• Wpisów:1594
  • Średnio co: 1 dzień
  • Ostatni wpis:15 dni temu
  • Licznik odwiedzin:331 773 / 2451 dni
Jesteś niezalogowany. Niektóre wpisy dostępne są tylko dla znajomych.
 
Przy akompaniamencie radosnych wrzasków i okrzyków podniecenia Boromir zatknął chorągiew Gondoru na dachu jednego z budynków i powiódł wzrokiem po swoich ludziach. Wyszarpnął miecz z pochwy, wznosząc ku górze lśniące w blasku dnia ostrze.
- To miasto było kiedyś klejnotem w naszej koronie! - zaczął donośnym głosem. - Tętniło życiem, urodą i muzyką. I znów takie będzie! Niech armie Mordoru wiedzą, te ziemie już nigdy nie wpadną w ręce wroga! - mężczyzna uśmiechnął się lekko, gdy odpowiedziały mu krzyki żołnierzy. - Miasto Osgiliath znów należy do Gondoru! - wrzasnął, wymachując mieczem.
- Za Gondor! - ryk, który zabrzmiał w odpowiedzi przyprawił go o ciarki. Rycerze wznosili w górę własne ostrza lub zaciśnięte pięści, raz po raz krzycząc jego imię z płonącą z głębi serc pasją. Boromir poczuł biegnące wzdłuż kręgosłupa dreszcze, mrożące ciepłem i zimnem, krew zaszumiała mu w uszach. W tym momencie - czując wiarę i siłę, płynącą od jego ludzi - czuł się tak, jakby gdyby sam jeden mógł przeciwstawić się zastępowi orków.
Faramir przepychał się między ludźmi, wypatrując w tłumie twarzy brata. Ulice miasta wypełniał gwar rozmów i podniesionych głosów rycerzy. Ciała poległych uprzątnięto, podobnie jak trupy orków i w Osgiliath panował podniosły i radosny (niemal uroczysty) nastrój. Wreszcie mężczyzna uśmiechnął się, dostrzegając wśród ludzi na placu Boromira i dopadł do niego. Brat wziął go w ramiona obejmując i czule klepiąc po plecach.
- Dobra mowa. - pochwalił Faramir, kiedy już odsunęli się od siebie. - Piękna i krótka.
- Tym więcej zostało czasu na picie. - Boromir uśmiechnął się szeroko. - Rozlewać wino! Ludzie są spragnieni! - krzyknął, wywołując tym wokół powszechną wesołość. - Zapamiętaj ten dzień, braciszku. - powiedział chwilę potem, podając Faramirowi kielich wina. - Dziś życie jest piękne. - brat odwzajemnił jego uśmiech i upił długi łyk trunku, ale mina mu zrzedła, gdy spojrzał ponad ramieniem Boromira na właśnie wchodzącego na plac namiestnika.
- Co? - odezwał się Boromir, nie rozumiejąc nagłej zmiany zachowania młodszego brata. Faramir skinieniem głowy poradził mu, by się odwrócił. Starszy z braci zerknął we wskazywanym kierunku. - Litości... - westchnął głęboko dostrzegając zmierzającego w ich stronę ojca. - Nie może nam dać choć chwili spokoju?
- Gdzie on jest? Gdzie kwiat Gondoru? - tuż za nimi rozbrzmiał głos Denethora. - Gdzie mój pierworodny? - Boromir kojąco poklepał brata po ramieniu i odwrócił się ku namiestnikowi, przywołując na twarz swój wyćwiczony książęcy uśmiech.
- Ojcze... - odezwał się, skinąwszy mu głową i uściskał serdecznie.
- Powiadają, że rozgromiłeś wroga w pojedynkę. - rzekł z uznaniem namiestnik.
- Przesadzają. - Boromir machnął ręką i spojrzał zachęcająco na młodszego brata. - Faramir także się przyczynił do zwycięstwa. - Faramir uśmiechnął się lekko na te słowa i zrobił krok w stronę ojca, licząc na choć jedno ciepłe słowo. Denethor jednak przestał się już uśmiechać, a na jego twarzy pojawił się znajomy grymas niezadowolenia.
- Gdyby nie on, nie zburzono by miasta. - rzucił szorstko i przeniósł w wzrok na młodszego syna. - Miałeś go bronić. A pozwoliłeś wrogowi wejść i zająć miasto. Zawsze przynosisz mi wstyd. - Faramir pokręcił głową przecząco, zamierzając odpowiedzieć, ale zanim zdążył choćby się odezwać, Boromir mocno chwycił ojca za ramię.
- Gardzisz nim, ale on mimo to wypełnia twoją wolę. - warknął, odciągając Denethora na bok. - Kocha cię.
- Nie zawracaj mi nim głowy. Żadnego z niego pożytku. - Boromir z niedowierzaniem pokręcił głową. - Są ważniejsze sprawy. - namiestnik nie dał mu dojść do słowa. - Elrond z Rivendell zwołuje naradę. Nie mówił o co chodzi, ale się domyślam. Krążą plotki, że znaleziono broń wroga.
- Jedyny Pierścień? - zapytał z powątpiewaniem Boromir. - Przekleństwo Isildura...
- Wpadł w ręce elfów. Wszyscy chcą go przejąć, ludzie, krasnoludy, czarodzieje. Nie dopuścimy do tego, musi wrócić do Gondoru. - Denethor położył dłonie na ramionach syna, widząc jego wahanie. - To niebezpieczne, wiem. Pierścień zatruwa serca zwykłych ludzi. Ale ty jesteś silny, a my jesteśmy w wielkiej potrzebie. Przelewamy naszą krew, nasi ludzie giną... Sauron zwleka, zbiera nowe wojska... Wróci. A kiedy to zrobi, nie zdołamy go już powstrzymać. Musisz tam jechać i przynieść mi ten potężny dar. - Boromir pokręcił głową przecząco, wyrywając się z uścisku ojca.
- Moje miejsce jest tutaj, nie w Rivendell. - zaprotestował, odwracając się od niego, ale przystanął, słysząc dobiegający go głos Denethora:
- Sprzeciwisz się własnemu ojcu?! - to jedno zdanie zawsze wystarczało, by wzbudzić w nim wyrzuty sumienia. Faramir stanął przy nim, patrząc na namiestnika z nową nadzieją i siłą.
- Wyślij tam mnie, jeśli trzeba. - rzucił.
- Ciebie? - Denethor zmierzył go pogardliwym spojrzeniem. - Rozumiem. Dać szansę Faramirowi, by się wykazał męstwem. - mężczyzna dzielnie wytrzymał spojrzenie ojca. Nie opuścił wzroku, choć serce zabiło mu mocniej w piersi i ścisnęło boleśnie. - Nie. To zadanie powierzę wyłącznie twemu bratu. On mnie nie zawiedzie.

Sheila siedziała na dachu jednego z budynków przy placu z fontanną, ostrząc miecz, ale podniosła głowę, kątem oka dostrzegając rozglądającego się za nią Boromira. Wiedziała, że wojska Mordoru zostały odepchnięte, a Osgiliath odbite, bo wieści rozeszły się po Białym Mieście z prędkością gromu, gdy tylko wróciły oddziały. Sama również też zresztą widziała kolumnę jeźdźców wjeżdżającą przez bramę na główny dziedziniec.
- Szukasz kogoś? - spytała z góry, nawet na niego nie patrząc. Nadal nie mogła przeboleć tego, że wyjechał nawet się nie żegnając. Zwłaszcza, że była przecież jego wybranką. Mężczyzna zerknął w jej stronę, a jego twarz natychmiast rozjaśnił uśmiech.
- Tak, właściwie tak. - odpowiedział. - Może widziałaś gdzieś piękną dziewczynę o ciemnych włosach, której uśmiech potrafi rozjaśnić każdy dzień, a w oczach mieni się tysiąc gwiazd? - kącik ust dziewczyny drgnął w lekkim uśmiechu, ale zaraz z powrotem przywołała na twarz niewzruszoną minę.
- Niestety, nie kojarzę. - odparła po chwili zastanowienia.
- A to przepraszam. - Boromir odwrócił się z zamiarem odejścia, uśmiechnął się jednak jeszcze szerzej. Sheila uwielbiała grać niedostępną. Dziewczyna odprowadziła go wzrokiem, gdy odszedł o kilka kroków, wypuściła z dłoni ostrzałkę, która z głuchym łoskotem upadła na dachówki i zgrabnie zeskoczyła z dachu, kręcąc młynka mieczem. Boromir zaraz odwrócił się ku niej i wziął w ramiona, całując mocno i zachłannie. Sheila wbrew sobie odwzajemniła pocałunek, ale szybko odepchnęła go od siebie.
- Mogłeś mnie chociaż poinformować, że wyjeżdżasz. - rzuciła szorstko, mocniej zaciskając dłoń na rękojeści miecza.
- Wiem, przepraszam... - Boromir westchnął. - Powinienem był ci powiedzieć, ale... - sięgnął do jej policzka, który pogładził czule kciukiem. - Ale wróciłem, tak?
- Powinieneś. - powiedziała dobitnie, odtrącając jego dłoń. - Wyobraź sobie moje zdezorientowanie, kiedy przybiegł do mnie Faramir i powiedział, że jedziecie obaj. Wyobraź sobie, jak się martwiłam, kiedy na targu nie mówiło się o niczym innym, jak tylko o tym, że pojechaliście bronić Osgiliath. Gdyby nie twój brat, o tym, że rycerzy prowadzi pierworodny namiestnika dowiedziałabym się pewnie na samym końcu od stajennego, albo przekupki.
- Wiem, że źle zrobiłem. - odezwał się ze skruchą Boromir. - Gdy wyjeżdżaliśmy miałem okropne wyrzuty sumienia, że zostawiam cię bez słowa, ale jednocześnie nie chciałem, żebyś martwiła się niepotrzebnie. Miałem zamiar wrócić. I jestem. Kochanie...
- Nie wyjeżdżaj mi tu z kochaniem... - warknęła Sheila spoglądając na niego spode łba. - Jak miałam się nie martwić, kiedy nie wiedziałam co się z tobą dzieje, gdzie cię poniosło i czy w ogóle wyjdziesz cało z tej bitwy?!
- Sheila... - mężczyzna ujął w dłoń jej podbródek i spojrzał jej w oczy, w których połyskiwały iskierki gniewu, ale nic więcej nie zdążył powiedzieć, bo dziewczyna wypracowanym ruchem chwyciła go za nadgarstek, wygięła rękę, aż musiał skulić się z bólu, a na koniec przyłożyła mu płazem miecza w brzuch, kładąc na bruku.
- Chyba jesteśmy kwita. - stwierdziła, wsuwając miecz do pochwy przy pasku, na rękojeści opierając lewą dłoń. Prawą wyciągnęła do niego, żeby pomóc mu wstać.
- Cieszę się. - jęknął Boromir, podnosząc się z kostki i spróbował ucałować ją w policzek, od czego zręcznie się uchyliła. Mężczyzna zmarszczył brwi i mruknął coś z niezadowoleniem. Zignorowała go.
- Jesteś głodny? - zagadnęła za to i uniosła pytająco jedną brew, zerkając na niego.
- Trochę. To rzeczywiście już pora obiadu. A masz ochotę na coś konkretnego?
- Nie, ale coś smacznego mogę wykombinować. - Sheila uśmiechnęła się zadziornie, chwyciła go za rękę i pociągnęła przez wąskie uliczki na wyższe poziomy Białego Miasta, chwilę potem podchodząc od tyłu pod spiżarnię zarezerwowaną dla samego namiestnika i wyższych rangą rycerzy. Boromir przyglądał jej się z niejakim zdumieniem, gdy z pewną wprawą otwierała od zewnątrz okno.
- Co ty wyprawiasz...? - zapytał wreszcie, ściszając głos.
- No co? - dziewczyna wzruszyła ramionami. - Nie moja wina, że twój ojciec trzyma tu najlepsze przysmaki. - rzuciła przez ramię i przelazła przez okno do środka. Nie musiał długo na nią czekać, bo chwilę potem pokazała się z powrotem z dwoma plackami z mięsem i sporym kawałkiem sera. Mężczyzna wziął od niej część zapasów, żeby było jej łatwiej i kiedy dokładnie zamknęła za sobą okno, poprowadził za rękę między domami, szukając miejsca, gdzie mogliby w spokoju zjeść.
 

 
Faramir siedział w siodle, na czele konnicy, tuż obok starszego brata, gdy powoli opuszczali Białe Miasto, kierując się w stronę Osgiliath. Patrzył gdzieś przed siebie, w prawej ręce mocno ściskając wodze. Lewą wspierał na rękojeści miecza, palcami bezwiednie gładząc obwiązaną wokół niej wstążkę.
- Przepraszam. - dobiegł go nieoczekiwanie głos Boromira i dopiero wtedy zamrugał kilkukrotnie, wyrywając się z zamyślenia.
- Słucham? - Faramir spojrzał na brata, nieudolnie kryjąc zaskoczenie.
- Przepraszam za to, co wcześniej... - Boromir wykonał nieokreślony ruch ręką. - Źle to zabrzmiało, nie chciałem... Nieważne. - mężczyzna odwrócił głowę, ale Faramirowi i tak udało się dostrzec lekki rumieniec na policzkach brata. Uśmiechnął się ledwie dostrzegalnie. Na dłuższą chwilę znów zapanowało między nimi milczenie.
- Tak szczerze, między braćmi... - odezwał się znowu Boromir, nieoczekiwanie zwracając wzrok na młodszego syna namiestnika. - Wybacz, ale sumienie nie da mi spokoju, jeśli tego nie powiem...
- Słucham cię uważnie. - brat zachęcił go spojrzeniem.
- Sheila kocha mnie. Masz tego świadomość?
- Tak. - odpowiedział spokojnie Faramir, mimo iż palce jego lewej dłoni odruchowo zacisnęły się mocniej na rękojeści miecza, a tym samym na wstążce Sheili właśnie.
- Mam nadzieję, że plotki pozostają plotkami i nie jesteś w Sheili zakochany? - Boromir patrzył mu prosto w oczy. Jego brat zdębiał, odruchowo prostując się w siodle. Jego policzki natychmiast pokryły się czerwienią.
- S-słucham?! - wykrztusił, bo nic więcej nie chciało mu przejść przez gardło.
- Twoja dzisiejsza reakcja była na tyle gwałtowna, że przemknęło mi przez myśl, czy ty aby nie chciałeś jej dla siebie. - ciągnął Boromir, nie przejmując się reakcją brata.
- Nie żartuj, proszę... - odrzekł Faramir zbolałym głosem, choć serce tłukło mu się w piersi, jakby zaraz miało się stamtąd wyrwać, a policzki pokrywały się rumieńcem coraz czerwieńszym.
- Czyli nie?
- Oczywiście, że nie, cóż za pomysł!
- A już się bałem, że jest coś na rzeczy. - Faramir jęknął przeciągle i odchylił do tyłu, kryjąc twarz w dłoniach.
- Ludzie! - westchnął głęboko. - Miejcie litość. Sheila to moja przyjaciółka. Przyjaciółka! Najbliższa mi i najdroższa, ale jedynie przyjaciółka. - powiedział dobitnie, gwałtownie przy tym gestykulując. - Nie było moim celem w jakikolwiek sposób przekonywać cię, że jest inaczej. - Boromir uśmiechnął się najwyraźniej usatysfakcjonowany odpowiedzią.
- To może teraz powiesz bratu, któraż to panna oddała ci wstążkę? - zagadnął, przechylając się w siodle, by zerknąć na miecz Faramira.
- Właśnie ta, z którą nie pojechałeś się pożegnać. - rzucił bez zastanowienia tamten z satysfakcją wymalowaną na twarzy i wyprzedził brata, by chwilę potem uchylić się przed lecącą w jego stronę rękawicą.

W Osgiliath przywitano ich niemalże chlebem i solą z entuzjazmem przyjmując przybycie wsparcia. Wojska Mordoru wciąż nie przekroczyły jeszcze rzeki, mogły to zrobić jednak niemal w każdej chwili. Oddziały gondorczyków nie mogły pozwolić sobie na utratę czujności. Przybyłych nakarmiono i rozlokowano w kwaterach, pozwalając zażyć snu i choć wydawać by się mogło, że w tej sytuacji byłoby niemożliwe, obaj synowie Denethora zasnęli natychmiast, gdy tylko się położyli.
Faramir gwałtownie przekręcił się na własnym posłaniu, zachłysnął powietrzem i nagle chaos rozgrywający się przed jego oczami zamienił się w widok na sufit i kawałek okna jego kwatery. Tyle, że oglądanego z nietypowego miejsca – podłogi przy łóżku. Zalała go niemal fala ulgi, gdy zrozumiał, gdzie jest. Z westchnieniem podobnym raczej do jęku przytulił policzek do podłogi, uspokajając łomocące serce. Dopiero po chwili poczuł zimno. Chłód kamienia podłogi, mokra od potu koszula klejąca się do pleców i smak popiołu w ustach. Zaczął dygotać. Z trudem, wstrząsany dreszczami, zdołał wstać i oprzeć się o ramę okienną, a to, co zobaczył sprawiło, że natychmiast złapał za kolczugę, pas i miecz i ubierając się w biegu, rzucił ku sypialni brata.
- Boromir! Otwórzże wreszcie! Boromirze! - starszy z synów namiestnika niechętnie zwlókł się z legowiska i, potknąwszy się o własne buty, jak zwykle porzucone bezmyślnie na środku komnaty, sięgnął do drzwi.
- Co u licha ciężkiego... - słowa zamarły mu na ustach, gdy ujrzał przerażoną minę rozczochranego i nie w pełni ubranego brata, który próbował teraz nieudolnie włożyć buty.
- Atak na wschodni garnizon! - ponaglił go Faramir. - Ubieraj się i zbieraj żołnierzy na nogi! Byle prędko! - Boromir odwrócił głowę, gdy jak na zawołanie zagrały rogi. Brzęk metalu dał się słyszeć nawet z drugiej strony mostu, gdzie znajdowała się wschodnia strażnica. Mężczyzna natychmiast otrzeźwiał.

Po jednej rozgorączkowanej chwili cwałował już na czele konnego oddziału przez most, czując za plecami obecność brata i ludzi gotowych oddać życie za tę ziemię, która ich wydała. Po krzyżu przebiegł mu dreszcz, niby czyjeś lodowate palce na skórze, jak zwykle tuż przed bitwą. Ozwał się też łomot w uszach, pulsowanie krwi równe z tętentem końskich kopyt, oddech przyspieszył, dłonie dzierżące wodze zaczęły drżeć niekontrolowanie. Oko wyłowiło cel: zwartą na przedmościu linię orczej kawalerii, błyskającą metalem zbroi w świetle ognia i pochodni.
Faramir z trudem łapał oddech, siedząc we własnym siodle. Dłoń kurczowo zaciskał na rękojeści miecza, na wstążce obwiązanej wokół niej. Serce tłukło mu się w piersi, a dłoń zaciśnięta na lejcach drżała nie mniej niż ręce jego brata. Na chwilę przymknął oczy, przywołując w pamięci obraz Sheili, roześmianej i zarumienionej lekko, gdy jeszcze poprzedniej nocy przygarniał ją do siebie w tańcu.
Boromir już bez namysłu chwycił za miecz, wyrwał go z pochwy i wzniósł do góry. Skoczyli naprzód, sformowali się w szyku, pomknęli galopem i natarli z głośnym okrzykiem. Wbili się w szeregi Mordoru, robiąc w nich szeroką wyrwę i powodując chaos i zamieszanie, które trudno było ogarnąć w zamęcie bitwy. Ostrze starszego syna namiestnika spadło na wysoki hełm jednego z orków, rozcinając go na dwie nierówne połowy z obrzydliwym, wykręcającym trzewia trzaskiem i mlaśnięciem, krwistej barwy sztandar tylko mignął mu przed oczami, po czym zginął pod kopytami rumaków.
Nagle jego koń zakwiczał boleśnie i, przeszyty włócznią, stanął dęba, zrzucając go ze swego grzbietu. Odtoczył się na bok, by uniknąć stratowania przez kopyta i zerwał na nogi, wciąż pewnie dzierżąc miecz w dłoni. Zamachnął się zaraz, oddzielając parszywą głowę orka od reszty ciała i odwrócił gwałtownie, kątem oka rejestrując ruch po swojej lewej. Kolejnego, który zamachnął się na niego krzywym mieczem zabił Faramir, wbijając mu klingę w sam środek piersi i ratując przy tym bratu życie.
- Thangil! - wrzasnął Boromir do dowódcy oddziału. - Mur tarcz! Nie dajcie się zepchnąć z mostu! Za Minas Tirith! - oddział stanął najeżonymi włóczniami murem u bramy. Orkowie rozbili się o tarcze jak morska fala o mury twierdzy w Dol Amroth, strzały odbiły niczym odpryski piany. Z okrzykiem Boromir rzucił się w wir walki, kątem oka łapiąc, jak jego ludzie również krzyczą, podrywając konie do biegu za nim.
Miasto wypełniał huk, świst lotek, tętent kopyt, łoskot metalu uderzającego o metal, buczenie rogów... Napaść była na razie powstrzymana i odparta, lecz ku bramie ciągnęły nowe siły. Wreszcie na wschodzie rozbłysła pierwsza łuna. Boromir odwrócił się w tamtą stronę, w jego oczach zalśnił blask nowej nadziei.
Sylwetki orków już znowu czerniały w rumowisku białych kamieni. W świetle świtu miecze zabłysły piękniej od jakichkolwiek klejnotów.
- Gondor! - wrzasnął mężczyzna, wznosząc swoją klingę ku górze. - Nie ważcie się poddać grobli! - zawołał. - Mamy stąd wroga wypędzić na cztery wiatry! Na chwałę Gondoru! - żołnierze również podnieśli wojownicze okrzyki. Z setek gardeł wyrwało się:
- Gondor! - wiele okrzyków spoiło się w jeden potężny grzmot, gdy wojska ruszyły w kolejnym zrywie z łomotem kopyt i obutych stóp.
 

 
- Ja nie jestem pewien, czy to jest dobry pomysł... - odezwał się niepewnie Faramir, gdy Sheila prowadziła go za rękę w stronę wciąż jeszcze płonących ognisk.
- Daj spokój, to tylko zabawa. Nic się nie stanie. - dziewczyna rzuciła mu przez ramię rozbawione spojrzenie. Mężczyzna z jakiegoś powodu zdenerwowany, przełknął ślinę.
- Powinnaś to zrobić z Boromirem, wiesz o tym?
- A widzisz gdzieś tu Boromira? - odpowiedziała mu pytaniem. Faramir już bez oporów dał się podprowadzić do ognia. Spojrzał na dziewczynę, gdy ta kojąco ścisnęła jego palce i odwzajemnił uśmiech, który mu posłała. Chciał z nią skoczyć przez to ognisko. Chciał, jednocześnie mając dziwne przeczucie, że w pewien sposób postępuje nie w porządku wobec brata. Owszem, wiele osób skakało tej nocy przez ogień, ale tylko zakochani i młode pary robili to razem, trzymając się za ręce. Oni nie byli...
- Faramir... Gotowy? - jego wewnętrzną walkę przerwała Sheila, spoglądająca na niego rozemocjonowanym spojrzeniem. W jej oczach połyskiwały iskierki, policzki miała zarumienione. Mężczyzna uśmiechnął się, patrząc na nią. Pragnienie dzielenia z nią tej chwili wygrało. Skinął głową. Dziewczyna podkasała suknię. Skoczyli.
Potem, kiedy było już po wszystkim, usiedli razem na murku, bez słowa przyglądając się tańczącym, każde pogrążone we własnych myślach. Sheila odetchnęła głębiej, zamykając oczy, na co Faramir uśmiechnął się lekko.
- Wyglądasz na zmęczoną. - zagadnął, przerywając ciszę.
- Może trochę jestem... - dziewczyna odwzajemniła uśmiech, przecierając oczy, ale od ziewnięcia nie mogła się powstrzymać. Mężczyzna uśmiechnął się jeszcze szerzej. Widok był naprawdę rozkoszny.
- Jesteś niesamowita, wiesz? - odezwał się znowu Faramir po dłuższej chwili milczenia i kontynuował, nie dając jej dojść do słowa: - Jesteś dobra we wszystkim, czego tylko się tkniesz. Mnie nigdy nic aż tak nie wychodzi... Nawet jeśli wkładam w to cały swój wysiłek. Chciałbym być taki jak ty. Ja się do niczego nie nadaję i... To takie frustrujące... - zawstydzony ukrył twarz w dłoniach. Sheila uśmiechnęła się łagodnie, kładąc mu dłoń na ramieniu.
- Nie masz mi czego zazdrościć. - odpowiedziała. - To nie tak, że wszystko przychodzi mi z łatwością. Chyba tylko sprawiam takie wrażenie... - uśmiechnęła się lekko, kojąco gładząc go po ramieniu. - A ty tak bardzo przejmujesz się każdym drobiazgiem i... - mężczyzna podniósł na nią wzrok. - I masz w sobie siłę, jakiej nie ma nikt z nas. Wykazujesz się nią codziennie. Właśnie dlatego uważam, że twoje zachowanie jest o wiele bardziej godne podziwu. - Faramir patrzył na nią długo.
- Ostatnio mam wrażenie, że coś się w tobie zmieniło. - powiedział w końcu. Dziewczyna nerwowo przygryzła wargę.
- Nie mówiłam ci wcześniej... Czekałam na odpowiedni moment, ale... - westchnęła. - My... Zeszliśmy się z Boromirem.
- A więc jednak... - mężczyzna uśmiechnął się lekko, choć gdzieś głęboko w sercu poczuł bolesne ukłucie. - Mój brat to prawdziwy szczęściarz. Ale wiesz... - Faramir wstał z miejsca i ukucnął przed nią, ujmując w dłonie jej rękę. - Chciałbym, żebyś miała świadomość, że ja też tu jestem. - Sheila spojrzała mu w oczy, a widząc jego łagodny uśmiech, sama nie mogła się nie uśmiechnąć. Mężczyzna przechylił głowę, ponad jej ramieniem dostrzegając pierwszą łunę światła na wschodzie. Powiodła wzrokiem za jego spojrzeniem, odwracając się. Powoli dochodziła końca najdłuższa noc w roku. Faramir wziął głębszy oddech, wstając.
- Zaszczycisz mnie ostatnim tańcem? - spytał, wyciągając do niej dłoń. Sheila skinęła głową z uśmiechem. Skierowali się oboje w stronę gaszonych powoli ognisk, gdzie śpiewano już pieśń na powitanie słońca.

Faramir z westchnieniem rozpiął kaftan, który niedbale rzucił na łóżko, zbyt zmęczony po całonocnej zabawie, by przejmować się teraz takimi drobiazgami, jak pomięte ubranie i poluzował kołnierz przy koszuli. Sięgał właśnie do pierwszych guzików, gdy do jego komnaty bezceremonialnie (i w dodatku bez pukania) wpadł Boromir. Zdezorientowany Faramir patrzył na brata, który stanął zaraz przy wejściu, składając ramiona na piersi i obrzucając go niemal oskarżającym spojrzeniem.
- O co chodzi? - spytał w końcu. Boromir prychnął, w jego oku błysnęła iskra gniewu.
- Dojrzałem przed chwilą Sheilę na targu. Widzę, żeś jej oddał szmaragdową spinkę po matce. - odezwał się, świdrując wzrokiem młodszego syna namiestnika. - Zaiste, do twarzy jej.
- Mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko temu? – zapytał Faramir, marszcząc brwi.
- Trochę spóźnione to pytanie, nie sądzisz? – Boromir nadal nie oderwał od niego wzroku. Jego brat westchnął głęboko, już teraz domyślając się, że rozmowa raczej nie będzie miała łagodnego przebiegu.
- O co masz do mnie pretensje? - spytał zrezygnowany, nie mając siły na jeszcze jedną kłótnię, zwłaszcza, że od tej ostatniej nie minęło znowu tak dużo czasu. Boromir zaśmiał się gorzko.
- No cóż, całe miasto od rana o jednym tylko mówi. Mianowicie o tym, że Faramir się zakochał. - mężczyzna spojrzał na brata z osłupieniem.
- Własnym uszom nie wierzę! - Faramir szeroko otworzył oczy. - A nawet jeśli... Ty naprawdę masz do mnie o to pretensje?! O to, że się zakochałem?! - wypalił bez zastanowienia.
- Mam pretensje o to, że to właśnie damę mojego serca sobie wybrałeś na obiekt westchnień!
- Co takiego?! - młodszy z synów Denethora drgnął, czerwieniąc się gwałtownie. Miał wrażenie, że traci grunt pod nogami.
- A tak. - Boromir pokiwał głową, uśmiechając się złowrogo. - Mam ci przypomnieć z kim wczorajszej nocy skakałeś przez ognisko? Chyba nie ma takiej potrzeby. - dopowiedział, patrząc na stojącego przed nim młodszego brata, który nie był w stanie powiedzieć ani słowa. - Nie uważasz, że należą mi się przeprosiny?
- Tobie? - Faramir uniósł brew.
- Tak, mnie.
- Nie przeproszę cię. - wzburzony Faramir pokręcił głową, zaciskając obie dłonie w pięści. - Nie przeproszę cię, Boromirze. Nie będę przepraszać za miłość i odzyskanie nadziei. Ani tym bardziej za to, że najdroższej mi przyjaciółce oddałem spinkę mojej własnej matki. - przez kilka uderzeń serca gniewnie przyglądali się sobie nawzajem.
- Ojciec chce nas widzieć. - rzucił w końcu szorstko Boromir, odwracając się. - A na przyszłość bądź łaskaw uprzedzić mnie wcześniej, nim lekką ręką rozdasz pamiątki po matce. Zwłaszcza, że tak niewiele ich nam zostało. - dodał i wyszedł na korytarz, trzaskając drzwiami. Faramir padł plecami na łóżko z ciężkim westchnieniem. To by było na tyle, jeśli chodziło o odpoczynek po nocy spędzonej na zabawie i tańcach.

- Sheila! - idąca ulicą dziewczyna odwróciła się, słysząc wołanie i przystanęła, widząc biegnącego w jej stronę Faramira. Młodszy syn namiestnika miał na sobie pełną zbroję, u pasa miecz w pochwie, na którego rękojeści opierał teraz dłoń.
- Faramir, co się stało? - spytała, gdy mężczyzna dopadł do niej. Serce zabiło jej mocniej z niepokoju.
- Wojska Mordoru uderzyły na Osgiliath... - odpowiedział Faramir, biorąc głęboki wdech. - Ojciec wysyła tam mnie i Boromira z oddziałami. - Sheila otworzyła usta, ale głos uwiązł jej w gardle i nie powiedziała nic. Mogła tylko patrzeć mężczyźnie w oczy z rosnącym przerażeniem. W białym mieści od dawna mówiło się o groźbie wojny wiszącej w powietrzu, ale nigdy nie była ona tak bliska, jak w tej chwili. - Posłuchaj... - Faramir westchnął, rumieniąc się lekko. - Nie śmiałbym o to prosić przez wzgląd na Boromira, ale... - przerwał, powoli wysuwając miecz z pochwy. Dziewczyna bez wahania niemal zerwała wstążkę z włosów i obwiązała wokół rękojeści, a zimną stal klingi chwilę potem ucałowała.
- Boromir nie pofatyguje się do mnie, żeby się pożegnać? - bardziej stwierdziła, niż zapytała. Faramir z wahaniem pokręcił głową przecząco. Sheila złożyła ramiona na piersi. - Żebyście mi wrócili obaj... - ściszyła głos i drgnęła zaskoczona, gdy mężczyzna pod wpływem impulsu przytulił ją mocno do siebie, ale uścisk odwzajemniła. Chwilę potem odprowadziła go wzrokiem, gdy biegł z powrotem w stronę cytadeli. Patrzyła za nim dopóki nie zniknął jej z oczu.
 

 
Sheila chodziła w tę i z powrotem wzdłuż murku przy placu, gdzie zazwyczaj spotykali się z Faramirem, coraz bardziej zaniepokojona, zirytowana i smutna. Nigdy się tak jeszcze nie spóźniał. Z poziomu niżej słychać już było muzykę i śpiewy, blask ognisk docierał nawet do miejsca w którym stała, a po całym mieście już od rana niósł się zapach świeżych ziół. Dziewczyna westchnęła i zrezygnowana oparła się o murek, gotowa już pójść na tańce sama, ale zaraz poderwała głowę, słysząc wołanie Faramira.
- Sheila! - mężczyzna zamachał ręką, podbiegając do niej. - Przepraszam, musiałem jakoś... Wyrwać się ojcu... - wytłumaczył, czerwieniąc się z zażenowaniem.
- Myślałam już, że nie przyjdziesz. - wypaliła w tym samym momencie Sheila. Dopiero wtedy spojrzał na nią i dosłownie go zamurowało.
- She... Sheila? Ty... - Faramir ogarnął ją spojrzeniem z góry na dół. Zniknęły gdzieś koszula i spodnie, względnie spódnica, które nosiła na co dzień. Zamiast tego dziewczyna miała teraz na sobie sukienkę w kolorze śliwkowej czerwieni z kremowym gorsecikiem i wykończeniami, sznurowaną z przodu na fioletowe tasiemki, która łagodnie podkreślała jej kobiece kształty. Włosy zebrała z tyłu, tak by nie wchodziły jej do oczu i rozpuściła, by miękkimi falami opadały jej na ramiona i plecy. Mężczyzna patrzył w nią jak w obrazek, nie mogąc oderwać wzroku. Jeszcze nigdy, jak sięgał pamięcią, nie widział jej w sukience.
- Wyglądasz prześlicznie, nie sądziłem, że możesz być jeszcze piękniejsza... To znaczy... - nie mogąc znaleźć odpowiedniego słowa, zaczerwienił się tym bardziej, odwracając wzrok. - Strasznie mi się podobasz, ale nie, że wiesz... Tylko... Inaczej... - zająknął się. - Yyy... Nie, właśnie podobasz mi się, ale nie odbierz tego w ten sposób, że chcę z tobą cho... - przerwał i potrząsnął głową, kiedy do niego samego dotarł sens słów, które zamierzał wypowiedzieć. - Nie, nie słuchaj mnie, zacznę od nowa. - Faramir z zażenowaniem ukrył twarz w dłoniach. Nie popisał się... Podniósł wzrok dopiero wtedy, gdy usłyszał cichy śmiech Sheili.
- W porządku, no już... Głęboki wdech. - poradziła, uśmiechając się do niego kojąco. Mężczyzna idąc za jej radą odetchnął głęboko i wreszcie spojrzał wprost na nią.
- Wyglądasz cudownie. - powiedział, starając się dojść do siebie.
- I tyle wystarczy. - odpowiedziała dziewczyna. Faramir wziął jeszcze jeden głębszy oddech.
- Zamknij oczy, Sheila. - poprosił. Spojrzała na niego zdziwiona, ale usłuchała. Przez chwilę poczuła jego delikatny dotyk na swoich ciemnych lokach, gdzie dłoń przytrzymał na pewno o wiele dłużej niż było to konieczne. Korciło ją, żeby podejrzeć, co robi, ale nie otworzyła oczu, dopóki jej na to nie pozwolił i pierwszym, co zobaczyła przed sobą, było jej odbicie w niewielkim lusterku, które jej podsunął. Przekręciła głowę, dostrzegając lekki błysk na lewej skroni. We włosy miała wpiętą spinkę z czterema szmaragdowymi kryształkami, połyskującymi lekko w świetle księżyca.
- To dla ciebie. - odezwał się znowu Faramir. Dziewczyna sięgnęła dłonią do spinki, chcąc poczuć ją pod palcami.
- Dziękuję... - odpowiedziała, spoglądając na niego z uśmiechem. Odwzajemnił go.
- Chodźmy. - mężczyzna podał jej ramię. - Nie chcemy przecież, żeby ominęła nas zabawa.

Na dziedzińcu Minas Tirith od dawna zbierały się tłumy, na placu targowym wciąż rozstawione były stragany z jedzeniem, drewnianymi zabawkami, czy drobnymi ozdobami, płonęły ogniska, powietrze wypełniał zapach ziół, głównie rumianku i dzikiego bzu oraz gwar rozmów, śpiewów i muzyki. Sheila wodziła wokół roziskrzonym spojrzeniem, Faramir również zdawał się być podekscytowany. Przez chwilę zastanawiał się, czy nie będzie miała nic przeciwko, ale przecież tańce były nieodłącznym elementem Sobótki, więc po prostu chwycił ją za rękę i pociągnął między tańczących.
Chwilę potem oboje śmiali się i śpiewali z innymi, szalejąc na środku placu. Krążyli wokół siebie, ani myśląc się puścić. Faramir mocno ściskał dłoń dziewczyny w swojej, Sheila niemal kurczowo zaciskała palce na rękawie jego kaftana, jakby oboje bali się, że to drugie gdzieś zniknie. Sukienka dziewczyny falowała w tańcu, materiał spódnicy delikatnie okalał jej nogi, nie krępując jednak ani jej ruchów, ani mężczyzny. Sheila poruszała się lekko, niemal tak samo wyćwiczonymi ruchami, jak na placu treningowym, gdzie oboje z Faramirem potrafili spędzać długie godziny, każde z klingą w dłoni. Mężczyzna z łatwością dotrzymywał jej tempa.
To uciekali od siebie, to znów do siebie wracali, przy każdym doskoku czepiając się kurczowo tego drugiego, aż w końcu znowu przywarli do siebie mocno, wsłuchując się we własne oddechy i przyspieszone rytmy serc.

Sheila asystowała przy pieczeniu kiełbasek w ognisku, starając się jednocześnie wybrać dla siebie i Faramira jedne z tych większych. Mężczyzna spoglądał na nią z uśmiechem, gdy wyjmowała z ognia aż nadto przypieczoną kiełbaskę i zdejmowała ją z patyka, uważając, żeby nie oparzyć się przy tym. Zaczerwienił się, odwracając wzrok, gdy podłapała jego spojrzenie i uśmiechnęła się, a chwilę potem usiadła przy nim.
- Uważaj, gorące. - upomniała go, oddając mu jego porcję. Zjedli, przyglądając się tańczącym i kręcącym się wokół ognisk. Od ognia biło przyjemne ciepło i zmęczeni zabawą przynajmniej na razie nie mieli ochoty ruszać się z miejsca. Faramir spojrzał na dziewczynę. Na iskierki w jej oczach, zaczerwienione z emocji policzki, odrobinę już rozwichrzone włosy, które tylko dodawały jej twarzy uroku. Sheila podniosła na niego wzrok, widząc, że jej się przygląda i uśmiechnęła się. Niemal stykali się ramionami. Mężczyzna lekko, niemal pytająco musnął palcami jej dłoń, a w końcu wziął za rękę, mocno splatając ich palce razem.
Nie odsunęła się, wręcz przeciwnie. Ośmielony Faramir przygarnął ją do siebie, obejmując w talii. Delikatnie ujął ją pod brodę, muskając kciukiem jej policzek, Sheila również podniosła dłoń, powoli, niepewnie muskając palcami także jego drugi nadgarstek. Wszystkie dźwięki wokół niemal przycichły, gdy przez naprawdę długą chwilę patrzyli sobie w oczy. Nigdy nie byli bliżej, niż teraz, gdy w panującym wokół zamieszaniu trzymali się za ręce, nigdy dotąd też nie przytulali się tak jak w tej chwili. Wreszcie nachylił się do niej i dziewczyna wzięła głębszy oddech, gdy zbliżył swoje usta do jej warg, żeby ją pocałować, ale w następnej chwili oboje odwrócili się gwałtownie, gdy dziedziniec rozbrzmiał oklaskami i okrzykami jeszcze głośniejszymi niż do tej pory. Pierwsza para tej nocy odważyła się skoczyć przez płonące ognisko.
- Powinnam chyba spleść wianek... - odezwała się Sheila w zamyśleniu, patrząc na młodych, którzy teraz tulili się do siebie czule. Faramir powoli puścił jej rękę z westchnieniem. Milczenie spadło na nich jak ciężka kurtyna. Oboje wiedzieli, że wkraczają na niepewny grunt. Mężczyzna zamknął oczy, klnąc w duchu na czym świat stoi, gdy wstała z miejsca, ale zaraz znów spojrzał na dziewczynę, słysząc jej głos:
- Zechcesz mi potowarzyszyć przy tym zajęciu? - spytała Sheila z uśmiechem oglądając się na niego. Nie mógł się nie uśmiechnąć, kiedy jej odpowiadał.
- Z największą przyjemnością. - odparł miękko, dołączając do niej.
Chwilę potem oboje siedzieli na brukowanym dziedzińcu, wśród innych kobiet splatających wianki i młodych mężczyzn skręcających wiązanki ziół. Faramir przyglądał się w milczeniu, jak Sheila zgrabnie przeplata ze sobą fioletowe kwiaty dzwonka i białe podagrycznika. Po jej twarzy błąkał się delikatny uśmiech, kiedy ze skupioną miną wybierała kolejne kwiaty i zioła, a potem dołączała do wianka. Zerknęła na mężczyznę, gdy przysunął się do niej bliżej, wziął w dłonie drugi koniec jej wianka i dołączył do niego jeden kwiat, potem następny i kolejny. Sheila uśmiechnęła się, oddając mu wianek i pozwalając dokończyć. Odwzajemnił uśmiech, chwilę potem wkładając jej go na głowę.
- Gotowa? - spytał.
- A ty? - odpowiedziała pytaniem, a gdy zaskoczony nie odpowiedział nic, podała mu związany wcześniej bukiecik ziół.
- Myślałem, że to typowo kobiecy obrzęd. - odezwał się wreszcie niepewnie Faramir.
- Bo tak jest. - Sheila skinęła głową. - Ale nikt ci nie zabroni wrzucić ziół do ogniska i możesz przy tym prosić Valarów o cokolwiek. - dodała, wzruszając ramionami i wstała z miejsca, kierując się ku ogniskom. Mężczyzna podążył za nią, przyglądając się, jak zsuwa wianek z głowy i po krótkiej chwili rzuca w ogień. W niebo buchnęły iskry, gdy zamykała oczy i składała dłonie razem w niemej prośbie. Faramir podniósł głowę, patrząc w niebo usiane setkami gwiazd. Skoro tej jednej nocy Valarowie zwykli wysłuchiwać, a nawet odpowiadać na prośby, czy jego słowa miały szansę dotrzeć do Sal Mandosa? Biorąc przykład z Sheili, cisnął do ognia zioła i zamknął oczy.
- O co poprosiłaś? - zagadnął, kiedy już było po wszystkim.
- O szczęście w miłości, jak one wszystkie. - uśmiechnęła się dziewczyna, pokazując na inne młode kobiety palące wianki. - A ty?
- Ja? O nic... - Faramir pokręcił głową i odwzajemnił spojrzenie, gdy zaskoczona podniosła na niego wzrok. - To nie były prośby. Mówiłem do mamy. Jeśli Valarowie rzeczywiście słuchają dziś próśb... To może przekażą jej moje słowa. - mężczyzna uśmiechnął się do niej. Sheila tylko patrzyła na niego, nie wiedząc co odpowiedzieć, aż wreszcie to Faramir przerwał milczenie:
- Masz ochotę jeszcze zatańczyć? - spytał, gdy muzyka przeszła w łagodniejsze dźwięki. Dziewczyna tylko uśmiechnęła się krzywo i pociągnęła go za rękę między inne pary, jakby tylko na to czekając. Faramir roześmiał się, znów biorąc ją w ramiona. Zatańczyli, czepiając się siebie tym mocniej i gorliwiej, niż wcześniej, później dołączając do tradycyjnych tańców wokół ognisk. I nawet kiedy zostali rozdzieleni przez tłum, ani na chwilę nie spuścili z siebie wzroku.
 

 
Soundtrack: https://youtu.be/H0VF6X7xbvE

Katrin klęczała na podwyższeniu przy królewskim tronie, kiedy Gandalf wkładał jej na głowę królewski diadem. Legolas uśmiechnął się do niej, kiedy wstała z klęczek. Odwzajemniła uśmiech. Nagle jednak drzwi sali tronowej z hukiem otworzyły się na oścież. Do środka wpadła zgraja orków, siejąc popłoch wśród elfów. Zaraz za nimi trzyma się człowiek w czarnym płaszczu. Czarnoksiężnik... Katrin stała jak sparaliżowana, wpatrując się w niego, gdy odrzucał kaptur z twarzy i wyciągał rękę w ich stronę.
- Dalej ścierwa! Brać obydwoje! - orkowie w jednej chwili znaleźli się na podwyższeniu, nadgarstki dziewczyny oplotły żelazne kajdany. Katrin zrywem rzuciła się ku ukochanemu.
- Proszę nie! - jęknęła rozpaczliwie. - Legolas...
- Krzyk nic ci tu nie pomoże, moja panno! To i tak niczego nie zmieni! - po sali niósł się głos Czarnoksiężnika.
- Nie! - krzyknęła dziewczyna. - Zostawcie mnie, Legolas!
- Katrin! - elf siekł sztyletem na prawo i lewo.
- Przestańcie się z nim bawić ścierwa! Zabijcie go jeśli trzeba! Przeklęty elf. Pożałujesz dnia, w którym wszedłeś mi w drogę. Każę cię poćwiartować i wyrwać członki. Będziesz błagał o śmierć! A ciebie droga królowo... - w dłoni Herumora błysnęło ostrze.
- Katrin! - wrzasnął Legolas. Sztylet ze stukotem upadł na kamienną posadzkę.
- Osadzę w swojej wieży. Do końca życia! - dziewczyna szarpnęła się, ale nie na wiele się to zdało. - Zaprowadzę tu porządek! Idealny porządek! Idealny ład! - Katrin oddychała z trudem. Z każdą chwilą była coraz słabsza.
Katrin zerwała się z łóżka bez tchu. Całe szczęście znajdowała się w ciemnej, bezpiecznej sypialni. A Czarnoksiężnik był martwy. Przyłożyła dłoń do piersi. Nie mogła oddychać. Legolas westchnął przez sen, a zaraz potem również podniósł się do pozycji siedzącej.
- Nic ci nie jest? Znowu ten sam koszmar? - spytał, gładząc ją kojąco po plecach. Dziewczyna potaknęła, oddychając głęboko. - Mithrandir mówił, że to minie. Pamiętaj, najważniejszą rolę odgrywa tu czas. Połóż się jeszcze. Jutro koronacja, musisz być wypoczęta. - Legolas mocno przytulił do siebie małżonkę.
- Nie wiem czy dam radę jeszcze zasnąć. - odpowiedziała Katrin, ale już chwilę potem spała głęboko, bezpieczna w ramionach ukochanego.

Katrin klęczała na podwyższeniu przy królewskim tronie. Uśmiechnęła się lekko do Aragorna, gdy brał w dłoń jej miecz. Zarówno król Gondoru, jak i Legolas, stojący obok niego odpowiedzieli jej tym samym. Dziewczyna odetchnęła głębiej, z powrotem opuszczając wzrok. Mimo wszystko... Była zdenerwowana.
- Katrin... - Aragorn uniósł ostrze wyżej. - Czy przyjmujesz na siebie brzemię władzy i ślubujesz wierność swemu królestwu? - dziewczyna poczuła stal własnej klingi na głowie, gdy potakiwała.
- Noś ten miecz z odwagą, w twym sercu jednak niechaj gości dobroć. Nigdy nie dobywaj go w gniewie, lecz tylko by chronić swoich poddanych. Przyjmij te razy i tylko te, na pamiątkę przysięgi, którą właśnie składasz... - Katrin uśmiechnęła się, gdy miecz dotknął jej obu ramion i głowy. Legolas podał przyjacielowi diadem na aksamitnej poduszce, który teraz Aragorn włożył jej na głowę. Dziewczyna powstała. Ręce jej drżały, gdy brała w dłonie królewskie berło i własny miecz. Stanęła przodem do innych elfów. Swoich poddanych.
- Przysięgam... - zaczęła. - Przysięgam być wierną Zielonemu Królestwu, bronić jego wolności i granic, jeśli zajdzie potrzeba, o oddanych troszczyć się jak o własną rodzinę. Za sprawę mojego królestwa w potrzebie, krwi własnej, ani życia nie szczędzić, a o moich poddanych walczyć ze wszystkich sił. - powiedziała z mocą, jakiej dawno w sobie nie czuła. Stojąca na samym końcu sali elfka w bieli i płaszczu, w kapturze naciągniętym głęboko na twarz i podpierająca się o ścianę, z uśmiechem skinęła głową. Potem po sali tronowej poniosły się oklaski i wiwaty.
- Wasza Wysokość... - odezwał się Legolas, podchodząc do Katrin po wypiciu pierwszego toastu. - Jako małżonek Waszej Wysokości mam niepowetowany zaszczyt poprosić ją do pierwszej pary. - Katrin wzięła go za rękę.
- Z miłą chęcią. - powiedziała. Legolas objął ją w talii i poprowadził w tańcu. Bawili się długo w noc i wcale nie mieli dosyć dopóki nie zastał ich świt.
- Katrin... - odezwał się Legolas, podchodząc do dziewczyny. Katrin przerwała rozmowę z Elrondem. W dłoni trzymała kieliszek trunku, policzki miała zarumienione, a oczy błyszczały iskierkami radości. Legolas uśmiechnął się.
- Jesteś proszona. - powiedział, wyjmując jej z dłoni kieliszek i poprowadził na górny taras. Stała tam elfka. Długie czarne włosy powiewały na wietrze. Białą suknia migotała w pierwszych promieniach słońca. Elfka odwróciła wzrok, a Katrin wstrzymała oddech. Widziała już tę twarz. W Zwierciadle...
- Limmaniel... - odezwała się, podchodząc do niej.
- A ty musisz być Katrin... - odpowiedziała elfka. Dziewczyna wpatrywała się w twarz matki, nie mogąc wydobyć z siebie słowa, dopóki Limmaniel nie przytuliła jej do siebie. Katrin niepewnie objęła elfkę, żeby za chwilę wtulić się mocno w jej ramiona. Limmaniel uśmiechnęła się, głaszcząc córkę po plecach.
- Mamy sobie dużo do opowiedzenia. - powiedziała.

Legolas stał na tarasie, obejmując w talii ukochaną. Goście porozchodzili się już do swoich siedzib, a oni nareszcie mieli chwilę dla siebie.
- Znikniesz teraz. - odezwał się elf. - Ja cię pocałuję, a ty znikniesz. Nie chcę ci na to pozwolić.
- Nie Legolas. - odpowiedziała Katrin. - Przejście miedzy światami zostało zerwane, kiedy zginął Czarnoksiężnik. Już nigdy tam nie wrócę i nigdy cię nie zostawię. Z drugiej strony może to i lepiej. Moje miejsce jest tutaj. - dziewczyna pokazała na koronę. - Przy tobie. I na tronie Zielonego Królestwa. Legolasie... Twój ojciec byłby z ciebie dumny. Czasami wydaje mi się... Że on o wszystkim wiedział. Od samego początku. O tym kim jestem.
- Wiec dlaczego nie powiedział ci tego od razu? - zastanowił się Legolas. - Zaoszczędziłoby nam to kłopotów. - Katrin wzięła elfa za rękę.
- Może tak miało być od początku. To nie od niego miałam się tego dowiedzieć. Ale on wiedział. Znał moją matkę.
- Ważne, że jest już po wszystkim. Że ty jesteś bezpieczna. - elf już bez słowa pochylił się nad dziewczyną i pocałował. A był to pocałunek długi i czuły.
 

 
Boromir ślęczał nad księgą rachunkową w swojej komnacie, ze znudzeniem wpatrując się w ciągi liczb. Zajęcie, które zlecił mu ojciec bynajmniej nie sprawiało mu przyjemności. Mężczyzna westchnął, zerkając za okno. Był piękny czerwcowy dzień, który zachęcał raczej do wyjścia na zewnątrz, niż spędzania czasu nad księgami. Boromir westchnął, wracając do powierzonego mu zadania, ale chwilę potem podniósł głowę, słysząc delikatny stuk o szybę w oknie, który chwilę potem się powtórzył. Zaciekawiony (wszystko było ciekawsze niż stare księgi) wstał z miejsca i otworzył okno na oścież. Na parapecie dojrzał kilka łupinek po orzechach. Jedną z nich podniósł i obrócił w palcach. Skąd to się tu wzięło?
- No, nareszcie. - Boromir, który odruchowo zerknął na plac, żeby sprawdzić, kto robi sobie z niego żarty, teraz z powrotem poderwał głowę, słysząc dobrze mu znany damski głos, ale dochodzący gdzieś z góry.
- Myślałam już, że nigdy nie otworzysz tego okna. - siedząca na dachu pobliskiej stajni Sheila uśmiechnęła się, chowając do kieszeni resztę łupinek, trzymaną w dłoni. Mężczyzna przypatrywał się jej przez dłuższą chwilę, próbując znaleźć jakieś logiczne wytłumaczenie, dlaczego u licha ciężkiego dziewczyna siedzi akurat na dachu stajni, ale w końcu dał sobie spokój.
- Nie ruszaj się stamtąd. - nakazał jej i zniknął w głębi komnaty, żeby chwilę potem wypaść jak burza na korytarz, nie troszcząc się o sprawy tak błahe, jak zamknięcie za sobą drzwi.
Chwilę potem Sheila z rozbawieniem przyglądała się, jak Boromir nieporadnie próbuje wleźć do niej i podała mu rękę, pomagając wdrapać się na kalenicę. Mężczyzna usiadł przy niej i zamknął oczy, rozkoszując się delikatnymi podmuchami wiatru, które łagodnie muskały jego twarz.
- Co ty tu w ogóle robisz? - zagadnął syn namiestnika z powrotem spoglądając na nią.
- Lubię patrzeć na świat z góry. - dziewczyna uśmiechnęła się. - To zupełnie inna perspektywa od tej, którą ma się na co dzień, nawet gdy stoi się na placu siódmego poziomu miasta. No i... W nocy bliżej jest do nieba... I gwiazd...
- Widzę, że ktoś tu lubi podziwiać nocne niebo. - Boromir uśmiechnął się.
- Lubię... To zdecydowanie za mało powiedziane. - stwierdziła Sheila, patrząc przed siebie. Podążył wzrokiem za jej spojrzeniem. Przez naprawdę długą chwilę oboje milczeli, ciesząc się swoją wzajemną obecnością.
Gdy Boromir znowu spojrzał na dziewczynę, podłapała jego wzrok i uśmiechnęła się. Odwzajemnił uśmiech, powoli wodząc palcem po wierzchu jej dłoni, aż wreszcie zdecydował się wziąć ją za rękę. Splotła ich palce ze sobą, nie przestając się uśmiechać. Mężczyzna przysunął się do niej bliżej, obejmując ją w talii. Przez naprawdę długą chwilę patrzyli sobie w oczy, wsłuchując się wzajemnie w swoje oddechy. Żadne z nich nie powiedziało ani słowa. Boromir pierwszy nachylił się do niej. Przekrzywił głowę, jakby pytając ją o zgodę. Sheila bezwiednie zrobiła dokładnie to samo. Wreszcie zniecierpliwiona pociągnęła go za kołnierz i pierwsza pocałowała.
Boromir odwzajemnił i niemal od razu pogłębił pocałunek. Czekał na tę chwilę, odkąd pierwszy raz obdarzyła go tym charakterystycznym tylko dla niej zadziornym, niemal wyzywającym spojrzeniem. Odkąd pierwszy raz delikatnie uniosła kącik ust w półuśmiechu na jego widok. Sheila zarzuciła mu obie ręce na szyję, więc on również przyciągnął ją do siebie blisko. Jego dłonie powoli wędrowały po jej plecach i talii. Pozwoliła mu na pieszczoty, podparła się tylko dłonią o kalenicę, żeby przypadkiem nie spać, bo niechybnie zabiłaby i siebie i przyszłego namiestnika Gondoru. Wsunęła mu obie dłonie we włosy, całując coraz mocniej i z coraz większą pewnością.
Kiedy w końcu odsunął się od niej wargi miała zaczerwienione, niemal brakowało jej tchu.
- Boisz się, że spadniesz, że aż tak się do mnie tulisz? - spytał z rozbawieniem Boromir.
- Mhm... Może. - odpowiedziała, obdarzając go tym samym krzywym uśmiechem, który tak pokochał. - Nigdy jeszcze nie całowałam się z nikim, siedząc na dachu stajni. - zamyśliła się. - I nikt dotąd nie całował tak dobrze.
- Nie jestem do końca pewny, czy to jest komplement. - zaśmiał się mężczyzna.
- Zaproponujesz mi to w końcu? - Sheila uniosła brew niemal wyzywająco. Syn namiestnika uśmiechnął się szeroko. Nachylił się do niej, dotykając czołem do jej czoła.
- Zechcesz zostać moją wybranką? Damą mojego serca? Iść ze mną przez życie? - dziewczyna pokiwała głową, przytulając się do niego.
- Tak. - odpowiedziała, czule gładząc go kciukiem po policzku. - Ale gdybym ci nie pomogła, nie zapytałbyś.
- Kiedyś musiałbym zapytać. - uśmiechnął się, raz jeszcze dotykając ustami jej warg. Odwzajemniła pocałunek, wspierając się o niego i zupełnie zapominając przy tym, że siedzą na dachu. Przypomniała sobie o tym, gdy Boromir poleciał w tył, tracąc równowagę. Wciąż ją obejmował, więc chcąc nie chcąc zsunęła się za nim po pochyłej powierzchni i krzyknęła, kiedy oboje polecieli w dół.
Mężczyzna jęknął, z cichym pacnięciem lądując w zostawionej pod budynkiem stercie siana. Upadek na plecy jednak bolał jak cholera, mimo iż siano w pewien sposób i tak zamortyzowało upadek. Próbująca wygrzebać się z suchych ździebeł Sheila wybuchnęła śmiechem. Sam również nie mógł powstrzymać śmiechu, kiedy na nią spojrzał. Odgarnął jej włosy z twarzy, kiedy usiadła, a chwilę potem, gdy zsunęła się ze sterty na ziemię, zrobił to samo. Przyglądał jej się, kiedy przeczesywała włosy palcami, próbując pozbyć się z nich siana.
- Dałabyś się teraz gdzieś zaprosić? - zapytał w końcu. Dziewczyna uśmiechnęła się.
- Bardzo chętnie, ale... Mam jeszcze parę rzeczy do zrobienia, a ciebie i tak już odciągnęłam od obowiązków. Może wieczorem? - zaproponowała.
- Dobrze. Wieczorem. - Boromir skinął głową z uśmiechem.
- Wiesz, gdzie mnie znaleźć. - posłała mu ostatnie spojrzenie i oddaliła się jedną z uliczek. Mężczyzna nie ruszył się z miejsca, dopóki całkiem nie zniknęła mu z oczu.

Sheila siedziała na murku okalającym plac targowy, wypatrując wśród przechodzących ludzi młodszego z synów namiestnika i uśmiechnęła się, kiedy wreszcie go dojrzała.
- Masz siano we włosach. - odezwał się Faramir, dosiadając się do czekającej na niego dziewczyny.
- Och... Możliwe. - Sheila sięgnęła ręką do tyłu, próbując wyczuć pod palcami źdźbło, które przegapiła, aż wreszcie to mężczyzna nachylił się do niej, żeby jej pomóc. Na bardzo krótką chwilę spojrzał jej w oczy z delikatnym uśmiechem, ale zawahał się, nie decydując na nic więcej. Dziewczyna odwzajemniła spojrzenie. W jego oczach dojrzała wszystko, przed czym się wzbraniał i nie miała już serca powiedzieć mu o niej i o Boromirze. Nie chciała psuć mu nastroju, którego nie zdążył jeszcze zepsuć Denethor. Faramir uśmiechnął się do niej ciepło.
- Co porabiałaś? - zagadnął. Sheila wzruszyła ramionami z uśmiechem.
- Włóczyłam się tu i tam, jak zwykle. Trochę nawet z twoim bratem. O wiele ciekawsze jest, co ty porabiałeś.
- Unikałem ojca. Czytałem trochę. - mężczyzna podał jej starą, wytartą książkę. - Znalazłem w bibliotece. Pamiętasz? - dziewczyna przekartkowała tom z opowieściami dla dzieci.
- No pewnie. - uśmiechnęła się szeroko. - Te nasze wszystkie zabawy... Denerwowanie twojego brata... Wymachiwanie drewnianymi mieczami... - dziewczyna roześmiała się. - Pod tym względem nic się nie zmieniło. - Faramir również się zaśmiał.
- Podkradanie ciastek ze straganów... - dodał. - Tyle razy musiałaś ratować mi skórę...
- Tak, to też... - Sheila oddała mu książkę. - Ale pamiętam coś jeszcze, o czym ty chyba zapomniałeś. - odwzajemniła spojrzenie, kiedy zerknął na nią z niemym pytaniem wypisanym na twarzy. - Taka piosenka była. Jak to szło? Ach, chodź tu piękna, wina przynieś mi, wina przynieś mi i napijmy się... - zanuciła, wystukując palcami rytm na kolanie. - Ach, chodź tu piękna, przynieś wina dzban, bo spragniony jestem tak... - Faramir klasnął w dłonie.
- Tak! - zawołał, podrywając się z miejsca i podjął dokładnie w tym momencie, w którym skończyła ona. Chwycił ją za ręce i pociągnął do tańca.
- Sobótka jest dopiero jutro! - odpowiedziała mu ze śmiechem Sheila, ale nie protestowała, wręcz przeciwnie, przyłączyła się do śpiewu. Przechodzący przez plac ludzie, jak i ci stojący przy straganach zerkali na nich z radosnym zaciekawieniem. Kilkoro również zaczęło śpiewać, jeden z mężczyzn chwycił za skrzypce, inny za dzwonki. Krążyli wokół siebie w niemal szaleńczym tańcu, to oddalając się od siebie, to znów do siebie wracając. Faramir roześmiał się, przygarniając dziewczynę do siebie i ucałował ją w policzek na zakończenie zwrotki, w której go o to prosiła.
W tej chwili nie liczył się nikt inny, oprócz nich dwojga, nic, co działo się wokół. Liczyła się jedynie realność tej chwili. Pozornie nic nieznaczące muśnięcie dłoni Faramira na ramieniu Sheili, jej rozradowane spojrzenie, gdy na niego patrzyła, to jak ich palce splatały się mocno, żeby zaraz znowu rozdzielić i ogarniający oboje elektryzujący dreszcz, ilekroć tylko się dotknęli.
Wreszcie, kiedy piosenka dobiegła końca, padli sobie w ramiona ze śmiechem. Sheila otworzyła usta, chcąc coś powiedzieć, gdy Faramir odsunął ją gwałtownie od siebie. Spojrzała na niego zaskoczona, potem powiodła wzrokiem za jego spojrzeniem.
- Ojcze... - odezwał się mężczyzna, widząc zmierzającego w ich stronę Denethora. - Co ty tu... - zaczął, ale namiestnik Gondoru niemal natychmiast mu przerwał.
- Przyszedłem zobaczyć, kto urządza burdy pod moimi oknami. - warknął. - I jak zwykle, jeśli chodzi o ciebie, musiałem się rozczarować. - Faramir w jednej chwili zmarkotniał, zgarbił się i spuścił głowę, wbijając wzrok w brukowany dziedziniec. Sheila w pierwszym odruchu miała zamiar go bronić, a najlepiej własnym ciałem osłonić przed gniewem ojca, ale cofnęła się natychmiast, gdy Denethor przeniósł spojrzenie na nią. - Nie życzę sobie więcej widzieć Faramira w twoim towarzystwie. - warknął rozwścieczony. - Ty... - wskazał palcem na syna. - Ty pójdziesz ze mną. - Faramir posłał Sheili ostatnie, kojące spojrzenie i posłusznie skierował się za ojcem ku Cytadeli.
 

 
Soundtrack: https://youtu.be/8VGI7PX8mic

Legolas klęczał przy ukochanej, złożonej na wąskiej leżance. Tuż za nim stał Gimli, a Aragorn i Gandalf przyglądali się im, stojąc kilka kroków dalej. Katrin powoli otworzyła oczy, a zaraz potem zerwała się do pozycji siedzącej.
- Ocknęłaś się. - odezwał się elf. - Słońce?
- Legolas! - krzyknęła dziewczyna. - Nie mogę tu zostać. Przepraszam. Muszę tam pojechać. Sama. Proszę, wybaczcie mi! - wyrzuciła z siebie jednym tchem, zaczynając szlochać.
- Katrin, siin Mare. Dinne. Senda. (Katrin, już dobrze. cichutko. Spokojnie.) Nie płacz. - elf próbował ją uspokoić. Dziewczyna otarła oczy wierzchem dłoni i zerwała się z leżanki.
- Ja muszę tam jechać. - powiedziała. - Jeśli mnie nie dostanie, będzie mordował. Nie chcę, żeby przeze mnie ginęli niewinni. Galionie, szykuj konia. - poleciła, zarzucając na ramiona czarny płaszcz.
- Pojadę z tobą. - powiedział Legolas, zrywając się z miejsca.
- Nie Legolas. - zaprotestowała Katrin. - Już raz zginąłeś z jego ręki, drugi raz nie chcę cię tracić.
- Czy ty nie rozumiesz, że on może zabić ciebie?! - krzyknął elf. - Nie wystawiaj mu się tak! Ja cię kocham, Katrin! I jeśli coś ci się stanie, to ja... - dziewczyna ujęła jego twarz w dłonie i złożyła na jego ustach pocałunek. Pozostali przyglądali się temu w milczeniu.
- Nic mi się nie stanie. Inye haime. (Przysięgam.) - powiedziała. - Nie wiem, gdzie jest teraz Limmaniel, ale wiem jedno. Ona mnie strzeże. Ona lub jej duch. I nie pozwoli zrobić mi krzywdy. Vanwa... (Wrócę...) - dziewczyna uśmiechnęła się. Potem przypasała miecz i wsunęła dłonie w czarne rękawiczki.
- Vanwa. - powtórzyła chwilę potem, dosiadając konia. Ostatni raz ścisnęła kojąco dłoń Legolasa i pogalopowała w głąb Mrocznej Puszczy.

Katrin powoli szła w stronę Czarnej Wieży, gdzie na placu zgodnie z zapowiedzią czekał Czarnoksiężnik.
- A więc jesteś. - powiedział mężczyzna z uśmiechem.
- Zakończmy to, tak jak się zaczęło. - odparła Katrin.
- Skoro tego właśnie sobie życzysz... - czarnoksiężnik bez ostrzeżenia cisnął w dziewczynę naprędce uformowaną kulą energii, ale Katrin była przygotowana. Magiczny pocisk odbił się od solidnie uformowanej tarczy. Dziewczyna uśmiechnęła się drwiąco. Pewnie szła naprzód, ciskając w Czarnoksiężnika gradem magicznych pocisków, przed którymi nie potrafił się bronić. W końcu jednak wzniósł wokół siebie tarczę i zaczerpnąwszy mocy z samego wnętrza, posłał w stronę dziewczyny kulę energii. Katrin jedynie wzmocniła tarczę i zamknęła oczy, skupiając się na obronie. Wkrótce jednak krucha tarcza zaczęła pękać, a pozbawiona ochrony dziewczyna z krzykiem bólu padła na kolana.
- Pora z tobą kończyć. - odezwał się drwiąco Czarnoksiężnik. - Jesteś taka sama jak twoja matka. Ona też wierzyła, że może wiele zmienić. Wiesz jak skończyła? Saruman poderżnął jej gardło! - Katrin spojrzała mu prosto w oczy.
- Łżesz. - wyszeptała. - Łżesz! - z jej gardła wyrwał się krzyk bólu i rozpaczy. - Nie wiesz nic o mojej matce. - mężczyzna roześmiał się. Przed oczami zobaczyła już tylko rozbłysk białego światła. Ale nagle poczuła, że może wstać, co też uczyniła. Drobinki magicznej energii osiadły na jej sukni i płaszczu, sprawiając, że cała lśniła wewnętrznym blaskiem. Patrzyła na to tak samo zdumiona jak Czarnoksiężnik. Herumor w akcie desperacji posłał ku niej kolejny pocisk, ale obroniła się niedbałym ruchem ręki. Energia rozproszyła się. Czarnoksiężnik zgiął się wpół, odczuwając skutki nieudanego zaklęcia. Katrin chwyciła go za gardło i przygwoździła do ściany Czarnej Wieży. Przyparty do zimnego kamienia nie próbował nawet krzyczeć, kiedy przyłożyła mu palce do czoła. Niemal od razu poczuła swobodny przepływ magii w jej ciele. Herumor wrzeszczał z bólu, kiedy pozbawiała go resztek magicznej energii. W jednej chwili skurczył się i postarzał, a gdy z nim skończyła, padł bezwładnie na ziemię.
- Co jeszcze powiesz o mojej matce? - wysyczała Katrin, wyszarpnąwszy miecz z pochwy. Potem jednym szybkim ruchem nadgarstka wbiła mu klingę w pierś.

- Mój panie... - odezwał się Feren, zaglądając na tyły pałacowego dziedzińca . - Wasza małżonka wróciła. - Legolas w jednej chwili zerwał się z ziemi i oddając słudze ostrzone właśnie sztylety, rzucił się biegiem ku pałacowej bramie. Katrin zsiadła z konia i odwróciła głowę, słysząc nawoływanie ukochanego. Podkasała suknię, biegnąc w jego stronę, a kiedy wreszcie znalazła się w jego ramionach, wpiła mu się w usta. Elf mocno przytulił ją do siebie, oddając pocałunek za pocałunkiem.
- Myślałem, ze cię już nie zobaczę. - wyszeptał Legolas. - A Czarnoksiężnik? - spytał, odsuwając ją od siebie.
- Nie żyje. - odpowiedziała Katrin.
 

 
- Nie chciałabyś przejść się na spacer brzegiem morza? - Ithlin podniosła wzrok na Thorina, który uśmiechał się do niej delikatnie. - Zdaje się, że wieczór jest piękny. - dziewczyna wyjrzała przez okno i po chwili skinęła głową. - Nie będzie to zbyt długi spacer, bo robi się zimno, ale weź płaszcz. - powiedział jeszcze z uśmiechem mężczyzna i wstał z miejsca, samemu biorąc ze sobą kurtkę.
- Gotowa? - spytał, kiedy dołączyła do niego w korytarzu. Ithlin ponownie skinęła tylko głową, poprawiając kołnierz płaszcza. - Chodźmy. - Thorin wyciągnął do niej rękę.
Idąc ramię w ramię ruszyli przez płaską wydmę w kierunku ubitego piasku tuż nad wodą. Wieczór miał w sobie jakieś egzotyczne piękno. Powietrze było świeże i rześkie, kłębiąca się mgła miała słonawy smak. Na niebie widać już było księżyc, który świecił tak jasno, iż sprawiał wrażenie, że chmury się mienią. Kiedy spojrzała w tamtą stronę, zauważyła, że Thorin również obserwuje niebo. Z daleka dobiegł pierwszy pomruk grzmotu.
Szli przez plażę spokojnym, wolnym krokiem, oboje pogrążeni w myślach, chłonąc dźwięki i widoki. Wiatr igrał z włosami Ithlin, szarpiąc nimi na wszystkie strony. Podniosła dłoń do twarzy, próbując je jakoś ujarzmić i wtedy właśnie Thorin na nią spojrzał. Odwzajemniła spojrzenie, uśmiechając się szeroko, tak, że sam musiał odwzajemnić gest. Tak dawno nie widział jej już uśmiechniętej...

Siedzieli potem na kanapie w salonie, każde z kieliszkiem wina w dłoni. Ithlin opierała głowę na jego ramieniu. Thorin widział, jak jej pierś unosi się i opada przy każdym oddechu. Wyciągnął rękę i objął ją łagodnie, odstawiając kieliszek na stolik. Spojrzał na nią z delikatnym uśmiechem.
- Ithlin... - wyszeptał i wreszcie odważyła się spojrzeć mu w oczy. Nie powiedział nic więcej, ale dziewczyna w nagłym przypływie intuicji właśnie wtedy zrozumiała, że on też ją kocha. Przez długą chwilę żadne z nich nie bardzo wiedziało jak się zachować, patrzyli sobie tylko w oczy. Thorin nie potrafił wyczytać zbyt wiele z wyrazu jej twarzy, ale wydawało mu się, że widzi na niej wszystko to, co czuł sam - nadzieję i obawę, zmieszanie i aprobatę, namiętność i rezerwę.
Potem Thorin nachylił się do niej i pocałował. Ithlin przywarła do niego całym ciałem, on otoczył ją ramionami. Rozchyliła wargi, pozwalając mu na więcej. Pocałowali się jeszcze raz i jeszcze raz. Potem, gdy wreszcie odsunęli się od siebie, Ithlin wzięła go za rękę. Wstała, cofając się o krok i pociągnęła go lekko, prowadząc do sypialni na górze.
  • awatar Kate - Writes: @gość: W pierwszej kolejności jest Hobbit. Pozdrawiam również :)
  • awatar Gość: Witaj Kate! Mam chęć przeczytać Władce pierścieni oraz Hobitta. Czy to jest ze sobą powiązane? Mam do Ciebie rpośbe napiszesz mi tutaj kolejnośc czytania tych książek? Bardzo prosze. Pozdrawiam.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Soundtrack: https://youtu.be/oVWBFkaXMyw

Katrin przedzierała się przez gęstą mgłę w białej, pozbawionej życia pustce. Strefa śmierci. Żadnych dźwięków. Nie słyszała nawet własnego oddechu. Właściwie to nie wiedziała, czy w ogóle oddycha. Nie widziała, ani nie słyszała nikogo, ale wiedziała, że ktoś przy niej jest, czuła go. Czuła na sobie jego spojrzenie. Stał spokojnie i obserwował, jak błądzi w gęstej mgle. Jego obecność jej nie przerażała, chociaż nie przynosiła też pocieszenia. Spróbowała się podnieść. Zły pomysł. Udało jej się jedynie oprzeć głowę jakieś dziesięć centymetrów wyżej na poduszce. Przełknęła ślinę, zwilżając wyschnięte gardło. Nie umknęło to uwadze Legolasa który już nalewał wody do kielicha.
- Chciałabyś się napić? - spytał. Katrin skinęła głową i upiła kilka łyków wody. Zostawił ją na chwilę i wrócił, niosąc gorącą zupę. Pomógł jej usiąść tak, żeby mogła się napić z miseczki trzymanej w obu dłoniach. Nagle poczuła dwa wilgotne strumyczki płynące jej po policzkach. Dłoń Legolasa otarła łzy. Pochylił się nad nią, szepcząc do ucha;
- Nie płacz, Katrin. Proszę... - objęła go za szyję i przytuliła do niego, wsuwając dłoń we włosy. Trzęsła się i po raz pierwszy czuła ciężar dziesiątek myśli i uczuć, kotłujących się w głowie. Chciała się umyć i uczesać, więc Legolas przyniósł ciepłej wody. Odchyliła głowę, a on polał jej włosy wodą. Krople wilgoci wsiąkały w jej nocną koszulkę, która momentalnie przykleiła się do ciała. Kiedy już pomógł jej się umyć, skoncentrowała się na włosach, które były w fatalnym stanie. Splątane, pełne kołtunów. Walczyła z nimi, dopóki woda całkiem nie ostygła i nie zaczęła dygotać z zimna w przemoczonej koszulce. Legolas wciąż polewał jej włosy wodą, wolną ręką chroniąc jej twarz przed zmoczeniem. Dotykał jej delikatnie, tak jak zwykł to robić. Wytarł ją puszystym białym ręcznikiem. Katrin zrzuciła mokrą koszulkę i naciągnęła suchą.
- Nadal mnie zaskakuje, że tu jesteś. - powiedziała. - Nie mogę uwierzyć, że wróciłeś. Pocałuj mnie... Proszę... - elf uśmiechnął się i wpił w jej usta, jakby tylko na to czekał.

Kilka dni później Katrin mogła już samodzielnie wstać, a nawet chodzić, choć szybko się męczyła i większość czasu spędzała w łóżku Uzdrowicielka nie pozwoliła jej też wrócić do sypialni, wolała mieć ją na oku. Dziewczyna siedziała na łóżku, kiedy Legolas pomagał jej się ubrać. Uparła się, że koniecznie chce zejść na dół, przywitać się z przyjaciółmi i razem z nimi zjeść obiad. Syknęła, kiedy Legolas za mocno pociągnął tasiemki gorsetu. Kiedyś by jej to nie przeszkadzało, teraz była jednak wyjątkowo wrażliwa na ból.
- Za mocno? - domyślił się elf, luzując tasiemki i zawiązał je na kokardkę. - Może nie powinnaś jeszcze do nas schodzić?
- Mam dość ciągłego siedzenia w tym pokoju. - odpowiedziała Katrin. - Jestem tylko zmęczona, nic poza tym. Chcę zejść na dół, uczestniczyć w życiu pałacowym. Tam na pewno jest o wiele ciekawiej. - Legolas już bez słowa pozapinał haftki granatowej sukni.
- W takim razie chodźmy. - uśmiechnął się, podsuwając jej ramię.
Aragorn i Gandalf odwrócili się od okna, słysząc odgłos kroków na schodach. Na dół schodził Legolas, z ukochaną w ramionach, która - choć powoli odzyskiwała siły - po schodach nie była w stanie zejść. Elf pomógł jej stanąć na twardym i pewnym gruncie, a Katrin wygładziła suknię.
- Witaj Katrin. - odezwał się Gandalf.
- Jak się czujesz? - spytał Aragorn z niepokojem.
- O wiele lepiej, dziękuję. - odpowiedziała dziewczyna, siadając przy stole.
- Gdybyś się zmęczyła, albo źle poczuła, natychmiast mi powiedz. - szepnął Legolas, zajmując miejsce obok niej.
- Katrin... Zastanawiałaś się, jakie działania teraz podejmiesz? - spytał Gandalf, podczas posiłku.
- Czarnoksiężnik, on... - zaczęła Katrin. - Myślałam, że nie żyje.
- Kiedy wyrwałem cię z Orthanku owszem, w jego ciele utkwiło kilka strzał, ale jednak żyje. - odpowiedział Legolas.
- E tam... - Gimli machnął ręką. - Porządny rzut toporem załatwiłby sprawę.
- Przykro mi, ale nie mogę się zgodzić. - Gandalf odłożył sztućce. - Magię można pokonać tylko magią. A on nie będzie czekał wiecznie. - jakby na zawołanie na zewnątrz rozległ się huk pioruna, choć był środek dnia, w jednej chwili zrobiło się ciemno jak w nocy, nawet świece w lichtarzach przygasły. Katrin rzuciła się do okna, z którego z hukiem tłuczonego szkła wypadła szyba. Zielony las był targany nawałnicą. Po całym Śródziemiu niósł się głos czarnoksiężnika.
- Wiem, że mnie słyszysz Katrin i zwracam się bezpośrednio do ciebie. Walczyłaś dzielnie, ale na próżno. Pozwoliłaś, by twoi przyjaciele ginęli za ciebie. Nie ma większej hańby. Czekam na ciebie w Isengardzie. Niech dopełni się twoje przeznaczenie. Od ciebie zależy jak zakończy się nasze spotkanie. Jeśli się nie stawisz, wtedy zabiję wszystkie dzieci, kobiety i mężczyzn, którzy cię ukryją przede mną.
- Katrin? - elf położył jej dłoń na ramieniu. Dziewczyna ujęła jego dłoń w swoją, uśmiechnęła się słabo i spektakularnie zemdlała.
 

 
Plac koło fontanny znów wypełniał stukot drewnianych mieczy i pokrzykiwań dzieciaków, kiedy Sheila z powodzeniem zajmowała ich uwagę nauką fechtunku. Chłopcy przekrzykiwali się i przepychali, nie mogąc doczekać się swojej kolejki na walkę, wokół stało też kilka dziewczynek z drewnianymi mieczami w dłoniach.
Sheila poprawiła uchwyt jednego ze starszych chłopców i spróbowała jeszcze raz wykonać z nim trudniejszą sekwencję ruchów, żeby chwilę potem odwrócić się i odpowiedzieć na atak z tyłu. Zajęta cierpliwym tłumaczeniem jednej z dziewczynek, jak prawidłowo trzymać miecz w pierwszej chwili zupełnie nie zauważyła Boromira, który stanął z boku i przyglądał się teraz z uśmiechem, jak kilka dzieci na raz atakuje dziewczynę. Gestem nakazał im ciszę, gdy w jego stronę zwróciło się kilka par oczu. Powoli podszedł bliżej, zachodząc Sheilę od tyłu i zakrył jej oczy dłońmi. Dzieciaki wybuchnęły śmiechem.
Dziewczyna również się uśmiechnęła, doskonale wiedząc kogo ma za plecami, mimo to odruch był silniejszy. Pochyliła się, uderzyła drewnianym mieczem przez brzuch i podcięła go, aż plecami uderzył o ziemię. Boromir jęknął.
- Też się cieszę, że cię widzę. - odezwał się zbolałym głosem. - Jesteś pewna, że nie chcesz mnie zabić? Masz ku temu doskonałą okazję.
- Przepraszam, nie chciałam. - odpowiedziała z rozbawieniem, choć w jej głosie wyraźnie dało się wyczuć także skruchę. Wyciągnęła do niego dłoń, żeby pomóc mu wstać, którą zresztą chętnie przyjął. Niemal od razu też objął ją w talii i przytulił, a gdy się nie odsunęła, pocałował w policzek. Dzieciarnia zareagowała na to natychmiast jawnym niezadowoleniem z takiego obrotu spraw. Boromir roześmiał się.
- Chyba wam przerwałem. - stwierdził.
- Nieważne. - odpowiedziała ze śmiechem Sheila i oparła sobie miecz na ramieniu, zerkając na wpatrujące się w nią z wyczekiwaniem dzieciaki. - Do domów! Ale już! - nakazała łagodnie, ale zdecydowanie, nie zwracając uwagi na rozczarowane jęki. Uniosła brew, czekając aż wszystkie posłusznie się rozejdą i z powrotem spojrzała na Boromira.
- Stęskniłem się za tobą... - odezwał się syn Denethora, nieprzypadkowo obejmując ją ręką w talii.
- Widzieliśmy się ledwie wczoraj. - odpowiedziała mu dziewczyna, postanawiając grać nieugiętą.
- I tyle mi wystarczyło, by się stęsknić...
- Szybko się przywiązujesz... - Sheila uśmiechnęła się, patrząc mu prosto w oczy i odwróciła się od niego z zamiarem odniesienia na miejsce miecza.
- Sheila... - mężczyzna złapał ją za nadgarstek. Spojrzała nań pytająco. - Nigdy nie widziałem oczu piękniejszych niż twoje... Jeśli to, co mówią, a mówią, że oczy są obrazem duszy, jest prawdą, to twoja jest przeczysta i niczym nieskalana. - dziewczyna uśmiechnęła się szerzej.
- Co jeszcze mówią? - spytała.
- Że miłość od pierwszego wejrzenia nie istnieje. Kłamali. - Sheila spuściła wzrok i przestając się uśmiechać otworzyła usta, ale zanim zdążyła powiedzieć choć słowo, Boromir pochylił się nad nią jeszcze bardziej i bez ostrzeżenia pocałował lekko. W pierwszym odruchu chciała się odsunąć, ale dotyk jego warg choć stanowczy, był delikatny i czuły. Powoli rozchyliła wargi, pozwalając mu na więcej, z czego też skorzystał. Odwzajemniła pocałunek. Zamknęła oczy, gdy delikatnie objął ją w talii, jej dłoń powędrowała w górę po jego ramieniu i chwyciła za kark, gdy przyciągnął ją bliżej do siebie.
Dopiero po dłuższej chwili odsunęła się od niego, choć Boromir wciąż przygarniał ją do siebie. Nieznośnie długą chwilę patrzyli sobie prosto w oczy. Wreszcie Sheila pierwsza odwróciła wzrok i wysunęła się z jego objęć. Wzięła głębszy oddech, odwracając się od niego i przyłożyła wierzch dłoni do ust, kiedy powoli docierało do niej co się właśnie stało.
- Sheila...? - Boromir chwycił ją za rękę, zmuszając by znów na niego spojrzała. - Wystraszyłem cię? - bardziej stwierdził, niż zapytał.
- Nie. - dziewczyna pokręciła głową przecząco. - Trochę zaskoczyłeś. - przyznała, trochę zbyt gwałtowniej niż zamierzała, uwalniając nadgarstek z jego uścisku.
- Jeśli w jakiś sposób cię... - zaczął mężczyzna, ale dziewczyna zaraz mu przerwała.
- Potrzebuję trochę czasu... - powiedziała, cofając się o krok. - To... To nie jest twoja wina. Przepraszam, muszę iść. - dodała, słysząc swoje imię z jednej z uliczek i zniknęła mu z oczu.

Sheila zagniatała ciasto, zupełnie ignorując panujący w kuchni harmider. Dziewczyny z piekarni w rynku często zgarniały ją do pomocy (nierzadko robiła to też sama kuchmistrzyni, tak jak w tym przypadku), a jej ciastka podobno sprzedawały się potem najlepiej ze wszystkich wypieków, które można było dostać na targu, choć ona sama uparcie twierdziła, że się do tego nie nadaje. Zawsze jednak jej pracę uczciwie nagradzano, nie raz proponując jej przy tym stałe miejsce w piekarni.
Dziewczyna wierzchem dłoni obsypanej mąką odgarnęła z twarzy kosmyk włosów, mamrocząc coś pod adresem starszego syna namiestnika.
- Paniczu Faramirze! - Sheila odwróciła się, słysząc głos kuchmistrzyni. - Dawno panicza u nas nie było!
- Nie nazywaj mnie tak, nie jestem już dzieckiem. - Faramir uśmiechnął się.
- Co też panicz opowiada. Dla mnie panicz zawsze będzie paniczem. - kobieta podsunęła mężczyźnie blaszkę ze świeżo wyjętymi z pieca ciastkami, z których pozwoliła mu jedno wybrać. Młodszy syn namiestnika zdecydowanie był faworytem kuchmistrzyni. Faramir podziękował jej uśmiechem i spojrzał wprost na Sheilę (która natychmiast odwróciła wzrok), a chwilę potem podszedł do niej.
- Kłótnia kochanków? - zagadnął.
- Nie jesteśmy kochankami. - odpowiedziała, zawzięcie ugniatając ciasto. Faramir oparł się o stół, podsuwając jej ciastko. Spojrzała na niego pytająco, ale widząc jego zachęcające spojrzenie, bez słowa odgryzła połowę.
- Co mu odpowiesz? - spytał w końcu mężczyzna. - Zgodzisz się?
- Jeszcze nie wiem... - odpowiedziała z wahaniem dziewczyna. - A w ogóle to nie wypytuj mnie, tylko mi pomóż. - Sheila rzuciła w niego garścią mąki, przed czym Faramir osłonił się nieporadnie. Roześmiał się, podwijając rękawy tuniki.
- A co pieczemy? - spytał, biorąc się za drugą porcję ciasta.
- Tartę z owocami. - dziewczyna sięgnęła po okrągłą blaszkę, na którą wyłożyła ciasto i zajęła się równomiernym rozkładaniem na nim nadzienia z owoców. Faramir z uśmiechem patrzył na jej szybkie, ale dokładne ruchy. Podłapała jego spojrzenie i przygryzając wargę z uśmiechem, rzuciła w niego kolejną garścią mąki. Mężczyzna zaatakował ją w odpowiedzi drewnianą, kuchenną łyżką, wymachując nią niczym mieczem. Sheila ze śmiechem chwyciła za drugą. Po pomieszczeniu poniósł się stuk drewna, kiedy odpowiedziała na atak. Inne dziewczyny obecne w kuchni przyglądały się temu ze śmiechem, kuchmistrzyni pokręciła tylko głową z politowaniem.
Faramir zaglądał dziewczynie przez ramię, kiedy czterdzieści minut później wyjmowała ich tartę z pieca i polewała po wierzchu na wpół stężałą galaretką.
- Za kilka dni jest Sobótka. - zagadnął, kiedy już odstawiła ciasto na stół i odwróciła się do niego, wycierając ręce. - Przyjdziesz?
- Boromir nie będzie chciał mnie zaprosić? - odpowiedziała pytaniem, zdejmując chustkę z włosów.
- Boromir rzadko przychodzi na miejskie potańcówki. - Sheila uśmiechnęła się. To wystarczyło mu za odpowiedź.
 

 
"Gra o tron"... Ojejku... Zaczęło się właściwie od książki, która jakimś cudownym zrządzeniem losu wpadła mi w ręce i - chociaż robiłam już do niej wcześniej dwa podejścia (oba nieudane) - chyba postanowiłam w końcu sprawdzić, czym tu się właściwie ludzie tak strasznie zachwycają i co w tym takiego jest. Przeczytałam pierwszy tom "Pieśni lodu i ognia", włączyłam serial i przepadłam. Technicznie rzecz ujmując, wkraczając do stworzonego przez Georga R. R. Martina świata należałoby zachować obojętność i do nikogo się zbytnio nie przywiązywać. Uprzedzam i przestrzegam: jest to niewykonalne. Już po pierwszych odcinkach wciągnęło mnie to w swoje bezlitosne sidła i za nic nie chce puścić, a bohaterowie wcale nie pomagają. Zarówno książka, jak i jej ekranizacja są świetne, są rewelacyjne i epickie, rozmachem dorównując (zaryzykujmy stwierdzenie: niemal przewyższając) samego "Władcę Piercieni".

Mówię, że bohaterowie nie pomagają w byciu obojętnym, bo do niektórych z nich po prostu nie da się nie przywiązać i tak samo jak jednych od pierwszego wejrzenia się nienawidzi (Joffrey na przykład), tak niektóre od pierwszego wejrzenia się uwielbia i niech tu posłuży przykład Neda Starka, bohatera bardzo szlachetnego i honorowego, którego ja kocham większą połową mojego serduszka (na jego śmierci zresztą autentycznie płakałam).
Sam serial też pomógł mi w pewien sposób odnaleźć się we wszystkich bohaterach, których jest od groma, bo jednak mogłam już skojarzyć nazwisko z konkretną twarzą (przy czym na wstrętną mordę Joffreya patrzeć nie mogę), aktorzy też zostali moim zdaniem do swoich ról naprawdę dobrze dobrani, nawet pomimo różnic wieku.
Zarówno powieść, jak i ekranizację od pierwszego wejrzenia pokochałam za rozmach, który tę sagę charakteryzuje, właśnie bohaterów i za nieprzewidywalność, bo przecież nigdy nie wiadomo, co Martinowi odbije. Lecę do "Starcia królów" i kolejnych sezonów serialu (po drugim podobną notkę dostaniecie).
 

 
- Faramir, śpisz? - młodszy z synów namiestnika poruszył się pod kołdrą, słysząc głos brata, ale oczu nie otworzył.
- Zmieni to coś, jeśli powiem, że śpię? - spytał sennie.
- Nie, niespecjalnie. - odpowiedział Boromir, pakując się na łóżko Faramira, na co tamten zareagował przeciągłym jękiem.
- To było pytanie retoryczne.
- I właśnie ci na nie odpowiedziałem, więc nie wiem, w czym problem.
- Błagam cię, Boromirze, czy ty naprawdę musisz mnie budzić w środku nocy? Nie może to poczekać do rana? - zirytowany Faramir przewrócił się na plecy i uniósł odrobinę na łokciach, domyślając się z góry, że ponowne zaśnięcie nie będzie mu dane jeszcze przez jakiś czas.
- Środek nocy to pojęcie względne. Bo gdyby spojrzeć na to z perspektywy, powiedzmy...
- Wszystko, tylko nie twoja filozofia. - Faramir ponownie jęknął. - Mów co się stało i daj mi spać.
- No dobrze, wolisz wersję dokładną, czy skróconą? - spytał Boromir, ale przewrócił oczami, widząc, że jego młodszy brat tylko uniósł brew i bez ogródek wypalił. - Wierzysz w miłość od pierwszego wejrzenia?
- Co takiego?! - Faramir usiadł prosto w pościeli i spojrzał na brata. - Nie snuj mi tu dygresji, tylko mów, o co chodzi. Tylko nie mów, że się zakochałeś. - wobec takiego obrotu spraw Boromir zaiste, nie powiedział nic. Spojrzał tylko poważnie na brata. - Nie mów, że w Sheili.
- A miałbyś coś przeciwko? - zapytał podejrzliwie zainteresowany.
- Od lat się przyjaźnimy, jest dla mnie jak siostra... Wiesz, jakbym się czuł ze świadomością, że mój rodzony brat i moja siostra... Nie, źle... Uuuch... - zażenowany Faramir ukrył twarz w dłoniach. - Masz przecież wielbicielek na pęczki, możesz przebierać, dlaczego właśnie Sheila?
- Bo widzisz, braciszku... - Boromir uśmiechnął się z rozmarzeniem. - Żadna z nich mi się nie podoba. - Faramir westchnął zrezygnowany.
- I zgaduję, że przychodzisz do mnie, żebym przez wzgląd na naszą długoletnią przyjaźń, pomógł ci zdobyć jej serce? - rzucił kąśliwie.
- Cóż... Dokładnie na to liczyłem.
- Zastanawiam się czasem, czy ty naprawdę nie dostrzegasz zjawiska ironii, czy po prostu je ignorujesz.
- Zjawiska czego? - Faramir machnął ręką tylko.
- Nieważne. W każdym razie, nie licz na moją pomoc. - uciął dyskusję, układając się z powrotem do snu.
- Dlaczego?! - Boromir podniósł głos, wyraźnie wzburzony. - Czyżby serce ci nie pozwalało? A może sam darzysz swoją "przyjaciółkę" uczuciem głębszym, niż tylko...
- Nie będę się przed tobą tłumaczył! - przerwał mu zdecydowanie Faramir, choć wypieki na jego policzkach mówiły same za siebie.
- Ach, więc miałem rację. - Boromir uśmiechnął się złośliwie i powiedziałby coś jeszcze, gdyby jego brat nie poderwał się z powrotem do siadu. W oczach Faramira zalśniły złowrogie iskierki.
- A cóż ty niby możesz o tym wiedzieć?! O miłości? Wszak nigdy nikogo nie kochałeś! Poza samym sobą! - wypalił w odwecie, zaciskając dłonie na kołdrze. Świat zawirował mu przed oczami.
- Jak możesz? Jak... Śmiesz?! - starszy syn Denethora porwał z łóżka brata poduszkę i przyłożył nią Faramirowi prosto w twarz. - Przychodzę do własnego brata po poradę i pomoc, a otrzymuję odmowę i kpinę na dodatek!
- Wyjdź! - odpowiedział szorstko Faramir, powstrzymując się od oddania bratu poduszką.
- Wyjdę. - Boromir wstał. - Dobranoc, braciszku. - dodał, przesadnie akcentując ostatnie słowo i rzeczywiście wyszedł, trzaskając przy tym drzwiami, aż echo poniosło się po korytarzu. Faramir z westchnieniem padł na łóżko, przyciskając do piersi poduszkę. Jak miał wytłumaczyć bratu to, czego w słowa ująć nie sposób? Tę tęsknotę, samotność i grozę, których mroki przecina nagle ścieżka osoby, przy której chce się żyć, przy której wraca nadzieja? Jak sprawić, by ktoś inny zrozumiał, czym jest odruch serca i rozkwitające powoli uczucie? Najgorsze zaś było to, że właśnie tak piękne i wzniosłe uczucie, zmieniało się teraz w ustach brata w coś pospolitego i haniebnego.
Nigdy się tak jeszcze nie pokłócili. Istniała niepisana zasada, w myśl której zawsze się wspierali. Świat był dostatecznie trudny i mroczny bez ich sporów. Różnica zdań – i owszem, kłótnie – nigdy. A jednak Faramir miał niesłuszne wrażenie, że właśnie został znowu niesłusznie zrugany i wykpiony przez Denethora. W każdym razie był niemal pewien, że tej nocy nie będzie mu już dane zasnąć.

Sheila cofnęła się odruchowo, gdy miecz Faramira uderzył o jej klingę, przyjęła odpowiednią postawę i spróbowała odpowiedzieć cięciem, które mężczyzna z zawziętą miną zablokował, a jej miecz zbił odrobinę mocniej niż powinien. Nie czekając aż poprawi uchwyt zaatakował od góry, a dziewczyna odruchowo skrzyżowała z nim ostrza. Stęknęła z wysiłku, gdy napierał na nią coraz mocniej i wycofała się spod jego miecza, a zaraz potem uchyliła, gdy Faramir machnął klingą w odwecie, omal nie odcinając jej głowy.
- Faramir... - upomniała go i niemal natychmiast zrobiła szybki unik przed jego mieczem. Na placu rozległ się dźwięczny brzęk stali, gdy krążyli wokół siebie już spokojniej, niż chwilę temu. Sheila spróbowała zablokować miecz przyjaciela, ale skutek był wręcz odwrotny od zamierzonego. Faramir wywinął się zręcznie i ciął przez ramię, zanim zdążyła się osłonić.
Sheila syknęła z bólu, gdy ostrze przyjaciela rozcięło jej skórę na ramieniu i odsunęła o krok, opuszczając miecz. Odjęła od zranionego miejsca odruchowo przyciśniętą tam dłoń i jęknęła. Z palców spłynęły jej krople krwi.
- Sheila? - klinga Faramira z brzękiem upadła na bruk, gdy odrzucił ją na bok. - Przepraszam, ja... - syn Denethora dopadł do niej zmieszany i wytrącony z równowagi. - Nie zrobiłem ci krzywdy? Nic ci nie jest?
- Nie, nie. - dziewczyna oddała mu własne ostrze. - To płytkie rozcięcie, nic mi nie będzie. - uśmiechnęła się uspokajająco i skierowała ku stojącemu przy pobliskiej studni wiadrze z wodą, żeby przemyć zranione miejsce. Chwilę potem dołączyła do przyjaciela, który z westchnieniem przysiadł na niskim murku otaczający plac.
- Co się dzieje? - zagadnęła łagodnie, spoglądając na twarz mężczyzny. Faramir odwzajemnił spojrzenie, wykonując nieokreślony ruch ręką.
- Ojciec... - odparł wymijająco, mając nadzieję, że ta odpowiedź ją zadowoli. Nie mógł jej przecież powiedzieć o nocnej kłótni z bratem. Ani tym bardziej z jakiego powodu się pokłócili.
- Mhm... - Sheila skinęła głową, choć widziała po jego minie, że nie mówi jej prawdy. Nie miała zamiaru go jednak wypytywać. Nic by tym nie osiągnęła, a może nawet pogorszyłaby sprawę. Odsunęła od rozcięcia na ramieniu zmoczoną w wodzie lnianą chusteczkę. Niewielka rana szybko przestała krwawić, a za parę dni miało nie być po niej śladu. Sheila upiła łyk wody z manierki, potem podsuwając ją Faramirowi.
- No dobrze... - klasnęła w dłonie, chcąc odrobinę rozładować napiętą atmosferę. - Mów lepiej, co tam masz dobrego. - twarz Faramira rozjaśnił uśmiech.
- Udało mi się zwinąć z kuchni pasztet. - powiedział, wyjmując foremkę z płóciennej torby.
- Cały?! - dziewczyna uśmiechnęła się z uznaniem. - Mój bohaterze... - westchnęła teatralnie. - Z mojej strony dziś nieco skromniej. - dodała, kładąc na murku i tak sporej wielkości kawałek sera i kiść winogron. Już bez słowa oboje zabrali się do jedzenia.
- Wiesz, że mój brat się tobą interesuje? - spytał po dłuższej chwili Faramir, postanawiając jakoś poruszyć nurtujący go problem. Dłoń Sheili z kawałkiem sera zamarła wpół drogi do ust.
- To dlatego ostatnio tak często na niego wpadam? - odpowiedziała pytaniem. Od pamiętnego popołudnia, kiedy dziewczyna dwa razy położyła na bruku starszego z synów namiestnika, minęły niemal dwa tygodnie, podczas których oboje rzeczywiście spędzili ze sobą dużo czasu. Wystarczająco dużo, żeby zaczęło między nimi kiełkować delikatne uczucie.
- Oczywiście nie wiem na pewno... Nie rozmawiał ze mną o tym... Ale domyślam się, że będzie chciał poprosić cię o zostanie damą jego serca. - Faramir spojrzał na przyjaciółkę niepewny, jak zareaguje. Sheila odwzajemniła spojrzenie.
- I myślisz, że powinnam się zgodzić? - mężczyzna patrzył na nią bez słowa, rumieniąc się lekko, choć wszystko w nim miało ochotę jedynie chwycić ją za ramiona i potrząsnąć, a w twarz wykrzyczeć "Nie!". W końcu powoli odwrócił wzrok, spoglądając przed siebie.
- Nie mogę za ciebie zdecydować. Przykro mi... - odpowiedział powoli. - To ty jesteś jego wybranką, nie ja. On cię... Kocha. Chyba... - dziewczyna uśmiechnęła się lekko. Miała ochotę rzucić w odpowiedzi "A ty?", ale zamiast tego spytała:
- Więc nie przeszkadzałoby ci gdybyśmy... Ja i Boromir... - Faramir zarumienił się gwałtownie na myśl, że jego brat miałby być z Sheilą jeszcze bliżej niż oni byli w tej chwili. Że miałby prawić jej komplementy. Trzymać za rękę. Całować ją i dotykać... Mieć to, czego on tak bardzo pragnął. Dziewczyna uśmiechnęła się szerzej, gdy w końcu nie odpowiedział nic, a jedynie spuścił głowę.
- Rozumiem. - dodała z uśmiechem, ściszając odrobinę głos i wstała z murku, podnosząc swoją klingę, którą wsunęła z powrotem do pochwy. - Muszę już iść, zobaczymy się niedługo? - Faramir skinął głową.
- Jeśli mój brat nie porwie cię dla siebie. - odpowiedział. Sheila posłała mu ostatni uśmiech, kierując się w dół placu. Odprowadził ją wzrokiem, dopóki nie zniknęła w uliczce między domami.
 

 
Soundtrack: https://youtu.be/NxVbZb44u0s

Katrin stała pod ścianą w ciemnej komnacie Orthanku. Na nadgarstkach i kostkach zaciskały się żelazne kajdany. Nie była w stanie usiąść, bo grube łańcuchy trzymały ją w pozycji stojącej. Pochyliła głowę, włosy opadły jej na twarz. Po policzkach poleciały łzy.
- Tęskno ci do elfiego kochanka? - bardziej stwierdził niż zapytał Czarnoksiężnik, wchodzący do komnaty.
- Byliśmy... Małżeństwem. - zaprotestowała Katrin.
- Słusznie. Byliście. - mężczyzna przyłożył jej dłonie do skroni. Dziewczyna poczuła, jak szalejąca w jej ciele magia zaczyna ją opuszczać. W jednej chwili straciła dopiero co odzyskane siły i zawisła bezwładnie w kajdanach. Zawsze kiedy przychodził zabierać od niej energię, zostawiał jej tylko tyle, by mogła przeżyć. Niezbędne minimum. Czarnoksiężnik przytknął jej do ust kielich wody, a ona łapczywie wypiła zawartość, krztusząc się.
- Świat nigdy ci tego nie wybaczy. - powiedziała, z wysiłkiem podnosząc głowę. Mężczyzna ujął jej twarz w dłonie.
- Tego świata już nie ma. - warknął. Uniósł dłoń do uderzenia i chlasnął ją magią po twarzy, sprawiając, że straciła przytomność.
Dziewczyna z wysiłkiem otworzyła oczy i spróbowała podnieść się z kamiennej podłogi, ale zaraz opadła z powrotem. Jakiś czas temu została przeniesiona do innej komnaty. Chciał mieć ją bliżej siebie, żeby móc częściej z niej czerpać. Raz dziennie już mu nie wystarczał. W ogóle nie obchodziło go to, że powoli umiera. Tego chciał od początku. Drzwi komnaty uderzyły o ścianę, co znaczyło, że Herumor przyszedł po kolejną porcję magicznej energii. Zamglonym wzrokiem patrzyła jak czarnoksiężnik idzie w jej stronę, ale otworzyła szerzej oczy, kiedy tuż przed nią miękko wylądowała postać w zielonym płaszczu, wysokich butach i z łukiem w dłoni. "Elf" przemknęło jej przez głowę. Usiłowała dostrzec twarz pod kapturem, ale nasunięty był na oczy tak, że nie widziała kim jest. Zanim czarnoksiężnik zdążył zareagować w jego piersi utkwiły dwie strzały, trzecia trafiła w oko. Katrin odwróciła wzrok, kiedy wyrwał ją z dzikim wrzaskiem, a chwilę potem zapanowała wręcz nienaturalna cisza. Elf klęknął obok niej i położył dłoń na plecach.
- Siin milina. Siin lye na varna. (Już kochana. Już jesteś bezpieczna.) - wyszeptał.
Katrin powoli otworzyła oczy. Nad sobą widziała jasny sufit pokoju uzdrowicielki. Uniosła dłoń do oczu. Na nadgarstku widniała sina obwódka po uciskających kajdanach gdzieniegdzie z krwawymi śladami. Spojrzała w stronę tarasu, na którym, opierając się o framugę przeszklonych drzwi stał ten sam elf, którego widziała wcześniej. Twarz znowu miał skrytą pod kapturem płaszcza, a ona nie miała siły wstać, żeby do niego podejść. Zamknęła oczy.
Majaczyła w gorączce, nie mając siły nawet poruszyć dłonią. Dopiero teraz czuła ból, jaki wiązał się z codziennym pobieraniem magicznej energii. Uzdrowicielka parzyła zioła, mające na celu uśmierzyć cierpienie, lub przynajmniej złagodzić ból. Przytknęła dziewczynie do ust czarkę z naparem. Katrin wypiła łapczywie i opadła z powrotem na poduszki. Lek zadziałał niemalże od razu. Obok dziewczyny, na skraju łóżka usiał elf. Jak przez mgłę widziała... Twarz ukochanego. Odwróciła głowę, zamykając oczy.
- Legolas... - wyszeptała z wysiłkiem.
- Leż... - nakazał elf głosem... Ukochanego.
- To nie może być Legolas. Nie ma go tu... On jest gdzieś... W innym świecie. Wśród gwiazd... Gdzieś wędruje gdzie nie mogę być... Czy to mi się śniło? - Katrin uniosła dłoń, muskając palcami palce elfa. - Czy on mnie kochał?
- Kocha nadal. - odpowiedział elf, wkładając jej w dłoń niewielki przedmiot. Już tego nie czuła zapadłszy w sen.
Otworzyła oczy. Nagle odkryła, że ma siłę usiąść, a kiedy już to zrobiła, zorientowała się, że dłoń ma zaciśniętą na niewielkim przedmiocie. Powoli rozwarła palce. Na dłoni leżał kryształ górski i srebrny pentagram na rzemyku. Do oczu zaczęły napływać jej łzy, ale zanim zdążyła się rozpłakać do pokoju wszedł elf.
- Jak się czujesz Katrin? - spytał, siadając przy niej.
- Legolas... - odezwała się dziewczyna. - To niemożliwe... Ty nie... I co z... - Katrin musnęła palcami złote włosy, niegdyś długie aż za łopatki, teraz ledwie sięgające ramion.
- Istnieje legenda... Że elfy mogą się odrodzić. - powiedział Legolas. - Znasz historię Berena i Luthien. Luthien odrodziła się jednak jako śmiertelniczka, a ja... Ja wciąż jestem elfem Katrin. - więcej nie powiedział, bo dziewczyna rzuciła mu się na szyje z radosnym krzykiem. Legolas objął ją i przytulił mocno. Dziewczyna odwzajemniła uścisk. Brakowało jej tego. Tak strasznie brakowało.
 

 
Soundtrack: https://youtu.be/QDMFwG8A5SU

Katrin podniosła się z wąskiej leżanki, kiedy pierwsze promienie słońca oświetliły jej twarz. Rozejrzała się za Legolasem i uśmiechnęła się widząc elfa pogrążonego we śnie, który wspierał się na miękkiej pufie. Wstała, rozpinając haftki sukni z poprzedniego dnia, w której zasnęła. Zmieniła ją na inną, zapięła na biodrach pas, włożyła miecz do pochwy. Rozczesała włosy, które opadły jej na ramiona miękkimi falami. Dziewczyna wyjrzała na zewnątrz. Trwały gorączkowe przygotowania do bitwy.
- Martwisz się. - odezwał się Legolas, kładąc jej dłoń na ramieniu.
- Tak. - odpowiedziała Katrin, nie patrząc na ukochanego. Odsunęła się, kiedy elf spróbował ją pocałować, ale poddała się, czując jego dotyk na policzku.
- Włóż kolczugę. Nie puszczę cię bez kolczugi na pole bitwy. - powiedział Legolas, nie przerywając pieszczoty.
- Herumor już dopilnuje, żeby nie stała mi się krzywda. Jestem mu potrzebna żywa. - odpowiedziała Katrin.
- Mimo wszystko. - elf włożył jej w dłoń kamizelkę z metalowych kółek. - Włóż kolczugę, Katrin.
Katrin siedziała w siodle, prowadząc wojska Gondoru, Rohanu, Mrocznej Puszczy i Lorien na Isengard. Po jej lewej stronie trzymał się Legolas z Aragornem, po prawej miała Gandalfa i Eomera.
- Boisz się? - odezwał się elf. Dziewczyna mocniej ścisnęła lejce. Owszem, bała się. Ale innego wyjścia nie było.
- Aragornie, zatrzymaj wojska. - odezwała się. - Dalej jedziemy sami. - wojska zostały w tyle, usłuchawszy króla, a cała piątka ruszyła pod czarną wieżę. Katrin zsiadła z konia.
- Niech wyjdzie poplecznik Saurona! - krzyknęła. - Niech dosięgnie go sprawiedliwość! - wrota wieży powoli otworzyły się i twarzą w twarz z dziewczyną stanął Czarnoksiężnik.
- Dlaczego stajesz przede mną uzbrojona jak na wojnę? - spytał. - Kto z tej hałastry ma uprawnienia by ze mną paktować?
- Nie chcemy paktować z tobą, przeklętym wiarołomcą. - odpowiedziała Katrin. - Twoje wojska mają być rozwiązane, a ty opuścisz na zawsze te ziemie. - Czarnoksiężnik uśmiechnął się.
- Ci, którzy przyjechali z tobą są ci bliscy jak sądzę. Wiedz, że będą cierpieć męki z moich rąk jeśli nie oddasz mi się po dobroci. Srodze będą cierpieć, Katrin.
- Nigdy ci na to nie pozwolę. Jeśli chcesz wojny, będziesz ją miał.
- No i koniec negocjacji. - westchnął Eomer.
- Odwrót! I do broni! - wrzasnęła Katrin, wsiadając na konia. Za sobą słyszała śmiech. Czarnoksiężnik śmiał się.
Na wojska ludzi i elfów powoli ruszyła zgraja orków. Katrin odetchnęła, wysuwając miecz z pochwy i wystąpiła przed szereg.
- Eomerze, weź swój oddział na lewą flankę. Elfy z Lorien niech jadą za sztandarem Zielonego Królestwa. Aragornie, wy na prawe skrzydło. - poleciła. - Jedźcie naprzód! Nie bójcie się mroku! Do boju! Jeźdźcy Rohanu, Gondoru! Łuki pójdą w ruch, tarcze pójdą w drzazgi... Dzień miecza! Dzień czerwieni! Nim wzejdzie słońce! - elfowie naciągnęli cięciwy, jeźdźcy dobyli mieczy.
- Cokolwiek się zdarzy, trzymaj się mnie. - odezwał się Legolas. - Będę mieć nad tobą pieczę.
- A teraz do boju! - wrzasnęła Katrin. - Do boju! Na zatracenie i po koniec świata! Na śmierć! - dziewczyna ruszyła pierwsza. Za nią podążyła armia. Posypały się strzały. Orkowie odpowiedzieli tym samym. Katrin w prawej ręce ściskała głownie klingi, w lewej lejce. Kilku orków zdążyła pozbawić głów, ale akurat gdy miała ściąć kolejnego jej wierzchowiec padł, raniony strzałą. Dziewczyna przekoziołkowała na twardym gruncie, niemal natychmiast podrywając się do pionu. Siekła mieczem na prawo i lewo, tam gdzie nie dosięgała klingą, radziła sobie za pomocą magii. Kawałek dalej Legolas wypuszczał z łuku strzałę za strzałą, ale o niego była spokojna. Bardziej martwiła się zgrają orków, która nacierała na oddziały gondorczyków. Wreszcie dojrzała Czarnoksiężnika stojącego na szczycie Orthanku. Nie miała szans się do niego przedrzeć. Nie miała... Wsunęła miecz do pochwy, sięgnęła po zarzucony na plecy łuk i napięła cięciwę. Jak niegdyś Limmaniel. Odetchnęła, mocniej zaciskając palce na głowni łuku. Cięciwa brzęknęła, ale strzała chybiła celu. Miała właśnie wypuścić kolejną, kiedy usłyszała rozpaczliwy krzyk bólu. W piersi Legolasa tkwił sztylet, a on osuwał się na ziemię. Katrin dopadła do niego, otaczając ich oboje ochronną tarczą.
- Legolas... - odezwała się, zaciskając palce na rączce sztyletu. Elf zakaszlał, przyciskając dłonie do rany. Katrin rozchyliła poły jego skórzanego napierśnika i jęknęła. Na tunice Legolasa wykwitła już szkarłatna plama krwi. elf znów zakaszlał.
- Katrin... - odezwał się z trudem.
- Oddychaj spokojnie. - odezwała się przez ściśnięte gardło dziewczyna, starając się jednocześnie tamować krwotok.
- Katrin... - elf z wysiłkiem uniósł dłoń do jej czarnych włosów. - Przysięgałem cię chronić. Choćby za cenę życia...
- Nie, nie, nie, Legolas... - w oczach dziewczyny stanęły łzy. - Nie godzę się na to... Będziesz żył, słyszysz?
- Byłaś mi całym światem... - Legolas spróbował unieśc dłoń do jej policzka, po którym płynęły łzy. - Melisse... - wyszeptał elf ostatkiem sił. - Lye ean iale. Lye vanya. (Bądź wierna. Idź.) - Katrin uśmiechnęła się przez łzy. Bezsilne patrzyła jak jej ukochany dławi się własną krwią i umiera, a wreszcie zerwała z szyi łańcuszek z kryształem górskim i włożyła w dłoń elfa. Wstała, przywołując do siebie błyskawicę. Zagrzmiało.
- Dosyć! - jej głos poniósł się po polu bitwy, kiedy szła w stronę Czarnoksiężnika. - Za dużo przelano już krwi. - powiedziała. Chwilę potem na jej nadgarstkach zacisnęły się żelazne kajdany, a na szyi stalowa obroża. Czarnoksiężnik śmiał się.
 

 
Soundtrack: https://youtu.be/hKRUPYrAQoE

Katrin z niewielkim tylko trudem wdrapała się na koński grzbiet. Dzięki ziołom od Gandalfa i niezwykłej trosce przyjaciół czuła się o wiele lepiej. Kiedy nie było przy niej Legolasa, na krok nie odstępował jej Gimli. Zabawiał ja rozmową, opowiadał krasnoludzkie legendy. Ale i tak najwięcej znaczyła dla Katrin sama obecność przyjaciół. Serce tłukło jej się w piersi, kiedy ruszali w dalszą drogę. Od Isengardu dzielił ich niecały dzień podroży. Wojska Rohanu, Gondoru i elfowie z Mrocznej Puszczy byli już w drodze. Pozostawało tylko liczyć na to, że pertraktacje przebiegną pomyślnie i do wojny nie dojdzie.
Katrin powoli wjeżdżała do obozu, rozglądając się wokół. Gondroczycy i Rohańczycy zdążyli ich wyprzedzić i rozbić namioty. Spuściła wzrok. Tak wielu ludzi pokładało w niej nadzieję, nie mogła tak po prostu zaprzepaścić jedynej szansy na zaprowadzenie wiecznego pokoju. Eomer wyprostował się w siodle.
- Grimboldzie, ilu?! - krzyknął do któregoś z żołnierzy.
- Pięciuset ludzi z Zachodniej Bruzdy i trzystu z Fenmarku, Panie!
- A ilu jeźdźców z Mrocznej Puszczy? - spytał Legolas.
- Żadnego, Panie... - Aragorn zsiadł z konia dołączając do gondorczyków. Oczekiwali jeszcze oddziału elfów, ale to było za mało.
- Sześć tysięcy włóczni... - odezwał się Eomer, podchodząc do niego. - Liczyłem na dwa razy tyle.
- To za mało by sforsować obronę orków. - Aragorn wypowiedział swoje myśli na głos. - Każda godzina przybliża klęskę. O świcie musimy ruszyć na Isengard. - Eomer pokiwał głową, a zaraz potem odwrócił głowę, słysząc tętent kopy. Właśnie zbliżał się oddział z Mrocznej Puszczy.
Katrin wysunęła miecz z pochwy i przeciągnęła palcem po klindze. Zdążyła się stępić. Dziewczyna sięgnęła po odpowiednie narzędzie i zabrała się za ostrzenie miecza. Musiała czymś zająć ręce. Legolas zostawił ją samą jakiś czas temu, żeby porozmawiać z innymi elfami, co oczywiście rozumiała, ale tutaj nikt poza nim, Aragornem i Gimlim nie traktował jej poważnie.
Legolas odwrócił się od Galiona, z którym rozmawiał, słysząc, że ktoś go woła. Od strony lasu nadjeżdżał oddział z Lorien. Elf przerwał Galionowi, unosząc dłoń i podszedł do elfów przysłanych przez Galadrielę.
- Przysyła nas pani Lorien. - odezwał się jeden z elfów, zsiadając z konia. Legolas skinął głową z uśmiechem.
- Domyśliłem się. - odpowiedział. - Znajdźcie sobie miejsce i odpocznijcie. O świcie ruszamy na Isengard. Dziękuję, że jesteście tutaj z nami.
Kiedy Legolas wrócił do namiotu, przeznaczonego dla niego i Katrin, zastał ukochaną zwiniętą w kłębek na niewielkiej leżance i pogrążoną w głębokim śnie. Elf usiadł obok. Odgarnął dziewczynie włosy z twarzy, a widząc ślady łez na policzkach, pożałował, że nie było go przy niej, kiedy tego potrzebowała.
- Legolasie... - do namiotu zajrzał Aragorn. - Mithrandir wzywa na naradę. - elf położył dłoń na plecach Katrin.
- Melisse, zbudź się. - odezwał się.
Powoli zbliżali się do namiotu czarodzieja, z którego już teraz słychać było podniesione głosy Gandalfa i Eomera.
- Od kiedy moja rada znaczy tak niewiele? Co ja twoim zdaniem robię?! - czarodziej wyraźnie tracił panowanie nad sobą.
- Uważam, że próbujesz pomóc swoim przyjaciołom. I wielce podziwiam twoją lojalność, lecz to na pewno nie sprawi, że zmienię zdanie. Ty to zacząłeś Mithrandirze. Wybaczysz mi, ale ja to skończę. Nie będę nastawiał karku za byle dziewkę! - Eomer urwał, kiedy do namiotu weszli Aragorn, Gimli, Legolas a na końcu także Katrin. - Niepotrzebnie ją zachęcasz Mithrandirze. Wojna to świat mężczyzn. - Katrin nie odezwała się ani słowem, składając ręce na piersi. - Chcecie walczyć ze zgrają orków. Dwa oddziały elfów, gondorczycy, czarodziej, byle krasnolud i kobieta! - dłoń Gimlego zacisnęła się na toporku, ale Legolas powstrzymał go przed wszelkimi działaniami, kładąc mu rękę na ramieniu.
- Wiem, że krasnoludy mogą być uparte... Aż głupie wręcz... I trudne... - zaczął elf. - Są podejrzliwe i skryte i mają maniery, że o gorsze trudno, ale przy tym są odważne. I dzielne. I lojalne do bólu. Nie stoi przed tobą byle krasnolud.
- Pokochałam ten świat... - Katrin otarła łzę, lecącą po policzku. - I chcę go ratować jeśli się da.
- Jest szansa, że obejdzie się bez wojny. - dodał Aragorn.
- Zrobisz jak zechcesz Eomerze. - powiedział Gandalf. - Możesz zebrać swoje wojska i wracać do Rohanu, ale to nie wpłynie dobrze na nasz sojusz. Zastanowiłeś się choć raz, co pomyślałby o tobie Theoden? On nigdy nie odmówiłby Gondorowi pomocy.
 

 
Spóźniony (to już norma u mnie, zdążyliście się przyzwyczaić) prezent na "Noc Świętojańską". Tak, to jest to opowiadanie, które w zamyśle pierwotnym miało być one-shotem, a potem się rozrosło. Tworzona z potrzeby istnienia jakiegokolwiek dobrego fanfiction z synami Denethora w rolach głównych (bo bardzo mało jest takich, naprawdę). Opowieść o miłości, tej braterskiej i tej romantycznej, pokonującej największe przeszkody. O walce z własnymi słabościami, bólem i cierpieniem. O tym, że nad losem nie zawsze da się zapanować, bo często bywa on po prostu okrutny...

--------------------------------------------------------------------------------------------

Główny plac na jednym z wyższych poziomów Minas Tirith wypełniał stuk drewnianych, ćwiczebnych mieczy, pokrzykiwania młodszych i starszych dzieci i kobiecy śmiech (od czasu do czasu może też karcący głos jakiegoś dorosłego). Był dzień targowy i ulicami przechodziło mnóstwo ludzi z towarami na sprzedaż, lub już kupionymi. Wśród nich był i starszy syn namiestnika Gondoru (bo młodszy, chociaż wcześniej włóczył się z nim, teraz się gdzieś zawieruszył), który rozglądał się po placu. Szukał kogoś. Szukał jej. Niewiasty, która już niejednokrotnie mignęła mu na ulicach Białego Miasta. Teraz przystanął, zaintrygowany niecodziennymi odgłosami, a w końcu zdecydował się także podejść bliżej.
Sheila Faelivrin zgrabnie zbiła miecz jasnowłosego, na oko trzynastoletniego chłopca i znów przyjęła pozycję wyjściową. Blondynek zaatakował niemal natychmiast, tnąc od góry, ale kobieta płynnym ruchem odsunęła się i cofnęła, krzyżując z nim klingę.
- Bardzo ładnie. - pochwaliła, odpychając jego miecz i przybrała postawę wyjściową. - Kto następny?
- Może ja? - Sheila odwróciła się, słysząc męski głos i lekko uniosła kącik ust w półuśmiechu. - Jeśli pozwolisz. - dodał tamten, wyjmując z pochwy prawdziwą broń. Kobieta wyprostowała się, odrzucając drewniany miecz na bok i sama również sięgnęła po własną klingę, powoli wysuwając ją z pochwy.
- No proszę, syn namiestnika. - uśmiechnęła się krzywo, kręcąc młynka mieczem. - I to jeszcze pierworodny. - Sheila zerknęła w stronę dzieciaków, przypatrujących im się z uwagą i zaciekawieniem. - Za chwilę zobaczycie, jak prosta dziewczyna z tłumu kładzie na łopatki samego Boromira z Gondoru. - powiedziała z uśmiechem. Odpowiedziały jej entuzjastyczne okrzyki.
- Chyba nie sądzisz, że pokona mnie niewiasta. - mężczyzna odpowiedział uśmiechem.
- Zobaczymy. - Sheila spojrzała na niego krzywo. Zaatakowała pierwsza, tnąc od dołu, ale uchylił się przed atakiem i skontrował. Musiała nieźle się wysilić, żeby uniknąć cięcia. Skrzyżowała z nim ostrza. Uśmiechnęła się, a jej dłonie zadrżały lekko, gdy naparła na niego mocniej i zmusiła do cofnięcia się o krok. Boromir odchylił się, na chwilę tracąc równowagę, ale nie dał jej się podejść. Stal znów uderzyła o stal. Krążyli wokół siebie, ani na moment nie opuszczając wzroku, a gdy znów zaatakował, szybkim ruchem zablokowała cios jego klingi i cofnąwszy się, podcięła, jednocześnie uderzając go rękojeścią. Mężczyzna wylądował na bruku z jękiem.
- Szybko poszło. - kobieta uśmiechnęła się do siebie z zadowoleniem i dygnęła przed swoją małą widownią. - Pokonała cię niewiasta. - dodała, wyciągając dłoń do swojego przeciwnika, żeby pomóc mu wstać. Mężczyzna przyjął ją niemal z wdzięcznością, ale w następnym ruchu okręcił ją wokół, przyciągnął do siebie i ostrze własnego miecza przyłożył jej do gardła.
- A co zrobisz teraz? - zapytał niemal prowokująco.
- Nieźle... - uśmiechnęła się i odchyliła głowę tak, żeby móc zajrzeć mu w oczy. - Ale czy to wszystko, na co cię stać? - spytała i szybkim ruchem wykręciła mu nadgarstek po raz kolejny przygważdżając do ziemi.
- Zwracam honor. - odezwał się zduszonym głosem. Uśmiechnęła się, po raz drugi podając mu rękę i poderwała go do góry. - Boromir, syn namiestnika. Ale to pewnie już wiesz.
- Sheila. - odpowiedziała krótko. Mężczyzna uśmiechnął się lekko, spoglądając jej w oczy. Tak. To dokładnie te oczy widywał czasem przelotnie w tłumie, a ich właścicielka niejednokrotnie poza spojrzeniem miała dla niego także uśmiech.
- I tylko tyle? - spytał.
- Tak. - kobieta puściła jego dłoń, odwracając się. Wsunęła własny miecz z powrotem do pochwy.
- Zobaczę cię jeszcze? - zawołał za nią. Sheila odwróciła się, spoglądając nań z uśmiechem.
- Może. - odpowiedziała. - Wiesz, gdzie mnie szukać. - syn namiestnika patrzył za nią, dopóki zupełnie nie zniknęła mu z oczu.

- No, to teraz mów. - Faramir usadowił się wygodniej w fotelu, zasłanym niedźwiedzim futrem. - Mów bratu wszystko, a mądry i cierpliwy brat wysłucha, doradzi i...
- Wyśmieje, tak, wiem. - przerwał mu uprzejmie Boromir, stojący przy oknie. - Ach, byłbym zapomniał, ojciec każe cię czule pozdrowić. A więc niniejszym to czynię. Czule. - mężczyzna uniósł trzymany w dłoni kielich wina w parodiowanym salucie i pociągnął spory łyk trunku.
- Miło, że tak kłamiesz. - Faramir uśmiechnął się do niego.
- Nie kłamię! Ojciec pamięta o tobie i bardzo się o ciebie troszczy.
- Tak? A można wiedzieć co takiego dokładnie powiedział?
- Uważa, że to skandal, iż nie raczyłeś pojawić się na dzisiejszej zmianie wart. Czyli, innymi słowy - myśli o tobie i bardzo tęskni. - Faramir zaśmiał się gorzko, również upijając wina ze swojego naczynia. - Nie żartuję. - Boromir popatrzył na niego z nieoczekiwaną powagą.
- Daruj sobie. - brat już otworzył usta, żeby coś powiedzieć, ale się rozmyślił. Zamiast tego zajrzał uważnie w głąb swojego kielicha. Faramir westchnął. - Dlaczego ty zawsze musisz upijać się w mojej kwaterze?
- Ja się nie upijam... - zaczął Boromir, ale brat nie dał mu dokończyć.
- Opowiedz mi lepiej... powiedział, spoglądając na niego znad kieliszka. - Jak tam twoje miłosne podboje, hmm? Któraż to panna wpadła ci ostatnio w oko? Bo jakaś wpadła na pewno. - Boromir uśmiechnął się lekko, spoglądając gdzieś w dal przez okno. - No już, nie katuj rodzonego brata.
- Rozłożyła mnie dziś w pojedynku na placu przy fontannie. Dwa razy. I to na oczach dzieciarni. - mężczyzna spojrzał na brata z powagą, ale Faramir jedynie parsknął śmiechem.
- Dałeś się pobić kobiecie? - odpowiedział pytaniem, śmiejąc się. - Ty?
- Śmiej się, śmiej. - Boromir rzucił w niego zgarniętą ze stołu rękawicą, przed czym jego brat wprawnie się uchylił. - Od jakiegoś czasu już jej wyglądam. Czarnulka, z oczami, przy których gwiazdy bledną, zawsze w męskim stroju, nigdy w sukience. Sheila jej na imię... - Faramir wyprostował się odruchowo w fotelu.
- Sheila? - powtórzył za bratem. - Sheila Faelivrin?- Boromir odwrócił się ku niemu ze zdumieniem malującym się na twarzy.
- To ty ją znasz? - Faramir skinął głową kilkukrotnie, bez słowa.
- Gdybyś choć trochę interesował się życiem swojego brata, wiedziałbyś, że od dość dawna się przyjaźnimy. - z jakiegoś powodu nagle rozzłoszczony Boromir rozejrzał się za drugą rękawicą, a gdy tejże nie znalazł, rzucił w brata jabłkiem, które Faramir złapał zręcznie.
- Nie demoluj mi komnaty. - poprosił, odkładając owoc na stolik i wstał z miejsca, by po chwili wyjąć z dłoni brata pusty kielich po winie. - Pora chyba do snu. - stwierdził.
- Nie myśl sobie, że do tej rozmowy nie wrócimy. - rzucił jeszcze na odchodne Boromir, gdy brat odprowadzał (czy też raczej niemal wypychał) go na korytarz.
- W to, że wrócimy, akurat nie wątpię. - odpowiedział cicho Faramir, zamykając za nim drzwi swojego pokoju i westchnął głęboko, opierając się o nie. A więc starszy brat znowu okazał się być o krok przed nim...
 

 
Soundtrack: https://youtu.be/cTb4TnSJEH0

Katrin siedziała pod drzewem, owinięta w płaszcz, a mimo to drżąca z zimna. Niedaleko płonęło ognisko, ale dziewczyna nie miała ochoty na towarzystwo. Wolała być sama. Okropnie się czuła. Miała dreszcze, gorączkę i wszystko ją bolało. Dziewczyna jęknęła, szczelniej otulając się płaszczem. Po policzku poleciała jej łza.
- Katrin... - obok małżonki usiadł Legolas. - Jak się czujesz?
- Zimno mi. - odpowiedziała słabo Katrin. Elf zrzucił z ramion płaszcz i otulił nim dziewczynę, nie słuchając słabych protestów.
- Nie płacz Katrin. - Legolas przytulił ją do siebie, kiedy dziewczyna zaszlochała. - Potrzebujesz czegoś? Przynieść ci wody? - Katrin pokiwała głową.
- Jej trzeba czegoś mocniejszego. - odezwał się Gandalf, podchodząc do nich i podał dziewczynie manierkę. - Pij Katrin. - Katrin spojrzała na niego i z wahaniem upiła łyk z manierki. Niemal od razu zaczęła kaszleć.
- Mocne. - powiedział Gandalf. - Ale powinno pomóc. - dziewczyna skuliła się pod płaszczem i oparła głowę na ramieniu Legolasa. Elf objął ją czule, przytulając do siebie.
Katrin leżała zwinięta pod dwiema warstwami płaszczy, pogrążona w niespokojnym śnie. Drżała i szlochała cicho przez sen. Legolas uniósł się na łokciu i wysunąwszy spod koca, przyklęknął przy dziewczynie.
- Katrin... - odezwał się, kładąc jej dłoń na ramieniu. - Zbudź się, melisse. - dziewczyna drgnęła i przebudziła się z jękiem. Spojrzała na Legolasa mokrymi od łez oczami, spazmatycznie łapiąc oddech. Elf uśmiechnął się, biorąc ją za rękę, ale Katrin zignorowała ukochanego, z powrotem kuląc się pod płaszczem. Legolas odgarnął jej włosy z twarzy i przyłożył dłoń do czoła.
- Katrin, jesteś rozpalona. - odezwał się znowu. - Katrin, słyszysz mnie? - elf pociągnął ją za nadgarstek i pomógł jej podnieść się do pozycji siedzącej. Dziewczyna była słaba, leciała mu przez ręce, spieczonymi ustami z trudem łapała powietrze. Legolas sięgnął po manierkę z wodą, z resztą wyposażenia złożoną pod drzewem i przytknął jej do ust. Katrin łapczywie upiła kilka łyków.
- Zostań ze mną... - poprosiła słabo. Elf w odpowiedzi mocniej uścisnął jej dłoń. Trwał przy niej aż do świtu.
- Mithrandirze... - odezwał się Aragorn, kiedy o świcie nadszedł czas na wyruszenie w dalszą drogę. - Nie możemy teraz jechać. Legolas mówi prawdę, dziewczyna jest tak słaba, że nie usiedzi w siodle. Majaczy w gorączce, ma dreszcze, jeśli masz dla niej choć odrobinę litości, nie zmuszaj jej do podróży.
- Dobrze. - odpowiedział Gandalf. - Podróżowanie z chorą będzie uciążliwe. Ale jesteśmy zbyt blisko Isengardu, żeby ryzykować ukrywanie się tutaj. To tereny orków i jeśli będzie trzeba, musimy być przygotowani, żeby chwycić za miecze.
- Mówiłem, że będą z nią same kłopoty. - odezwał się Eomer. Legolas w ułamku sekundy nałożył strzałę na cięciwę i napiął łuk.
- Jeśli jeszcze raz wyrazisz się o niej w ten sposób, wypuszczę strzałę. - zagroził. - Pierwsza przeszyje ci bark, druga utkwi w żołądku, a po trzeciej przestanie bić twoje serce.
- Legolasie, opuść łuk. - upomniał go Gandalf. - Nie chcemy w drużynie konfliktów. Zajmij się małżonką, ona cię teraz potrzebuje. - elf posłał Eomerowi ostatnie spojrzenie i odszedł. Czarodziej miał rację, przy dziewczynie musiał ktoś czuwać.
Katrin zakaszlała, kryjąc twarz w płaszczu i oddała Legolasowi miskę z niedokończonym gulaszem.
- Przepraszam, już nie mogę. - powiedziała. Elf skinął głową.
- Połóż się, odpocznij. - poradził łagodnie, dotykając jej ramienia i podniósł się z miejsca, wracając do towarzyszy.
- Gorączka nie ustępuje. - powiedział, widząc pytające spojrzenia.
- To niedobrze. - stwierdził Aragorn.
- Przynajmniej nigdzie nie widać orków. - dodał Gandalf. - Szczęście w nieszczęściu. - Legolas uśmiechnął się słabo, biorąc od przyjaciela swoją porcję i bez słowa wrócił do dziewczyny. Katrin poruszyła się niespokojnie pod dwiema warstwami płaszczy.
- Katrin... - elf delikatnie dotknął jej ramienia. - Ledwie ruszyłaś swoją porcję. Może zjesz ze mną po połowie?
- Nie jestem głodna... - odpowiedziała, nie otwierając nawet oczu.
- To chociaż napij się wody.
- Nie chcę... - zaprotestowała. Legolas patrzył na nią z troską, gdy z jękiem przekręcała się na bok.
- Legolas... - odezwała się, podnosząc się do siadu chwilę później. - Opowiedz o Berenie i Luthien. - elf uśmiechnął się. Dziewczyna wiele razy słyszała z jego ust tę historię, ale wciąż nie miała jej dosyć. Legolas objął ją ramieniem, a kiedy dziewczyna oparła się o niego, zaczął cicho nucić Balladę o Leithian. Katrin wsłuchiwała się w pieśń, w zamyśleniu skubiąc brzeg płaszcza. Elf odgarnął jej włosy z twarzy i zakończył śpiew czułym pocałunkiem w policzek.
- Legolas... - odezwała się dziewczyna. - Co jeśli nasza miłość nie przetrwa próby czasu? Jeśli się rozpadnie? Jeśli nie będziemy mogli już kochać i nie będziemy potrafili martwić się o siebie?
- Obiecałem ci Anar, le mellin. - odpowiedział Legolas. - Nawet jeśli los rzuci nas daleko od siebie, ja zawsze będę cię kochał. I zawsze cię odnajdę. - Katrin przywarła doń całym ciałem. Wierzyła. Ufała. I była pewna słów ukochanego.
Legolas pilnował małżonki aż do zapadnięcia zmroku. Było już zupełnie ciemno, gdy podszedł do niego Aragorn. Elf podniósł głowę, czując dłoń przyjaciela na ramieniu.
- Myślę, że ty też potrzebujesz wypoczynku. - odezwał się mężczyzna.
- Wolałbym jednak przy niej zostać.
- Jeśli chcesz, mogę cię zastąpić.
- Nie, dziękuję. - Legolas pokręcił głową przecząco.
- Wiem, że się o nią martwisz, ale Katrin w końcu stanie na nogi. Zobacz, śpi jak dziecko. To znaczy, że niedługo wyzdrowieje.
 

 
Soundtrack: https://youtu.be/AHINPB_-wRA

- Jedźcie spokojnie. - powiedziała Galadriela, żegnając drużynę wyruszającą w dalszą drogę. - Katrin... Niedługo spotkasz swoje przeznaczenie. - dziewczyna uśmiechnęła się i skinęła elfce głową na pożegnanie. Popędziła konia, doganiając towarzyszy. Bezpiecznie ukryty pod płaszczem, w skórzanej pochwie spoczywał sztylet podarowany jej przez Galadrielę. "Taki sam niegdyś otrzymała ode mnie twoja matka" tymi słowami elfka zakończyła ich nocne spotkanie.
- Mithrandirze... - odezwała się Katrin podczas postoju na obiad. - Kim jest Limmaniel?
- Limmaniel... - Gandalf uśmiechnął się pod nosem. - Ta, która niesie pokój... To legenda. Historia opowiadana na uroczystych wieczerzach i bankietach. Limmaniel była pierwszą elfką i pierwszą kobietą, która ruszyła na wojnę wraz z mężczyznami. W jedynie lekkiej kolczudze i naramiennikach, w białej sukni i z diademem lśniącym na głowie. Królowa, która nie pozwoliła ginąć swoim poddanym we własnej obronie, ale poprowadziła ich w bój. Własnym ostrzem ścięła ponad pół setki orków, a w końcu wypuściła z łuku decydującą strzałę, która utkwiła w piersi ich pana. Tamtego dnia wróg został pokonany. Limmaniel stała się legendą. Śpiewa się o niej pieśni, opowiada historie. Niejedna kobieta chciałaby być taka jak ona.
- Tylko, że to jeszcze nie koniec opowieści. - dodał Aragorn. - Limmaniel miała córkę, która później zaginęła. Nie wiadomo co się z nią stało.
- Dlaczego właściwie pytasz o nią teraz? - spytał Gandalf, spoglądając na nią, ale uśmiech Katrin wystarczył mu za odpowiedź. Czarodziej uśmiechnął się. - Ach... Spoglądałaś w zwierciadło. - stwierdził. Dziewczyna skinęła głową.
- Tak... A przed wami stoi potomkini Tej, która niesie pokój. - powiedziała, prostując się dumnie. W ciszy, która zapadła przy ognisku, ku dziewczynie zwróciły się zaskoczone spojrzenia. Gandalf odjął od ust fajkę, przypatrując jej się z uwagą, Eomer rozkaszlał się gwałtownie, zakrztusiwszy wodą z manierki, Gimli po krasnoludzku zaklął, zacinając się w palec przy ostrzeniu toporka. Legolas nie był w stanie powiedzieć słowa i tylko Aragorn przyjął wiadomość ze spokojem.
- To przecież niemożliwe... - wykrztusił Eomer.
- Więc przepowiednia... Nie kłamała... - odezwał się elf.
- Od dawna to podejrzewałem. - Aragorn uśmiechnął się lekko. - Katrin... - mężczyzna położył jej dłoń na ramieniu. - Gondor pójdzie za tobą, gdziekolwiek zechcesz nas poprowadzić.
- Powiedz słowo, a będziesz miała na rozkazy całe plemię krasnoludzkie. - dodał Gimli. Katrin podziękowała uśmiechem i spojrzała na Legolasa. Elf ujął jej dłoń w swoją.
- Katrin... - odezwał się. - Cieszę się, że pokochałem właśnie ciebie. - zanim dziewczyna zdążyła zareagować, Legolas przycisnął swoje wargi do jej ust. Nie zaprotestowała. Odwzajemniła pocałunek, a gdy elf wypuścił ją z objęć, uśmiechnęła się, zerkając na pozostałych członków drużyny.
- Możecie być pewni, że was nie zawiodę. - powiedziała.

Katrin przebudziła się w nocy i z jękiem przewróciła na bok. Nocowali oczywiście pod gołym niebem, a gwiazdy świeciły jasno tej nocy, ale dziewczynie nie w głowie był gwiazdy. Wszystko ją bolało i czuła, że chyba ma gorączkę.
- Legolas... - odezwała się, wypełzłszy spod koca. - Śpisz?
- Nie, nie mogę spać. - odpowiedział elf. Katrin wsunęła się pod jego płaszcz i przytuliła do ukochanego. Legolas objął ją ramieniem przytulając do siebie, a dziewczynie udało się znowu zasnąć.
Katrin siedziała w siodle z nisko opuszczona głową. Było jej słabo, kręciło jej się w głowie. Czuła, że zaraz zemdleje. Zrównała się z Aragornem, chcąc prosić o postój, ale zanim zdążyła się odezwać zrobiło jej się ciemno przed oczami, a ona osunęła się po końskim boku na ziemię.
- Katrin... - do ukochanej natychmiast przypadł Legolas. - Katrin, kochanie, co ci jest? - spytał, pomagając jej się podnieść do pozycji siedzącej.
- Słabo mi. - odpowiedziała dziewczyna, opierając się o elfa.
- Katrin, ty masz gorączkę. - Legolas przyłożył jej dłoń do policzka.
- Legolasie, wieź Katrin w swoje siodło. - powiedział Gandalf. - Nie możemy sobie pozwolić na zwłokę. - elf pomógł dziewczynie wsiąść na konia i objął ją ramieniem. Katrin wtuliła się w ukochanego.
Podróżowali w ten sposób od pięciu godzin bez przerwy. Katrin przysypiała w siodle przytulona do Legolasa. Elf zerknął na nią, kiedy przekręciła się z westchnieniem Było jej niewygodnie, dokuczał pełny pęcherz.
- W porządku, kochanie? - spytał, obejmując ją ramieniem.
- Możemy zrobić postój? - odpowiedziała mu pytaniem dziewczyna. - Musze zsiąść, potrzebuję przerwy... - Legolas kojąco pogładził ją po ramieniu i zrównał się z wierzchowcem Gandalfa.
- Mithrandirze... - odezwał się. - Katrin potrzebuje postoju, możemy...
- Ale nie dłużej, niż to konieczne. - odpowiedział Gandalf. Elf skinął głową i szarpnął za lejce, wstrzymując konia, a potem objął małżonkę, gdy nieporadnie zsuwała się z siodła.
- Przepraszam za kłopot. - powiedziała, opierając się na ramieniu Legolasa, kiedy wchodził z nią w las.
- Nie jesteś dla nikogo kłopotem. - zaprotestował Legolas.
 

 
Ponieważ natchnienie dalej nie pofatygowało się z powrotem, a fabuła w miejscu stoi (na wyjątkowo nudnym momencie utknęłam i zniechęcenie mnie bierze) poniżej fragmencik pisany pod ten kawałek, bo niesamowicie mnie on inspiruje. Taki ciepły jest, spokojny i nastrojowy (w każdym razie bardziej mi się podoba niż oryginalna wersja, tamta jest beznadziejna) i starałam się, żeby tekst też taki był.
.
.
Ithlin siedziała na kanapie tuż obok Thorina, wprowadzającego do programu internetowego najnowsze dane dotyczące ostatnich płatności. Dziewczyna podciągnęła kolana pod brodę, mocniej przytulając się do poduszki, którą ściskała w ramionach niczym tarczę. Usiłowała skupić się na filmie w telewizji, ale była śpiąca, oczy same jej się zamykały. Z półsnu wyrwała się dopiero, kiedy Thorin delikatnie położył jej dłoń na przedramieniu. Spojrzała na niego.
- Powinnaś się już położyć. - odezwał się łagodnie mężczyzna.
- Nie jestem zmęczona. - odpowiedziała, starając się stłumić ziewnięcie. Wiedział, że to kłamstwo, ale nie nalegał. Nie chciał jej do niczego zmuszać. Zamiast tego podał jej pilot od telewizora.
- W takim razie wybierz przynajmniej coś, co zainteresuje cię bardziej i na czym nie uśniesz. - uśmiechnął się lekko. Ithlin niepewnie wzięła od niego pilot i oddała mu po chwili przerzucania kanałów w telewizji. Thorin zerknął na nią kątem oka, gdy zwijała się w kłębek na kanapie i uśmiechnął lekko, wracając do pracy.
Kiedy czterdzieści minut później wyłączył komputer, Ithlin od dawna już spała, oddychając równo i spokojnie. Mężczyzna z uśmiechem patrzył przez chwilę na jej twarz; na opadającą na oczy przydługą grzywkę, na lekko rozchylone usta i kilka piegów. Przykrył ją dokładnie miękkim wełnianym pledem (poruszyła się przez sen, ale nie obudziła) i wyszedł z pokoju.

Ithlin szlochała przez sen rozpaczliwie, tuląc się do poduszki. Po policzkach leciały jej łzy. Drgnęła, czując dotyk czyjejś dłoni na ramieniu i wreszcie przebudziła się, gwałtownie łapiąc oddech.
- Ithlin... - odezwał się łagodnie siedzący na skraju kanapy Thorin. - W porządku? - spytał, delikatnie biorąc ją za rękę. Dziewczyna zaszlochała, podnosząc się do pozycji siedzącej i gestem poprosiła, żeby ją przytulił. Tylko tyle. Potrzebowała go. Wiedział o tym, więc o nic już nie pytając objął ją mocno. Ithlin zamknęła oczy, przytulając się do niego. W jego ramionach powoli się uspokajała. Bez względu na wszystko, co się działo, wiedziała, że przy nim jest bezpieczna.
 

 
Soundtrack: https://youtu.be/8Wg1MYjOguI

Katrin powoli przechadzała się po ogrodach Lorien. Był późny wieczór. Galadriela i Celeborn powitali ich w swoim królestwie jeszcze przed zachodem słońca. Drużyna posiliła się, a teraz korzystała z zasłużonego odpoczynku. Dziewczyna była wręcz oczarowana pięknem miejsca, w którym się znalazła i panującą w nim atmosferą. Nie zwracała uwagi na towarzyszy, gawędzących niedaleko, dlatego drgnęła, kiedy Aragorn położył jej dłoń na ramieniu.
- W porządku, Katrin? - spytał mężczyzna. - Nie idziesz na spoczynek?
- Martwię się, Aragornie. - odpowiedziała. - Wszyscy we mnie wierzycie. Wierzycie, że to ja jestem waszą nadzieję... Ale ja jej nie dostrzegam. Straciłam ją dawno temu... - mężczyzna spojrzał na nią z uwagą. Odwzajemniła spojrzenie. - Widzę, że oczekujecie, bym coś zmieniła. Chętnie bym to zrobiła... Ale nie wiem jak...
- To nic złego. - mężczyzna uśmiechnął się lekko. - Wszyscy mamy wątpliwości, gdy spada na nas taka odpowiedzialność. - Katrin spojrzała na niego. - Są sprawy, na które nie mamy wpływu. Które powinniśmy zostawić losowi, a skupić się na tym...
- Co rzeczywiście możemy zmienić... - dokończyła dziewczyna. Aragorn skinął głową z uśmiechem.
- Legolas wydaje się być niespokojny. Sądzę, że powinnaś z nim pomówić. - mężczyzna odprowadził ją wzrokiem, kiedy się oddalała, ale odwrócił wzrok, gdy podszedł do niego Gandalf.
- Jest pełna wątpliwości. - odezwał się czarodziej.
- Nic dziwnego. - odparł Aragorn. - Daje nadzieję ludziom... Sobie nie zostawia żadnej...
Katrin podeszła do elfa, siedzącego samotnie pod drzewem i usiadła obok, biorąc go za rękę. Legolas spojrzał na nią.
- Aragorn mówił mi, że czymś się martwisz. - odezwała się. - Chcesz ze mną porozmawiać? Pierwszy raz widzę cię w takim stanie. - powiedziała, gładząc kojąco jego dłoń.
- Nic mi nie jest Katrin. - elf objął ją ramieniem. - Niepokoję się o losy naszej wyprawy. Jesteś dla mnie najważniejszą osobą na świecie. Do tej pory nie musiałem się o ciebie martwić, ale teraz... - Legolas ukrył twarz w dłoniach.
- Teraz też nie musisz się o mnie martwić. - Katrin uśmiechnęła się delikatnie. - Nawet jeśli zło mnie dosięgnie, nie dam się złamać mocom ciemności.
- Możesz mi to obiecać? - spytał Legolas, podnosząc wzrok. Katrin zawahała się. Nie składało się obietnic, których nie będzie się w stanie dotrzymać. Skinęła głową.
- Tak. - odpowiedziała. Elf objął ją mocno, najwyraźniej potrzebując bliskości. Dziewczyna odwzajemniła uścisk. Obecność ukochanego dodawała jej otuchy.

Katrin otworzyła oczy, wyrwana ze snu. Nad dziewczyną pochylała się Galadriela, uśmiechając się lekko.
- Chodź ze mną Katrin. - odezwała się elfka. Dziewczyna podniosła się na posłaniu i poszła za Galadrielą na jedno z wyższych pięter cudownego ogrodu. Przy okazji zauważyła, że w półmroku Pani Lorien lśni własnym wewnętrznym światłem. Przypominała Katrin gwiazdę, świecącą najjaśniej ze wszystkich. Tą, która zawsze pierwsza wschodzi i zawsze jest obecna na nocnym nieboskłonie. Galadriela przystanęła przy kamiennej misie i nalała do niej wody z przeczystego źródła, płynącego obok.
- Zwierciadło pokazuje to, co było, to, co jest, a czasem nawet to, co się jeszcze nie zdarzyło. - powiedziała. - Jesteś świadoma swojej decyzji?
- Tak. - odpowiedziała Katrin. Galadriela skinęła głową i dała znak dziewczynie, że ta może spojrzeć w zwierciadło. Katrin pochyliła się nad misą. W jednej chwili ogrody Lorien gdzieś zniknęły, a ona znalazła się w środku pola bitwy. Między mężczyznami w zbrojach i walczącymi orkami wyróżniała się ciemnowłosa elfka w lekkiej białej sukni i cienkiej kolczudze, wymachująca mieczem na wszystkie strony. Z jej ręki raz po raz padali orkowie. Chwilę potem ujrzała inną scenę. Ta sama elfka trzymała w ramionach nowo narodzone dziecko. Płakała nad córką. Scena znowu się zmieniła. Postać w ciemnym płaszczu, z twarzą ukrytą pod kapturem, położyła maleństwo owinięte w szarą tkaninę na progu domu tak dobrze znanego Katrin. Potem zobaczyła siebie, Czarnoksiężnika i szalejącą w Śródziemiu wojnę. Legolas z rozciętą wargą, z włosami przesiąkniętymi krwią, krzyczał coś do niej. Chwilę potem na jego gardle zacisnęła się ręka orka. Ona sama była już zakuta w łańcuchy, czarnoksiężnik śmiał się, zrywając jej z szyi kryształ górski. Śródziemie pogrążało się w chaosie. Wszystkie królestwa krainy, która byłą dla dziewczyny domem, oddały złu hołd. Katrin oderwała wzrok od zwierciadła, oddychając spazmatycznie.
- Wiem co ujrzałaś. - odezwała się Galadriela, kiedy Katrin otworzyła usta, chcąc coś powiedzieć. - Widziałaś, co się wydarzy, jeśli zawiedziesz. A wcześniej widziałaś także swoją matkę, Limmaniel. I zaginioną księżniczkę z przepowiedni. - elfka uśmiechnęła się.
- Kim jest Limmaniel? - spytała Katrin.
- Nie dane ci jest usłyszeć odpowiedź z moich ust.
 

 
Soundtrack (który działa mniej więcej do 1:40):
https://youtu.be/LbpHB9wbDhY

Katrin otworzyła oczy i przewróciła się na bok. Pod warstwą skóry i w objęciach ukochanego był jej wygodnie i ciepło i przez chwilę znów mogła wierzyć, że wszystko jest w porządku. Miała zamiar na powrót usnąć, ale uniosła się na łokciach, słysząc głos Gandalfa. Gdzieś niedaleko trwała burzliwa dyskusja. Poza tym spomiędzy drzew wciąż prześwitywała łuna ognia.
- Nadal uważam, że popełniliśmy błąd, zabierając ją ze sobą. - odezwał się drugi głos, w którym dziewczyna rozpoznała Eomera.
- Dorównuje swoją siłą i uporem niejednemu mężczyźnie. - odpowiedział Gandalf. - Jej moc jest nam bardzo pomocna.
- Niemniej to młoda kobieta. Nie powinna brać udziału w tak niebezpiecznym przedsięwzięciu, nawet jeśli jest tak silna jak mówisz. Kobiety nie angażują się w tego typu wyprawy.
- Twoje poglądy nie wnoszą niczego nowego do tej dyskusji. Poza tym nie mają w dzisiejszych czasach najmniejszego sensu. Eomerze... Czy o Eowinie też myślałbyś w ten sposób?
- Mówisz o jej wyczynach podczas Wojny o Pierścień? Nigdy, przy zdrowych zmysłach, nie pozwoliłbym jej jechać w zastępie konnych. Mithrandirze, pomyśl, ledwo ją znamy. Zjawiła się nie wiadomo skąd. To od niej zaczęły się nasze kłopoty, z którymi nie możemy sobie poradzić. W tym starciu też jesteśmy bez szans. Nie obchodzi mnie jej moc, to zwykła śmiertelniczka. I jest słaba, Mithrandirze. Nie podoła w dźwiganiu brzemienia, które na nią nałożyłeś. Już teraz zachowuje się nieodpowiedzialnie. Nie możemy liczyć na to, że dzięki niej przetrwamy ten niebezpieczny czas.
- Wydaje mi się Eomerze, że nie masz pojęcia o czym mówisz. Katrin niejeden już raz dowiodła swojej waleczności. Sama stawiła czoło mocom ciemności i wyszła zwycięsko z pojedynku. Podczas szarży na Minas Tirith sama poprowadziła do zwycięstwa zastęp zbrojnych. Jej siła woli jest niezwykła. To o niej mówi przepowiednia. Jej przybycie było zapisane w gwiazdach. Eomerze... Nie mów, że nie widzisz tego w jej oczach.
- Skoro to naprawdę legendarna księżniczka, powinna umieć to udowodnić.
- Eomerze... Mało dostałeś już dowodów? Czytałeś przepowiednie. Wiesz, co widziała ta dziewczyna. Wiesz, skąd przybywa. To nie pierwszy w historii taki przypadek.
- Nasza rozmowa jest jałowa Mithrandirze i do niczego nie prowadzi. To wszystko jest nieważne. Dziewczyna sobie nie poradzi.
- Jesteś głupcem Eomerze! - wrzasnął Gandalf, ale zreflektował się, przypominając sobie, że towarzysze podróży są pogrążeni we śnie. - Jesteś głupcem nie dostrzegając jej talentu.
- Kilka magicznych sztuczek nazywasz talentem?! - warknął Eomer. - Wojna to nie miejsce dla kobiety. Słabej i bezbronnej. W ogóle nie powinno jej u z nami być. Dziwię się Legolasowi, że na tak dużo jej pozwala. Na jego miejscu starałbym się ją utemperować. - Katrin podniosła się z ziemi, wysuwając się z objęć Legolasa i - choć z początku nie zamierzała się wtrącać - ruszyła ku mężczyznom siedzącym przy ognisku.
- Miło, że masz o mnie właśnie takie mniemanie. - odezwała się, stając za plecami Eomera. Władca Rohanu odwrócił głowę. - Ale na twoim miejscu miałabym się na baczności. - w oku dziewczyny błysnął gniew. - Nigdy nie wiesz, kiedy moje bezużyteczne zdolności uratują ci życie. - powiedziała i nie oczekując odpowiedzi wróciła do śpiących towarzyszy.

Katrin siedziała w siodle z nisko opuszczoną głową. Po tym co usłyszała w nocy, nie potrafiła już zasnąć. Choć sama nie chciała tego przed sobą przyznać, słowa Eomera dotknęły ją do żywego.
- Katrin, me Anar, ilya mi ana man? (Katrin, słońce, wszystko w porządku?) - odezwał się Legolas zrównawszy się z jej wierzchowcem.
- Mhm. - dziewczyna pokiwała głową. - Ilya Mare. (Wszystko dobrze.) - dodała, rzucając spojrzenie Eomerowi. Mężczyzna odwrócił wzrok, najwyraźniej zawstydzony słowami, które padły nocą. Katrin poczuła łzy napływające jej do oczu mimo woli. Otarła oczy rękawem, ale łzy już płynęły strumieniami. Dziewczyna szarpnęła za lejce, zatrzymując konia i ukryła twarz w dłoniach. Legolas położył jej dłoń na plecach, również zatrzymując wierzchowca.
- Katrin... - szepnął, pomagając jej zsiąść z konia i mocno objął.
- Źle zrobiłeś żeniąc się ze mną! - zaszlochała Katrin. - Nie zasługuję na twoją miłość, ani na miejsce u twego boku.
- Co ty pleciesz Katrin? Nie wolno ci mówić takich rzeczy. - szepnął kojąco elf.
- W głębi duszy... Ty też tak uważasz...
- Ćśś... Nawet nie wasz się tak mówić. - Legolas pogładził ją po włosach, gdy szlochała wtulona w jego płaszcz. Gandalf spojrzał na Eomera karcąco.
- Zobacz do czego doprowadziłeś swoim gadaniem. Powinieneś być jej wdzięczny głupcze.
 

 
Specjalnie dla was odgrzebałam rysunek jeszcze z marca, rysowany kiedy rozpaczliwie musiałam się czymś zająć, a ołówek był pod ręką. Korci mnie strasznie, żeby znowu coś narysować, bo przez tę maturę i związany z rekrutacją na studia ciągły stres nie było na to czasu (jeszcze żeby natchnienie się znalazło, to byłoby miło). Poniższe wyszło śmiem twierdzić nieźle, nie mam mu nic do zarzucenia.

Inspiracja na dziś: https://youtu.be/oozQ4yV__Vw
Poważnie, proszę kliknąć, odpalić i przesłuchać do fragmentu, który zostawiam poniżej. Jutro już myślę regularny rozdział.

--------------------------------------------------------------------------------------------

Ithlin z rozmarzeniem wpatrywała się w prawie pustą o tej porze plażę. Turyści powoli zbierali swoje rzeczy, surferzy korzystali z ostatnich fal, żeby za chwilę też odłożyć już sprzęt. Zachodzące słońce zaczynało muskać taflę wody barwiąc ją na niemal złoty kolor. Kobieta powoli wciągnęła do płuc rześkie, morskie powietrze. Wiatr od strony morza delikatnie rozwiewał jej włosy.
- Byłem tu już tyle razy i nigdy nie mogę się napatrzeć. - odezwał się z uśmiechem siedzący obok niej na murku Thorin.
- A jest na co patrzeć. - Ithlin odpowiedziała mu uśmiechem. - Już właśnie sam widok zapamiętam na długo. To... Piękne. - Thorin spojrzał na nią. Na jej lekko zrumienione z emocji policzki, na oczy w których połyskiwały iskierki podniecenia i lekko rozchylone usta. Uśmiechnął się, kiedy podłapała jego spojrzenie i zawstydzona spuściła wzrok, rumieniąc się. Przygryzła wargę.
- Poza tym... Pan się właśnie uśmiechnął. - dodała.
- No widzisz, czasem mi się zdarza. - stwierdził Thorin, uśmiechając się jeszcze szerzej. Ithlin odgarnęła włosy z twarzy i odetchnęła głębiej, zbierając się na odwagę. Potem lekko musnęła ustami jego policzek. W podziękowaniu za... Za wszystko. Thorin nachylił się do niej, delikatnie dotykając jej policzka. Spojrzał jej prosto w oczy.
- Jeżeli chce pan to zrobić, to niech pan to zrobi teraz... - wyszeptała, bojąc się, że za chwilę zabraknie jej odwagi.
Chciała coś powiedzieć, cokolwiek, ale wydało jej się, że tonie w tych błękitnych oczach, i zabrakło jej słów. Nachylił się do niej jeszcze bardziej, zawahał, przekrzywił lekko głowę. Ona też to bezwiednie zrobiła. I zamknęła oczy, gdy delikatnie dotknął wargami jej ust.
Pocałunek nie był długi an szczególnie namiętny, ale ledwie ich usta się złączyły, wiedziała już z całą pewnością, że nie przeżyła dotąd niczego tak bezpretensjonalnego i tak naturalnego. Była to idealna puenta niewyobrażalnie idealnego popołudnia.
 

 
Jakieś dwa tygodnie temu wspominałam o lekkiej historii miłosnej, którą zaczęłam pisać i pomyślałam, że przydałaby się choć mała zapowiedź. Nie mając się czego czepić stwierdziłam, że czemu by nie napisać czegoś w wersji modern. A ponieważ na papier uparcie (i skutecznie) pchał mi się Thorin Dębowa Tarcza, to trochę się nad nim poznęcałam. Poniżej fragmencik, pierwsze rozdziały przewidywane na przełomie sierpnia/września.

--------------------------------------------------------------------------------------------

Ithlin wyglądała przez szybę samochodu na rozświetlany latarniami i światłami samochodów Nowy Jork. Podniosłą jeszcze wzrok na niebo, szukając gwiazd, ale tego wieczoru nie znalazła żadnej.
- Wiesz... - podjęła rozmowę, zerkając na siedzącego za kierownicą Thorina. - Właściwie to już dawno powinnam ci podziękować za wszystko, co dla mnie zrobiłeś. Jesteś pierwszą osobą, dla której w jakiś sposób się liczę. - mężczyzna uśmiechnął się lekko.
- Zawsze będziesz się dla mnie liczyć... - odpowiedział.
- I ty dla mnie też... - Ithlin ściszyła głos, odwracając wzrok. Serce waliło jej jak oszalałe, niezdolne do dalszego tłumienia uczuć. Miała wręcz wrażenie, że za chwilę wyskoczy jej z piersi. Thorin zerknął na nią, delikatnie dotykając jej dłoni. Wjeżdżali na teren osiedli strzeżonych, jezdnia była niemal pusta. Dziewczyna zamknęła oczy, odwzajemniając uścisk jego dłoni. Dopiero po chwili odważyła się podnieść na niego wzrok. Odetchnęła głębiej, gdy w oczach stanęły jej łzy i odruchowo przytrzymała się fotela, kiedy Thorin skręcił gwałtownie na pobocze.
- Ithlin, co się dzieje? - spytał z troską, zaglądając jej w oczy. Delikatnie dotknął dłonią jej policzka. Dziewczyna tylko pokręciła głową przecząco, przez ściśnięte gardło nie mogąc powiedzieć ani słowa. Odetchnęła raz jeszcze, starając się uspokoić, ale łzy już leciały jej strużkami po policzkach. Rozpłakała się.
- Ithlin, proszę... Powiedz mi, co się dzieje? Dlaczego płaczesz...? - mężczyzna delikatnie wziął ją za rękę. Spojrzała na niego przez łzy. Wydawał się naprawdę przejęty sytuacją.
- Nie masz pojęcia, jak ciężko mi udawać przed sobą, że nic do ciebie nie czuję... - zaszlochała, patrząc mu prosto w oczy.
- Ithlin... Ty nie musisz niczego udawać... Wiesz, że mimo iż nie nadaję się na stały związek... To i tak bardzo mi na tobie zależy. Nie płacz, proszę... Nie z mojego powodu. - Ithlin wtuliła się w niego ufnie, kiedy przygarnął ją do siebie i przytulił. Ukryła twarz w jego marynarce, zawstydzona, że się przed nim popisała, ale nie mogła tak dłużej.
- Mam do ciebie... Całkowite zaufanie... - powiedziała powoli drżącym głosem. Thorin pogłaskał ją delikatnie po włosach.
- A ja nigdy nie pozwolę, żebyś je straciła. - wyszeptał.
 

 
Soundtrack: https://youtu.be/Q5cIfvmIgpI

Katrin usiadła w siodle i zerknęła na Legolasa, który właśnie wkładał do juków resztę niezbędnych rzeczy.
- Jak się czujesz Katrin? - spytał elf, podchodząc do niej.
- Ze mną wszystko w porządku. - dziewczyna uśmiechnęła się.
- Sądzę, że to nie jest odpowiednie zajęcie dla kobiety. - odezwał się Eomer, zatrzymując się obok.
- Nie martw się, nie będę dla was ciężarem. - odparła Katrin. - Potrafię o siebie zadbać. - dodała gniewnie, popędzając wierzchowca. Chwilę potem zrównał się z nią Aragorn.
- Eomer nie miał na myśli nic złego. - odezwał się.
- Niemniej czuję się urażona. - odpowiedziała dziewczyna. - To, że jestem kobietą, nie znaczy, że jestem słaba.
- Nikt tak nie twierdzi, moja droga! - Katrin odwróciła się, słysząc Gandalfa. - To właśnie na tobie spoczywa największa odpowiedzialność.
- Katrin... - z wierzchowcem dziewczyny zrównał się Gimli. - Jeśliby ktoś próbował pozbawić cię godności, przyślij go do mnie złociutka. Ostro go oćwiczę. - Katrin roześmiała się.
- Dziękuję Gimli. - odpowiedziała.
Po całym dniu w siodle, odpoczynek na skraju Mrocznej Puszczy przyniósł wszystkim sporo ulgi i wytchnienia. Zaraz też zdecydowano, że tam rozbije się obóz na noc. Powoli zaczynało się ściemniać. Skóry i koce były już rozłożone na trawie i każdy zajmował się sobą. Gandalf, Aragorn i Eomer od dobrej godziny ślęczeli nad mapami Sródziemia, a także pojedynczych królestw, obmyślając strategię i zastanawiając się co będzie, jeśli do negocjacji nie dojdzie. Gimli ostrzył toporek i również zajmowało mu to sporo czasu - broń ciągle nie była należycie ostra. Katrin wpatrywała się w niewielką kupkę drewna, którą ułożyła przed sobą. Wyszeptała krótką inkantację i drewienka zapłonęły ogniem. Dziewczyna otoczyła płomień dłońmi i ponownie przyzwała do siebie magię, otaczając ogień tarczą. Utrzymując ochronę posłała ku ogniu niewielki pocisk energii. Żar zafalował, ale nie zgasł. Katrin uśmiechnęła się, zadowolona z udanej sztuczki i zaraz podniosła głowę, czując uderzenie w ramię. Strzepnęła dłońmi i podniosła z ziemi niewielki orzeszek. Zadarła głowę do góry, szukając wzrokiem Legolasa. Elf siedział na gałęzi grubego drzewa, oddalonego o kilka kroków. Pomachał do niej, kiedy go zauważyła, a chwilę potem podał rękę, kiedy wspinała się do niego.
- Trzymaj. - powiedział, podając jej idealnie okrągły, czerwony owoc.
- Smocza jagoda? - uśmiechnęła się dziewczyna.
- Tak. - Legolas skinął głową. - Wiem, że je lubisz, ale to jedno z ostatnich drzew rodzących te owoce. Te są wyjątkowo słodkie. - Katrin wgryzła się w owoc i stwierdziła, że rzeczywiście jest smaczny. Soczysty miąższ pod chrupiącą skórką rozpływał jej się w ustach. Siedzieli tak jeszcze dłuższą chwilę, rozmawiając i delektując się słodyczą owoców, a do obozowiska wrócili, kiedy słonce zaczęło znikać za horyzontem.
- Niepokoiliśmy się o was. - odezwał się Aragorn.
- Przepraszamy, nie chcieliśmy was martwić. - odpowiedziała Katrin. - My tylko...
- Chcieliśmy tylko pobyć sami. - dokończył Legolas.

Katrin stała po pas w wodzie, wyżymając mokre włosy. Woda Celduiny była spokojna, nagrzana słońcem i odpowiedniej głębokości, żeby móc się w niej kąpać, co też dziewczyna właśnie czyniła. Z zarośli, porastających brzeg rzeki wyłonił się Legolas i uśmiechnął się, widząc dziewczynę. Rozpiął koszulę, pasek, zdjął buty i spodnie i wszedł do wody. Katrin drgnęła, kiedy położył jej dłoń na ramieniu. Odwróciła głowę.
- Przestraszyłeś mnie. - powiedziała. Elf w odpowiedzi pocałował ją, a dziewczyna odwzajemniła pocałunek. Legolas odgarnął jej z twarzy mokre włosy, musnął palcami jej piersi.
- Przestań. - zaprotestowała Katrin, ochlapując go wodą. Elf roześmiał się, odwdzięczając jej się tym samym. Dziewczyna pisnęła, uciekając tam, gdzie woda była głębsza, a chwilę potem dołączył do niej Legolas. Pływali do całkowitego zapadnięcia zmroku. Katrin śmiała się i krzyczała, kiedy elf ochlapywał ją wodą, zupełnie zapominając o Czarnoksiężniku, o tym gdzie jedzie i po co. Do obozowiska wracali, trzymając się za ręce i szepcząc czułe słówka. Gandalf wstał od ogniska, widząc ich.
- Nie pora teraz na to! - krzyknął. - Czy wam się wydaje, że to beztroska wycieczka?! Nawet jeśli, to wcale tak nie jest! Jedziemy na wojnę i radzę wam o tym nie zapominać!
- Przepraszamy. - Katrin spuściła głowę. Legolas objął ją ramieniem. Miła atmosfera wieczoru w jednej chwili znikła.
 

 
Soundtrack: https://youtu.be/jWJYf0yFiJE

Katrin weszła po schodach na jeden z tarasów na najwyższym poziomie domu Elronda. Przy okrągłym stole siedziała pani Galadriela, Radagast Bury, a także ich gospodarz. Towarzyszący dziewczynie Gandalf skinął im głową. Galadriela spojrzała na nią. Katrin spłoszyła się odrobinę, ale odwzajemniła spojrzenie. Elfka uśmiechnęła się.
- Mithrandirze, Katrin... - odezwała się.
- Pani Galadrielo... - Katrin skłoniła się.
- Posłałeś po nas Mirhrandirze. - powiedziała elfka. - Mów, w czym rzecz.
- Chodzi nie tylko o dziewczynę, ale i o Herumora. - powiedział Gandalf, kiedy wszyscy zasiedli już wokół stołu. - Być może myślał, że jego plany i intrygi nigdy nie wyjdą na jaw. Że pozostanie niezauważony. Jednakże mylił się. Zbyt wiele się wydarzyło.
- Twoje myśli zaprząta tylko Czarnoksiężnik. - powiedziała Galadriela.
- To prawda. - Gandalf skinął głową. - Jeśli zgromadzi wokół siebie ludzkich sojuszników, skutki będą straszne.
- Za daleko się zapędzamy. - powiedział Elrond. - Czarnoksiężnik nie ma mocy Saurona, a ten się nie liczy. - Katrin spojrzała na Gandalfa oczekując jego reakcji.
- Żeby uzyskać władzę nad Śródziemiem potrzebny jest Jedyny Pierścień. Ten został stracony dawno temu. - powiedział Radagast.
- I od tamtej pory żyjemy w pokoju. - kontynuował Elrond. - Z takim trudem osiągniętym...
- Żyjemy w pokoju? - przerwał mu Gandalf. - Orkowie, którzy wzięli się znikąd napadają na wsie. Plądrują uprawy.
- To jeszcze nie wstęp do wojny. - odparł elf.
- Mów dalej. - odezwała się stanowczo Galadriela.
- Coś złego czai się w Isengardzie. - kontynuowałGandalf. - Jakaś potężna moc. Możecie zresztą zapytać Katrin. Niejednokrotnie już miała kontakt z mocą powstałą z ciemności. - dziewczyna zarumieniła się i powiodła wzrokiem po zebranych. Nikt nie zwracał na nią uwagi.
- Niedorzeczność. - skwitował Radagast. - Wielu para się czarną magią.
- Mithrandir mówi słusznie. - uznała Galadriela. - Zapytajmy dziewczynę. - Katrin odważnie spojrzała w oczy pani Lorien. - Jeszcze lepiej byłoby obejrzeć jej wspomnienia. Katrin... - elfka wstała od stołu. - Czy zgodzisz się na wgląd w swój umysł?
- Jeśli tylko... Rzuci to więcej światła na zaistniałą sytuację to... Oczywiście. - Galadriela poprosiła dziewczynę, by ta wstała, przyłożyła jej dłoń do czoła i skupiła się na jej umyśle. Katrin zamknęła oczy, wyraźnie czuła obecność Galadrieli w swojej głowie. Cofnęła się w przeszłość, ale teraz była tylko obserwatorem. Widziała jak Gandalf wyjmuje z torby czarny naszyjnik, pamiętała kłótnię z Legolasem, widziała całą długą podróż, aż wreszcie pierwszą walkę z mocami ciemności i zniszczenie źródła. Widziała wszystkie wspaniałe chwile spędzone z ukochanym, to, jak Herumor zdołał odnaleźć ich w jej świecie. Na nowo poczuła rozdzierający ból, który czuła raniona sztyletem. I ból niefizyczny, samotność. To ostatnie sprawiło, że jęknęła i przypominając sobie taniec z poprzedniego wieczora, odwróciła głowę.
- Dość, błagam. - wyszeptała, zaciskając drżące dłonie w pięści.
- Miałeś rację Mithrandirze. - powiedziała Galadriela. - I w kwestii czarnej magii i dziewczyny.
- Musimy zdecydować jakie podjąć działania. - kontynuował Gandalf. - Tylko Katrin jest w stanie przeciwstawić się tak potężnej mocy. Wszyscy, jak tu stoimy, znamy przepowiednię, która powoli się wypełnia. Nawet ja nie wiem jak potężna jest ta dziewczyna, a szkoliłem ją osobiście. Podczas jej szkolenia nie przebiłem się nawet przez skorupkę.
- Wobec tego wyślemy do Isengardu emisariuszy. - powiedział Elrond. - Pojadą przedstawiciele wszystkich wolnych ras Śródziemia. Tak jak za czasów Wojny o Pierścień. Zabraknie jedynie hobbitów, ale nie sądzę żeby ten problem dotyczył niziołków.
- Ten problem drogi Elrondzie, dotyczy wszystkich. - odpowiedział Gandalf. - Z Katrin pojadę ja, żeby mieć nad nią pieczę. Poza tym Legolas, Aragorn, Gimli i Eomer. Jeśli wróg nie pójdzie na ustępstwo, będzie to oznaczało wojnę.
- Chciałabym pomówić sam na sam z Katrin. - odezwała się Galadriela. Mężczyźni skłonili się z szacunkiem pani Lorien i posłusznie opuścili taras.
- Katrin... - elfka usiadła naprzeciwko dziewczyny. - Wyczuwam w tobie żal i tęsknotę. Straciłaś matkę.
- Nigdy nie poznałam tej prawdziwej. A naprawdę tego chcę. Chcę się dowiedzieć kim była... Kim ja jestem. Przed czym chciano mnie chronić i dlaczego złu tak na mnie zależy.
- Dowiesz się tego. - Galadriela założyła jej włosy za ucho i z uśmiechem musnęła palcami policzek. - Wkrótce się dowiesz.
 

 
Soundtrack: https://youtu.be/5i5mhY_u3tk https://youtu.be/XM21OAr0USw

Dłoń Katrin powoli błądziła po ciele Legolasa, podczas gdy elf całował ją długo i namiętnie. Złote włosy rozsypane były na poduszce, czarne fale włosów dziewczyny także były w nieładzie. Katrin przerwała pieszczotę, kiedy do komnaty zajrzał Feren.
- Proszę o wybaczenie... - odezwał się, dostrzegając spojrzenie, jakim obdarzył go Legolas. - Przyszedłem zapytać czy jesteście gotowi do drogi, mój Panie.
- Tak. - odpowiedziała Katrin, uprzedzając Legolasa. - Tak, zaraz zejdziemy. - dziewczyna odprowadziła wzrokiem elfa, który skłonił się i opuścił komnatę, a potem wyplątała się z kołdry. Wygładziła tunikę i przeczesała palcami włosy.
- Musimy iść milinde (kochanie). - powiedziała, muskając palcami policzek Legolasa. Elf wziął ją za rękę i znowu spróbował pocałować. Katrin nie zaprotestowała. Poddała mu się całkowicie.
Dziewczyna i elf wyszli na pałacowy dziedziniec, mocno ściskając się za ręce. Katrin rumieniła się na samą myśl o tym, co jeszcze przed chwilą robiła w komnacie z ukochanym. Legolas uśmiechnął się do siebie ze wzrokiem utkwionym w dziewczynie.
- Co was zatrzymało? - spytał Aragorn, stojący przy swoim wierzchowcu.
- Już... Możemy jechać. - odpowiedziała wymijająco Katrin. Gandalf bez słowa usadowił się w siodle i ruszył przed siebie mamrocząc coś o zakochanych, którzy świata poza sobą nie widzą. Pozostali również dosiedli koni, nie chcąc jeszcze bardziej zdenerwować czarodzieja i tak wyprowadzonego z równowagi.
Droga do Rivendell mimo z pozoru długiego dystansu, minęła szybko. Katrin miała wrażenie, że podróż nie zajęła nawet godziny, choć słońce wiszące wysoko na niebie wskazywało na coś innego. Elrond przywitał ich życzliwie i wkrótce wszyscy zasiedli do obiadu. Eomer i Gimli przyjechali o wiele wcześniej i posiłek upływał na rozmowie i wymianie informacji. Synowie Elronda także przywieźli z patrolu ciekawe wieści.
- Biała Rada zbiera się jutro Katrin. - odezwał się Elrond. - W tej naradzie również weźmiesz udział.
- Nie należę do Rady. - zaprotestowała dziewczyna.
- Ale będziemy radzić w twojej sprawie. - odpowiedział Gandalf. - I wszyscy zgodziliśmy się, że powinnaś być przy tej rozmowie. Katrin... Wiem czym się martwisz. Biała Rada nie będzie cię do niczego zmuszać. Najważniejsze decyzje podejmiesz właśnie ty.

Katrin wzięła głęboki wdech, naciągnęła cięciwę łuku i ze świstem wypuściła strzałę. Trafiła w sam środek tarczy. Wyszarpnęła z kołczanu kolejną strzałę i znów napięła łuk, usiłując zapanować na drżeniem dłoni.
- Tur arwa, Katrin. (Skoncentruj się, Katrin.) - usłyszała szept i poczuła obejmujące ją dłonie Legolasa. - Eglath North, et harya band mer tuule. (Porzuć przeświadczenie, że musisz trafić.) - elf położył jej dłonie na ramionach. Dziewczyna jeszcze raz odetchnęła i czując napływające do oczu łzy, puściła cięciwę. Strzała pomknęła ze świstem i ze stukotem wbiła się w tarczę. Katrin podniosła wzrok na ukochanego i zaraz poczuła jego usta na swoich. Odwzajemniła pocałunek.
- Nie jesteś z Gimlim? - spytała dziewczyna. - Myślałam, że chcesz spędzić trochę czasu z przyjacielem.
- Prawdę mówiąc to Gimli przysłał mnie do ciebie. - uśmiechnął się Legolas. - Przypuszczał, że coś cię martwi.
- Tak? - Katrin otarła łzy wierzchem dłoni.
- I najwyraźniej miał rację. - elf spoważniał. - Chodź ze mną.
Legolas wziął od dziewczyny łuk i kołczan ze strzałami, wziął ją za rękę i poprowadził na taras.
- Zatańczysz ze mną kochanie? - spytał, wyciągając do niej dłoń.
- Nie mamy muzyki. - odpowiedziała Katrin, nie mogąc zapanować nad drżeniem głosu.
- Muzykę masz w sercu. - szepnął Legolas, biorąc dłoń dziewczyny w swoją. Katrin położyła drugą rękę na jego ramieniu. Łzy leciały jej po policzkach, kiedy elf prowadził ją w tańcu. Przytuliła się do niego. Legolas uśmiechnął się, ale nie zatrzymał, okręcił Katrin wokół. Nie potrzebowali muzyki. Słyszeli ją w wieczornym wietrze, w śpiewie ptaków, we własnych oddechach. Wreszcie dziewczyna uśmiechnęła się przez łzy, kiedy elf wziął ją w ramiona i pocałował czule.
- Dziękuję. - wyszeptała dziewczyna, kiedy elf przerwał pieszczotę.
- Wiem, jak ci teraz ciężko. - powiedział Legolas. - Żałuję, że nie mogę wziąć na siebie choć połowy twoich wątpliwości. - dziewczyna odpowiedziała uśmiechem.
- Wystarczy mi, że będziesz przy mnie. - wyszeptała, przytulając się do niego.
 

 
Soundtrack: https://youtu.be/1pjdUtgeLMk

Katrin leżała w łóżku z baldachimem, wpatrując się w sufit. Nie mogła zasnąć. Powrót do Leśnego Królestwa sprawiał jej mnóstwo radości, ale wciąż czuła przytłaczający ją natłok spraw, które wymagały poukładania w głowie. Dziewczyna przekręciła się na bok, a zaraz potem wysunęła spod kołdry i nie dbając o to, czy ktoś ją zobaczy, pobiegła korytarzem do komnaty Legolasa. Elf leżał w łóżku, oddychając równo i spokojnie. Katrin wślizgnęła się pod jego kołdrę, układając obok niego w miękkiej pościeli.
- Legolas, śpisz? - odezwała się szeptem, kładąc mu dłoń na ramieniu. Elf przekręcił się na plecy z głębszym westchnieniem.
- Już nie. - odpowiedział elf, obejmując dziewczynę ramieniem. Katrin ujęła jego dłoń w swoją i przez chwilę bawiła się jego palcami, potem złożyła na jego ustach pocałunek. Dziewczyna usiadła i do takiej samej pozycji pociągnęła Legolasa.
- Na pocałunkach chyba się nie skończy. - zauważył elf.
- Oj, nie. - potwierdziła dziewczyna. Legolas delikatnie ujął jej twarz w dłonie, całując ją z namiętnością. Katrin oddawała pocałunek za pocałunkiem i nie zaprotestowała, kiedy elf przeniósł się z pieszczotami na jej szyję. Katrin westchnęła z rozkoszą, wsuwając mu dłoń pod koszulę. Legolas, nie przestając jej całować, zdjął z niej koszulkę nocną. Nie pozostała mu dłużna, a spodnie od stroju nocnego zdjął już sam. Katrin opadła na miękką pościel. Elf pochylił się nad nią, delikatnie pieszcząc jej piersi, ona dotknęła wypukłości w kroczu Legolasa. Słyszała jak gwałtownie wciąga powietrze.
- Brakowało mi ciebie. - wyszeptała, wsuwając palce w jego złote jak łan pszenicy włosy.
- Nigdy więcej nie puszczę cię samej na tak długo. - odpowiedział Legolas, muskając palcami jej policzek.
- A ja nigdy więcej nie wyjadę, przysięgam. Legolas... Kochaj się ze mną. - elf wszedł w nią delikatnie, ale stanowczo. Tak, jak zwykł to robić. Jak gdyby tylko na to czekał. Katrin jęknęła, drżąc z niebywałej rozkoszy. Legolas zamknął jej usta pocałunkiem, ale stopniowo schodził z pieszczotą coraz niżej, jednocześnie poruszając się w niej rytmicznie. Dziewczyna stłumiła kolejny jęk, wyginając plecy w łuk, ale nie potrzebowała dużo czasu, żeby szczytować w jego objęciach. Elf wysunął się z jej rozpalonego pożądaniem wnętrza, kończąc upojne chwile czuła pieszczotą. Katrin mocno przytuliła się do ukochanego, gdy całował ją po raz ostatni i ułożyła wygodniej w pościeli, gdy przykrywał oboje kołdrą.
- Amralime. (Kocham cię.) - wyszeptała dziewczyna, kładąc głowę na jego piersi. - Mannen illa quen. (Bardziej niż kogokolwiek innego.) - Legolas uśmiechnął się.
- Ja ciebie też. - odszepnął. - Mae Fui, melisse... (Dobranoc, kochanie...)
Legolas przebudził się, choć w komnacie wciąż panowały ciemności. Elf przekręcił się na bok, zauważając, że Katrin nie ma obok niego. Dziewczyna stała przy otwartym na oścież oknie. Włosy targane nocnym wiatrem opadały jej na twarz, drżała osłoniona jedynie cieniutką koszulką nocną.
Katrin wpatrywała się w ciemność za oknem. Gwiazdy świeciły jasno i miała wrażenie, że... Śmieją się z niej. Dziewczyna drżała od tłumionego szlochu, łzy strumieniami spływały jej po policzkach. Rodzice nie byli jej rodzicami, miejsce, które przez ponad dwadzieścia lat uważała za swój dom, nie było jej domem. Całe jej dotychczasowe życie nie należało do niej.
Legolas wstał z łóżka, podchodząc do ukochanej. Położył jej dłoń na ramieniu, a ona podniosła na niego oczy pełne łez.
Poczuła dotyk dłoni elfa na ramieniu i poderwała głowę. Patrzył na nią ciepłymi, brązowymi oczami.
- Manaan lye nirn? (Dlaczego płaczesz?) - spytał Legolas. - Katrin?
- Illa... (Nie...) - dziewczyna pokręciła głową. - Ta nibin. (To nic.)
- Ava nirn, an ata noa, an ta nye neithan kar. (Nie płacz, bo jeszcze pomyślę, że to przeze mnie.)
- Nie Legolas. - odpowiedziała Katrin. - Ty nie byłbyś w stanie doprowadzić mnie do płaczu.
- Więc o co chodzi? - elf położył jej dłonie na ramionach.
- Ja tylko... Zmieniłam się, wiesz? A raczej magia zmieniła mnie. Ja już... Nie wiem kim jestem, rozumiesz?! Do niedawna miałam dom, rodzinę, byłam zwykłym człowiekiem... Teraz mam moc, która znam i o której wiem, że jest moja, ale której nie rozumiem. A poza nią nikogo... - głos dziewczyny zadrżał. - Zostałam sama i nie wiem co robić...
- Nie powiem ci, ze znam odpowiedzi na wszystkie dręczące cię pytania. - powiedział Legolas. - Ale z całą pewnością wiem, kim jesteś. Jesteś Katrin. Jesteś moją małżonką, jesteś królową Leśnego Królestwa, obdarzoną mocą Majarów, i tą, która wypowie wojnę Herumorowi. Jesteś moją ukochana i moim przeznaczeniem. - Katrin uśmiechnęła się przez łzy. Elf otarł jej oczy dłonią i złożył na jej ustach pocałunek, a kiedy ufnie przytuliła się do niego, odwzajemnił uścisk.
 

 
Wiadomym było, że w końcu się na niego wybiorę, czy to prędzej, czy później i w końcu, ni mniej ni więcej, ale półtora miesiąca po premierze kinowej poszłam, zobaczyłam i przeżyłam. Z tego miejsca składam również hołd kinu studyjnemu w moim mieście (bo Heliosy stwierdziły, że tego filmu do repertuaru nie włożą).

Bardzo mnie ciekawi, czemu spadkobiercy Tolkiena wydali specjalne oświadczenie, że nie mieli nic wspólnego z filmem i nikt się z nimi nie konsultował. Robi się coś takiego zwykle wtedy, gdy dana produkcja może być kontrowersyjna i pokazywać momenty z życia zmarłego, o których wolano by zapomnieć. "W Tolkienie" nic takiego nie ma. Film nie ma ambicji w żaden sposób demitologizować Tolkiena, a po prostu chce mu oddać mu hołd. "Tolkien" po prostu ma inspirować, tak jak twórczość autora "Władcy Pierścieni" zainspirowała kolejne pokolenia twórców fantastyki wszelakiej maści. Film jest opowieścią o braterstwie, miłości i o innych rzeczach, które w końcu także było widać w twórczości Tolkiena. To właśnie te wątki niosą film, oczywiście z dużą pomocą gwiazdorskiej obsady.

Większa część filmu rozgrywa się na dwóch płaszczyznach i przedstawiona jest na zasadzie retrospekcji. Akcja rozpoczyna się w okopie bitwy nad Sommą - jedną z największych i najbardziej krwawych batalii I wojny światowej, a wydarzenia wojenne są przerywane przebłyskami z przeszłości tytułowego bohatera, które składają się na większą całość, która przelatana jest symbolami dobrze znanymi każdemu fanowi książek Tolkiena. W ten sposób twórcy sygnalizują widzom, które momenty z życia mogły mieć wpływ na wygląd Śródziemia i jego mieszkańców. Czasem są to ewidentne odniesienia do "Władcy Pierścieni", czasem jedynie subtelne nawiązania, ale zdarzają się naprawdę często i należy docenić pomysłowość twórców za zmyślne wplatanie je w fabułę filmu.

Film jest piękny, magiczny i subtelny. Tyle razy "odwiedzałam" Śródziemie, że bohaterowie, scenografia, krajobrazy, jeżyk elfów, muzyka, całokształt po prostu są mi bardzo znane i bliskie. Nawiązania dostrzega się z łatwością. Doskonale sprawdzają się także młodzi aktorzy. Nie oznacza to jednak, że "Tolkien" jest stworzony wyłącznie dla miłośników fantasy. Przede wszystkim to dość ciekawa opowieść o człowieku, który w przyszłość zmieni świat, o czym marzy jako młodzieniec. Pozwala w geniuszu zobaczyć zwykłego człowieka w całej gamie zachowań - popełniającego błędy i naprawiającego je, krnąbrnego i odważnego, kochającego i niezdecydowanego, a przede wszystkim ogarniętego pasją. Przepiękne zdjęcia i takaż muzyka. Dostałam więcej, niż oczekiwałam.
 

 
Będzie krótko i na temat. Jeśli chodzi o tak długo obiecywaną i zapowiadaną "Legendę o Limmaniel" to niestety nic z tego. Już przy pierwszym rozdziale przerosły mnie rozmiary opowiadania, którego akcja rozgrywa się podczas połowy pierwszej ery Śródziemia i ciągnie przez calutką drugą. W przypadku fanfiction z "Silmarillionu" sprawa jest o wiele trudniejsza niż jeśli idzie o wydarzenia po Wojnie o Pierścień. Ile tam trzeba ogarniać powiązań i chronologii to ojejku... Pomysłu nie chcę całkiem rzucać, bo kręci mnie ta historia, ale niestety na razie nie jestem w stanie nic z temacie ruszyć (a kryzys twórczy mi dodatkowo nie pomaga). Może kiedyś...

Zaczęłam skrobać natomiast coś innego, mam już nawet prawie trzy pierwsze rozdziały (a przecież z reguły najtrudniej jest zacząć). Lekka historia o miłości osadzona we współczesnym świecie, pokręcona relacja dwóch zagubionych dusz, szukających własnego "ja". Nic specjalnego, ale naprawdę nieźle się przy niej bawię, więc dlaczego nie pociągnąć tego dalej. Właściwie nie mam pojęcia kiedy zaczęła się ta historia, ale "w życiu rzadko da się określić dokładnie początek czegokolwiek" (cytując Nicholasa Sparksa). Na początku był one-shot na przyszłe święta Bożego Narodzenia, który potem się rozrósł, a w końcu wyszła z niego sensowna historia.

Kiedyś to w końcu opublikuję... Jutro zapraszam na recenzję "Tolkiena". (Pokłony w stronę kina studyjnego w moim mieście, które umożliwiło mi obejrzenie tego filmu. A ja go nie doceniałam...)
 

 
Soundtrack: https://youtu.be/hp0mf92ZZBY

Legolas nerwowo przechadzał się między drzwiami komnaty, a oknem. Jego ruchy dyskretnie obserwowali Feren i Aragorn, stojący niedaleko.
- Zdecydowanie za długo to trwa. - stwierdził młody władca elfów, zatrzymując się przy oknie. - Czy oni w ogóle kiedyś wrócą?
- Mijają ledwie trzy miesiące, mój Panie. - odezwał się Feren.
- W jej świecie to długi czas. - odpowiedział Legolas. - Dla niej liczy się każda sekunda. A moce ciemności nie próżnują.
Od powrotu Legolasa i Katrin do Śródziemia minęły równo trzy miesiące. Zaraz następnego dnia po dziewczynę przyjechał Gandalf, żeby - jak powiedział - uczyć ją o istocie swej mocy. Od tamtej pory nie było żadnych wieści.
- Legolasie... - Aragorn podniósł się z miejsca. - Mithrandir na pewno wie co robi.
- Martwię się o nią. - przyznał Legolas, stając przy oknie.
- Rozumiem twój niepokój. - Aragorn stanął obok przyjaciela. - Gdyby na miejscu Katrin znalazła się Arwena, martwiłbym się tak samo jak ty. - obaj odwrócili się od szyby, kiedy drzwi komnaty otworzyły się gwałtownie.
- Mój Panie... - wydyszał jeden ze służących, opierając się o drzwi. - Wasza małżonka wróciła... - Legolas zerknął na Aragorna i rzucił się po schodach w dół. Mężczyzna od razu pobiegł za nim. Na końcu trzymała się służba z Ferenem na czele. Na pałacowy dziedziniec wjeżdżały właśnie dwa wierzchowce. Jednym z koni był niewątpliwie Cienistogrzywy, zresztą i Gandalfa nie można było pomylić z nikim innym. Na drugim koniu siedziała młoda kobieta. Miękkie fale ciemnych włosów spływały jej na ramiona. Byłą ubrana w srebrno-fioletową suknię. Ramiona okrywał dodatkowo płaszcz z Lorien od pani Galadrieli. Na srebrnym łańcuszku, zapiętym na szyi, połyskiwał kryształ górski.
- Witaj Katrin. - odezwał się Legolas. Dziewczyna uśmiechnęła się, zsiadając z konia i zaraz znalazła się w ramionach elfa. Legolas mocno uściskał małżonkę. - Stęskniłem się za tobą. - Katrin pocałowała elfa w policzek.
- Też się stęskniłam. - odpowiedziała. - Czy możemy porozmawiać przy obiedzie? Mam sporo do opowiedzenia.
Katrin zeszła do sali jadalnej, już przebrana i odświeżona. Dziewczyna usiadła przy stole obok Legolasa, uśmiechając się do niego.
- Jak sytuacja na zachodzie? - spytał Aragorn podczas posiłku. Katrin podniosła wzrok. Gandalf powoli odłożył sztućce.
- Nie będę was zwodził miłymi słówkami... - zaczął. - Czarnoksiężnik zbiera siły do ostatecznego starcia. Gromadzi wokół siebie orków, których dawno nie widziano. Osiedlił się w Isengardzie. Czarna Wieża, niegdyś zburzona, została odbudowana. Ale o tym już wiecie...
- I co my możemy zrobić w tej sytuacji? - spytał Legolas.
- Nie wy. - Gandalf pokręcił głową. - Ona. - odpowiedział, wskazując na Katrin. Dziewczyna przełknęła.
- Wciąż nie czuję się gotowa Mithrandirze. - powiedziała.
- Biała Rada uważa, że jesteś gotowa. Katrin, przez ostatnie miesiące byłaś pilną uczennicą. Jesteś potężnym magiem. Kontrolować swoją moc umiesz od dawna, teraz wiesz także jak mądrze z niej korzystać. Umiesz przeciwstawić się złu i jesteś w stanie wypowiedzieć mu wojnę. Ostatnim razem dobrze sobie poradziłaś. - Katrin potrzebowała dłuższej chwili, żeby zrozumieć o czym mówi Gandalf.
- Chodzi ci o... Tamto starcie na bankiecie, prawda?
- A o cóż innego? Gdyby nie ty i twoja reakcja, nasz wróg byłby teraz parokrotnie potężniejszy. Na szczęście na długi czas pozbawiłaś go części jego mocy. Biała Rada interesuje się tobą od dawna. Niektórzy woleli mieć na ciebie oko. - Gandalf uśmiechnął się porozumiewawczo.
- Jakie mamy plany? - spytał Legolas.
- Jutro ruszymy do Rivendell. Nasze późniejsze działania będą zależeć od postanowień Rady. Legolasie, oczywiście pojedziesz z nami. Aragorn również będzie nam towarzyszył. W domu Elronda dołączy do nas Eomer, a także Gimli, syn Gloina. Wyśpijcie się dobrze, bo jutro o świcie ruszamy w drogę.
- Czy to... Nie za wcześnie? - odezwał się Legolas.
- Zło nie będzie czekać, panie elfie. - odpowiedział nieco bardziej szorstko Gandalf. Katrin spuściła głowę. Ona też miała wrażenie, że wszystko za szybko się potoczyło.
 

 
Soundtrack: https://youtu.be/CHsCSptp1nc

- Myślisz, że tym razem nam się uda? - spytał Legolas.
- Zaraz się o tym przekonamy. - odpowiedziała Katrin. - Nie masz broni. - dodała. - Zresztą ja też nie mam.
- Będzie miał wybór. Albo nas zabije, albo da bezpiecznie przejść. - dziewczyna spojrzała na niego.
- Mam tu jeszcze coś do załatwienia. - powiedziała, ściszając głos.
Do drzwi mieszkania zadzwonił dzwonek i pięćdziesięcioletnia kobieta wstała od stolika w salonie, odkładając przeglądane czasopismo na bok. Chwilę potem otworzyła, ze zdziwieniem stwierdzając, że w progu stoi jej córka w towarzystwie młodzieńca o nietypowej urodzie.
- Mamo... - odezwała się dziewczyna.
- Katrin... - kobieta przeniosła wzrok na Legolasa, nie mogąc otrząsnąć się z szoku. - Proszę... Wejdźcie. - Katrin mocniej ścisnęła Legolasa za rękę i oboje weszli do mieszkania. - Może coś do picia? - dziewczyna pokręciła głową.
- Nie trzeba. My właściwie tylko na chwilę.
- Przejdźmy do salonu, nie będę was przecież trzymać w drzwiach.
Katrin usiadła przy stoliku naprzeciwko mamy, podczas gdy Legolas stanął przy oknie, wyglądając na ulicę. Kobieta patrzyła na córkę pytająco.
- Przyszłam, żeby... Wyjaśnić kilka rzeczy. I o kilka zapytać. - odezwała się dziewczyna.
- Zaczniemy od tego, kim jest twój przyjaciel? - kobieta uśmiechnęła się, spoglądając na Legolasa, który odwzajemnił gest, zerkając w ich stronę.
- To jest... - zaczęła Katrin. - Legolas jest elfem. Wiem, że trudno w to uwierzyć, ja sama nie wierzyłam. - dodała, widząc minę mamy. - Ale to szczera prawda. Pochodzi z Ardy. Ze Śródziemia... Trzy lata temu przez przypadek trafiłam na przejście pomiędzy naszymi światami. Rok później zawarliśmy związek małżeński. - kobieta przyłożyła dłoń do ust.
- I nic mi nie powiedziałaś? - spytała.
- Nie uwierzyłabyś. - odpowiedziała Katrin. - Ale to nie wszystko. - dziewczyna wyszeptała kilka słów, przywołując do siebie jedną z książek ustawionych na półce. Ta natychmiast znalazła się w jej dłoni. Obserwując reakcję matki, Katrin wypowiedziała inne polecenie. w jej dłoni zatańczył ogień, który chwilę potem przeniosła na knot stojącej na stoliku świeczki. - Powiedz mi proszę... Ja nie jestem twoją biologiczną córką.
- Nie, nie jesteś. - kobieta nerwowo zaplotła dłonie. - Znaleźliśmy cię z tatą na progu naszego domu, kiedy byłaś bardzo malutka. Przygarnęliśmy cię i wychowaliśmy, nawet nie starając się odnaleźć twojej biologicznej rodziny. Kiedy tylko zaczynaliśmy o tym myśleć, nasze umysły jakby zasnuwała mgła. Byłaś do nas tak bardzo podobna, że nikt nie miał wątpliwości, że jesteś nasza. Sąsiedzi zachowywali się tak, jakbyś była tu z nami od zawsze. Ja sama długo byłam przekonana, że naprawdę nosiłam cię pod sercem.
- Kiedy dotarło do ciebie, że to wszystko było.. .Iluzją?
- Trzy lata temu, w Boże Narodzenie.
- Wtedy, kiedy po raz pierwszy odwiedziłam Śródziemie. Ktoś... Ktoś musiał stwierdzić, że nie mogę tam zostać. Tylko dlaczego... - zastanowiła się Katrin.
- Może ktoś bał się, że będziesz mu zagrażać. - odezwał się milczący dotąd Legolas. - Nie wiesz, jak potężna jesteś. Albo wręcz przeciwnie. Ktoś chciał cię przed czymś chronić. A wiedział, że tutaj zło cię nie dosięgnie, dlatego...
- Przepraszam, że tak długo to przed Toba ukrywałam. - powiedziała kobieta, biorąc Katrin za rękę.
- To nie twoja wina... Mamo. - odpowiedziała dziewczyna. - Zawsze będę ci wdzięczna, że się mną opiekowałaś. Kocham cię i proszę byś to samo przekazała tacie, kiedy wróci z pracy. Ale nie jest to jedyny powód, dla którego przyszłam. W Śródziemiu zadarłam z pewnym czarnoksiężnikiem. Zagroził, że zniszczy oba światy, jeśli mnie nie dostanie. I nasz, i tamten. Musimy zaraz wracać, w przeciwnym razie ta cienka nić, na której jeszcze opiera się przejście, pęknie. Nie wiem, kiedy wrócę... Czy w ogóle uda mi się jeszcze wrócić.
- Katrin, powinnaś to zobaczyć. - odezwał się Legolas. Dziewczyna zerwała się z fotela. Na jej oczach walił się właśnie wieżowiec po drugiej stronie ulicy. Ziemia drżała, ludzie uciekali z krzykiem.
- Musimy już iść. - powiedział elf, chwytając małżonkę za rękę.
- Zaczekaj! - jej matka złapała Legolasa za ramię. - Dbaj o nią, proszę.
- Będę. - odpowiedział, uwolniwszy się z jej uścisku i oboje z Katrin wybiegli z mieszkania. Wokół panował chaos, ludzie uciekali w różnych kierunkach z krzykiem. Biegnąc w stronę stacji metra dziewczyna dojrzała mężczyznę w czerni stojącego na dachu jednego z wieżowców. Nie odezwała się jednak ani słowem, bo Legolas już ciągnął ją po schodach w dół. spojrzał na nią, gdy stanęli na peronie.
- Gotowa? - spytał. Katrin pokiwała głową, ściskając dłoń ukochanego. Potem zamknęła oczy, wręcz błagając o to, by wylądować w jednym kawałku.
 

 
Soundtrack: https://youtu.be/oE5SkbA_KT8

Legolas pomógł usiąść na łóżku mocno utykającej Katrin i odwinął ze zranionej łydki chustę. Dziewczyna jęknęła z bólu, zaciskając dłoń na kołdrze. Elf spojrzał na nią, ale nie odezwał się ani słowem. Mimo to Katrin podłapała spojrzenie.
- To nic. Nic mi nie będzie. - zapewniła go.
- Masz bandaże? - spytał Legolas.
- Tak, w szafce, w łazience. - odpowiedziała dziewczyna. Elf wyszedł z pokoju, a chwilę potem robił już małżonce opatrunek. Katrin spoglądała na niego, kiedy w skupieniu ciasno owijał jej nogę bandażem. Legolas podniósł na nią wzrok.
- Wszystko będzie dobrze, melisse (kochanie). - wyszeptał, zakładając jej za ucho kosmyk włosów. Dziewczyna uśmiechnęła się słabo, z trudem wstając z łóżka. Elf natychmiast znalazł się przy niej i podtrzymał, kiedy wsparta o niego kuśtykała do kuchni, gdzie chwilę potem połknęła dwie tabletki przeciwbólowe.
- Dziękuję. - odezwała się. Legolas położył jej dłoń na ramieniu, stając obok i przygarnął do siebie.
- Nie ma za co, Katrin. - powiedział.
- Jest za co. - dziewczyna skinęła głową. - Zawsze jesteś przy mnie, cokolwiek by się nie działo. Już choćby za to chcę ci podziękować. - Legolas uśmiechnął się.
- To nic niezwykłego. - odpowiedział, a kiedy po policzku Katrin spłynęła łza, objął ją ramieniem. - Az tak bardzo cię boli?
- Tęsknię do Śródziemia. - zaszlochała dziewczyna.
- Ja też. - elf przygarnął ją do siebie. - Nie wiesz nawet jak bardzo.
- Nie powinnam cię tu w ogóle ciągnąć, przepraszam.
- Nie. Nie, Katrin. To, co się tutaj stało, leży też moim interesie. W interesie całego Śródziemia. Po raz pierwszy w historii dochodzi do takiego zdarzenia. Jeszcze nigdy dwa światy nie musiały się złączyć, żeby stawić czoła wspólnemu wrogowi. Bo nie damy przecież zniszczyć mu miejsc, które kochamy, prawda? Które możemy nazwać domem.
- Gdyby cię tu nie było, już bym pewnie nie żyła. - powiedziała Katrin, wtulając się w elfa. Leglas przytulił ją do siebie.

Katrin przebudziła się, kiedy Legolas już dawno był na nogach. Dziewczyna zsunęła się z łóżka, a kiedy stanęła na zranionej nodze, ból niemal natychmiast dał o sobie znać. Potem kolana się pod nią ugięły i dziewczyna wylądowała na podłodze z krzykiem.
- Katrin, w porządku? - Legolas ukląkł przy niej.
- Nie... - dziewczyna pokręciła głową przecząco. - Nie mogę wstać, czuję się... Słabo. - odpowiedziała. Elf pomógł jej usiąść na łóżku i dotknął przesiąkniętego krwią bandaża. Z niepokojem spojrzał jej w oczy. Przyłożył wierzch dłoni do czoła Katrin. Była rozpalona, oczy jej się szkliły. Miała też dreszcze.
- Masz gorączkę Katrin. - odezwał się elf. - Połóż się, dobrze? - dziewczyna skinęła głową, ale do oczu napłynęły jej łzy. Legolas bez słowa objął ją ramieniem, kiedy na dobre się rozpłakała.
- Wszystko będzie dobrze. - wyszeptał. - Wszystko dobrze. - powiedział z mniejszym przekonaniem.
Legolas siedział przy łóżku Katrin, ściskając ukochaną za rękę. Dziewczyna kuliła się z bólu w pościeli. Rana znów się otworzyła, a temperatura wciąż rosła. Katrin jęknęła, kiedy przyłożył jej dłoń do czoła. Tutaj nie miał do dyspozycji uzdrowicieli, musiał poradzić sobie sam.
- Legolas... - wyszeptała dziewczyna, podnosząc na niego wzrok. Elf kojąco pogładził ją kciukiem po zimnej jak lód dłoni.
- Jestem, Katrin. - odszepnął. - Potrzeba mi ziół. Czegoś na zbicie gorączki.
- Mam wilczą jagodę... Marunę... - dziewczyna jęknęła.
- Wszystko na nic. Masz królewskie ziele?
- Tutaj to nie rośnie...
- To zioło, musi rosnąć. - odpowiedział Legolas. - Ava uruwa lan ta! (Nie ruszaj się stąd!) - przykazał jej, zrywając się z miejsca i wypadł z mieszkania, wprost w padający deszcz. Biegł ulicą dopóki nie trafił na stoisko z ziołami i przyprawami, rozstawione wprost na chodniku, na które zwrócił uwagę już wcześniej, podczas jednego z wyjść na miasto. Kobieta w podeszłym wieku szykowała się właśnie do odejścia.
- Ziele królewskie! - krzyknął Legolas, dopadając do stoiska. Odrobinę wystraszona kobieta podniosła wzrok.
- Słucham? - odezwała się, spoglądając na przemoczonego elfa.
- Athelas! Czy ta nazwa coś pani mówi? - spytał gorączkowo Legolas. - Proszę... Moja małżonka jest chora. Bardzo chora...
- Athelas... - wyszeptała kobieta, sięgając do zawieszonej przy pasku spódnicy sakwy, skąd chwilę potem wyjęła pęczek ziela królewskiego, który natychmiast mu podała. - Weź... Uratuj jej życie... - elf skinął głową.
- Dziękuję... - odpowiedział, rzucając się biegiem z powrotem.
Katrin leżała bezwładnie w pościeli, zaciskając dłoń na kołdrze. Legolas opadł przy niej na kolana, biorąc ją za rękę. Niemalże zdarł z rany przesiąknięty krwią i robą opatrunek. Nie miał czasu gotować wody na wrzątek, liczyła się każda sekunda.
- Trzymaj się kochanie... - wyszeptał, wsuwając sobie zioła do ust, a chwilę portem zwilżone śliną przyłożył wprost do rany. Katrin szarpnęła się z wrzaskiem, kiedy elf wolną ręką przytrzymał ją za nadgarstek. Legolas zamknął oczy, szepcząc zamieci słowa starego zaklęcia. Słyszał je tylko raz w życiu. Bał się, że nie będzie potrafił uśmierzyć bólu dziewczyny, ale kiedy Katrin przestała się szarpać, odważył się otworzyć oczy. Dziewczyna leżała teraz na kołdrze spokojnie, oddychając głęboko i mocno ściskając Legolasa za rękę. Elf odetchnął, owijając nogę dziewczyny świeżym bandażem, zostawiając zioła tuz przy ranie. Musnął dłonią kryształ połyskujący na jej nadgarstku, a potem uniósł dłoń do ust i ucałował.
- Legolas... - wyszeptała Katrin, spoglądając na niego.
- Nie wstawaj, leż. - elf przytrzymał ją w miejscu, gdy uniosła się na łokciu. - Będę przy tobie.
Katrin przebudziła się i przeciągnęła westchnieniem. Zaraz potem jej wzrok padł na Legolasa, siedzącego na podłodze przy łóżku i śpiącego z twarzą ukrytą w dłoniach.
- Legolas... - odezwała się kładąc mu dłoń na ramieniu. Elf natychmiast poderwał głową.
- Katrin...? - Legolas spojrzał na nią niepewnie, ale już w następnym odruchu rzucił się w jej stronę i przytulił mocno do siebie. Dziewczyna odwzajemniła uścisk.
- Ty żyjesz... - wyszeptał elf.
- Żyję. - potaknęła dziewczyna. - Dzięki tobie. - Katrin uśmiechnęła się. - Słyszałam o czarach elfów, ale... To zaszczyt brać w tym udział. - Legolas odsunął ją od siebie, zamierzając coś powiedzieć, ale dziewczyna położyła mu palec na ustach.
- Legolas... My musimy tam wrócić.
 

 
Idąc dziś do kina naprawdę nie spodziewałam się musicalu, dlatego możecie sobie wyobrazić moje zdziwienie, kiedy już praktycznie w pierwszych scenach wszyscy ludzie, których widziałam na ekranie, zaczęli tańczyć. Mimo to na dłuższą metę nie zbiło mnie to z tropu, bo film kupił mnie już kolejną choreografią i oglądało się go z przyjemnością. Szybko też dało się zauważyć, że Elton John bardzo przypomina Freddiego Mercurego. Oboje musieli zmierzyć się z błyskawicznym sukcesem, swoją seksualnością, toksycznymi relacjami, uzależnieniami i mogłoby się wydawać, że "Rocketman" jest kolejnym powieleniem schematu, ale twórcom udało się nadać historii unikalny styl poprzez położenie akcentu na konkretnym aspekcie osobowości Eltona, a film został obdarzony własną tożsamością.

Film - jak to biografia piosenkarza - broni się przede wszystkim muzyka. I nawet jeśli nie jesteście fanami twórczości Eltona Johna to naprawdę trudno nie być tutaj zachwyconym sposobem wykonania poszczególnych kawałków. Tym bardziej, że wszystkie utwory wykonują odtwórcy głównych ról. Odtwórca głównej roli, Taron Egerton miał naprawdę trudne zadanie do wykonania, odtwarzając wszystkie piosenki swojego bohatera. Nie robi tego w stu procentach w stylu Eltona Johna, są to odrobinę inne wykonania, ale to właśnie ma u mnie tutaj największy plus. Bo jeśli idę do kina i dostaję kolesia, który śpiewa, który przede wszystkim ma głos, który może mi wystąpić na żywo, no to ja się cieszę w cholerę. Może jest to troszeczkę inny głos, niż Eltona, ale oddany pozostał tutaj zarówno charakter wykonawcy, jak i aktora i za to się należą ogromne brawa.

Szczególną uwagę zwróciłam na to, że w niektórych scenach dość mocno dało się odczuć, że do poszczególnych emocji próbowano dobrać odpowiednie utwory i o ile w niektórych przypadkach tekst leżał idealnie, to już w innych niekoniecznie. Natomiast poza muzyką stworzono tu wiarygodny i intrygujący portret psychologiczny artysty, przy czym skupił się on nie tylko na wydarzeniach z jego faktografii, ale przede wszystkim na jego konfliktach wewnętrznych. A Elton John w wykonaniu Tarona Egertona jest postacią z którą łatwo jest nawiązać więź. Mimo iż film porusza motywy, które już wielokrotnie widzieliśmy w innych filmach, dzięki jego grze aktorskiej jesteśmy zaangażowani emocjonalnie w historię.

Gra aktorska również zasługuje na uwagę, Taron w ciągu kilkudziesięciu sekund potrafi płynnie przejść od jednych skrajnych emocji do drugich, co pokazuje doskonałe zrozumienie uczuć bohatera. Wielkie wrażenie robiły sceny, w których bohater był zmuszany do odgrywania szczęśliwej osoby, podczas gdy wewnątrz bardzo cierpiał. Jeśli jest jakiś drobiazg, do którego mogłabym się przyczepić, to są nim dwa momenty, kiedy twórcy odrobinę przesadzili z efektami specjalnymi. Poza tym cały film jest opowiedziany, poprowadzony i zrealizowany bardzo dobrze. To bardzo zaskakująco intymna, wiarygodna psychologicznie historia, którą na pewno warto zobaczyć.
 

 
- Hej, można? - odezwała się Emily, stukając w otwarte drzwi sali, w której leżała Alice. - Jak się czujesz? - spytała, podchodząc do przyjaciółki.
- No wiesz, jak... Jak agentka z dziurawym barkiem, dobrze. - uśmiechnęła się Alice, oddając Jackowi, który przy niej siedział, talerz po obiedzie.
- Przestań, nawet tak nie żartuj. - odpowiedziała Emily. - Zamknij się, Ascott. - dodała, widząc, że mężczyzna już otwiera usta, żeby coś odpowiedzieć. - Wiesz jak my się wszyscy o ciebie baliśmy? Taką agentkę stracić?!
- Ledwie mnie drasnął. - Alice puściła jej słowa mimo uszu.
- Alice... - kobieta pokręciła głową, dochodząc do wniosku, że nie dogada się z przyjaciółką i mocno ją uściskała, zupełnie nie zwracając uwagi na cichy jęk ból, który wyrwał się Alice. - Tak, zanim zapomnę... - Emily, wyjęła z kieszeni spodni telefon komórkowy. - Ktoś do ciebie. - powiedziała, włączając okienko wideo-rozmowy.
- Witaj, Alice. - odezwał się Bob Hunter, kiedy tylko zobaczył kobietę. - Jak się czujemy?
- Dobrze, dzięki szefie. - odpowiedziała Alice z uśmiechem. - Aczkolwiek pogadankę może sobie pan darować. - dodała.
- Spokojnie, kazanie cię nie ominie. - Hunter odwzajemnił uśmiech. - Póki co, zdrowiej. Masz tam przy sobie Ascott'a, mam rację? - Alice spojrzała pytająco na partnera, a ten natychmiast pochylił się nad nią, żeby i jego przełożony mógł zobaczyć. - Świetnie, dobra robota. - pochwalił Hunter. - Trzymajcie się, do zobaczenia.
- Można?! - Alice podniosła wzrok, słysząc męski głos od drzwi sali.
- Cześć. - odezwała się, widząc Romley'a, wchodzącego do sali. Oddała komórkę Emily, a od mężczyzny wzięła gazetę, którą jej podał.
- Bohaterko dnia dzisiejszego, CIA cię będzie chyba wielbić na kolanach. - uśmiechnął się Ed, pokazując jej artykuł. - W całej Anglii, we wszystkich gazetach o was piszą.
- Mnie nie musicie wielbić, dziękujcie Emily i antyterrorystom. - zaśmiała się Alice.
- Mimo wszystko... - Romley skinął głową. - W centrali strasznie się o ciebie niepokoją. Czekają na ciebie, czują się nieswojo, bo nikt ich nie popędza, ani nie poprawia...
- Jasne, jasne... - Racine pokiwała głową, wciąż pochylona nad artykułem. - Niech się nie niepokoją, ja za chwilę wrócę i zrobię porządek. A tak swoją drogą to co wy we dwoje tu jeszcze robicie? - spytała, podnosząc wzrok. - Cholera jasna, kto kompetentny został tam, w centrali?! - Emily roześmiała się.
- No, i od razu widać, że nam Alice wraca do zdrowia. - skomentował Romley.
- I że w dobrej formie. - dodał Ascott, za co Alice nie omieszkała spiorunować go wzrokiem.

- Powoli, nie śpiesz się. - upomniał partnerkę Jack Ascott, kiedy wchodzili razem po schodach do sali konferencyjnej. - Mówiłem, że mogę cię nieść. - dodał, gdy Alice potknęła się o ściskaną w ręce kulę.
- O nie, nosić mnie nie będziesz. - zaprotestowała przez zaciśnięte zęby i już bez słowa pokonała kilka ostatnich stopni. Jack otworzył przed nią drzwi sali, w której miała miejsce odprawa.
- Przepraszam... - odezwał się. - Melduję przybycie odrobinę tylko spóźnionej Alice Racine. - powiedział z szerokim uśmiechem. Kobieta przewróciła oczami, kuśtykając do swojego miejsca i z westchnieniem opadła na krzesło.
- Witamy z powrotem. - uśmiechnął się Ed Romley. - Jak noga? - zagadnął.
- Dobrze. - Alice skinęła głową. - Ale do tego ustrojstwa nie mogę się przyzwyczaić. - dodała, muskając palcami szynę unieruchamiającą kolano.
- Będę cię musiał chyba gdzieś przenieść, bo w terenie za mało z ciebie pożytku. - palnął Ed. W sali zapanowała cisza, którą przerwał dopiero śmiech Alice.
- Masz rację. - przyznała, ocierając łzy, które stanęły jej w oczach. - Ale Ascott'a zabieram ze sobą.
- Stoi. - uśmiechnął się Ed, oddychając swobodniej. Nareszcie wszystko wracało do normy.