• Wpisów:2464
  • Średnio co: 15 godzin
  • Ostatni wpis:wczoraj, 21:46
  • Licznik odwiedzin:291 552 / 1628 dni
Jesteś niezalogowany. Niektóre wpisy dostępne są tylko dla znajomych.
 
Stoczyliśmy się głęboko pod ziemię. Kiedy spadaliśmy długim tunelem miałem wrażenie, że nigdy się nie skończy, ale wreszcie wylądowaliśmy jeden na drugim, na drewnianym pomoście, wiszącym nad przepaścią. Natychmiast zaatakowały nas gobliny, z którymi radziliśmy sobie lepiej, lub gorzej, ale ta walka z góry była skazana na przegraną. Udało mi się odruchowo opaść na czworaki, kiedy wlokły nas i popychały, najprawdopodobniej do swojego przywódcy. Niezauważony przez żadnego z nich odczołgałem się na bok. Jeszcze chwilę patrzyłem za krasnoludami, mając nadzieję, że uda im się uratować. Zostałem całkowicie sam w podziemiach. Mój mieczyk lśnił na niebiesko, kiedy pokonywałem kolejne korytarze i pomosty. W pewnym momencie jednak z ciemności wyskoczył na mnie goblin. Nie potrafiłem z nim walczyć, a skończyło się na tym, że obaj runęliśmy w nieprzenikniona ciemność.

Musiałem długo leżeć nieprzytomny w ciemnościach. Kiedy się ocknąłem, zobaczyłem obok siebie cuchnące truchło goblina. W jego stronę coś pełzło. Było chude i czarne. I mamrotało coś do siebie. Podziękowałem losowi, że wylądowałem nie tuż obok goblina, a wśród dziwnych roślin, które zapewniły mi nie najlepszą może, ale zawsze to jakąś kryjówkę. Stworzenie zagulgotało i zabrało goblina ze sobą, ciągnąc go za nogi, a kiedy zorientowało się, że wciąż jeszcze żyje, ogłuszyło go uderzając kamieniem w głowę i powlokło ze sobą, wciąż mamrocząc i pojękując. Kiedy tylko zniknęło, wyczołgałem się z kryjówki, zabierając ze sobą mieczyk. W jego słabym blasku, zobaczyłem błysk złota gdzieś w dole i ziemi podniosłem... Pierścień. Skąd wziął się tutaj? Na dnie jaskini? Czy należał do tego stwora? Nie zastanawiałem się nad tym więcej, bo gdzieś w oddali usłyszałem jego ryk i sycząca mowę. Słowa, których nie potrafiłem rozróżnić. Siedział na kamieniu, kawałek ode mnie, pożerając żywcem goblina, którego zabrał. Mój miecz przestał świecić, kiedy tamten stwór zakończył żywot. Znalazłem sobie kolejną kryjówkę, wśród skał, pokrywających dno jaskini, ale kiedy wyjrzałem na zewnątrz, dziwnego stwora nie było już na tamtym kamieniu. Zaraz potem zorientowałem się, że siedzi tuż nad moją głową.
- Pięknie nam się trafiło, skarbie... - odezwał się, syczącą mową, zeskakując na ziemię, tuż u moich stóp. - Cóż za smaczny kąsek... - spróbował zbliżyć się do mnie, ale natychmiast i niemalże odruchowo przystawiłem mu ostrze do gardła.
- Precz! - odezwałem się, wstając. - Zostaw mnie... Ostrzegam cię... Nie podchodź do mnie...
- To jest ostrze elfów, ale on nie jest elfem... - znów mówił sam do siebie. - Co to jest skarbie? Co to jest...?
- Nazywam się... Jestem Bilbo Baggins. - sam nie wiedziałem, dlaczego odpowiedziałem na to pytanie, które najprawdopodobniej nie było wcale skierowane do mnie.
- Baggins, tak? A co to... Baggins?
- Jestem hobbitem. - odpowiedziałem, wciąż trzymając go na odległość miecza. - Z Shire.
- Lubimy gobliny, nietoperze i ryby, ale hobbita jeszcze nie jedliśmy. - zastanowił się stwór. Czy jest miękki i soczysty? - spytał, podchodząc coraz bliżej.
- Stój! - wrzasnąłem, wymachując mieczem. - Ani kroku! Użyję go, jak mnie zmusisz. - stwór zaryczał w odpowiedzi, ale znów machnąłem mieczem. - Nie chcę żadnych kłopotów, rozumiesz? Tylko mi pokaż, którędy stąd wyjść i już mnie tu nie ma.
- Co, zabłądził? - zaryczał stwór.
- Tak. Tak i chciałbym odbłądzić. - odpowiedziałem.
- O, wiemy. Wiemy, którędy hobbit wyjdzie. I to bezpiecznie, przez mrok. Cicho bądź! - wrzasnął zaraz.
- Ale... Ja jestem cicho. - nic a nic z tego nie rozumiałem. Nie chciałem rozumieć.
- Nie do ciebie mówiliśmy. - warknął znowu. - O, tak, przecież mówiliśmy do niego.
- Słuchaj... Ja nie wiem, co to za zagadki... - teraz nie rozumiałem już kompletnie nic. Albo i mniej.
- Zagadki? - stwór podskoczył radośnie. - Och, uwielbiamy zagadki. A on je lubi? Lubi? Lubi zagadki?
- Dobrze. Będą zagadki. - odpowiedziałem. - Ale jeśli wygram, to powiesz mi, jak stąd wyjść, tak?
- A jak on przegra to się go zje. Jak Baggins przegra, zjemy go w całości. - zastanowiłem się przez chwilę. Ale czy miałem inne wyjście?
- Może być. - odpowiedziałem, chowając miecz i zadałem mu pierwszą zagadkę. Trwało to dość długo, wykorzystałem wszystkie zagadki, które znałem, aż w końcu przypadkowo włożywszy rękę do kieszeni, wyczułem tam okrągły przedmiot. Znaleziony pierścień.
- Co takiego... Mam... W mojej kieszeni? - nieświadomie wypowiedziałem myśli na głos.
- To nieuczciwe. - zaprotestował stwór piskliwie. - To wbrew zasadom. Zapytaj o coś innego.
- Nie. Nie, nie, nie, powiedziałeś "zadaj pytanie", więc to jest moje pytanie. Co takiego mam w kieszeni?
- Trzy próby skarnie. - zawarczał stwór. - Musi dać nam trzy.
- Trzy próby? Proszę bardzo, zgaduj. - czułem się coraz pewniej.
- Rękę. - odpowiedział natychmiast, a ja natychmiast uniosłem w górę obie dłonie. Wściekły zaczął mamrotać coś do siebie. - Nóż! - wrzasnął w końcu.
- Znowu źle. - odpowiedziałem. - Dalej.
- Nic... Albo nic. - uśmiechnąłem się wbrew sobie.
- To dwie odpowiedzi i obydwie złe. No, idziemy. Obiecałeś, że pokażesz mi jak stąd wyjść.
- Co to takiego ma w kieszeni? - stwór odwrócił się w moją stronę z dziwnie wściekłym wyrazem twarzy. Powinienem zacząć się niepokoić?
- To już nie twoja sprawa. - odparłem. - Okazja przepadła.
- Czyżby? - zdecydowanie powinienem zacząć się niepokoić. Wtedy właśnie zdałem sobie sprawę z tego, że powinienem uciekać i to jak najszybciej. Rzuciłem się biegiem przez labirynt skalnych korytarzy, a ścigał mnie dziki wrzask tego obrzydliwego stwora. Usiłowałem właśnie przecisnąć się przez wyjątkowo ciasną szczelinę w skale, żeby móc pobiec dalej, kiedy wypadł zza zakrętu. Wcisnąłem się głębiej w ścianę. Sporo schudłem kiedy wędrowaliśmy całymi dniami bez jedzenia, ale ostatni czas spędzony w Rivendell sprawił, że mój brzuszek znowu przyjemnie się zaokrąglił, co niestety w tej sytuacji okazało się zgubne. wreszcie udało mi się przedrzeć przez skały, chociaż pogubiłem przy tym wszystkie guziki od kamizelki, ubranie się postrzępiło, a na moim ciele przybyło sporo nowych zadrapań. Gonił mnie głos tego dziwnego stwora i piekielny jazgot. Wołał za mną coś w stylu "Złodziej!", a ja zaczynałem rozumieć, że pierścień, który znalazłem, należał do wcześniej do niego. Rozmyślanie nie sprzyjało ucieczce, bo w pewnym momencie potknąłem się o własne nogi, a pierścień, który ściskałem w garści wskoczył mi prosto na palec. Chude stworzenie przemknęło nade mną, nawet mnie nie zauważając, co wydało mi się dziwne. Siedziało teraz w wylocie tunelu, którym biegłem, a zaraz potem ukryło się wśród skał, kiedy korytarzem równoległym do tego, w którym stałem, przemknęła kompania krasnoludów z Gandalfem na czele. Westchnąłem. Nie mogłam do nich teraz dołączył. Oddzielał mnie od nich ten cuchnący stwór, który w pewnym momencie spojrzał mi prosto w oczy... Ale nie patrzył na mnie, tylko przeze mnie. I uświadomiłem sobie w tamtej chwili, że on mnie nie widzi, a dzieje się to za sporawą błyskotki, którą mam na palcu. Wysunąłem mieczyk z pochwy i przyłożyłem mu do gardła, gotów odciąć mu ten jego obmierzły łeb, ale coś mnie powstrzymało. Nie chciałem niepotrzebnie zabijać. Kiedy na niego patrzyłem, czułem... Litość. I jego zwątpienie... Schowałem miecz z powrotem i mocno odbiwszy się nogami od kamiennego podłoża, przeskoczyłem nad nim i pognałem za krasnoludami. Gonił mnie jego piskliwy głos, wrzaski i wycie, ale nie mogąc mnie zobaczyć, nie mógł mnie też gonić.
 

 
Czy wam też powoli uciekają wakacje? Wczoraj wieczorem właśnie się skapnęłam, że leci już czwarty tydzień. Gdzie? Gdzie, pytam się. Gdzie jest mój lipiec? Ja chcę jeszcze raz... Chociaż czas spędzany nadzwyczaj produktywnie. Czytam, nadrabiam zaległości w filmach i serialach, które mi się porobiły przez rok szkolny, byłam w kinie, parę razy na zakupach i na mieście ze znajomymi, łażę naprzykrzać się do stadniny i chyba zaczynają mieć mnie już dosyć, bo co kto wyjdzie z domu, to ja tam stoję i głaskam albo karmię konie, rysuję też, chociaż trochę mniej produktywnie i oczywiście piszę (prawie codziennie) bo jak nie ja to kto, a dzień z reguły zaczynam wcześnie, bo wpół do siódmej już krótki spacer przed śniadaniem. Tylko ja i pieseł. A w poniedziałek wyjazd na obóz, więc w tym roku wyjątkowo dużo się u mnie dzieje.

Przez lipiec nazbierał mi się całkiem spory stosik kisążkowo-mangowy. Tak, kupuję książki. Kto nie czyta, ten nie wie jaka to frajda. Aktualnie jestem w trakcie czytania "Pragnienia" od Jo Nesbo. Najlepszy śledczy na świecie (a przynajmniej w Norwegii), czyli mój ulubiony Harry Hole, kolejny seryjny morderca i afera kryminalna, czegóż chcieć więcej? Takie przyuczenie do zawodu trochę... No nic nie poradzę, że kocham kryminały Nesbo. To jest mistrz tego gatunku. W ogóle to mam ambicję być kiedyś taka jak Harry, ale to chyba tylko takie marzenie, bo jemu nikt nie dorówna. Niemniej, pragnę naśladować. Z kolei na film na podstawie książki "Ponad wszystko" autorstwa Nicoli Yoon, która czeka u mnie na przeczytanie, wybieram się w piątek do kina, więc najpóźniej w niedzielę spodziewajcie się recenzji.

Tak w ogóle to sprzedam wam najlepszą piosenkę tego lata. Pewnie ją kojarzycie z "Mojego brata niedźwiedzia", a tutaj w wersji angielskiej, śpiewana przez Phil'a Collinsa - "On my way";
Śpiewam ją od końcówki roku szkolnego i nie mogę przestać. Zwłaszcza jak gdzieś idę to lubię sobie ją włączyć, bo ona taka właśnie pod marsz jest. Uwielbiam ją dodatkowo odkąd na moim ukochanym kanale z przeróbkami "Władcy Pierścieni" podłożyli pod nią kadry z "Władcy" właśnie. Wrzucałam wam to o tutaj; http://abc.atlant.pinger.pl/m/27780205 także można sobie zobaczyć, jakie to świetne. W ogóle to polecam inne ich filmiki i w ogóle cały kanał, bo już nie raz ratowali mi humor, kiedy nic nie miało sensu.

A tutaj druga piosenka tego lata, w której się absolutnie zakochałam, czyli "Planety" Mateusza Ziółko.
Tak poza tym to u mnie po staremu. Unoszę się dziesięć centymetrów nad ziemią, ale to już u mnie normalne. Uwielbiam ten stan i nie zamierzam nic zmieniać. Zaczęłam rysować nowy obrazek, a konkretnie to ilustrację do takiej tam sceny, która układa mi się w głowie i trzeba ją w końcu gdzieś zapisać, bo jest na tyle fajna, że może wyjdzie z tego jakieś dłuższe opowiadanie. A propos opowiadań i w ogóle zapowiedzi to jutro/pojutrze zapraszam na one-shot z Bilbem i Thorinem, a w sierpniu dostaniecie to romansidło, które wam zapowiadałam wcześniej. Romansidło jak romansidło, oczywiście z klimatami fantastyki, bo wiadomo. Musze sobie kupić biografię Tolkiena... I balladę "Beowulf" z jego komentarzami. Tak, jest mi to niezbędne do szczęścia.

I myślę ostatnio o tym jak by to było zagrać na scenie w teatrze. W gimnazjum mieliśmy kółko teatralne, ale takie trochę lipne, bo polonista, a jednocześnie nasz opiekun nie zrobił nic kompletnie, żebyśmy mogli zagrać na scenie chociażby najbliższego ośrodka kulturalnego, poza tym sztuki, które nam przynosił też dupy nie urywały. ale teraz jak mamy naprzeciwko skzoły Miejski Ośrodek Kultury, to można by było coś podziałać.

Ponieważ wena do robienia zdjęć wraca, poniżej taki kawałek życia w stajni. Robione telefonem, bo aparat ostatecznie wyzionął ducha i trzeba się postarać o coś nowego, bo nie ma sensu go reanimować.

Niedługo pokaże wam więcej koni. A jeśli ktoś by chciał zobaczyć sobie, co aktualnie czytam, albo pooglądać zdjęcia z innych aspektów mojego jakże ciekawego życia, to zapraszam na mojego instagrama, link jest w rameczce po prawej, nawet niezalogowani i ci, którzy tej aplikacji nie posiadają mogą sobie tam wejść i zobaczyć, co robię.
 

 
Następnego dnia zostałem brutalnie zerwany z łóżka przez samego Thorina. Mówił coś o tym, że musimy natychmiast wyruszać w dalszą drogę. Dostałem tyle czasu ile było mi potrzebne na spakowanie niewielkiej liczby rzeczy, które miałem ze sobą i zjedzenie szybkiego śniadania. Najbardziej ciekawiło mnie, dlaczego wyruszamy sami, bez Gandalfa i co w tym czasie porabia czarodziej.
- Bądźcie czujni! - nakazał Thorin. - Opuszczamy kresy dzikiego kraju. Balin, znasz tę ścieżkę prowadź. Panie Baggins, radzę nie zostawać w tyle! - zawołał gdy zatrzymałem się, żeby rzucić ostatnie spojrzenie na Rivendell. Z westchnieniem ruszyłem dalej, choć nurtowało mnie wiele wątpliwości.

Wędrowaliśmy przez cały dzień, z jednym tylko postojem na popas. Wieczorem za to złapała nas gwałtowna ulewa. Nad naszymi głowami przewalała się burza z piorunami. Wąska, kamienna ścieżka po której szliśmy stała się śliska, a upadek z wysokości groził śmiercią, o czym przekonałem się sam. Poślizgnąłem się i gdyby nie Bifur, który złapał mnie za szelkę od plecaka, niechybnie zginąłbym na miejscu.
- Szukajmy schronienia! - usłyszałem Thorina i musiałem przyznać, że była to najrozsądniejsza z jego dotychczasowych decyzji.
- Uwaga! - wrzasnął zaraz potem Dwalin, a w skalną ścianę, tuż nad naszymi głowami uderzył potężny głaz.
- To nie jest zwykła burza! - Balin usiłował przekrzyczeć, wrzeszczące krasnoludy. - To walka olbrzymów! Spójrzcie! - rzeczywiście, w szalejącej ulewie udało mi się dostrzec dwie sylwetki kamiennych gigantów, które ciskały w siebie głazami równie wielki jak ten, który omal nas nie zabił. Rozpaczliwie usiłowaliśmy się gdzieś schronić, prowadząc nierówną walkę z kolosami i siłami przyrody. W końcu, kiedy kolejny głaz uderzył w ścianę skał, poczułem, że lecę i ostatkiem sił wczepiłem się w brzeg skalnej półki. Bofur natychmiast zauważył moje zniknięcie i krasnoludy natychmiast rzuciły się mi pomóc. Niestety zrobiły to wszystkie na raz, co dodatkowo mnie zdezorientowało. Wreszcie, na skalną półkę wciągnął mnie z powrotem Thorin, sam ryzykując przy tym życie, ale jak zwykle nie okazywał mi sympatii.
- Myślałem, że będzie po nim. - odetchnął Dwalin.
- No bo będzie. - odpowiedział mu Thorin. - Przepadnie prędzej czy później. Źle, że z nami poszedł. Nie jest jednym z nas. - nie śmiałem nic na to opowiedzieć. Nie pokazywałem również po sobie, że te słowa dotknęły mnie do żywego.

Wreszcie krasnoludy znalazły suchą i bezpieczną jaskinię w głębi góry.
- Nada się na kryjówkę. - stwierdził Dwalin, wchodząc do środka. - Nic tutaj nie ma! - dodał, obejrzawszy jaskinię dokładniej. Mogliśmy zatem odpocząć i przeczekać ulewę.
- Żadnego ognia. - odezwał się Thorin, kiedy Gloin już miał podpalić zebrane kawałki drewna. - Nie w tym miejscu. Prześpijcie się. Ruszamy z samego rana.
- Ale mieliśmy czekać w górach, aż Gandalf dołączy. - odpowiedział Balin. Więc taki był ich plan.
- Plany się zmieniły. - skwitował jego słowa Thorin.
Tej nocy, mimo, że byłem zmęczony, nie mogłem zasnąć. W głowie ciągle miałem słowa Thorina, które wziąłem głęboko do siebie. Miał rację. Byłem zwykłym hobbitem, nie włamywaczem, którego oczekiwali. Dopiero teraz poczułem, ze byłoby lepiej, gdybym został w Rivendell, tak jak proponował mi to Elrond. Nie zostałem, ale mogłem przecież tam wrócić. Miałem nadzieję, że odnajdę drogę. Upewniwszy się, że krasnoludy śpią, zebrałem swoje rzeczy, płaszcz i koc, jeszcze nieużywany miecz - podarunek od Gandalfa - przypiąłem do pasa i zdecydowanie ruszyłem ku wyjściu z jaskini.
- A ty dokąd? - spytał Bofur. Siedział w skalnej wnęce, ćmiąc fajkę, dlatego wcześniej go nie zauważyłem. No tak, Thorin kazał mu pełnić wartę ej nocy.
- Wracam do Rivendell. - odpowiedziałem zdecydowanie.
- Nie, nie. - Bofur zerwał się z miejsca. - Chcesz teraz zrezygnować? Należysz do kompanii. Jesteś jednym z nas. - pokręciłem głową.
- Chyba nie bardzo. Źle, że poszedłem z wami, Thorin miał rację. Nie jestem Tukiem, tylko Bagginsem, nie wiem co sobie wyobrażałem. Nie trzeba było się wyrywać.
- Rozumiem cię. - Bofur pokiwał głową gorliwie. - Tęsknisz za domem.
- Nie, nie rozumiesz, nic nie rozumiesz! - zdenerwowałem się. - Żaden krasnolud tego nie zrozumie! Dla was to normalne, wy wciąż jesteście w drodze, nigdzie nie macie domu, nie wiecie gdzie wasze miejsce! - tych słów miałem potem gorzko żałować. Zacząłem już, kiedy zobaczyłem minę Bofura. Nie chciałem go ranić, był członkiem kompanii, którego chyba najbardziej polubiłem. - Wybacz mi, ja... - zacząłem, chcąc go jakoś przeprosić, ale zdałem sobie sprawę z tego, że to bez sensu.
- Rzeczywiście. - przytaknął Bofur smutno. - Nie wiemy co to jest dom. życzę ci jak najwięcej szczęścia. Naprawdę. - dodał, uśmiechając się smutno i poklepał mnie przyjaźnie po ramieniu. Odwzajemniłem uśmiech i już miałem się odwrócić, gdy wzrok krasnoluda padł na mój miecz. - Co to? - zapytał. Również spojrzałem na klingę. Ostrze jarzyło się błękitem. Gdzieś blisko byli orkowie, albo gobliny, z czego zdałem sobie natychmiast sprawę.
- Wstawać! - wrzasnął zaraz Thorin, ale zanim któryś z nas zrobił cokolwiek, skalna podłoga zapadła się pod nami, a my runęliśmy w dół. Do podziemi.
  • awatar Hanti: Często jest tak,że powiemy coś zanim pomyślimy.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Gandalf oczywiście opowiedział Elrondowi o tajemnym wejściu do Ereboru i tajemniczej mapie, w posiadaniu której był Thorin. Krasnolud zezłościł się, co również było oczywiste.
- Elfom nic do naszej wyprawy. - powiedział, kiedy Gandalf usiłował skłonić go do pokazania mapy naszemu gospodarzowi. Elrond studiował różne mapy i istniało prawdopodobieństwo, że na naszej zauważy coś, co my przeoczyliśmy.
- Błagam cię Thorinie, pokaż mu mapę. - Gandalf najwyraźniej nie dawał za wygraną i wiedziałem, ze w końcu dopnie swego.
- To scheda ocalona przez mój ród. Musze chronić ją i jej sekrety. - Thorin również nie zamierzał ustąpić.
- Czemu krasnoludy są takie uparte? - zdenerwował się Gandalf. - Twoja duma kiedyś cię zgubi. To jeden z niewielu mieszkańców Śródziemia, który może ją odczytać. Pokaz tę mapę Elrondowi! - elf spojrzał na Gandalfa, potem zerknął na mnie. Stałem z boku, przyglądając się całej sytuacji, ciekawy, co z tego wyniknie. Zerknąłem na Thorina w momencie, kiedy akurat wyjmował mapę zza pazuchy.
- Thorinie, nie! - zaprotestował Balin, kiedy mapa wreszcie ujrzała światło dzienne (a raczej blask księżyca) i Thorin powoli podał ją Elrondowi. Elf rozwinął mapę, wpatrując się w nią w zdumieniu.
- Dlaczego interesujecie się tą mapą? - spytał w końcu.
- Z czystej ciekawości. - odpowiedział Gandalf, ubiegając Thorina, który już otwierał usta. - Jak wiesz, takie starocie czasem coś ukrywają. Ciągle znasz starokrasnoludzki, prawda? - Elrond obejrzał mapę w blasku księżycowym i wyszeptał kilka słów, dla mnie niezrozumiałych. - Runy Lunarne. Oczywiście... - usłyszałem Gandalfa i spojrzałem na niego. - Łatwo to przeoczyć. - dodał.
- W tym przypadku istotnie. - powiedział Elrond. - Można je odczytać tylko jeśli księżyc jest tego samego kształtu i w fazie, jak w dniu, gdy je napisano.- Odczytasz je? - spytał Thorin rzeczowo.
- Te runy powstały w noc letniego przesilenia w świetle sierpowatego księżyca prawie dwa wieki temu. To przeznaczenie was tu przywiodło. Los ci sprzyja Thorinie. Dziś świeci nam taki sam księżyc. - Elrond uniósł mapę do góry, tak, że światło księżyca padało wprost na nią. Jak oczarowany wpatrywałem się w papier. Byłem niezwykle ciekaw, co się teraz wydarzy. Już po chwili na mapie zaczęły pojawiać się świetliste runy.
- "Stań przy szarym głazie, kiedy drozd zastuka, a zachód słońca, ostatnim światłem Dnia Durina, wskaże ci dziurkę od klucza."
- Dnia Durina? - odezwałem się pytająco.
- Pierwszy dzień nowego roku krasnoludów. Gdy ostatni księżyc jesieni i pierwsze słońce zimy świecą razem na niebie. - wyjaśnił mi Gandalf.
- To zła wiadomość. - powiedział Thorin. - Lato przemija i Dzień Durina się zbliża.
- Jest jeszcze czas. - odparł Balin.
- Czas? Na co? - czy tylko ja jeden nie rozumiałem o czym mówią te krasnoludy?
- By znaleźć wejście. - wytłumaczył Balin. - Musimy stać dokładnie tam gdzie trzeba, dokładnie kiedy trzeba. Wtedy i tylko wtedy wrota da się otworzyć.
 

 
Katrin leżała w trawie, na skraju Mroczne Puszczy, co chwilę osłaniając oczy dłonią. Przedpołudniowe słońce było mocne i wyjątkowo jasne.
- Lelya... - odezwał się Legolas, kładąc się obok niej. - Na mnie czekasz?
- A na kogo innego? - uśmiechnęła się Katrin i wzięła od elfa smoczą jagodę, którą natychmiast ugryzła. - Gdzie byłeś? Tęskniłam.
- Obowiązki. - westchnął Legolas, splatając swoje palce z jej. - Aragorn będzie na kolacji.
- To świetnie. - odpowiedziała Katrin. - W takim razie może małe polowanie? Myślę, że władca Gondoru powinien zjeść coś bardziej pożywnego, niż nasze sałatki i potrawy bezmięsne.
- Co ja bym bez ciebie zrobił? - Legolas, pochylił się nad ukochaną, składając na jej ustach pocałunek.
Chwilę potem oboje stali w ich wspólnej komnacie. Kiedy Katrin została oficjalnie koronowana na władczynię zielonego Królestwa, wreszcie przeforsowany został pomysł o wspólnej sypialni dla małżonków. Katrin przypasała miecz i wyszarpnęła ostrze z pochwy, muskając palcem klingę. Nie stępiała. Była tak samo ostra, jak podczas jej ostatecznego starcia z czarnoksiężnikiem, od którego minęło już ponad siedem miesięcy. Legolas zarzucił na plecy kołczan ze strzałami i wziął w dłoń łuk. Katrin również sięgnęła po łuk i strzały. Zawahała się, biorąc w dłoń sztylet, który otrzymała od Galadrieli, ale odłożyła go z powrotem na komodę. To nie był zwykły sztylet, ale pamiątka. I dziewczyna miała przeczucie, że nie powinna go ot tak używać. Zamiast tego wzięła parę zwykłych sztyletów, którymi posługiwała się zdecydowana większość elfów.
- Nera. - zameldowała. Legolas uśmiechnął się w odpowiedzi i oboje wyszli z powrotem na dziedziniec.
- Mój Panie... - dziewczyna jęknęła, kiedy drogę zastąpił im jeden z doradców królewskich. - Jest list od krasnoludów z Gór Mglistych.
- Nie teraz Gamlingu, przeczytam po kolacji. - odpowiedział Legolas, mijając doradcę.
- A jeśli to coś ważnego? - zagadnęła Katrin. - Mogę jechać sama.
- A czy ja nie mogę spędzić choć chwili z własną małżonką? - spytał Legolas, obejmując ją ramieniem. - Zajmę się tym wieczorem. Teraz chcę z tobą pojechać do lasu. - dodał, wyprowadzając konie ze stajni. Katrin uśmiechnęła się. Tęskniła za czasami, kiedy spędzali wspólnie calutkie dni na kłusowaniu po Mrocznej Puszczy, albo na ćwiczeniach z łucznictwa i fechtunku, ale od kiedy wreszcie można ich było nazywać królewską parą, wiele się zmieniło.
Zmartwienia jednak szybko wyleciały jej z głowy, bo już po chwili, pędziła przez las, z napiętym łukiem. Doskonale utrzymywała się w siodle bez użycia rąk. Miesiące treningu zrobiły swoje, także jeśli chodziło o posługiwanie się łukiem i już chwilę potem udało jej się ustrzelić dorodnego zająca.
- Kucharki nie będą zadowolone. - stwierdził Legolas, krzywiąc się, kiedy dziewczyna podnosiła martwe zwierzątko z ziemi.
- Jeśli ma się gości innej rasy, trzeba zwrócić uwagę także na ich nawyki żywieniowe. - skomentowała Katrin, wkładając zająca do juków. Zaraz potem poderwała głowę, słysząc ciężkie stąpanie i stłumiony ryk w krzakach. Legolas ruchem dłoni nakazał jej ciszę, bezgłośnie napinając łuk. Katrin również sięgnęła po strzałę, która chwilę potem wypuszczona, utkwiła w szyi orka, który właśnie wyłaniał się z zarośli.
- Dawno nie zapuścili się już tak daleko. - odezwał się Legolas. - Trzymaj łuk w gotowości. - nie było to polecenie wydane be przyczyny, bowiem chwilę potem z krzaków wypadła cała horda orków, która z obnażonymi mieczami rzuciła się prosto na nich. Legolas wypuszczał strzałę za strzałą, Katrin doskonale radziła sobie ze sztyletami. Wreszcie dziewczyna z okrzykiem wściekłości poderżnęła gardło ostatniemu. Jej ulubiona suknia znacznie ucierpiała. Rękaw był w strzępach, również dół został poszarpany, a w jednym miejscu nawet podarty. skóra na przedramieniu piekła, od otarcia, jeden z orków musiał dosięgnąć ją swoją ohydną łapą. również Legolas nosił namacalne ślady walki. dostało mu się więcej, niż mogła zaobserwować w trakcie walki. Jego ubranie również było w wielu miejscach rozdarte, a przez lewy policzek biegła krwawa pręga. Zwłaszcza jego lewa noga, która zapoznała się bliżej ze szczerbatym, czarnym mieczem, martwiła dziewczynę. Spodnie były rozcięte i - o ile Katrin potrafiła rozpoznać, kiedy uklękła przy małżonku - pod rozdarciem znajdowała się głęboka rana cięta. Najchętniej opatrzyłaby mu nogę tu i teraz, a jeszcze chętniej nałożyłaby jedną z leczniczych maści elfów, ale niestety nic takiego ze sobą nie mieli. Lekkomyślność z ich strony!
- To nic wielkiego. - wykrztusił Legolas. - Te ostrza nie mogą mi zrobić krzywdy. Musimy wrócić piechotą, konie się spłoszyły. - elf tylko nadrabiał miną, ale w rzeczywistości nie było z nim dobrze. Już po upływie krótkiego czasu zwolnił kroku, a potem zaczął kuleć. Nogawka spodni nasiąkła krwią, a twarz elfa wykrzywił grymas bólu. Katrin zanurkowała pod jego ramię, pomagając mu oprzeć się na niej.
- Zaraz będziemy na miejscu. - powiedziała, dostrzegając między drzewami zarysy pałacu. Powoli przeszli przez most oddzielający pałacowy dziedziniec od skraju lasu i równie powoli weszli do środka.
- Gamlingu... - odezwała się Katrin, widząc elfa, stojącego przy schodach. Gamling natychmiast rzucił się w jej stronę i podtrzymał Legolasa z drugiej strony.
- Moja Pani? - odezwał się pytająco.
- Napadli nas orkowie. - wyjaśniła krótko dziewczyna, prowadząc Legolasa do pokojów uzdrowicieli. Młodym władca natychmiast zajęła się jedna z elfek uzdrowicielek. Katrin, przy pomocy Gamlinga, pomogła Legolasowi usiąść na łóżku, ale choć starała się to zrobić jak najdelikatniej, elf jęknął z bólu.
- Pozwólcie mi to obejrzeć. - uzdrowicielka grzecznie, ale zdecydowanie odsunęła na bok Katrin i królewskiego doradcę, wyciągnęła nóż z fałd spódnicy i jednym zdecydowanym, szybkim ruchem przecięła wzdłuż nogawkę spodni Legolasa. Źle to wyglądało. nie było to czyste, gładkie cięcie, a postrzępiona, szarpana rana w poprzek uda. Ciągle krwawiła i wyglądała na głęboką. Uzdrowicielka zwinnymi palcami przemyła ranę. Zdecydowanym ruchem obcięła zakrwawioną nogawkę, wzięła do reki tygielek i nałożyła na krawędzie rany jedną z ziołowych maści, a nogę elfa owinęła świeżym, lnianym bandażem.
- Ty też Pani nie wyglądasz najlepiej. - odezwał się Gamling, dotykając jej poranionego ramienia. Katrin miała ochotę zaprotestować, ale po policzkach poleciały jej strumyczki łez.
- To moja wina, to wszystko moja wina... - zaszlochała, opadając bezwładnie na kolana.
- Katrin... - odezwał się Legolas, podnosząc się do pozycji siedzącej.
- Farya me... - wyszeptała dziewczyna, kładąc głowę na krawędzi łóżka. Ujęła w dłonie rękę Legolasa i zaniosła się histerycznym płaczem. - Farya...
- Nie muszę ci niczego wybaczać Anar. - odpowiedział elf, podciągając ją do góry. - To nie z twojej winy. A maść uzdrowicielek postawi mnie na nogi w parę dni. - Katrin nie odpowiedziała. Wpiła się wargami w usta Legolasa i objęła mocno. Elf odwzajemnił pocałunek. Uzdrowicielka stojąca obok uśmiechnęła się i spojrzała na Gamlinga. Elf odwrócił wzrok, rumieniąc się.
 

 
Kolejny dzień w Rivendell spędzaliśmy głownie w pokoju "kominkowym". Elfki z harfami i fletami towarzyszyły nam oczywiście i tutaj, wygrywając swoje przepiękne melodie. Krasnoludy wydawały się nareszcie z nimi dogadywać, bo zabawiały przedstawicieli tej dumnej i szlachetnej rasy, opowieściami i legendami, charakterystycznymi dla krasnoludów. Zwłaszcza Elrond słuchał z ogromnym zaciekawieniem. Legolas i Katrin również do nas dołączyli. Panna Katrin tańczyła tak pięknie. Miałem wrażenie, że stopami wcale nie dotyka ziemi, tylko wdzięcznie wiruje tuż nad podłogą. Nie tylko ja byłem oczarowany jej wdziękiem. Widziałem, że Thorin, który wciąż okazywał swoją nienawiść do elfów na każdym kroku, również rzucał jej ukradkowe spojrzenia. Po obiedzie również i ja zdecydowałem się zaśpiewać kilka piosenek mojego ludu, co jak się okazało, nie było wcale złym pomysłem. Gandalf śmiał się zwłaszcza z piosenki o gospodzie, krowie i księżycu, którą sam ułożyłem, a która właśnie przyszła mi na myśl. Elrond też wydawał mi się rozbawiony, a kiedy skończyłem właśnie on zaczął klaskać jako pierwszy. Wkrótce zjawili się elfowie ze srebrnymi tacami, pełnymi przysmaków, wśród których przeważały przepyszne ciasteczka z migdałami i miodem, których miałem już okazję tutaj spróbować. oprócz tego zjedliśmy sytą kolację, po której postanowiłem przespacerować się chwilę po tarasach domu naszego gospodarza. Wciąż nie mogłem wyjść z podziwu dla piękna tego miejsca. Kiedy z rozmarzeniem spoglądałem w dal, z jednego z tarasów położonych najwyżej, dołączył do mnie Elrond.
- Nie jesteś z towarzyszami? - zagadnął przyjaźnie.
- Nie będą za mną tęsknić. - odpowiedziałem, jednocześnie w końcu decydując się na opowiedzenie komuś o tym, co mnie niepokoiło. Krasnoludy od początku nie były zbyt zadowolone z uczestnictwa mojej osoby w ich wyprawie.
- Myślą, że nie powinienem ruszać na tę wyprawę. - wyjaśniłem, patrząc na elfa.
- Czyżby? Podobno hobbity są bardzo wytrzymałe. - wpatrywałem się w niego, nie wiedząc co chce przez to powiedzieć.
- Naprawdę? - wykrztusiłem tylko. Elrond pokiwał głową.
- Podobno lubią też domowe wygody. - dodał.
- Podobno nie warto prosić elfa o radę. - odpowiedziałem. - Bo zawsze mówi i "tak" i "nie". - Elrond spojrzał na mnie z niemym wyrzutem w oczach i kiedy już chciałem go zapewnić, że nie miałem nic złego na myśli, na jego twarzy pojawił się uśmiech. Również się uśmiechnąłem. Naprawdę bałem się, że mogłem go urazić.
- Możesz tu zostać, jeśli chcesz. - powiedział Elrond, kładąc mi dłoń na ramieniu, po czym odszedł, zostawiwszy mnie z moimi myślami. Spojrzałem na zachód słońca nad Rivendell. Propozycja była naprawdę kusząca.
  • awatar Wiky the Metal-Punk!: Dobrze, że wszyscy się trochę czymś zajęli :P. Przynajmniej mogą odsapnąć od wyprawy ;).
  • awatar Hanti: Ale to nie w stylu Bilba :)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Pingwiny szły przez las, śpiewając wesoła piosenkę i najprawdopodobniej płosząc przy tym wszystkie zwierzęta, bo jeszcze ani jednego nie spotkali, nawet najmniejszego. Kate wtórowała im niemal tak samo głośno. Żałowała, że nie może teraz wyjąć gitary z futerału. Pani Irena również się roześmiała, słysząc, że śpiew zakończył się wybuchem śmiechu.
- Błagam, ani jednej piosenki więcej. - powiedziała, wyjmując z plecaka butelkę wody i upiła kilka łyków, potem podając wodę córce. upał wciąż był tak samo okropny.
- Nie jesteście głodni? - spytała nauczycielka. Od ostatniego postoju i śniadania pod kasztanowcem rzeczywiście minęło mnóstwo czasu, ale pingwiny tylko pokręciły głowami. O wiele bardziej chciało im się pić. Oprócz tego zdążyły się nieźle zmęczyć, więc pani Irena zarządziła krótki przystanek i sama również klapnęła na trawę. Kate puściła w obieg butelkę z wodą. Skipper za to zaczynał dosyć wyraźnie odczuwać nacisk na pęcherz. Gorączka co prawda mu spadła, ale pic chciało się okropnie, nic więc dziwnego, że teraz musiał za potrzebą. Na śniadanie nie zjadł prawie nic, ale za to sporo wypił. Sytuacja nie była jeszcze aż tak bardzo tragiczna, ale pingwinek nie miał pojęcia, jak długo będzie w stanie wytrzymać.
- Skipper, zmierzymy gorączkę? - spytała, pani Irena, wyjmując z plecaka termometr, który chwilę potem włożyła mu do dzioba. - Trzydzieści siedem i pół. Nie jest źle. - stwierdziła, tarmosząc go pieszczotliwie po piórkach.
- Idziemy? - spytała Kate. - Chciałyśmy dzisiaj minąć co najmniej jedną miejscowość. - Skipper ożywił się na sekundę. Może będzie okazja, żeby pójśc do ubikacji. Albo w ogóle... Gdziekolwiek. Pingwinek przestąpił z nogi na nogę. Zaczynał naprawdę pilnie potrzebować toalety. Zaczynał się bacznie przyglądać mijanym zaroślom. Mógłby na chwilę zostać w tyle i przykucnąć w trawie, nikt by raczej nie zauważył. Potem by ich dogonił. Tyle, że Kate na pewno zorientuje się, że go brakuje, więc ten pomysł odpadał. Skipper przystanął, mocno ściskając nogi. Miał wrażenie, że wypita woda przelewa mu się w brzuszku, a pęcherz z każdą chwilą ma coraz pełniejszy. Podbiegł do reszty, jednocześnie zaciskając skrzydło w kroczu. Na policzki wypływał mu zdradziecki rumieniec. Rozglądał się nerwowo za jakimś ustroniem, tyle że akurat w tej okolicy, jak na złość, nie było ani jednego krzaka. Same drzewa. Kate przysiadła na zwalonym pniu z westchnieniem.
- Poczekaj, zmęczyłam się. - odezwała się.
- Minęło dopiero pół godziny. - pani Irena zerknęła na zegarek. Skipper jęknął w duchu. Dopiero pół godziny? widząc, ze pingwiny również wdrapały się na zwalone drzewo, z wahaniem dołączył do nich.
- Masz coś przeciwbólowego pod ręką? - zagadnęła Kate.
- Boli cię coś? Nic nie mówiłaś. - zaniepokoiła się pani Irena.
- Tylko brzuch. - uspokoiła ją dziewczyna. - No wiesz... Miesiączka. - dodała konspiracyjnym szeptem, biorąc od nauczycielki opakowanie tabletek. Skipper siedział sztywno na pniu, mocno ściskając nogi. Czuł ucisk w podbrzuszu, co było naprawdę niekomfortowe. W pewnym momencie poczuł jednak, że już mu poleciało i z jękiem pochylił się wprzód. Do oczu napłynęły mu łzy.
- Boli cię brzuszek? - zaniepokoił się Szeregowy, łapiąc Kate za rękaw. Dziewczyna uśmiechnęła się.
- Nic mi nie będzie, skarbie. - uspokoiła go. - Możemy iść. - po policzkach Skippera leciały łzy. Z każdym kolejnym krokiem czuł coraz większy nacisk na pęcherz, podbrzusze pulsowało jednostajnym, tępym bólem.
- Kate... - odezwał się pingwinek przez łzy, łapiąc ja za rękaw. - Ja muszę... Do ubikacji... - Kate przykucnęła przy szlochającym pingwinku.
- Skipper, bardzo ci się chce? - spytała. Pingwinek nerwowo pokiwał głową. - Długo trzymasz? - kolejne potaknięcie. - Nie płacz, nic się nie dzieje. - dziewczyna otarła mu łzy dłonią. - Chodź, dogonimy resztę i coś wymyślimy. - powiedziała, sadzając go sobie na ramionach. Pingwinek zacisnął skrzydło w kroczu, drugim objął Kate za szyję.
- Ja już... Nie wytrzymam... - zaszlochał nerwowo. - K-kate...
- Ćśś... Cichutko... - dziewczyna odwróciła głowę, patrząc na niego. - Jeszcze chwilkę, nie płacz.
Cała reszta czekała na nich na ławce przy przystanku autobusowym. Kate bez słowa przeszła obok nich, sadzając skippera na ławce. Pingwinek natychmiast pochylił się do przodu, zaciskając skrzydło w kroczu. Nie dbał o to, co pomyślą sobie koledzy. Cały się trząsł, po policzkach leciały łzy.
- Wytrzymasz jeszcze chwilkę? - spytała Kate, kucając przy nim. Skipper pokręcił głową przecząco. - Siedź tu, zaraz do ciebie przyjdę. - dziewczyna zerwała się z miejsca i odciągnęła na bok przybraną mamę.
- Coś się stało? - spytała pani Irena.
- Nie... Tak. - plątała się Kate. - Ja muszę ze skipperem na stronę. Tylko zupełnie nie wiem, gdzie...
- Uspokój się, spokojnie. - przerwała jej nauczycielka. - Tu rzadko kiedy coś jeździ, niech się wysiusia na poboczu. Ja się zajmę chłopakami. - Kate pokiwała głową, a chwilę potem przykucnęła na poboczu, przytrzymując pingwinka nad ziemią. Skipper ciągle jeszcze szlochał, kręcąc się nerwowo w jej objęciach, ale powoli zaczynał się uspokajać i po upewnieniu się, że Kate - szepcząca kojące słówka - na pewno ma zamknięte oczy, spróbował się rozluźnić. Na drobniutki żwirek poleciała cieniutka strużka, która potem zmieniła się w obfity strumyk. Skipper drgnął, czując ból przeszywający podbrzusze i odruchowo zacisnął oba skrzydła w kroczu.
- Już? - zagadnęła Kate, ale pingwinek pokręcił głową przecząco. - Nie śpiesz się, reszta poczeka na nas tak długo, jak będzie trzeba. - Skipper otarł łzy skrzydłem i uspokojony, reszcie zrobił swoje. Odetchnął głęboko. Naprawdę mu ulżyło. Kate wyjęła z kieszeni bluzy paczkę chusteczek higienicznych, pingwinek doprowadził się do porządku i oboje dołączyli do pozostałych.
- Już? - spytała pani Irena, a Kate potaknęła, biorąc Skippera na ręce. - Skipper, w porządku? - pingwinek też pokiwał głową. - Następnym razem jak wytniesz taki numer, to ci założę pieluszkę. I mówię poważnie. - dodała nauczycielka.
- Przepraszam... - wyszeptał Skipper.
- Nie strasz go, nic się przecież nie stało. - odezwała się Kate.- Już po sprawie.
  • awatar Wiky the Metal-Punk!: Fajnie tak maszerować sobie przez las ^^. Ale poważnie... Skipper musi w końcu trochę wyluzować ze swoim wstydem... Wiem, że to nie jest łatwe, ale jak tak dalej będzie, to młody będzie miał w życiu przerąbane...
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
No i dzisiaj wreszcie skończyłam rysowanie pana Bagginsa, o którym wspominałam w komentarzu u Wiky na blogu. Wyszedł mi cudownie, jestem z niego bardzo zadowolona. Trochę tylko mi nie grała na początku jego twarz, bo bardziej przypominała serialowego Sherlocka, ale jak się wszystko elegancko wycieniowało, mamy Bilba jak się patrzy. A w ogóle, to po wczorajszym seansie, bo na TVN-ie emitowali "Dwie Wieże", to jestem tak strasznie nakręcona, że najdalej pojutrze dostaniecie one-shot z Legolasem i Katrin. Tymczasem życzę dobrej nocy.
  • awatar Hanti: Bardzo ładne wycieniowane ubranie.
  • awatar Wiky the Metal-Punk!: Niesamowity art! Po prostu poezja! Ja jestem w trakcie rysowania kolejnego rysunku ;). Ale tym razem nie będzie to N. Gin :P.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
A przed chwilą sobie skończyłam oglądać ukochaną bajkę z dzieciństwa, którą była "Księżniczka Fantaghiro"... Szkoda tylko, że to była wersja pełnometrażowa, a nie w odcinkach. Poważnie. Wspominałam wam koło Wielkanocy coś o moich bajkach z dzieciństwa i o ile "Legenda Nezha" występuje w internecie w postaci odcinkowej i to jeszcze ani jednego nie brakuje, to Fantaghiro znaleźć nie szło i to mnie chyba najbardziej boli, bo pełnometrażówka nawet w połowie nie oddaje tego uroku i tych emocji, które ja czułam za tego sześcioletniego dziecka, kiedy siedziałam przed telewizorem na fotelu i normalnie za każdym razem musiałam ten odcinek obejrzeć od początku do końca. Oczywiście kwestia też różnicy wieku, ale jak oglądałam Nezha - jeszcze jak miałam na popołudnie do szkoły, to specjalnie o siódmej wstawałam, żeby w godzinę ogarnąć naukę, a potem jak już nikogo w pokoju nie było, to się oglądało Nezha - to zachwyt był ten sam. A potem jakaż była moja radość kiedy znalazłam niekompletny co prawda, ale zestaw odcinków z Fantaghiro na Chomikuj. I jakież rozczarowanie, kiedy się okazało, że te odcinki już ktoś pousuwał. A ja taka szczęśliwa byłam, że sobie pościągam na pendrive i będę oglądać i w ogóle będzie tak fajnie... A tu nic z tego. Szkoda, bo wersja odcinkowa jest o wiele lepsza od pełnometrażówki, która trwa niespełna godzinę, dwanaście minut. Żadnego porównania, prawda? Obejrzałam sobie, stwierdziłam "Nie, Kate! Musisz znaleźć wersję odcinkową!" no i ruszyły poszukiwania, które jeszcze potrwają. I to chyba dłuższy czas.
 

 

Ostatnio dość głośno zrobiło się o serialu "Trzynaście powodów". Ja miałam okazję i obejrzeć serial i przeczytać książkę, w końcu trwają wakacje. Do kupna książki przymierzałam się długo, aż wreszcie trafiła w moje łapki, a ja pochłonęłam ją zauroczona w dwa wieczory. Do obejrzenia serialu natomiast zachęciła mnie współlokatorka z internatu, która obejrzała go jeszcze w roku szkolnym i bardzo zachwalała. Jeśli o mnie chodzi to i serial i książka podobały mi się mniej więcej tak samo pomimo paru różnic. Fajnie było zobaczyć Hannah i resztę na żywo.

Ale w tym poście nie o serialu, a o książce będzie mowa, jak sam tytuł wskazuje. Powieść jest napisana przez Jay'a Ashera (mam nadzieję, że pisownia dobra, bo nie umiem tego odmienić) i jest to mężczyzna. Pierwszym moim odruchem podczas czytania było swego rodzaju zdziwienie, że mężczyzna potrafi napisać tak dobrą powieść młodzieżową i to jeszcze o dziewczynie, o jej życiu, uczuciach, a to wszystko było dodatkowo tak bardzo realistyczne, że w stronę autora już na wstępie ukłon z przytupem i głęboki szacun. Powiem szczerze, że było to moje pierwsze spotkanie z młodzieżówką autorstwa mężczyzny, do tej pory czytałam książki w tej tematyce jedynie autorek płci żeńskiej. Sprawiło to, że książka tym bardziej mi się podobała. Jest to również moje pierwsze spotkanie z tym autorem, ale na skrzydełkach okładki wyczytałam, że w Polsce ukazała się jeszcze jedna jego powieść i już zaczęłam jej szukać w czeluściach internetu.

Książka od pierwszych stron bardzo wciąga, zdecydowanie bardziej niż serial. Nie wiem dlaczego, może dlatego, że jeśli chodzi o filmy, to jestem naprawdę wybredna. Opowiada o życiu Hannah Baker (imię nieodmienne), która popełniła samobójstwo. A wszystko zaczyna się od tego, że Clay Jensen znajduje na schodach swojego domu paczkę z siedmioma kasetami, na których dziewczyna opowiada swoją historię, a także podsuwa słuchaczom trzynaście powodów swojej śmierci. I właśnie te trzynaście powodów daje tutaj najwięcej do myślenia. Mogłoby się wydawać, że czasami są one błahe, że dziewczyna wyolbrzymia pewne rzeczy, ale każdy, kto kiedyś znalazł się w podobnej sytuacji będzie wiedział, że już ten pierwszy powód śmierci Hannah zwiastował coś naprawdę niedobrego, czemu można było jeszcze zapobiec. Przykładowo powodem może być obojętność na ludzką krzywdę, co spotkało nie tylko Hannah, ale ja też miałam z tym do czynienia. I może właśnie dlatego ta bohaterka stała mi się od razu tak bliska.

Jak już napisałam, książka daje do myślenia. Natłok powodów, przez które Hannah popełniła samobójstwo naprawdę potrafi wbić w fotel. Czytając ją miotały mną naprawdę różne emocje. Najbardziej chyba bezradność, bo choć od początku wiedziałam, że Hannah nie żyje, to tak się z nią zżyłam, wydawała mi się tak sympatyczna, że naprawdę było mi przykro, że przez głupotę innych Hannah już nie ma.

Od osób, które przeczytają tą książkę oczekuję, że nie rzucą jej tak od razu w kąt, tylko zastanowią się nad swoim zachowaniem, albo nad zachowaniem swoich rówieśników i osób ze swojego otoczenia. Nad powodami śmierci głównej bohaterki trzeba się naprawdę gruntownie zastanowić, głównie w odniesieniu do siebie. Hannah przez swoje samobójstwo zraniła wiele osób, którym tak naprawdę była bliska, choć o tym nie wiedziała, albo nie zdawała sobie z tego sprawy, ale zraniła też swoich oprawców, osoby, które wyśmiewały się z niej, raniły ją i które doprowadziły do tego co zrobiła. Najstraszniejsze było chyba to, że chociaż te osoby musiały patrzeć na jej łzy, na jej strach, wciąż nie zdawały sobie sprawy, że są sprawcami jej śmierci. Te osoby, również poprzez kasety z nagraniami, do końca życia będą się czuły napiętnowane, będą żyły ze świadomością, że zabiły, mimo, że nie zrobiły tego fizycznie.

Książkę polecam każdemu, do przeczytania gorąco zachęcam. A jeśli wpadnie wam w ręce, błagam, nie przechodźcie obok niej obojętnie, bo jest to naprawdę ważna powieść. Doskonale oddaje realia dzisiejszych czasów, bo jeśli ktoś mi powie, że w szkołach, w internecie, nie dochodzi do takich sytuacji, to ja się roześmieję w twarz. Bo czegoś podobnego doświadczyłam na własnej skórze i wydaje mi się, że mam pełne prawo wypowiadać się na ten temat. I tak jak już kiedyś wspominałam, osoby, które nigdy nie doświadczyły podobnych rzeczy, będą mówić, że to wyolbrzymione, że to próba zwrócenia uwagi i tak dalej. Ludzie, otwórzcie sobie oczy! Kiedy wy tak twierdzicie, komuś z waszego otoczenia może dziać się krzywda! Warto dostrzegać nawet najdrobniejsze symptomy i zmiany w zachowaniu innych, bo często można w ten sposób uratować komuś życie, jak można było w przypadku Hannah. Wasze zachowanie również może oddziaływać na innych i jest to właściwie motyw przewodni tej książki, także jeszcze raz gorąco zachęcam do przeczytania.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Na początku pragnę zaznaczyć, że obecność Katrin we wspomnieniach Bilba ma niewiele wspólnego z fanfiction z "Władcy Pierścieni", więc proszę nie kojarzyć razem tych dwóch opowiadań. Tutaj sytuacja jest już wyklarowana, Katrin zamężna i znająca swoją prawdziwą matkę. Jedyna różnica jest taka, że wskrzesiłam Thranduila, no bo przecież musi się tutaj pojawić. Miłego czytania.

Tak dawno nie spałem w prawdziwym łóżku, że to z Rivendell, które było przeznaczone tylko dla mnie, wydawało mi się tym bardziej wygodne. Było miękkie, puszyste, a kołdra dodatkowo lekka jak puch. Spędziłbym pod nią cały dzień, gdyby następnego dnia rano nie przyszedł obudzić mnie Fili. To dziś mieli przyjechać goście Elronda. Takiej okazji za nic bym nie przegapił. Co prawda od poprzedniego wieczora widziałem już wielu elfów, ale wciąż byłem ich ciekaw. W biegu przełknąłem coś na śniadanie, wygładziłem marynarkę i razem z krasnoludami wyszedłem na dziedziniec, na który właśnie wjeżdżały dwa wierzchowce, każdy z elfem na grzbiecie.
- Witaj Legolasie... - odezwał się Elrond, schodząc po schodach. - Jakże miło was znowu widzieć. Panno Katrin... - elf wyciągnął dłoń w stronę elfki i pomógł jej zsiąść z konia. Kiedy zrzuciła kaptur z głowy ze zdziwieniem stwierdziłem, że... Nie była elfką. Była człowiekiem.
- Thorinie... - odezwał się Elrond, kiedy wódz naszej kompanii wystąpił naprzód. - Poznaj proszę naszych najbliższych przyjaciół. To jest Legolas, syn króla Thranduila, który włada Zielonym Królestwem. - Thorin nie wydawał się być zbyt zadowolony. Na jego twarzy dostrzegałem raczej... Odrazę?
- Oraz jego małżonka, Katrin. - więc dlatego przyjechała tutaj w towarzystwie tego blondwłosego elfa. Byli małżeństwem. Ale przecież z tego co słyszałem, elfowie nie mogli wiązać się z ludźmi.
- Za chwilę podamy do stołu. - odezwał się Lindir, stając obok swojego Pana. - Wszystko jest już przygotowane.

Obiad jedliśmy w towarzystwie gości Elronda. Tak jak poprzedniego dnia dostaliśmy potrawy pozbawione mięsa, czego krasnoludy najwyraźniej miały już dosyć. Mnie natomiast bardzo smakowały elfie potrawy. Pozwalały się nasycić tak samo dobrze jak mięso. Elfki znów wygrywały przepiękne melodie na harfach i fletach. Rozejrzałem się dookoła kiedy krasnoludy wybuchnęły śmiechem. Najwyraźniej znowu nie zrozumiałem któregoś z ich żartów.
- Jak się sprawujesz w nowej roli, Katrin? - zagadnął Gandalf. - Podoba ci się życie władczyni?
- Wciąż przyzwyczajam się do nowych obowiązków. - odpowiedziała kobieta.
- Nie masz wrażenia, że władza ci ciąży? - spytał Elrond.
- Wbrew pozorom wcale nie jest tak ciężko. Owszem, jest dużo do zrobienia, ale Legolas bardzo mi pomaga. I wciąż zostaje nam sporo czasu tylko dla nas. - elf odstawił kieliszek, z którego pił z powrotem na stół i objął ją w talii. Widać było, że darzą się wielkim uczuciem.
- Oczywiście zostaniecie na parę dni?
- Oczywiście. - odpowiedział Legolas. Thorin bez słowa odsunął krzesło i wstał od stołu. elfowie odprowadzili go wzrokiem, kiedy wychodził z sali, ale żaden tego nie skomentował. Znowu wróciłem do obserwowania krasnoludów. Nori próbował poprawić smak swojej sałatki, za pomocą dziwnej przyprawy, ale po jego minie widziałem, że wciąż nie jest zbyt smaczna. Bombur doszedł do wniosku, że jest tak głodny, że wszystko mu jedno co będzie jadł, bo wpakował sobie do ust wszystko co miał na talerzu. Nori, najwyraźniej rozdrażniony sytuacją ze swoją sałatką, rzucił kilka niepochlebnych komentarzy w stronę elfek, grających na harfach.
- Pokażę im jak to się robi. - zaproponował natychmiast Bofur i chwile potem rozległ się brzęk tłuczonych naczyń, kiedy krasnolud wyłaził na stół. Zanucił kilka słów jednej z wesołych, krasnoludzkich piosenek. Elfy spojrzały w jego stronę z zaciekawieniem. Kompani zawtórowali mu głośno tupiąc i klaszcząc w dłonie. Chwilę potem śpiewali już wszyscy. Elrond i Gandalf wymienili spojrzenia. W powietrzu latały kawałki jedzenia rzucane przez krasnoludów. Elfki siedzące przy instrumentach, wymieniały uwagi na temat ich skandalicznego zachowania i braku manier. Lindir również nie wydawał się zachwycony, wodząc wzrokiem po ścianach, upapranych jedzeniem. Spuściłem głowę. wstyd mi było za nich. Jedynie panna Katrin wyraźnie rozbawiona, śmiała się, również klaszcząc w dłonie, a potem zerwała się z miejsca i zaczęła tańczyć i podskakiwać w rytm piosenki i zebrała na koniec mnóstwo oklasków. Legolas spojrzał na Elronda, który chyba też dobrze się bawił, mimo zachowania kransnoludów.
- Za naszych gości! - uśmiechnął się, wznosząc toast.
 

 
Pani Irena klęczała nad rozłożoną na trawie mapą, usiłując dojść do tego, gdzie się właściwie znajdują, ale im dłużej wpatrywała się w mapę, tym bardziej była zagubiona. Nie wiedziała dokąd jechał autobus, do którego ostatnio wsiadali, a później przecież szlo jeszcze spory kawałek przez las.
- I jak? - spytała Kate, przykucając obok.
- Wiem, że nic nie wiem. - odpowiedziała nauczycielka.
- Za to kiedy ty się męczyłaś, ja ściągnęłam na komórkę GPS-a. Musiałyśmy zboczyć na wschód, bo zamiast na wybrzeżu, wylądowaliśmy na mazurach, a konkretnie koło Mrągowa.
- Jak to? - pani Irena wzięła pod niej telefon. - Nie, już rozumiem. Gdybyśmy wsiedli do autobusu jadącego w drugą stronę, bylibyśmy teraz gdzieś tu. - powiedziała, pokazując orientacyjny punkt na mapie.
- Mamy jakiś plan awaryjny? - spytała Kate.
- Żadnego, ale... Tiu blisko jest fajny kemping, będziemy mogli tam odpocząć przez arę dni i zastanowić się jak właściwie mamy dostać się nad morze. Piechota dojdziemy tam w dwa dni. Co ty na to? - pani Irena zerknęła na córkę.
- Świetnie, chodźmy. - uśmiechnęła się Kate. - A będzie jakieś miasteczko po drodze? Dobrze by było, bo ja muszę do łazienki. Niezwłocznie.
- Dookoła masz hektary lasu. - odpowiedziała nauczycielka.
- Nie, nie o to chodzi. Chyba dostałam okres.
- W takim razie się zbieramy. Spróbujemy wrócić do tego miasteczka, w którym robiłam zakupy. Tam widziałam dworzec. - pani Irena złożyła mapę i obie wróciły do pingwinów.
- Chłopaki, idziemy! - zawołała nauczycielka. - Wstawać, ale migiem! Chce was widzieć w gotowości za pięć sekund!
- No i po co ten pośpiech? - zdenerwował się Skipper.
- Wiem gdzie jesteśmy i co jeszcze lepsze, gdzie będziemy mogli się zatrzymać na parę dni. A ponieważ swoje genialne pomysły zwykłam realizować w trybie natychmiastowym, teraz wstaniecie z trawy i pomaszerujecie przed siebie. No już! Żadnych protestów słyszeć nie chcę!
- Pani profesor to chyba do reszty oszalała. - skomentował Skipper arogancko, czego zaraz pożałował, bo dostrzegł pełne wyrzutów spojrzenie Kate.
- Ty mnie jeszcze oszalałej nie widziałeś. - pani Irena niebezpiecznie zniżyła głos. - I mogę cię zapewnić, że tak szybko do tego nie dojdzie, więc jeśli nie chcesz, żeby nasze relacje się pogorszyły, to posłusznie teraz wstaniesz, a jeśli tego nie zrobisz, po prostu cię tu zostawimy. Nie będę się z tobą kłócić Skipper, namawiać do niczego tym bardziej. Uważam, ze jesteś już na tyle dorosły, że jesteś w stanie to zrozumieć. Takich odzywek też sobie więcej nie życzę, zrozumiano? - pingwinek w milczeniu pokiwał głową.

Kate siedziała na sedesie w dworcowej toalecie, beznamiętnie wpatrując się w poplamioną krwią bieliznę. Westchnęła.
- Kate, wszystko w porządku? - spytała pani Irena zza drzwi kabiny. Dziewczyna pokręciła głową przecząco, zanim uświadomiła sobie, że nauczycielka nie może jej widzieć.
- Nie. - odpowiedziała, zapinając spodnie i uchyliła drzwi. - Poratowałabyś mnie podpaską? Czysta bielizna też by mi się przydała. - pani Irena pogrzebała w plecaku i chwilę potem podała dziewczynie wymagane wiktuały. Kate doprowadziła się do porządku i pokazała z powrotem, podłapując zaniepokojone spojrzenie przybranej mamy.
- Kate, jak się czujesz? - zagadnęła pani Irena. - Strasznie jesteś blada. - dziewczyna włożyła ręce pod strumień zimnej wody, ochlapała sobie też twarz.
- Słabo mi trochę. - odpowiedziała.
- Chodź, posiedzisz sobie na ławce. - nauczycielka objęła ją ramieniem. - Chłopcy to już się pewnie o ciebie martwią.
Kate siedziała obok pingwinów ze spuszczona głową. Kręciło jej się w głowie.
- Trzymaj, napij się. - pani Irena pojawiła się obok niej z butelką wody w ręce. Dziewczyna upiła kilka łyków. Woda była przyjemnie chłodna.
- Lepiej? - nauczycielka przykucnęła przy niej. Kate pokiwała głową, biorąc głęboki wdech.
- Nic mi nie będzie. - odpowiedziała, uśmiechając się lekko.
 

 
Rozglądałem się wokół podziwiając zapierający dech w piersiach widok. Rivendell było najpiękniejszym miejscem, jakie widziałem do tej pory i nie spodziewałem się, by coś miało mu jeszcze dorównać. Dom wybudowany na skale, dookoła zadbane ogrody, drzewa... I jeszcze ten wodospad. Krasnoludy szeptem wymieniały najróżniejsze uwagi z przewagą tych nieprzychylnych. Thorin i Dwalin nie przestali szeptać nawet wtedy, gdy po schodach zszedł do nas jeden z elfów.
- Mithrandirze... - odezwał się.
- A, Lindir. - Gandalf uśmiechnął się, jakby zobaczył właśnie starego znajomego. - Muszę porozmawiać z Elrondem. - dodał, słysząc z ust przyjaciela kilka elfickich słów.
- Mojego Pana tutaj nie ma. - odpowiedział elf.
- Nie ma go. - powtórzył Gandalf. - A gdzie jest? - w tym momencie rozległ się dźwięk trąby, a na dziedziniec wjechał co najmniej tuzin koni, każdy niosący elfa na grzbiecie. Krasnoludy otoczyły mnie ciasnym kręgiem, jakby naprawdę sądząc, że ze strony elfów zagraża nam niebezpieczeństwo. Zwartym kręgiem otoczyły nas wierzchowce, podczas gdy jeden z elfów - najwyraźniej ich przywódca - zsiadł ze swojego konia.
- Drogi Elrondzie... - odezwał się Gandalf z serdecznym uśmiechem, wyciągając w jego stronę dłoń. Rozmowę zaczęli w języku elfów.
- Dziwne, że orkowie zapuścili się tak blisko naszych granic. - powiedział później elf przechodząc na Wspólną Mowę. - Najwyraźniej coś, albo ktoś musiało je tu zwabić.
- Być może, że to my. - odpowiedział Gandalf. Thorin niechętnie wystąpił naprzód.
- Witaj Thorinie, synu Thraina. - powitał go Elrond, skłaniając głowę z szacunkiem. - nosisz się zupełnie jak twój dziadek. Znałem Throra, kiedy był królem pod Górą. - potem dodał kilka słów w jego własnym języku.
- Co on tam gada?! - wybuchnął natychmiast Gloin. - Przypadkiem nas nie obraża?!
- Nie, panie Gloinie, zaprasza nas na ucztę. - przetłumaczył natychmiast Gandalf. Krasnoludy znowu zaczęły wymieniać poglądy, ale w końcu Gloin dodał:
- Więc chodźmy jeść. - prawdę mówiąc odpowiadał mi taki obrót sprawy. Już dawno nie jadłem porządnego posiłku.

Siedzieliśmy przy stole. Elfy podały oczywiście sałatki i inne potrawy bezmięsne, co krasnoludom najwyraźniej się nie spodobało. Mnie było najzupełniej obojętne co będę jeść.
- Zjedz trochę. Chociaż mały kęs. - ze swojego miejsca przy stole słyszałem jak Dori próbuje nakłonić do jedzenia młodszego brata.
- Nie jadam zieleniny. - Ori tylko pokręcił głową.
- A gdzie mięso? - zdenerwował się Dori, dokładnie obejrzawszy zawartość swojego talerza. Przestałem zwracać na nich uwagę, bo rozmowa Elronda i Thorina była o wiele ciekawsza.
- To jest Orcrist. - powiedział elf, dokładnie oglądając miecz Thorina. - Pogromca Goblinów. Przesławne ostrze, wykute przez elfy wysokiego rodu. Moich krewnych. Niech ci dobrze służy. A to jest Glamdring. - powiedział, biorąc w dłoń miecz Gandalfa. - Młot na wroga. Miecz króla Gondolinu. Powstał w czasach wielkich bitew... - dalej już nie słuchałem. Powoli, wysunąłem z pochwy swój mieczyk, szukając na nim run, których... Nie było.
- Ja bym nie próbował chłopcze. - odezwał się siedzący obok mnie Balin. - To na cześć bitewnych czynów nadaje się te imiona.
- Chcesz powiedzieć, że moim nie walczono? - spytałem.
- Nie jestem pewien, czy to jest miecz. Coś do otwierania listów raczej.
- Możecie u nas zostać tak długo jak zechcecie. - powiedział Elrond, co na nowo zwróciło moją uwagę. - Czekają już na was przytulne komnaty i wygodne łóżka. Chciałbym też komuś cię przedstawić Thorinie. Jutro spodziewamy się gości.
  • awatar Wiky the Metal-Punk!: tam*
  • awatar Wiky the Metal-Punk!: Rivendell jest niesamowite! Aż sama chciałabym tak trochę pobyć :). Co to za uczta bez mięsa? Tak się nie da! Mięso musi być i koniec! :P. Miecze są świetne, jednak ja preferuję tylko miecze dwuręczne, a moim upatrzonym jest Claymore ^^.
  • awatar Hanti: Bez mięsa to nie to samo :D A miecz Bilba zasłużył sobie na imię. Przecież ostrzega właściciela przed orkami.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 
Była dziesiąta dwadzieścia, a w powietrzu nieruchomy upał. Mimo to marsz byłby całkiem przyjemny, gdyby nie trudności, które sprawiał Szeregowy. Czego ten pingwinek nie wyrabiał! Najpierw położył się w rowie i oznajmił, że tu właśnie skona, potem potrzebował natychmiast napić się zimnej coca-coli, a kiedy usłyszał, że do wodopoju trzeba iść jeszcze z kwadransik - powiedział, żeby go zostawić na tej pustyni, bo już się jakoś doczołga przez piaski. W efekcie dotarli do sklepiku zmęczeni, zirytowani i zziajani jak psy, a pani Irena dodatkowo bliska płaczu. Humor poprawił jej się dopiero na widok rzeczonego sklepiku, który okazał się być najprawdziwszym Lidlem.
Kate siedziała razem z pingwinami na wąskiej ladzie przy wyjściu, czekając aż pani Irena wreszcie zapłaci i będzie można skonsumować coś porządnego. Tyle, że nauczycielce schodziło przy kasie nadzwyczaj długo.
- Czy ja mogłabym skorzystać z toalety? - spytała nauczycielka, zapłaciwszy i odebrawszy zakupy.
- Toaleta jest tylko dla personelu. - odpowiedziała kasjerka, nawet nie patrząc w jej stronę.
- Tak, wiem... Ale muszę do toalety. - kasjerka westchnęła.
- Proszę chwilę zaczekać. - powiedziała, dzwoniąc po kogoś z obsługi. Z zaplecza od razu wyszła druga kobieta.
- Pani koniecznie chce skorzystać z toalety. - poinformowała ją kasjerka, pokazując przy tym na panią Irenę.
- Proszę ze mną. - kobieta poprowadziła nauczycielkę na zaplecze, a chwilę potem było po wszystkim.
- Coś się stało? - spytała Kate, kiedy pani Irena do nich wróciła. Oddała przybranej mamie plecak.
- Nie, nie, wszystko okej. - odpowiedziała nauczycielka. - Kasjerki mają tu wyjątkowo chamskie. - dodała. - Chodźmy, bo pewnie jesteście głodni, a dochodzi już jedenasta.
Wrócili się kawałek polną drogą i rozłożyli sobie zaciszne, przyjemne miejsce od kasztanowcem.
- Podano do stołu. - pani Irena położyła ośrodku torbę z zakupami. Czego tam nie było. Torebka wypełniona po brzegi plackami minipizzy, sześc bułek, kostka serka topionego, kawałek rumianego boczku i winogrona. a oprócz tego butelka wody mineralnej. Skipper nie miał zupełnie apetytu, tylko pił i pił, posłusznie też połknął aspirynę. Pani Irena zjadła bułkę z boczkiem i serkiem topionym, po czym - w dziwnie jakoś dobrym humorze - odeszła na bok, żeby zadzwonić. Kate w zamyśleniu skubała winogrona.
- Co teraz zrobimy? - spytała, kiedy nauczycielka usiadła obok.
- Na razie odpoczywamy. - odpowiedziała jej przybrana mama. - Później trzeba będzie wrócić do miasta i dowiedzieć się, gdzie dokładnie jesteśmy.
- Mnie tu jest wygodnie, ja nigdzie nie idę. - zaprotestował Skipper, padając na trawę. Kate roześmiała się, biorąc sobie kolejna minipizzę. Kowalski podniósł wzrok na dziewczynę. Minę miał dosyć niewyraźną. Odłożył jedzony placek z powrotem do torebki i wstał, kładąc jej skrzydło na ramieniu.
- Kate... - odezwał się. - Mi się chce do łazienki.
- Daj mi tylko zjeść, dobrze? - Kate potarmosiła go czule po piórkach. Pani Irena uśmiechnęła się, zakładając jej kosmyk włosów za ucho. Kowalski za to nerwowo pociągnął ją za rękaw bluzy. dziewczyna znowu przeniosła wzrok na pingwinka.
- Oj, coś mi się zdaje, że to dość pilna sprawa. - odezwała się, widząc rumieniec na policzkach Kowalskiego. - Chodź. - dodała, wstając i wyciągnęła do niego rękę. Nauczycielka odprowadziła córkę wzrokiem i westchnęła. Czuła się niezręcznie, jak zawsze, gdy zostawała sam na sam z pingwinami. Nigdy tak naprawdę nie wiedziała, czego może się po nich spodziewać. Na szczęście chwilę potem Kate wynurzyła się z zarośli, tyle że z zapłakanym pingwinkiem w ramionach.
- Kate, stało się coś? - spytała pani Irena.
- Nie. - odpowiedziała dziewczyna. - Tak go jakoś naszło. - Kate usiadła pod drzewem, sadzając sobie Kowalskiego na kolanach. Pingwinek zanosił się szlochem, po policzkach spływały mu łzy, ponadto nie docierały do niego żadne bodźce zewnętrzne. skipper zerwał się z miejsca i zaraz znalazł przy Kowalskim, gładząc go kojąco po plecach,ale tym co podziałało najlepiej, był w tym wypadku batonik milky way wydobyty przez nauczycielkę z czeluści plecaka.
  • awatar Wiky the Metal-Punk!: Nie dziwię się, że wszyscy byli wymęczeni ;). Ja na miejscu pani Ireny, podziękowałabym kasjerce i poszłabym w krzaki :P. A co do uczty, to rewelacja, sama bym tak pojadła :D.
  • awatar RainbowxD: Ta wędrówka musiała być naprawdę męcząca. I faktem faktem, ale obsługa w sklepie była naprawdę niemiła. Biedny Kowalski, szkoda mi go :c.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
W zeszłe wakacje opowiadałam o pierwszym tomie Trylogii Klątwy, czyli "Porwanej Pieśniarce" i ciągle mając w pamięci komentarz Wiky: "Łoo! Widzę, że książka serio musi Ci się podobać skoro ją tak wychwalasz ^^. Jak przeczytasz drugi tom to też opisz ^^." recenzuję pozostałe dwa. Dopiero teraz, bo w żadnej znanej mi bibliotece nie było na stanie książek o trollach, a fundusze na zakup swoich egzemplarzy nie bardzo pozwalały. Ale teraz wreszcie je mam, wczoraj wieczorem skończyłam czytać i pomyślałam, że o ileż efektowniej wyglądałoby sprzedanie wam dwóch recenzji na raz.

"Ukryta Łowczyni" to drugi tom Trylogii Klątwy autorstwa Danielle L Jensen. Jeżeli czytaliście "Porwaną Pieśniarkę", lub nie macie nic przeciwko spoilerom, które i tak zdarzają się u mnie na blogu dość często, spokojnie możecie czytać dalej, ale jeśli za spoilery bylibyście gotowi mnie zabić, to możecie poszukać w necie recenzji bez nich. Drugi tom zaczyna się tym, że... Tristan jest uwięziony, władzę w Trollus sprawuje tyran, Cecile już końcem tomu pierwszego udało się uciec i jej życie toczy się tak jak to sobie kiedyś zaplanowała; mieszka z matką w Triannon, gdzie występuje na deskach najznakomitszych oper w mieście. Mogłoby się wydawać, że liczy się dla niej już tylko kariera, a z trollami nie łączy jej nic kompletnie, ale nie. Wszystkie działania jakie dziewczyna podejmuje wynikają z miłości do Tristana i do Trollus.

Kluczowym spoiwem drugiego tomu jest fakt, że Cecile złożyła obietnicę władcy Trollus, która jest prawie niemożliwa do spełnienia z logicznego punktu widzenia. Warto zaznaczyć, że jeśli obieca się coś trollowi (władca Trollus > troll > logiczne), jest to obietnica wiążąca, więc praktycznie cały czas odczuwa się przymus tej obietnicy gdzieś w głębi swojej świadomości. Cały tom kręci się właściwie wokół tego, co Cecile ma do zrobienia, co akurat bardzo mi się podobało.

Jeśli chodzi o mnie to niewiele mam tej książce do zarzucenia, a jedynym jej mankamentem jest to, że zaczęło mi się nudzić tak po czterystu stronach, czyli już pod koniec. Końcówka była jak dla mnie kompletnie pozbawiona sensu, a już skąd wziął się tam smok, to do tej pory nie potrafię ogarnąć. Z lektury ogólnie jestem natomiast bardzo zadowolona. Najbardziej chyba podobało mi się to takie skakanie miedzy Cecile a Tristanem, pomiędzy sytuacją w Triannon, a sytuacją w Trollus, co moim zdanie m miało za zadanie pobudzić ciekawość czytelnika i przez te czterysta pierwszych stron doskonale się to autorce udawało. Bo naprawdę dzieje się, mamy ochotę czytać, mamy ochotę dowiadywać się jak bohaterowie sobie z danymi problemami poradzą, jak to się wszystko rozwinie i książkę chciało się tylko czytać i czytać.

Jeśli chodzi o tożsamość czarownicy, to jak chyba dla większości nie było to dla mnie wielkie zaskoczenie. Domyślenie się tożsamości Anushki nie było wale takie trudne, a jednocześnie nie zniechęca to do lektury, nie jest to minus, a nawet jeśli ktoś tak twierdzi, to naprawdę da się z tym żyć. Podobało mi się też to, że mogłam się bliżej przyjrzeć relacjom bohaterów z rodzicami Cecile - matka, Tristan - ojciec. Jednakże największym plusem tych książek są trolle, o czym mówiłam już przy okazji recenzowania tomu pierwszego.

W końcówce "Ukrytej Łowczyni" dostajemy oczywiście zapowiedź tomu zamykającego całą trylogię, czyli "Walecznej Czarownicy", który opisuje głównie walkę trolle kontra ludzie... Zaraz, zaraz... Przecież to byłoby zbyt oczywiste, tak naprawdę jest zupełnie inaczej, wszystko jest bardziej skomplikowane i może to sprawiło, że ten tom mnie do siebie zniechęcił.

Myślę, że każdy, kto w życiu przeczytał choć jedną trylogię zdaje sobie sprawę, lub się domyśla, że w trzecim i zarazem ostatnim tomie dostajemy najwięcej akcji. Tutaj jest podobnie, akcja się mnoży, jest mnóstwo walk, mnóstwo rozwiązań, a wątków tyle, że mózg paruje. Tylko, czy w przypadku tej serii to na pewno dobre rozwiązanie? Nie będę ukrywać, że końcówka drugiego tomu odrobinę mnie zniechęciła do sięgnięcia po zakończenie. I nie wiem czy to ja powinnam trochę odpocząć zanim zakończę moją przygodę z trollami, czy to potencjał autorki gdzieś wyparował, ale "Waleczna Czarownica" jest tomem zdecydowanie najsłabszym w całej Trylogii Klątwy.

Jeśli chodzi o samo zakończenie zakończenia to zaskoczyło mnie pozytywnie. Już dawno nie czytałam tak dobrej końcówki, serio. Ale teraz będę gadać o tym co pośrodku. Jest dynamicznie, odnajdujemy odpowiedzi na wszystkie pytania i wątpliwości towarzyszące nam podczas czytania dwóch poprzednich tomów, rozwiązała się też kwestia młodszego brata Tristana, co akurat strasznie mi się podobało. i podobało mi się zarówno samo rozwiązanie tej kwestii, jak i to w jaki sposób zostało to przeprowadzone. Decyzje bohaterów powalały mnie na kolana. Były tak bezsensowne, że tylko czekałam, aż ktoś wreszcie zginie, ale o dziwo prawie zawsze te głupie decyzje prowadziły do rozsądnego zakończenia danego wątku. Jak? Jak, pytam się?! dowiadujemy się ponadto, jak wygląda tak naprawdę sytuacja rodzinna głównego bohatera i znowu mamy kontynuację wątku miłosnego, który nie jest ani trochę nachalny, wręcz przeciwnie, prawie wcale się go nie czuje. Cały czas kibicowałam parze Cecile x Tristan, bo im się nie da nie kibicować. No i dopiero w tym tomie dowiadujemy się kto był dobry, kto zły, kto udawał, a kto nie, kto był lojalny, a kto robił okropne rzeczy za plecami innych. A zazwyczaj były to osoby, których bym się kompletnie nie spodziewała.

Ale co z tego, skoro cały ten tom jest po prostu jedną walką wszystkich ze wszystkimi, bez ładu i składu i jest to jeszcze do tolerowania przez pewną część książki, ale nie przez okrągłe czterysta stron! Naprawdę, nie rozumiem, ile można w kółko czytać o jednym i tym samy, a tutaj dostajemy takie coś. A Cecile była w tym tomie naprawdę jedną naiwną. Najlepiej by było z mojej strony, gdybym zachęciła wams do przeczytania dwóch pierwszych tomów i powiedziała "Trzeci sobie odpuśćcie, zakończenie dopiszcie własne", ale tego nie zrobię. Nie zrobię tego ze względu na ostatni rozdział. Pomimo tego, że bardzo mi się nie spodobało to co autorka tutaj zrobiła, to jednak ten ostatni rozdział był przepiękny i cudowny i warto było przemęczyć te czterysta stron dla tego jednego epizodu. Serio.