elfka spowita w biel, w asyście dwóch elfów ze straży. Odrzuciła kaptur, sprawiając, ze długie czarne włosy rozsypały jej się na ramiona. Zaraz też jedna ze służących podeszła do niej, by odebrać płaszcz. Dziewczyna rzuciła się w stronę elfki.
- Mamo! - zawołała. Tamta poderwała głowę.
- Katrin...? - odezwała się, a zaraz potem mocno objęła córkę. - Gdzie tyle byłaś?
- O to samo mogę ciebie zapytać. - Katrin wysunęła się z objęć matki. - Nie wiedziałam gdzie cię poniosło i czy w ogóle żyjesz! Ja... - dziewczyna urwała, słysząc, że Limmaniel się śmieje.
- Nic mi nie jest, Katrin. - elfka ujęła twarz córki w dłonie. Dziewczyna zamknęła oczy, dotykając czołem do czoła matki. - Gamling był ze mną. - dodała. - Właśnie... - Limmaniel wypuściła córkę z objęć, widząc schodzącego po schodach Legolasa. - Kto posłał za mną straże?
- Nie mogłem cię puścić samej na polowanie, Limmaniel. - zaprotestował elf. - Nie z twoją przypadłością.
- Nic by mi się nie stało. - powiedziała dobitnie elfka, składając ramiona na piersi. - Ale nieważne. Ważne, że rodzina królewska znowu jest w komplecie. - Katrin uśmiechnęła się, czując na sobie spojrzenie matki.
 

 
Tak w ogóle to dzień w dzień odnoszę mniejsze bądź większe sukcesy. Matematyka idzie mi tak samo przeciętnie jak rok temu i w przyszłym półroczu będę musiała ją jakoś podciągnąć, tak samo zresztą jak oba języki. Ale dzisiaj zaliczyłam pytanie z angielskiego na trójkę. To dobrze. Jak na mnie oczywiście. znam swoje możliwości (mimo wszystko). No i zostałam zgłoszona do konkursu pokazowego z samoobrony i niedługo zaczynamy ćwiczenia.

I od nowa zaczyna się szkolne szaleństwo. Osobiście jestem zdania, że weekend powinien być czasem, kiedy odpoczywamy od szkoły, ale nauczycielom nie przeszkadza to w zadawaniu tony zadań domowych i zapowiadania sprawdzianów i kartkówek na poniedziałek, wtorek. Tym cudownym sposobem - mając w niedalekiej perspektywie sprawdzian z niemieckiego i zaliczenie z angielskiego - kolejny weekend spędzam nad książkami zamiast na jakimkolwiek odpoczynku. Referat na praktykę policyjną pomijam, bo to akurat czysta przyjemność. Uwielbiam pisać o psychotropach. <trochę sarkazm> Wystarczy przeżyć do czwartku, a potem już z górki. W piątek przecież noc biologów! Tymczasem zmykam się uczyć.
  • awatar SugarFirefly: Masz nauki a nauki XD Sporo tego, ale w sumie brzmi ciekawie :)
  • awatar Wiky the Metal-Punk!: Masz bardzo ciekawe życie! ;). Ja za to muszę skończyć pisać prace zaliczeniowe :P. Już nie dużo mi zostało :D.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Kate stała przed klasą z opuszczoną głową. Trzęsły jej się ręce, ale musiała powiedzieć kolegom i koleżankom prawdę. Wzięła głęboki oddech, czując dłonie wychowawczyni na ramionach, a potem podniosła wzrok. Wszyscy wpatrywali się w nią w oczekiwaniu. Oczekiwaniu na co? Jej historia była jedną z wielu. Nie było w niej nic ciekawego.
- Tak, to co powiedziały wam Dominika z Mirellą jest prawdą. - zaczęła. - Mieszkam w domu dziecka. Nie powiedziałam wam, bo... Sądziłam... Sądziłam, że przez to będę uznawana za tą gorszą... Tą z gorszego sortu. Właściwie to sama już nie wiem, co sobie wtedy myślałam. - Kate pociągnęła nosem. Oczy zachodziły jej łzami, a głos drżał, ale podjęła urwany wątek. - Bałam się, że nie będziecie w stanie mnie zaakceptować taką, jaka jestem i rozpaczliwie próbowałam przed wami ukryć to, gdzie mieszkam i to kim jestem.
- Kate, my byśmy nigdy... - zaczęła Annika, ale dziewczyna jej przerwała.
- Wiem. Teraz już wiem... - powiedziała, za wszelką cenę usiłując się nie rozpłakać. Spojrzenia wszystkich dziewczyn były przepełnione współczuciem, a chłopców ciekawością. Cały czas myślała o tym, że wszyscy na nią patrzą. Kate spuściła głowę i zaczęła płakać. Nawet nie zdawała sobie sprawy, że to wszystko kosztuje ją aż tyle nerwów.
- Kto da koleżance chusteczki? - odezwała się pani Irena, jak zwykle wiedząc co robić. Wszystkie, dosłownie wszystkie dziewczyny rzuciły się do toreb i plecaków. Dziewczyna odwróciła głowę, patrząc w twarz wychowawczyni. Nauczycielka lekko skinęła głową. Dobra robota.
  • awatar Wiky the Metal-Punk!: Teraz Kate na pewno będzie choć trochę lżej... W końcu wydusiła z siebie to, co tak bardzo leżało jej na sercu :).
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Gdy Irena wjechała na ulicę, przy której mieszkała, z daleka dostrzegła skuloną postać, opartą o ogrodzenie. Zahamowała z piskiem i wybiegła z samochodu, nawet nie zamykając drzwi.
- Kate, Kate... - złapała ją za ramiona, pochyliła głowę, próbując zajrzeć jej w oczy. Dziewczyna stała skulona w strugach padającego deszczu, na głowie miała kaptur od bluzy, na to narzuconą kurtkę, poza tym czarne spodnie i nowo kupione buty. Obok niej leżała torba do skzoły. Kuliła się w sobie i pochylała do przodu, wstrząsana spazmami płaczu.
- Kate, Jezu, co się dzieje? - Irena złapała jej twarz w dłonie i zmusiła, żeby spojrzała na nią. Zobaczyła otarcia na twarzy dziewczyny, jednym ruchem zerwała jej kaptur z głowy i odgarnęła długie włosy. Jej szyja była sina. Ze śladami odciśniętych palców. Policzek też był pokryty siniakami. Kobieta czuła, jak dłoń jej drży, kiedy delikatnie muskała palcami szyję dziewczyny.
- Chodź do samochodu. - jej głos był zduszony od tłumionej furii. Jak ktokolwiek mógł się posunąć do czegoś takiego?

Irena zaparkowała przed swoją bramą wjazdowa i bez słowa weszły do domu. W mieszkaniu zaprowadziła Kate do salonu i posadziła na kanapie, wciąż szlochającą dziewczynę.
- Kate. Popatrz na mnie. - powiedziała twardo, siadając obok niej i odwracając ku sobie. - Co się stało?
- Ja... Nie mogę... - szepnęła, kręcąc głową i chowając ją w ramionach, jakby chciała zniknąć, tak, żeby nikt nie mógł jej widzieć.
- Kate... - nauczycielka wsunęła jej palce pod brodę i uniosła głowę. Patrzyła w jej smutne oczy, przepełnione bólem, upokorzeniem i rozpaczą. I zorientowała się, że zabiłaby wszystkich, którzy do tego doprowadzili. Bo ona już się stała najważniejszą osobą w jej życiu. I nie wiedziała, gdzie ją to zaprowadzi. Ale miała świadomość jednej, zasadniczej rzeczy. Nigdy, przenigdy nie pozwoli jej skrzywdzić.
- Chcesz skorzystać z łazienki? - spytała cicho, wstając i wyciągając w kierunku dziewczyny rękę. Ona spojrzała na dłoń nauczycielki, ujęła ją w z ufnością i pokiwała twierdząco głową. Zaprowadziła ją do łazienki, dała czyste ręczniki. Dotknęła dłonią jej policzka. - Już nigdy nikt cię nie uderzy. - wyszeptała.
  • awatar Kate - Writes: @Wiky the Metal-Punk!: W domach dziecka często tak sytuacja wygląda. Albo nawet gorzej, kiedy dzieci są molestowane. Sporo książek o tym przeczytałam podczas pisania "Prosto z serca". To jest fragmencik zainspirowany "Zakrętami losu" Agnieszki Lingas-Łoniewskiej. Konkretnie trzecią częścią. Tam jest kobieta, która była bita przez męża.
  • awatar Wiky the Metal-Punk!: Czemu Kate spotykają takie okrucieństwa? Czy to naprawdę tylko dlatego, że nie ma rodziców?
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Dzisiejsza inspiracja. Nic nie poradzę na to, co ta piosenka ze mną robi. Na ciąg dalszy opowiadania wiedźmińskiego wprawdzie na razie nie mam pomysłów, ale jutro zapraszam na pierwszy rozdział kontynuacji dziejów Śródziemia.
Yennefer otworzyła drzwi kopnięciem i ogarnęła wzrokiem świat spowity w płomienie. Czarne loki zafalowały w drżącym powietrzu i rozsypały się po ramionach czarodziejki, kiedy ta odwróciła głowę, żeby zerknąć na kulącą się w kącie chaty adeptkę. Katje spoglądała w twarz mistrzyni szeroko otwartymi ze strachu oczami. Yennefer uśmiechnęła się, przekrzywiając głowę.
- Chodź. - odezwała się ze spokojem, jak to ona. Katje wstała posłusznie, wyciągając drżącą dłoń ku Yennefer. Mistrzyni kojąco ścisnęła ją za nadgarstek i objęła drugim ramieniem. Spojrzała adeptce prosto w oczy. Ogarnęła wzrokiem skrwawioną wargę i pokryty siniakami policzek. Sama wyglądała nie lepiej. Drgnęła kiedy adeptka otarła z jej policzka zakrzepłą już krew.
Obie wkroczyły w płomienie. Bez strachu, bez najmniejszego nawet słowa skargi. Yennefer szła przodem, sztywno wyprostowana, Katje trzymała się z tyłu. Sylwetkę mistrzyni widziała jak przez mgłę w buchającym ogniu, ale nie zatrzymała się. Wyciągnęła dłoń, chcąc dotknąć czarodziejki, ale materiał czarnej sukni wyślizgnął jej się spomiędzy palców. Katje stanęła w miejscu. Yennefer szła przed siebie sama, nie oglądając się. Dziewczyna wydała z siebie cichy jęk pomieszany z westchnieniem. Gorące, lepkie powietrze wciskało jej się do płuc. Wyciągnęła przed siebie drżącą dłoń, chciała zawołać, ale z jej gardła nie wyrwało się najmniejsze nawet westchnienie. A ona padła na ziemię rozpaloną ogniem, po raz ostatni starając się dostrzec w płomieniach Yennefer. Swoją mistrzynię.
 

 
Czasem przeraża mnie ludzka bezmyślność. Często nie mogę zrozumieć, gdzie kończy się głupota, a zaczyna okrucieństwo, i kiedy słucham rozmów naszych uczniów, dochodzę do wniosku, że ta granica dla nich chyba nie istnieje. To, co młodzi ludzie robią sobie nawzajem, jak to określają ”dla jaj”, często nie jest żartem tylko podłością, bo w niektórych poczynaniach nie ma kompletnie nic śmiesznego. Dlaczego więc to robią?
Po rozmowie z Kate zadzwoniłam do Bożeny i umówiłam się z nią na wieczór. Próbowałyśmy poskładać strzępy informacji, jakimi dysponowała każda z nas w jakąś całość, z której można by wyciągnąć sensowne wnioski.
- To musiało się tak skończyć! - biadoliła Bożena. - Ja namówiłam Kate na to liceum i jak widać mój pomysł był całkiem głupi. Nie powinniśmy pchać jej do tego środowiska. Te wstrętne dziewuchy dla żartu zrobiły jej krzywdę!
- Dziewuchy są rzeczywiście wstrętne, ale to, że zachowały się podle, nie jest przecież twoją winą. Zaręczam ci, że w naszej szkole jest mnóstwo uczniów dla których fakt, że dziewczyna mieszka w domu dziecka nie ma żadnego znaczenia, a może nawet dodawałoby jej to prestiżu w ich oczach. Wiem od naszej chemiczki, że Mirella zazdrościła Kate stopni. Mówili o tym ostatnio w klasie. Teraz wiele ciemnych sprawek ujrzało światło dzienne.
- Szkoda, że tak późno! - stwierdziła Bożena, kręcąc głową.
- Szkoda! - powiedziałam i zamilkłyśmy, zatapiając się w swoich niewesołych myślach.
- Jak ona się czuje? - spytałam w końcu. Po rozmowie odwiozłam ją do domu dziecka. Mówiła, że nie chce zostawać w szkole i doskonale ją rozumiałam, choć wiedziałam, że w końcu będzie musiała stanąć twarzą w twarz z rówieśnikami i jakoś sprawę wyjaśnić, jednak w tamtym momencie była na to zwyczajnie zbyt zdenerwowana.
- Zamknęła się w pokoju, nie dopuszcza do siebie nikogo. Nawet mnie. - westchnęła Bożena. - Próbował się z nią zobaczyć ten kolega. Blondyn. Ale powiedziałam mu, że Kate potrzebuje teraz czasu, żeby przyszedł jutro, albo za kilka dni. Rozumiał powagę sytuacji.
- Loic. - podpowiedziałam. - Zbliżyli się do siebie, to prawda. - Bożena spojrzała na mnie w zamyśleniu.
- Ale to i tak ty zrobiłaś najwięcej. - stwierdziła. - Sprawiłaś, że Kate się otworzyła. Że zaczęła komuś opowiadać o swoich problemach. To wszystko jest twoja zasługa.
Nie chciałam, żeby myślała w ten sposób. Ja nie zrobiłam nic specjalnego. Po prostu dałam dziewczynie czas i sposobność, żeby zaczęła mi się zwierzać. Choć w tamtej chwili nie miałam już pewności, czy dobrze zrobiłam. Widziałam, że wiele dla tej dziewczyny znaczę. A i ona nie była mi do końca obojętna.
Kilka razy rozmawiałam z Loiciem. Za pierwszym razem sam przyszedł do sali biologicznej, żeby ze mną pogadać, ale gdyby nie przyszedł, to ja i tak bym go gdzieś złapała. Wiedziałam, że Kate go lubi, chociaż rzadko mówiła o kolegach z klasy. Na temat jej klasy nie rozmawiałyśmy zbyt często. Nasze pogawędki dotyczyły głównie uczonego przeze mnie przedmiotu, przeczytanych książek, szkolnych wydarzeń i mojego życia. Kate nie lubiła mówić o sobie, a ja nie chciałam jej o nic wypytywać. Bałam się, że pomyśli o mnie, że jestem natrętna. Później oczywiście tego żałowałam. Gdybym nie była taka delikatna, może miałabym jakieś informacje, które pomogłyby zapobiec także przyszłym zdarzeniom.
 

 
Cześć. Jak tam powrót do szkoły po przerwie świątecznej? Bo u mnie jeszcze nigdy nie było lepiej. Nauki jak zwykle przybywa i przybywa, ale w obliczu zbliżających się ferii to nieważne (martwi mnie jedynie odpowiedź z angielskiego, od której wciąż próbuję się wymigać i chyba już mi się nie uda). Najważniejsze, że na noc biologów jedziemy. Osobiście już nie mogę się doczekać, bo taki wyjazd zawsze jest miły, kiedy towarzystwo jest fantastyczne, a jeszcze kiedy jedzie się na warsztaty odpowiadające swoim zainteresowaniom to podwójna frajda (będę hodować komórki rakowe, przebije to ktoś?).

No i przestałam się porównywać z innymi. Stwierdziwszy, że w nowym roku muszę coś z tym swoim życiem zrobić, zmieniłam podejście do ocen i szkoły. To miejsce, w którym - owszem - uczę się, ale poza tym to mają być najlepsze lata mojego życia. Więc po prostu przestałam się przejmować czymkolwiek. Staram się nadal, bo chcę do czegoś w życiu dojść, uczę się tyle ile trzeba i na miarę swoich możliwości, ale nie staram się koniecznie wszystkich przewyższać. Mam jedną taką w klasie. We wszystkim musi zawsze być najlepsza i wcale nie jest z tego powodu szczęśliwa. Ja nie muszę. Najwyższa średnia w klasie czy szkole nie jest mi do niczego potrzebna. Bo wiem co jest ważniejsze. I w takim przekonaniu pójdę dalej.

Wena wróciła, zaczęłam pisać opowiadanie ze smokami, ale idzie to dość opornie i chyba znowu muszę głębiej wejść w Śródziemie, bo ostatnie dłuższe opowiadanie w tym uniwersum pisałam przed wakacjami, a pierwszy rozdział nowego co prawda już mam skończony, ale jest drętwy, nie wiadomo o co w nim chodzi i zwyczajnie mi się nie podoba. Relacje Legolasa i Katrin nagle stały się strasznie sztywne i nie bardzo wiem jak to naprawić no i jest jeszcze Limmaniel. Elfka, która jest jednocześnie zagadką, nawet dla mnie. Robi co jej się podoba, nikogo nie słucha, jest uparta i doskonale wie czego chce. Nie do końca umiem nad nią zapanować, ale spokojnie, damy radę. Najtrudniej będzie jeśli chodzi o jej przypadłość, bo to jednak dość skomplikowane, a muszę to jakoś wpleść do fabuły.
  • awatar SugarFirefly: Widzę, że bardzo zmieniłaś podejście do siebie i życia. Ale tak się właśnie dzieje "po drodze" - cały czas się zmieniamy, kształtują nas uczucia i doświadczenia.
  • awatar Wiky the Metal-Punk!: Super, że dobrze się czujesz :D. Ciekawa jestem tej nocy biologów! Hodowanie komórek rakowych? Nieźle :D. Ja jak jeszcze chodziłam do podstawówki, to pojechałam na dwudniową sesję, na której m. in. wytrącałam chlorofil z liści bukszpanu, a potem od chlorofilu oddzielałam ksantofil :P. To też było mega :D. Naukowe sprawy są świetne. Mój umysł zalicza się jednak do humanistycznych, ale w niczym mi to nie przeszkadza, ba! Nawet lepiej! Analiza językowa tekstów i wypowiedzi jest po prostu nieziemska ;). No to czekam na kolejne opowiadania, skoro wena jest to trzeba pisać :D.
  • awatar Lili33love: U mnie też rok zapowiada się super. ^^ Też mam w klasie takie trzy co są najlepsze iwgl. Chyba w każdej klasie są takie XD
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (4) ›
 

 
Kate weszła do klasy i w popłochu rozejrzała się wokół. Wszyscy zachowywali się tak samo jak zawsze, może dziewczyny jednak nikomu nie powiedziały... Może się nie rozniosło... Z westchnieniem ulgi usiadła w ławce, wyjmując z torby zeszyt z biologii i wtedy właśnie usłyszała fragment rozmowy, która toczyła się pod ścianą.
- Odwiedziłyśmy wczoraj nasz koleżankę. - powiedziała Dominika od niechcenia, przeglądając notatki na sprawdzian.
- Którą koleżankę? - odezwał się Loic, patrząc niechętnie w ich stronę.
- Kate. - powiedział Mirella i zmrużyła oczy, przyglądając jej się uważnie. Kate spuściła głowę jeszcze niżej, czując że na policzki wypływają jej rumieńce.
- Tak? - zapytała Karina, wyraźnie zaciekawiona. - Byłyście u niej w domu? Kate, nic mi nie powiedziałaś. Ja nie byłam u ciebie jeszcze ani razu.
- Musiałam oddać jej podręcznik do angielskiego, który mi pożyczyła w szkole. - wyjaśniła Dominika, również wbijając w dziewczynę wzrok.
- Mówienie, że odwiedziłyśmy Kate w jej domu jest pewną przesadą. - poinformowała Mirella, bawiąc się guzikiem swojego sweterka. - Ona mieszka w domu dziecka. - dodała, nie spuszczając wzroku z dziewczyny, będącej głównym obiektem rozmowy.
- W domu dziecka? - wyjąkał Loic bez sensu, wpatrując się w Mirellę.
- Nie wiedziałeś o tym? - zaszczebiotała dziewczyna. - A myślałyśmy, że się przyjaźnicie!
- Widocznie nie aż tak bardzo! - roześmiała się Dominika. Kate zerwała się z miejsca gwałtownie, zaciskając dłonie w pieści. Cała się trzęsła od tłumionego szlochu, a wreszcie dopadła do dziewczyny i nie zastanawiając się zbyt wiele, uderzyła Dominikę prosto w twarz. Dziewczyna dotknęła krwawiącego nosa i spojrzała na nią ze zdziwieniem. Kate stała na środku klasy, oddychając spazmatycznie. Nie wiedziała, że jest do czegoś takiego zdolna. Tkwiła pośrodku sali jak kołek w płocie, dopóki nie odezwała się Karina.
- Kate... To prawda? - spytała, kładąc dziewczynie dłoń na ramieniu. Kate nie odpowiedziała. Porwała tylko z ławki swoją torbę i wybiegła z klasy.
Biegła przed siebie korytarzem, przepychając się przez tłum uczniów dopóki nie wpadła na kogoś, nie potknęła się i nie wylądowała na wyłożonej wykładziną podłodze. Pozbierała się natychmiast, podnosząc torbę z podłogi. Chciała uciec, choć wiedziała, że już na to za późno.
- Kate! - zawołała za nią pani Irena, bo to na nią wpadła dziewczyna. - Kate, co się dzieje? Co się stało? - spytała, łapiąc ją za ramię. Kate szarpnęła się, ale nauczycielka trzymała mocno. Dopiero wtedy dziewczyna spojrzała jej w twarz. Dopiero wtedy rozpłakała.
- Kate... - odezwała się łagodniej nauczycielka. - Wytłumacz mi co się stało.
- Tego się nie da wytłumaczyć... - zaprotestowała Kate.
- Na pewno się da. Chodź ze mną, porozmawiamy. - poprosiła pani Irena.
 

 
Jak większość ludzi w relacjach z dziewczynką z domu dziecka czułam się głupio. Bałam się poruszać niektóre tematy, chociaż teraz już wiem, że to niemądre. Przecież znałam sytuację Kate i o wiele rzeczy mogłam zapytać wprost, ale czułam się jakbym próbowała dotykać otwartej rany... Bałam się zrobić Kate krzywdę, a przecież żeby komuś ulżyć, trzeba czasem dotknąć ran chociażby po to, żeby je opatrzyć.
Często zachowujemy się tak głupio przy niepełnosprawnych, albo przy ludziach przeżywających żałobę. Przez delikatność nie robimy nic, nie dzwonimy, udajemy, że nie widzimy kalectwa, żałoby, smutku, żeby nie zranić... I tą właśnie "delikatnością", która tak naprawdę ratuje tylko nasze dobre samopoczucie, ranimy ich najbardziej, bo przecież ludzie potrzebują się nawzajem nie tylko wtedy, gdy jest wesoło, ale przede wszystkim, gdy jest im źle.
Rozmawiałam o tym później z Bożeną, ale ona nie bardzo rozumiała, o czym mówię. Ma chyba inną wrażliwość i chyba jest ode mnie mądrzejsza, skoro potrafiła po latach uczenia w liceum, odnaleźć swoje miejsce wśród tych, którym start w życie nie bardzo się udał.
O wizycie w domu dziecka Mirelli i Dominiki Kate nie powiedziała nikomu. Poza mną. One też początkowo o tym nie mówiły. Początkowo... Cała prawda o ich wyczynie wyszła na jaw zaraz następnego dnia. Wiedziałam, jak Kate bardzo zależy na tym, żeby w szkole nikt się nie dowiedział gdzie mieszka. Jest bardzo wrażliwą osobą, więc to co przeżyła przez głupie zachowanie koleżanek, mogło być dla niej straszną traumą.
Jak się okazało właśnie tak było.
 

 
Piętnaście godzin temu zaczęliśmy Nowy Rok, proszę państwa. Jak w związku z tym faktem nastroje, może jakieś plany, postanowienia, może do spełnienia jakieś zamierzenia i plany. Ja na początek i z tego miejsca pragnę podziękować za wszelkie wsparcie, jakie mi okazujecie, za to, że większość z was jeszcze się tu przewija, że jeszcze się wam nie znudziłam, no i przede wszystkim za motywację i zachętę, którą otrzymuję od was w zamian za lepsze lub gorsze wytwory mojej wyobraźni, które z nieukrywaną satysfakcją wam podsuwam. Oraz mam nadzieję na jeszcze długi czas spędzony razem. Oby to były chwile jeszcze piękniejsze niż dotychczas.

Miniony rok obfitował zarówno w wiele sukcesów i chwil satysfakcji, jak również i porażek. Przejrzałam właśnie archiwum, żeby zrobić małe podsumowanie tych dwunastu miesięcy i sama zdziwiłam się, jak wiele przez ten rok się wydarzyło. Pod względem twórczym na pewno, bo jeszcze nie było okresu, w którym moja wena tak by szalała. W końcu dokończyłam historię Śródziemia, napisałam całkiem niezłe moim zdaniem dwa opowiadania w uniwersum wiedźmińskim, dane mi było wcielić się w pana Bagginsa, no i jeszcze to opowiadanie z Piratami, że o dramacie psychologicznym nie wspomnę. Działo się. A ten rok wcale pod tym względem nie będzie gorszy. Macie już w końcu zapowiedzianą kontynuację dziejów Śródziemia... Parę niespodzianek też się zapowiada...

Jeśli chodzi o samą noc sylwestrową to niektórzy z was na pewno bawili się na o wiele większą skalę, może na jakiejś domówce, czy coś... Ja siedziałam sobie pod kocykiem z dobrym kryminałem pod ręką, o północy wybyłam oglądać fajerwerki, więc nic specjalnego, a nowy rok zaczęłam od obejrzenia "Przeminęło z wiatrem". Już nawet zarzuciłam koncepcję kucia na konkurs, stwierdzając, że jeszcze ten jeden raz sobie odpocznę, a dawać z siebie wszystko znów będę od jutra. A, i tak koło północy wena wróciła, więc myślę, że początkiem lutego możecie spodziewać się pierwszych rozdziałów nowego opowiadania fantasy.
 

 
W szkole byłam grubo przed ósmą i w naszej szatni znalazłam się jako pierwsza. Chwilę po mnie przyszłą Annika, która zajrzała tylko do swojej szafki, pomachała mi i natychmiast znikła. Sięgnęłam po plecak, kiedy usłyszałam jej głos.
- Cześć, masz książkę do angielskiego? - zapytała Dominika, wyłaniając się nagle zza filara. Drgnęłam przestraszona. Nie spodziewałam się teraz nikogo w tym miejscu.
- Mam. - powiedziałam krótko.
- Pożycz mi, bo nie zrobiłam pracy domowej, a swojego zapomniałam. - nie odpowiedziałam nic, tylko sięgnąwszy do torby, wyjęłam z niej książkę.
- Dzięki! - powiedziała, wyciągając rękę i zgarnąwszy książkę, znikła za filarem, a ja popędziłam na górę. Aż do ostatniej lekcji, jaką był język angielski, Dominika nie zwróciła mi podręcznika, a kiedy wreszcie znaleźliśmy się wszyscy w pracowni języka angielskiego, okazało się, że nie ma jej w klasie.
- Gdzie jest Dominika? - zapytała anglistka, sprawdzając listę obecności. - Widzę, że była na poprzednich lekcjach.
- Była, ale pielęgniarka zwolniła ją u wychowawczyni, bo Dominikę strasznie rozbolała głowa. - odezwała się Mirella. No pięknie, wyszła i nie oddała mi książki! Wyrwałam kartkę z notesu i napisałam liścik do Mirelli z zapytaniem, czy nie ma przypadkiem mojego podręcznika. Przeczytawszy wiadomość, spojrzała na mnie jak na idiotkę, wzruszyła ramionami i pokręciła głową. Zostałam bez książki. Przesiadłam się do Kariny, która miała podręcznik, ale byłam zła. Znowu czułam się oszukana, chociaż oczywiście mogłam wziąć pod uwagę taką ewentualność, że Dominika po prostu zapomniała oddać mi książki. Zaakceptowanie tej myśli przychodziło mi jednak z trudem. A potem okazało się, że miałam rację.
Przyszły wieczorem. Kiedy zjawiły się w sierocińcu, byłam akurat w pralni. Przybiegł do mnie jeden z dzieciaków, mówiąc, że mam gości. Trochę się zdziwiłam, bo przecież poza panią Jarocką, nikt nie wiedział gdzie mieszkam, nikogo do sierocińca nie zapraszałam.
Kiedy maszerowałam korytarzem w stronę drzwi wejściowych targały mną sprzeczne emocje. Minęłam drzwi sekretariatu i gabinetu dyrektorki i zbliżyłam się do niewielkich schodków oddzielających korytarz od głównego holu. Przy wejściu stały Mirella i Dominika, ta pierwsza trzymała moją książkę do angielskiego. Dominika zobaczyła mnie pierwsza, chociaż w pierwszej chwili cofnęłam się, chcąc schronić się przed ich wzrokiem za ścianą.
- O, cześć koleżanko! - powiedziała, uśmiechając się zjadliwie. - Przyniosłam ci książkę do angielskiego, bo zapomniałam oddać ci ją w szkole. Pewnie przyda ci się w weekend.
Obie stały teraz, patrząc na mnie spod zmrużonych powiek, a ja stałam i gapiłam się na nie bez słowa.
- No dobra idziemy! - rzuciła Mirella, marszcząc nos. - Musimy jeszcze wpaść do Loica, a nasza koleżanka nie jest zbyt gościnna. Poza tym wybacz - zwróciła się do mnie. - ale trochę tu śmierdzi. Cześć!
Miała rację, wentylacja w kuchni popsuła się już dawno, a dyrektorka nie mogła się doprosić pieniędzy na jej naprawę. Kuchenne zapachy bywały dość uciążliwe, a tego dnia na obiad była kapusta. Stałam pośrodku korytarz i patrzyłam na podręcznik do angielskiego. Nie wiem, o czym wtedy myślałam. Pewnie o niczym, bo mój mózg całkiem przestał funkcjonować.
 

 
- Kate... - odezwała się któregoś dnia pani Irena. Dziewczyna z westchnieniem zamknęła w szafce materiały, ale spojrzała na nauczycielkę pytająco. - Czy ty masz jakieś inne buty, oprócz tych, które masz na sobie? - Kate zerknęła na swoje stare, poprzecierane tenisówki.
- Nie. - pokręciła głową przecząco. - Dlaczego pani pyta?
- Jest zdecydowanie za zimno, żeby chodzić w tenisówkach.
- Nie stać mnie na nowe buty. - odpowiedziała dziewczyna.
- Nie możesz całej zimy przechodzić w tych. To twoja ostatnia lekcja? - Kate niepewnie pokiwała głową. - Więc zabieram cię do galerii. A... Nie chcę słyszeć żadnych protestów.
- To podchodzi pod porwanie... - stwierdziła szeptem dziewczyna.
- Więc cię porywam. - uśmiechnęła się pani Irena. - Chodź.
Kate niepewnie weszła za nauczycielką do sklepu obuwniczego. Nie miała pojęcia co tu robi, ale wiedziała, że nie powinno jej tu być.
- Pani profesor... - odezwała się w końcu. - Nie chcę nowych butów. Chcę, żeby pani podarowała dobie gesty miłosierdzia wobec ”sierotki”. Już o tym rozmawiałyśmy. - powiedziała zdecydowanie.
- Jakiej sierotki? - zdziwiła się nauczycielka. - Ja tu widzę tylko swoją najzdolniejszą uczennicę. Nie sugeruj się ceną. - dodała jeszcze, znikając między półkami. Kate westchnęła ciężko, ale zrobiło jej się dziwnie ciepło na serduszku. A chwilę potem siedziała na ławce, wsuwając stopy w zamszowe botki.
- I jak? - zagadnęła pani Irena, stojąca obok.
- W porządku. Są fantastyczne. - odpowiedziała ugodowo Kate. - Na pewno nie chce pani wydać pieniędzy na coś innego?
- Nie. - nauczycielka zdecydowanie pokręciła głową. - A z moich obserwacji wynika, że potrzebujesz też kurtki.
Chwilę potem Kate szła za nauczycielką holem galerii handlowej, ściskając w dłoni uchwyty dużej torby, w której spoczywała świeżo kupiona czarna kurtka w połyskujące gwiazdki. Dziewczyna uśmiechnęła się lekko.
- Potrzebujesz czegoś jeszcze? - spytała pani Irena, odwracając się do niej.
- Nie. Ale dziękuję za troskę. - odpowiedziała Kate. - Pani profesor... - odezwała się zaraz, a kiedy nauczycielka ponownie odwróciła się w jej stronę, mocno się do niej przytuliła. Nauczycielka zamarła w bezruchu zaskoczona, ale potem uśmiechnęła się, również obejmując dziewczynę. Może właśnie tego było jej najbardziej brak przez te wszystkie lata?
 

 
Dzisiaj dwa rozdziały, a do tego jeszcze recenzja, ale nic niezwykłego w tym nie ma, chce wam po prostu wynagrodzić ten mój ostatni zastój. Bardzo mi przykro, nic nie poradzę na to, że moja wena zdechła.

Główną bohaterką "Lady Detective" jest Elizabeth Newton, nazywana w skrócie panienką Lizzie, która na tle innych pań w dziewiętnastowiecznej Anglii wyróżnia się i to bardzo. Ma zupełnie inne upodobania, jej głowy nie zajmują wyłącznie fatałaszki i proszone herbatki, jak innych z towarzystwa, w którym się obraca. Rzeczona panna interesuje się naukami humanistycznymi, chemią, pisze powieść detektywistyczną pod pseudonimem Logica Docens i ma zadatki na Sherlocka Holmes'a w spódnicy.

W posiadaniu mam trzy pierwsze tomy manhwy, tyle ile zostało ich wydanych w Polsce, w których mamy do czynienia kolejno z samobójstwem (czy aby na pewno to było samobójstwo?), odszyfrowaniem zakodowanej wiadomość z dość interesującego okresu w historii Anglii i morderstwo (tudzież nieszczęśliwy wypadek przy pracy). Jakimś cudem zawsze tam gdzie coś się dzieje jest obecna panienka Lizzie, bądź ktoś ją o zajściu powiadamia, bo w drugim tomie roznosi się już wieść o jej nieprzeciętnej inteligencji i zacięciu detektywistycznym.

"Lady Detective" jest komiksem, który niezwykle pozytywnie mnie zaskoczył. To świetna opowieść utrzymana w konwencji klasycznego kryminału w stylu historii o Sherlocku Holmesie, w której autorki zadbały o detale historyczne i budowanie odpowiedniego klimatu. Moją ulubioną bohaterką zdecydowanie jest Lizzie, komiks polecam przeczytać chociażby ze względu na jej charakter, który jest absolutnie genialny, a przy jej kłótniach z kamerdynerem, pokojową, czy szefem wydawnictwa dla którego pisze naprawdę nieźle można się ubawić. Ma charakterek, jest zadziorna, jednocześnie pewna siebie, doskonale wie na ile ją stać, co może, a czego nie, myśli zupełnie nieszablonowo, no i robi coś, czego w tamtych czasach nie pochwalano u kobiet, czyli fascynuje się kryminalistyką, a przy tym na pracy tamtejszej policji, tudzież Scotland Yardu zna się lepiej niż oni sami.

Postać „asystenta” Lizzie jest równie ciekawa, jak sama niesforna bohaterka. Tak naprawdę po lekturze pierwszego tomu nie do końca wiadomo, jaką rolę w życiu rodziny Newtonów przyszło pełnić White’owi. Dla dziewczyny Edwin jest przede wszystkim sługą – kamerdynerem, a zarazem pomocnikiem, który dzięki swym umiejętnością pomaga jej w zabezpieczeniu dowodów. Zdaje się, że mężczyzna pełni również rolę jej opiekuna, jest głosem zdrowego rozsądku, kiedy młoda dama daje się zbytnio ponieść swoim pasjom lub porywczemu charakterowi. Pozostała służba traktuje Edwina z dużym szacunkiem i tytułuje paniczem. Socjeta postrzega go natomiast jako dżentelmena, uzdolnionego prawnika, który z niewiadomych przyczyn zrezygnował z wspaniale zapowiadającej się kariery. Edwin White ma w sobie nutę tajemniczości, która intryguje.

Zagadka kryminalna, która pojawia się w pierwszym tomie manhwy nie należy do kategorii wyrafinowanych, wielowątkowych spraw – rozwiązanie zagadki, z perspektywy głównej bohaterki, jest proste i nie sprawia jej większych problemów, czego nie można powiedzieć o stróżach prawa, którzy z dużym powątpiewaniem przyjmują ustalenia ekscentrycznej damy mającej szczęście zbadać miejsce zbrodni zanim funkcjonariusze Scotland Yardu się pojawili. Manhwą jestem osobiście oczarowana. Jeon Hey-jin i Lee Ki-ha stworzyły naprawdę interesujący komiks kryminalny, w którym nie zabrakło miejsca na zabawne oraz trącące subtelnym romantyzmem sceny. Duży format publikacji pozwolił w pełni cieszyć się urokiem ślicznych ilustracji. Zdecydowanie będę kontynuowała przygodę panienką Lizzie i z niecierpliwością czekam na kolejne tomy.
 

 
Wieczór w tej pierwszorzędnej pizzerii rozpoczął się zupełnie nieźle. Sąsiednie stoliki zajmowali tylko starsi uczniowie. Kate z jednej strony czuła się dorosła i silna, z drugiej zaś przeszkadzały jej spojrzenia innych. Na szczęście znaleźli jeszcze jeden wolny, okrągły stolik w niszy, do połowy przesłonięty palmą w kolorze lila.
Pizza była grubo obłożona serem, pomidorami i salami. Po każdym kęsie z ust Kate zwisały serowe nitki, które w pewnej chwili Loic ostrożnie usunął palcem wskazującym. Lekko drgnęła, a potem odwróciła wzrok. Nawet nie miała pojęcia ile bólu potrafi sprawić ten niewielki czuły gest.
- Nigdy bym nie przypuszczał, że masz taki apetyt. - powiedział chłopak w końcu.
Kate nie odpowiedziała. Na samą wzmiankę zrobiło jej się niedobrze. Loic opowiadał o swoim domu, o rodzicach, o swoim tacie, który pracował jako adwokat. Dziewczyna przyglądała mu się tylko, nie mając ani odwagi, ani ochoty odpowiedzieć. To wspólne wyjście było straszną pomyłką.
- Kate... - odezwał się Loic. - Wszystko w porządku? - dziewczyna przełknęła ślinę.
- Przepraszam. - odezwała się, zrywając się z miejsca i pognała do toalety. Zwymiotowała. Krztusiła się i dławiła, aż łzy spłynęły jej po policzkach.
Dokładnie wypłukała usta wodą, żeby pozbyć się tego wstrętnego, kwaśnego posmaku. Później spojrzała na swoje odbicie w lustrze nad umywalką. Z lustra spoglądała na nią wystraszona dziewczyna, z szeroko otwartymi, zielonymi oczami. Trzęsły jej się ręce.
- Co się stało? - spytał Loic, kiedy Kate wróciła do stolika.
- Nie mam pojęcia. Ale... Chyba będzie lepiej, jeśli już pójdę. Nie zrozum mnie źle, chcę do domu. - Loic zmarkotniał.
- To może cię odprowadzę? - zaproponował natychmiast.
- Nie! - zaprotestowała gwałtownie Kate. - Przepraszam, już wystarczająco dla mnie zrobiłeś. Naprawdę, muszę już iść. Zobaczymy się w szkole?
- Tak. Poczekaj, Kate... - chłopak złapał ją za rękę. - Coś nie tak zrobiłem? Co się dzieje? - dziewczyna nie była w stanie wykrztusić słowa. Nagle uświadomiła sobie, że jeśli będzie ją trzymał jeszcze choć chwilę dłużej, to wybuchnie płaczem i będzie tak szlochać bez końca.
- Przepraszam... - powtórzyła tylko, wysuwając dłoń z uścisku Loica. Odwróciła się na pięcie i nie oglądając się więcej na chłopaka, szybkim krokiem wyszła z restauracji.
  • awatar Wiky the Metal-Punk!: Biedna Kate... Nigdy nie była w takiej sytuacji, miała prawo tak się czuć... Ale też szkoda mi Loic'a. Nie wiedział nawet jak ma się zachować.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›