• Wpisów:2563
  • Średnio co: 15 godzin
  • Ostatni wpis:18 minut temu
  • Licznik odwiedzin:296 110 / 1690 dni
Jesteś niezalogowany. Niektóre wpisy dostępne są tylko dla znajomych.
 

Tak jakbym już nie kochała go dostatecznie mocno... Piękna książka, pięknie wnioski. Dowiedziałam się mnóstwo nowych rzeczy o Tokienie jako człowieku i ponownie uświadomiłam samą siebie jak bardzo jestem mu wdzięczna i oddana za wszystko co napisał. Zachwyca mnie z jaką pasją poświęcił się kreowaniu swojego świata. I nie dziwię mu się, że nie miał ochoty z tego wychodzić. Ja też nie lubię wychodzić ze Śródziemia.

Już od tak dawna chciałam przeczytać biografię jednego z moich ulubionych autorów i wreszcie miałam na to okazję. Chociaż czytając ma się wrażenie, że nie jest to typowa biografia, sztywny życiorys, ale jest to piękna opowieść. H. Carpenter płynnym językiem książki, wnikliwością i zaangażowaniem nadał spisanej historii życia Tolkiena niezwykłe ciepło, które biło z każdej kartki. W sposób naprawdę ciekawy postarał się czytelnikom przedstawić dzieje życia i odsłonić nieco skomplikowanej osobowości Sir J.R.R. Tolkiena. Choć to ostatnie jest oczywiście niemożliwe w pełni, pozostaje nam - fanom - wciąż powracać do ukochanych powieści i poprzez nie poznawać ich autora na nowo, bo rzeczywiście czytając wciąż i wciąż, dostrzega się wiele nowych rzeczy. Na tym poniekąd polega magia Tolkiena.

Przeczytałam biografię niezwykłego człowieka, któremu zawdzięczam moje ukochane przygody Froda i Drużyny Pierścienia. Zawsze byłam ciekawa w jaki sposób powstawały jego dzieła, w jaki sposób do nich podchodził, a przede wszystkim jakim Tolkien był człowiekiem. Biografia Carpentera w bardzo jasny i czytelny sposób przedstawiła mi tak fascynującego człowieka, jakim był autor "Władcy Pierścieni" i "Hobbita". Polecam szczególnie fanom autora o ile macie silne serca i nie rozkleicie się z bezsilności, że nie będziemy mieli szansy doświadczyć obecności Mistrza w naszym życiu (ja płakałam, kiedy przyszło mi czytać o śmierci Profesora).
 

 
Kiedy się ocknąłem wokół nie było już nikogo. Anie jednego goblina, ani jednego krasnoluda. I czarodzieja też nie. Były za to orły. Mnóstwo orłów, przecinających niebo.
- Orły nadleciały... - wyszeptałem, a w tamtym momencie było do naprawdę duże odkrycie, zważywszy na to, że wcześniej dostałem kamieniem po głowie. Potem przypomniałem sobie o Thorinie i natychmiast zerwałem się na równe nogi. Zakręciło mi się w głowie, ale nie zwróciłem na to większej uwagi. Pobiegłem ku miejscu, gdzie wódz naszej kompanii miał stoczyć walkę z Azogiem. Thorin leżał na lodzie pokrywającym wodospad, niedaleko truchła Bladego Orka.
- Bilbo... - wyszeptał, widząc mnie, ale natychmiast mu przerwałem.
- Nic nie mów. Leż tu spokojnie. - rozchyliłem poły jego płaszcza. Koszula miała czerwoną barwę, a krew wciąż płynęła.
- Dobrze, że jesteś. - powiedział Thorin. - Chcę w przyjaźni rozstać się z tobą. - pokręciłem głową przecząco.
- Nie. Nikt się z nikim nie rozstanie. Będziesz żył.
- Zapomnij co mówiłem... Co zrobiłem tam, na blankach. Zachowałeś się jak prawdziwy przyjaciel. Wybacz mi... Byłem jak zaślepiony... Ja... Przepraszam, że... Naraziłem cię na niebezpieczeń... stwo... - mówił urywanie, w kąciku ust zalśniła mu kropla krwi.
- Nie, to nic, to właśnie dobrze, że mnie naraziłeś, Thorinie. Cieszę się, że mogę tu być. Taki zaszczyt jeszcze żadnego Bagginsa nie spotkał. - Thorin uśmiechnął się.
- Żegnaj... - powiedział. - Włamywaczu... Wracaj do swojej norki. Twój fotel czeka. Zasadź drzewo... Patrz jak rośnie... - gasł, widziałem to. Mówił coraz ciszej, oddychał z coraz większym trudem, a ja coraz bardziej gorączkowo ściskałem jego dłoń. - Gdyby ludzie bardziej... Cenili dom... Niż złoto... Ten świat... Byłby o wiele piękniejszy... - to był jego ostatnie słowa. Zachłysnął się powietrzem i znieruchomiał.
- Nie, nie, nie! - zawołałem, nie wierząc w to, co się działo na moich oczach. - Nie, Thorinie... Ani się waż... Thorinie... - tylko, że to już nic nie dawało. Thorin nie żył. A ja klęczałem nad jego ciałem, zanosząc się płaczem. Z gardła wyrywał mi się gorączkowy szloch. I wcale nie próbowałem kryć łez. Po prostu klęczałem... I płakałem.

W promieniach zachodzącego słońca patrzyłem na kompanię, oddająca hołd Thorinowi. Klęczeli nad jego ciałem, tak jak ja wcześniej. Przeniosłem wzrok na Gandalfa, który przysiadł obok mnie, na kamiennych schodach. Rozpalał fajkę. A ja wpatrywałem się w niego dopóki nie odwzajemnił spojrzenia. Właśnie wtedy zastanawiałem się - ale tak naprawdę - dlaczego na czternastego wybrał właśnie mnie. Co takiego w sobie miałem? I dlaczego musiałem to wszystko oglądać? Brać w tym udział... Na moim miejscu mógł się znaleźć jakikolwiek hobbit. A jednak to właśnie ja znajdowałem się teraz w dzikich krajach.
 

 
Thranduil ze smutkiem rozglądał się po pobojowisku, zostawionym przez orków. Wielu elfów leżało martwych na zmarzniętej ziemi i władcę najwyraźniej przytłaczał widok martwych żołnierzy. Limmaniel właśnie poderżnęła gardło ostatniego orka, który został na placu. Pomachała mu lekko koniuszkami palców, kiedy spojrzał w jej stronę z zatroskaniem malującym się na twarzy.
- Nie powinnaś tego robić. - odezwał się, podchodząc do niej.
- Może i nie powinnam. - odpowiedziała, strzepując sztylet z krwi. - Ale nie robię tego dla siebie. - Katrin z jękiem opadła na kolana, przykładając wolną dłoń do rany na łydce. Miecz ze szczękiem wylądował na ziemi, kiedy wspierała się na Legolasie.
- Wezwij swoich ludzi. - rzucił Thranduil, ku jednemu z elfich dowódców. Chwilę potem powietrze przeszył dźwięk rogu.
- Mój Panie! - zawołał w tym samym momencie Gandalf. - Poślij swoich na Krucze Wzgórze. Krasnoludom grozi niebezpieczeństwo. Trzeba ostrzec Thorina.
- A więc go ostrzeż. - odpowiedział szorstko władca. - Wystarczająco przelałem krwi elfów, w obronie tej przeklętej ziemi. Wystarczy. - dodał, odchodząc. Mówił słusznie. Jego wojska nie mogły walczyć.
- Thranduilu! - zawołał za nim czarodziej.
- Wybacz Mithrandirze. - Limmaniel położyła mu dłoń na ramieniu.
- To nie twoja wina, nie wygłupiaj się! W ogóle nie powinno cię tu być! - krzyknął w odpowiedzi Gandalf. - Twoje serce...
- Ja pójdę. - przerwałem mu. Czarodziej spojrzał na mnie.
- Nie uda ci się. - powiedział tylko. - Bo cię bez trudu zobaczą i zabiją!
- Wcale nie. - odpowiedziałem pewny siebie. - Nie zobaczą mnie.
- Nie ma o czym mówić. - uciął Gandalf. - Nie zgadzam się.
- Wcale nie proszę cię o zgodę Gandalfie. - odpowiedziałem i odwróciwszy się na pięcie pobiegłem przed siebie. Za załomem kruszącego się muru, wsunąłem pierścień na palec. I pobiegłem.

Na Kruczym Wzgórzu było jeszcze zimniej niż w Dale. Wiał wiatr, który przenikał moje ciało do szpiku kości, płuca paliły, kiedy nie mogłem złapać oddechu, na skórze czułem maleńkie szpileczki lodu. Ale Thorina znalazłem szybko. Był razem z Dwalinem, siostrzeńców wysyłając na zwiad. Niemądra decyzja, nie powinni się rozdzielać.
- Thorinie! - krzyknąłem, pamiętając uprzednio o pierścieniu. - Musicie uciekać... Szybko... - wydyszałem. - Azog ma drugą armię, która idzie z północy. Limmanie wprawdzie ich powybijała, ale i tak sporo zostało. Ta wieża zaraz będzie otoczona, nie wymkniecie się stąd. - dodałem na wydechu i zaraz potem gwałtownie wciągnąłem powietrze. Potrzebowałem tlenu...
- Jesteśmy tak blisko. - zaprotestował Dwalin. - Przecież ten bydlak tam jest. Trzeba tam pójść. - Thorin przytrzymał go w miejscu.
- Nie. O to mu chodzi. Chce nas tam zwabić. To jest pułapka... - no, nareszcie do niego dotarło... Teraz mieliśmy szansę. Ruszyłem za Thorinem ku kamiennym schodom, ale właśnie wtedy zagrały bębny. Z mgły na szczycie wzgórza wyłonił się Azog. Miał Filego. Thorin rzucił się zrywem w tamtą stronę, ale zatrzymała go przepaść. Blady Ork powiedział coś w nieznanym mi języku, który jak się domyśliłem, był Czarną Mową. Potem ciało krasnoluda przebił jego ogromny, zakrzywiony miecz. Fili nie zdążył nawet krzyknąć. Odwróciłem wzrok, podczas gdy Thorin... Po prostu patrzył. Ale jego dłoń zaciskała się coraz mocniej na rękojeści miecza. Coś sobie poprzysiągł. I zamierzał wypełnić przysięgę. Razem z Dwalinem rzucili się ku schodom, chcąc dostać się na drugą stronę przepaści. A ja, obnażywszy żądełko, pobiegłem za nimi. Chciałem walczyć. Chciałem coś z siebie dać. Szybko otoczyli nas goblińscy najemnicy. Thorin pognał za Azogiem, Dwalin nieźle radził sobie z goblinami toporem, ja ciskałem kamieniami. Dopóki i mnie nie trafił zbłąkany kamienny pocisk. Wtedy bitwa definitywnie się dla mnie skończyła.
 

 
Niedobitki krasnoludów wycofywały się z powrotem do Ereboru, podczas gdy orkowie napierali na nich coraz bardziej. Wtedy właśnie zagrały rogi. Najpierw od strony Góry. Potem od zachodu. Wybrzmiał dźwięk dzwonu, a kamienna fortyfikacja zbudowana z takim mozołem, runęła. Z Ereboru wybiegł Thorin, prowadząc na wojnę resztę kompanii.
- Za króla! - wrzasnął Dain. - Za króla! - przegrupowane krasnoludy znów ruszyły do ataku.
- Krasnoludy. - odezwałem się, wbiegając na kamienną basztę, jedną z niewielu zachowanych w Dale. - Walczą. dodałem, nie wierząc w to, co widzę. Co się stało? Czyżby Thorin wreszcie zrozumiał?
- Walczą za swego króla. - potaknął Gandalf, uśmiechając się. Spojrzałem ku zachodowi. Na horyzoncie widać już było armię elfów, prowadzoną przez elfkę w białej sukni, z mieczem w ręce i diademem na głowie. Panna Katrin też patrzyła w tamtą stronę, a kiedy kawalkada docierała do miasta, jej twarz rozjaśniła się w uśmiechu. Wyszeptała coś w dźwięcznym języku elfów i ze zdwojoną energią podjęła walkę. Na jej twarzy malowała się desperacja.
- Wszyscy ci, którzy czują się na siłach ruszać za mną! - krzyknął Bard, ku wojskom ludzi i oni również ruszyli na orków. Gandalf w prawej ręce dzierżył miecz, w lewej ściskał łaskę, którą też wymachiwał na prawo i lewo. Moje żądełko ociekało ciemną krwią orków. Wcale nie próżnowałem, też usiłując walczyć.
- Limmaniel! - wrzasnęła Katrin, znajdując się bliżej elfki odzianej w biel. Bardzo był do siebie podobne.
- Katrin! - odpowiedziała jej tamta. - Trzymaj się, pomogę ci. - ciemne włosy zafalowały, gdy okręcała się na pięcie, a chwilę potem jej miecz utkwił w gardle orka, który właśnie zamachiwał się na pannę Katrin. - Witaj córko. - powiedziała, strzepując z miecza krople krwi.
- Co tak długo? - spytała Katrin, podchodząc do niej. Limmaniel roześmiała się, odrzucając głowę do tyłu i obie uściskały się serdecznie jak na matkę i córkę przystało.
- Zatrzymała nas horda orków z Gundabadu. - odpowiedziała i rozejrzała się wokół. - Za dużo ich jest Katrin.
- Gandalfie! - wrzasnąłem. Na szczycie Kruczego Wzgórza widać było krasnoludy. Tam był Azog. - Gandalfie, to Thorin. - odezwałem się.
- I Fili, i Kili, i Dwalin. - wyszeptał czarodziej. - Wziął najlepszych wojowników. - dodał.
- Ale po co? - jeśli wciąż nie rozumiałem, to właśnie się domyśliłem. Chciał zabić odwiecznego wroga. Azoga Plugawego.
- Chce odciąć katowi głowę. - Gandalf potwierdził moje przypuszczenia. Podejrzewałem, że źle się to skończy. Niedobitki armii orków z Gundabadu szły na Krucze Wzgórze.
 

 
Obejrzałam sobie wczoraj kolejny odcinek Sherlocka, bo wreszcie znalazłam na to trochę czasu. Tak na marginesie to zostały mi już tylko dwa... Co ja zrobię jak już skończy mi się czwarty sezon. A na piąty trzeba znowu czekać dwa lata... O Boże, co ja będę oglądać...

Odcinek niezwykle emocjonujący. "Sześć razy Thatcher's", bo taki nosi tytuł zaczyna się małym przypomnieniem, na czym skończył się trzeci sezon. Moriarty był powrócił, to już wiecie, Sherlock zabił z zimną krwią złego gościa, to też chyba wiecie. Został skazany na zsyłkę do Europy zachodniej skąd wrócił po... dziesięciu(?) minutach, bo był potrzebny z powrotem w Anglii. Odcinek strasznie zagmatwany, w którym skupiamy się głównie na Mary Watson. Dane jest nam dogłębniej poznać jej przeszłość tajnej agentki no i mamy aferę, bo ktoś na nią poluje. Jednocześnie na terenie całego Londynu ktoś włamuje się do mieszkań tylko po to by rozbić kolejne popiersie Margaret Thatcher. W jaki sposób te sprawy są ze sobą powiązane to... Nie powinnam zdradzać, ale dobrze wiecie, że i tak o tym napiszę, dlatego tym, którzy nie lubią spoilerów już podziękujemy. Otóż takich figur wyprodukowano sześć. A w jednej z nich ukryta była karta ze wszystkimi informacjami na temat organizacji dla której pracowała Mary w przeszłości. Kończy się postrzeleniem... Śmiertelnym zresztą... Tiaaa... Niby chciałam się pozbyć tej baby, ale teraz kiedy Jihn stracił żonę, to nawet mi jej szkoda.

Tak właściwie to kulka byłą dla Sherlocka, ale Mary wzięła ją na siebie. I teraz sytuacja jest patowa, bo John jest załamany (nie dziwię się) i słowem się do Sherlocka nie odzywa, a nawet go unika (tu się jednak trochę dziwię), bo przyrzekł chronić Mary. I nie dociera do niego zupełnie, że to akurat nie była wina Sherocka. Poza tym John doczekał się potomka. Córeczki Rosie. Jest absolutnie urocza, bo chociaż nie cierpię tych małych bachorów, to Rosie jest słodka. A monolog Sherlocka skierowany do niej po prostu bezbłędny.
 

 
Bitwa toczyła się wokół mnie i nie za bardzo wiedziałem co z tym faktem zrobić. Elfy, krasnoludy i ludzie walczyli ramię w ramię, a jednym małym hobbitem nikt się nie przejmował.
- Gandalfie... Czy powinniśmy tak tu stać? - spytałem wreszcie, ale w miejscu, gdzie przed chwilą stał czarodziej, nikogo nie było. No i zostawił mnie samego. Zniknął. Jak to miał w zwyczaju. Sytuacja stawała się coraz bardziej rozpaczliwa. Orkowie siekli krasnoludy, elfy starały się bronić ludzi, którzy walczyli z ogromnymi trollami pod wodzą Azoga. Bladego Orka z opowieści.
- Gdzie jest Thorin?! - krzyczał Dain Żelazna Stopa. - Potrzebujemy go! Gdzie on jest?! - ja wiedziałem gdzie. We wnętrzu Góry. Na straży swojego złota... Ludzie i elfy padali odłogiem. Orkowie nacierali ze wszystkich stron. Thranduil machał mieczami na wszystkie strony. Nawet kiedy padł jego wierzchowiec nie zaprzestał walki (choć taki łoś zapewniał mu znaczną przewagę, to prawda). W międzyczasie odnaleźli się Legolas i panna Katrin. Elf wystrzelił już z łuku niewyobrażalną liczbę strzał. Jego małżonka była chyba ranna w nogę, ale nie poddawała się. Również walczyła, wymachując mieczem na prawo i lewo. Ale widać było, że przegrywają. Potrzebne im był posiłki, na które chyba nie mogli już liczyć.
 

 
Czyli od czego zaczęła się moja przygoda ze "Zmierzchem".

Do tej pory tak autorka jak i jej dzieło po prostu mnie od siebie odrzucały. Na kilometr zajeżdżało mi od tego telenowelą i kiepskim romansidłem dla dziewcząt w wieku... Mniej więcej lat czternastu. Rok temu zobaczyłam to wydanie na półce w Empiku. Po dwunastu miesiącach zastanawiania się czy warto, stwierdziłam, że raz kozie śmierć i kupiłam dwa tomy za dwadzieścia pięć złotych. Było warto.

Siedemnastoletnia Isabella Swan przeprowadza się do ponurego miasteczka w deszczowym stanie Washington i poznaje tajemniczego, przystojnego Edwarda Cullena. Chłopak ma nadludzkie zdolności - nie można mu się oprzeć, ale i nie można go rozgryźć. Dziewczyna usiłuje poznać jego mroczne sekrety, nie zdaje sobie jednak sprawy, że naraża tym siebie i swoich najbliższych na niebezpieczeństwo. Okazuje się, bowiem, że zakochała się w wampirze...

Historia nie odbiega bardzo od oryginału, aczkolwiek niektóre sytuacje zostają pokazane trochę inaczej - w inny sposób (przynajmniej zdaniem moich współlokatorek. nie wiem, książkowego pierwowzoru nie czytałam). W komiksie niektóre fragmenty są bardziej uwidocznione, inne mniej - i to działa jedynie na korzyść. Pamiętacie np. pierwsze spotkanie Edwarda i Belli na lekcji biologii? Tutaj jest to pokazane po prostu genialnie - każdy ruch Edwarda, każde napięcie mięśni.

Jednakże nie zamierzam w tej recenzji skupiać się na historii, którą pewnie wszyscy dobrze znają - nawet jeżeli na oczy nie widzieli ani książki, ani filmu. W komiksie najbardziej powinnam skupić się na ilustracjach, które są - jednym słowem - bajeczne. Bardzo spodobały mi się postaci wychodzące spod pióra pani Young Kim. Jest to komiks w większości czarno-biały (trochę jak manga). Jednakże bardzo często można też nacieszyć oczy kolorowymi, nasyconymi wręcz obrazkami.

Autorka bestsellerowej sagi, Stephenie Meyer, również jest zadowolona z efektów pracy nad powieścią ilustrowaną, gdyż pisze: "Cieszyła mnie praca nad nową interpretacją Zmierzchu. Kim Young dokonała niewiarygodnego dzieła, przekładając słowa, które napisałam, na piękne, nastrojowe ilustracje. Wygląd postaci i tło zdarzeń są bardzo bliskie temu, co wyobrażałam sobie podczas pisania powieści".

Ze strony technicznej powieść ilustrowana prezentuje się po prostu pięknie. Twarda okładka, gruby papier, dobrze prezentujące się wszystkie obrazki. Nie rozumiem tylko, dlaczego niektóre kwestie - te powiedziane w chwilach grozy, że tak powiem - nie zostały przetłumaczone, lecz pozostawiono je w język angielskim np. "Don't move", "Did you call 911?!" Podobnie jest z informacjami wyszukanymi przez Bellę w internecie, czy napisami na karteczkach. Książka prezentowałaby się o wiele okazalej, gdyby wszystko zostałoby przetłumaczone na nasz język ojczysty (hello, niektórzy nie kumają angielskiego).
 

 
”Jak ona to robiła?” Katje szła powoli korytarzem, ściskając w ramionach teczkę, w której trzymała pióro, kałamarz, i notatki oraz czyste kartki papieru. Tylko, ze ta teczka była teraz pusta. Raz jeszcze przebiegła w myślach wszystko po kolei. Kiedy Dorothea zdołała dobrać się do jej rzeczy? Przez cały czas była uważna, nie spuściła wzroku z notatek. Chyba że podczas lekcji. Rektorka Kinla często kazała im podchodzić do katedry, żeby przyjrzeli się jakiemuś eksperymentowi. Możliwe, że Dorothea zdołała sięgnąć po notatki, gdy mijała jej ławkę. Wydawało jej się, że taka zręczność pozostaje poza zasięgiem wypieszczonej dziewczyny ze szlachty, ale najwyraźniej się myliła.
Przeszukała dokładnie pokój, nawet wróciła późnym wieczorem do Akademii, żeby sprawdzić, czy nie ma ich w sali, ale w czasie tych poszukiwań wiedziała doskonale, że nie znajdzie swoich notatek - a już z pewnością nie w całości i nie przed dzisiejszym testem.
Kiedy weszła do sali zadowolona mina Dorothei potwierdziła jej przypuszczenia. Nie pozwalając sobie na okazanie najmniejszego nawet niezadowolenia, ukłoniła się Yennefer i podeszłą do swojego miejsca obok Polly. Yennefer odchrząknęła, dając jej do zrozumienia, że nie życzy sobie więcej spóźnień, zwłaszcza za jej sprawą i przyjrzała się uważnie siedzącym przed nią adeptkom.
- Dziś sprawdzamy wiadomości z ostatnich trzech tygodni. Możecie korzystać ze swoich notatek. - Yennefer wzięła do ręki kilka arkuszy papieru, przebiegając po nich wzrokiem. - Na początek może Alyssa...
Katje czułą jak serce podchodzi jej do gardła za każdym razem, kiedy mistrzyni rzucała pytanie w stronę którejś z adeptek. Zamarła, gdy usłyszała swoje imię, ale na szczęście skierowane do niej pytanie okazało się łatwe i zdołała odpowiedzieć na nie z pamięci.
Kolejne pytania były jednak coraz trudniejsze. Adeptki zaczęły się wahać i zaglądać do notatek, zanim udzieliły odpowiedzi, co zaniepokoiło Katje. Poczuła ruch powietrza i znajomy zapach bzu i agrestu - to Yennefer przeszłą obok jej ławki. Czarodziejka zatrzymała się i spojrzała na nią. Podeszłą bliżej, stając tuż przy niej.
- Katje... - zastukała palcem w ławkę. - Gdzie twoje notatki? - Katje zamknęła oczy. Przez moment rozważała możliwość udania, że zapomniała wziąć je ze sobą do klasy. Taka jednak wymówka tylko ucieszyłaby Dorotheę, a tymczasem przyszło jej do głowy inne usprawiedliwienie...
- Powiedziałaś, że na tej lekcji będzie sprawdzian. - odpowiedziała. - Uznałam zatem, że nie powinniśmy brać ze sobą notatek. - Yennefer przyglądała się Katje z namysłem. W fiołkowych oczach płonął jej ogień. Katje dostrzegła też, że kąciki ust mistrzyni uniosły się lekko ku górze. Gdzieś z tyłu sali rozległ się stłumiony chichot.
- Dobrze. - głos Yennefer mimo wszystko zabrzmiał szorstko. - Wymień dwadzieścia kości ludzkiego ciała, zaczynając od najmniejszej. - Katje zaklęła w myślach. Musiała jednak spróbować. Powoli, ale z wzrastającą pewnością siebie, Katje wydobyła nazwy z pamięci, licząc je na palcach. Kiedy skończyła, mistrzyni spojrzała na nią, nie mogąc powstrzymać uśmiechu.
- Dobrze. - powiedziała. ”Dobrze cię wyszkoliłam.” dodała w przekazie telepatycznym. Katje odwzajemniła uśmiech i powiodła wzrokiem za czarodziejką, kiedy ta odwróciła się i znów powędrowała między ławkami. Rozejrzała się po sali i napotkała spojrzenie Dorothei, wpatrującej się w nią spod zmrużonych powiek. Odwróciła wzrok. Na szczęście pomagała Polly z jej notatkami, więc teraz będzie mogła przepisać od niej wszystko. Wątpiła bowiem, czy jej własne kiedykolwiek się znajdą.

Katje zanurzyła się głębiej w wodzie i westchnęła cichutko. Łaźnia była jedynym miejscem, w którym mogła pobyć naprawdę sama. Yennefer odkryła ją na końcu korytarza, podczas odbudowywania Aretuzy i ukryła pod osłoną różnych zaklęć. Nikt nie wiedział, że ta łazienka w ogóle istnieje, co było naprawdę wspaniałe. W ten sposób korzystać z niej mogły tylko we dwie - Yennefer i Katje. Dziewczyna przerwała rozmyślania i uniosła głowę, słysząc odgłos otwieranych drzwi.
- Och, jesteś tu. - odezwała się Yennefer, widząc adeptkę, zanurzoną po szyję w wodzie. - Zastanawiałam się gdzie się podziewasz. - dodała, jednym, szybkim ruchem ściągając suknię przez głowę. Kopnięciem zrzuciła ze stóp trzewiki i również wsunęła się do wody, kładąc ręcznik na krawędzi olbrzymiej wanny przypominającej raczej basen. Westchnęła zadowolona, opierając głowę na ręczniku.
- Ciężko cię ostatnio złapać. Dawno nie spędzałyśmy czasu tylko we dwie. Jak dawniej... - odezwała się czarodziejka.
- Mhh... - mruknęła w odpowiedzi Katje, odwracając wzrok. Chciała, żeby było jak dawniej. W tej chwili strasznie żałowała, że wtedy dała Yennefer te klucze. Że w ogóle namówiła ją na zostanie pierwszą rektorką. Jaka ona była wtedy głupia!
- Ciężki dzień? - odezwała się znowu Yennefer. Katje tylko pokiwała głową, nie mogła jednak ukryć smutku, wyraźnie malującego się na jej twarzy. - Katje, w czym problem? - dziewczyna nie odpowiedziała. Do oczu natychmiast napłynęły jej łzy, które zaraz poleciały po zaczerwienionych od gorąca policzkach. - Katje, nie zmuszaj mnie, żeby przejrzała ci myśli, wiem, że tego nie lubisz! - Yennefer podniosła głos, który na powrót zabrzmiał szorstko. Tak jak dawniej. Kiedy najbezpieczniejszą ostoją było Kaer Morhen, a one rzadko wychylały stamtąd nosa. Kiedy Yennefer uczyła ją i tylko ją i nie była bez przerwy wykończona ciągłymi zajęciami z mnóstwem innych adeptek.
- Chodzi o Dorotheę. - Katje odgarnęła z twarzy mokre kosmyki włosów. - Nie... O Aretuzę. O Akademię. O wszystko! - wyrzuciła z siebie na wydechu, szlochając już na dobre.
- Czułam, ze coś jest na rzeczy. Co ci znowu zrobiła ta mała wywłoka? Katje, jedno słowo, a wyleci stąd na zbity pysk, bo naprawdę mam głęboko gdzieś ile jej rodzice mi płacą. A problemów sprawia od cholery! - adeptka pokręciła głową przecząco.
- Słyszałam twoją rozmowę z Sabriną. - powiedziała, nieporadnie wycierając sobie twarz. - Zresztą sama mówiłaś mi, kto ją wcześniej uczył. Nie chcę, żeby coś ci się stało, pani Yennefer! Nie chcę stracić mistrzyni! Nie mieszaj się do tego! Zniosę wszystko, tylko błagam... Nie chcę, żeby zrobiła ci krzywdę... Jak Triss... - kończyła urywanie, bo łzy już dławiły ją w gardle.
- Oj, kruszynko... - Yennefer dotknęła jej mokrego policzka. - Nic mi nie będzie, obiecuję. Rzeczywiście, jestem odrobinę zmęczona je wybrykami, ale nie sądzę, żeby groziło mi z jej strony większe niebezpieczeństwo. Niemniej obiecuję ci, że jeśli jeszcze raz spróbuje ci dokuczyć, poniesie trwalsze konsekwencje, niż tydzień sprzątania dziedzińca. - Katje pokręciła głową.
- Ty mnie jak zwykle nie słuchasz! - zawołała przez łzy.
- Katje dość tego. - warknęła Yennefer. - Jestem dorosłą kobietą i dobrze wiem, czego mam się od życia spodziewać. A ty natychmiast przestań płakać, bo wiesz, że tego z kolei ja nie lubię. - Katje natychmiast umilkła i tylko skubała mokry warkoczyk. Yennefer była niewzruszona i twarda jak skała, ale łez rzeczywiście nie lubiła. I chyba tylko to ją tak naprawdę ruszało.
  • awatar Hanti: Mam nadzieje, że spotka ją zasłużona kara :D.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Wczoraj przywędrowała do mnie "Historia naturalna smoków". Tyle książek do czytania, a tak mało czasu... Sherlocka też ostatnio nie miałam kiedy oglądać... Ale skończyłam już biografię Tolkiena i w najbliższym czasie postaram się wrzucić tu recenzję.
To dopiero drugi tydzień chodzenia do szkoły, a ja już mam wrażenie, że minęły wieki. Znowu przestawiłam się na szkolny rytm pracy i - owszem - czas o wiele lepiej zorganizowany, ale na przyjemności pozostaje go niestety jedynie garstka. z drugiej strony nad biologią mogę siedzieć i po nocach, więc chyba nie mam na co narzekać.

Od razu przepraszam za jakość tego zdjęcia, bo robione komórką.

Na ta książkę polowałam już od dłuższego czasu i akurat kiedy to ja chciałam ją kupić, nigdzie jej nie było. Wreszcie wczoraj dorwałam w Liberze w miejscu mojego tymczasowego zamieszkania - czyli tam gdzie chodzę do szkoły. Coś mnie tknęło i stwierdziłam, że skoro nie mogę tego nigdzie znaleźć, to zainwestuję w kolejnego Wiedźmina (bo już tylko jedna część sagi mi została do przeczytania i chcę wiedzieć co z Yennefer i Ciri). Tymczasem podchodzę sobie do półeczki z fantastyką - bo to tak nowatorsko pomyślane, że na fantastykę oddzielna półeczka i jeszcze w tym klimacie co trzeba - i pierwsze co mi wpada w oko, to okładka "Historii smoków" właśnie. Wzięłam bez zastanawiania się, Wiedźminowi posyłając w biegu całusa. Następnym razem (bo tak obszerny to mój portfel nie jest)...
  • awatar ♛Queen Chibi♛: Smoki :3 na pewno jest mega interesująca :D. Jestem bardzo ciekawa recenzji biografii Tolkiena :* Pozdrawiam :)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
- Nie przypuszczałam, że ludzkie ciało jest aż tak skomplikowane. - Katje zamknęła z westchnieniem wielką księgę, którą właśnie czytała.
- To dopiero początek. - roześmiała się Yennefer, znad sprawdzanych właśnie prac adeptek, a kiedy skończyła zgarnęła ze stołu górę papieru. Katje zamknęła księgi, włożyła kartki papieru do odpowiednich teczek, a pióra i kałamarze do pudełek. Yennefer odstawiła kilka tomów na półki i wyprowadziła adeptkę z biblioteki.
- Powiedz mi, jak Dorothea? - zagadnęła czarodziejka, kiedy obie szły przez ciemna Aretuzę.
- Na razie mam spokój. - odpowiedziała Katje. - Ale śmiem wątpić, że tak już zostanie. Ona na pewno wymyśli coś, żeby mi dokuczyć.
- Jest przecież ta dziewczyna, która spędza z tobą czas. Polly?
- Tak. Ale wątpię, żeby umiała przeciwstawić się Dorothei. Jest... Niezbyt odważna.
- Z nauką też sobie nie radzi. - westchnęła Yennefer. - Wiesz, kim była mistrzyni Dorothei?
- Margarita Laux-Antile. - Katje przystanęła przy drzwiach mistrzyni. - Wiem, że to nie do końca możliwe, ale uważaj na siebie, dobrze? Nie chcę stracić nauczycielki.
- Niepotrzebnie się o mnie martwisz. - odpowiedziała wyniośle Yennefer, zadzierając głowę. - Dobranoc Kartje.
- Dobranoc pani Yennefer.

Słodki sok wypełnił usta Katje, gdy tylko rozgryzła skórkę brzoskwini. Trzymała w zębach mechaty owoc i przewracała strony książki Polly, dopóki nie znalazła odpowiedniego rysunku.
- Jest. - powiedziała, wyjmując owoc z ust. - Układ krwionośny. Pani Yennefer powiedziała, że musimy się nauczyć na pamięć jego części. - Polly spojrzała na kartkę i jęknęła. - Nie przejmuj się. - pocieszyła ją Katje. - Znajdziemy jakiś sposób, żeby to spamiętać. Yennefer pokazała mi kilka naprawdę przydatnych ćwiczeń do zapamiętywania długich list. - na widok zwątpienia malującego się na twarzy koleżanki, Katje stłumiła westchnienie. Szybko odkryła, skąd brały się niepowodzenia Polly w nauce. nie była ani szczególnie inteligentna, ani bardzo potężna magicznie, a egzaminy sprawiały, że wpadała w panikę. Przede wszystkim jednak była już do tego stopnia zniechęcona porażkami, że przestała się starać.
Bardzo jednak zależało jej na towarzystwie. mimo, ze Katje nie zauważyła, by inne adeptki w jakikolwiek sposób zachowywały się okrutnie wobec niej, wyraźnie za nią nie przepadały. Miała ona sporo irytujących nawyków i cech, na przykład kiedy się śmiała, wydawała z siebie śmieszny, bardzo wysoki dźwięk, który przyprawiał ją o zgrzytanie zębów.
Reszta adeptek głownie ją ignorowała. Katje zauważyła natomiast, że dziewczęta nie unikają jej już w ten sposób, co kiedyś i nie odczuwają do niej podobnej niechęci. Nawet czasem z nią rozmawiały, ale i tak większość z nich miała już bliską przyjaciółkę i nie poszukiwała nowych znajomości.
Ku jej zdziwieniu i uldze również Dorothea ignorowała ją, od pamiętnego dnia, kilka tygodni temu. Codziennie widywała ją w sali jadalnej, czasem spotykała też na korytarzu, ale Dorothea jej nie zaczepiała. Nawet wszelkie plotki zostały już zapominane. Rektorki przestały zerkać na nią podejrzliwie, rzadko też słyszała imię Yennefer, gdy przechodziła korytarzem.
- Gdybym tylko wiedziała, które części każe nam ponazywać. - westchnęła Polly. - Pewnie te największe i trochę z tych mniejszych. - Katje wzruszyła ramionami.
- Nie trać czasu na zgadywanie, o co zapyta. Będzie cię to kosztowało tyle samo wysiłku, co nauczenie się wszystkiego.
- Twoja mistrzyni jest niesamowita. - westchnęła Polly. - Ale straszna.
- Wcale nie. - roześmiała się Katje. - Nie myśl o niej w ten sposób. Może jest trochę szorstka i wymagająca... I czasem rąbnie piorunem kulistym o ścianę... Ale to dlatego, że wiele przeszła. Ona... Tak naprawdę to wspaniała czarodziejka... - Polly patrzyła na nią w skupieniu.
- Musisz ją naprawdę bardzo lubić. - stwierdziła.
- Od czterech lat zastępuje mi matkę. - Katje skubała niepewnie czarną lamówkę przy rękawie.
- Jak to w ogóle jest mieć mistrzynię? - spytała jej koleżanka, układając się na trawie w wygodnej pozie. - Strasznie bym chciała... To pewnie niesamowite, co?
- No... Dość niesamowite. - potaknęła Katje. Rozległ się dźwięk gongu. Między drzewami widać było adeptki niechętnie zbierające swoje rzeczy i kierujące się ku Akademii. Podobnie jak one, Katje i Polly spędziły popołudniową przerwę, ciesząc się tak nieczęstym już ciepłem jesiennych dni. Dziewczyna wstała i przeciągnęła się.
- Po wykładzie pójdziemy do biblioteki, żeby się pouczyć.
- Jak chcesz. - przytaknęła Polly. - Chciałabym umieć tyle co ty, wiesz?
- Kwestia praktyki. - uśmiechnęła się Katje. - Uczyłam się odkąd skończyłam czternaście lat. Odkąd Yennefer jest moją mistrzynią. Przepraszam, nie chciałam się przechwalać. Choć, bo się spóźnimy. - Polly pozbierała notatki i obie szybkim krokiem ruszyły ku Aretuzie.
 

 
Katje znowu uniosła powieki, czując strumyczek mocy, przekazywanej jej przez mistrzynię. Powoli podniosła się do pozycji siedzącej i spróbowała wstać. W głowie jej huczało, dźwięki otoczenia były przytłumione, a wzrok zamglony.
- Nie wstawaj, leż. - odezwała się Yennefer, odejmując palce od jej czoła. - Jesteś wyczerpana.
- Chcę do pokoju. - wychrypiała dziewczyna. Czuła jakby po gardle jeździła jej metalowa tarka. Przełknęła ślinę, usiłując pozbyć się tego wrażenia i wstała chwiejnie, zaraz też lecąc na ścianę. Yennefer ścisnęła ją mocno za nadgarstek i przytrzymała.
- Wesprzyj się na mnie. - poprosiła, przekładając sobie ramię adeptki przez plecy. Katje oparła głowę na ramieniu mistrzyni. - Sabrina, ją chcę widzieć za kwadrans w swoim gabinecie. - rzuciła szorstko Yennefer, posyłając Dorothei lodowate spojrzenie. - Wymyślimy, co z nią zrobić. - rektorka tylko skinęła głową potakująco. Katje słyszała jeszcze wulgarne protesty Dorothei, wrzaski Yennefer wyprowadzonej z równowagi. Potem świat pogrążył się w ciemności.

Katje powoli otworzyła oczy. Leżała w komnacie Yennefer na wąskiej leżance, która zwykle służyła czarodziejce do odpoczynku w ciągu dnia. Za drzwi komnaty dobiegały odgłosy kłótni. Dziewczyna usiadła na miękkich poduszkach, po chwili rozpoznając głosy Yennefer i Sabriny. Ostrożnie zbliżyła się do drzwi. Nie chciała podsłuchiwać, wręcz przeciwnie. Wyczuwała jednak, że jej mistrzyni jest rozdrażniona, smutna i zła.
- Nie przyłożę do tego ręki Yennefer. - mówiła Sabrina. - Ona jest z Kaedwen. Wiesz, co zrobią jej rodzice, jeśli się dowiedzą, że usunęłaś ją z Akademii?
- Nie interesują mnie jej rodzice! Złamała regulamin! Użyła mocy bez wyraźnego polecenia ze strony rektorki lub mistrzyni. Że już nie wspomnę o tym, że napaść na inną adeptkę bez uzasadnienia jest niewybaczalna!
- Zachowujesz się tak tylko dlatego, że to twoja uczennica! Gdyby chodziło o jakąś inną dziewczynę, nie byłabyś taka porywcza!
- Owszem, to moja podopieczna, ale to nie ma tu nic do rzeczy! Dobro każdej z naszych adeptek jest dla mnie tak samo ważne.
- Nie próbuj mi tego wmówić! To, że jesteś pierwszą rektorką w Akademii, nie znaczy, że możesz robić, co tylko ci się żywnie podoba! Wiesz kim była jej mistrzyni? Jej mistrzynią była Margarita Laux-Antile, którą posłałaś w ogień. Nie chcesz mieć z nią zatargu, Yennefer.
- Nie tym tonem moja droga! - wysyczała czarodziejka, choć w jej głosie dało się wyczuć drżenie. - Margarita nie żyje. I dobrze o tym wiesz. Czasy, gdy na nas polowano, gdy nas zabijano, palono na stosach, minęły i już nie wrócą. Nawet jeśli ta dziewczyna wyznaje tamtą filozofię nie stanowi dla nas wyraźnego zagrożenia. Jest sama przeciwko nam i całej Akademii.
- Nie byłabym tego taka pewna. - westchnęła Sabrina. - Ale jak chcesz. Nie zgadzam się jednak na usunięcie Dorothei z Akademii. Inne rektorki również nie. Jest zbyt zdolną uczennicą, żeby tak po prostu się jej pozbyć. a jej rodzice płacą nam za jej edukację ogromne pieniądze.
- Niemniej musi ponieść karę za swój wyczyn.
- W ogóle mnie nie słuchasz, prawda? Zostaw tą dziewczynę w spokoju, jeśli nie chcesz mieć problemów. Radzę ci to jako rektorka i przyjaciółka. Wspomnisz moje słowa. - dodała jeszcze Sabrina i chwilę potem na korytarzu rozległ się stukot jej obcasów

Katje siedziała w sali lekcyjnej, wpatrując się tępym wzrokiem w ścianę. Jednocześnie zapisywała słowa rektorki Assiry, uczącej alchemii. Odkąd Dorotea otwarcie ją zaatakowała minął tydzień. Dziewczyna poniosła karę, która jednak nie uczyniła jej większej krzywdy, za to Yennefer wręcz kipiała wściekłością. Katje wcale jej się nie dziwiła. Ją też drażnił fakt, ze dziewczynie nie można nic zrobić ze względu na pozycję, jaką zajmowali jej rodzice.
Katje powiodła wzrokiem po innych adeptkach. Siedząca obok niej piegowata, ruda dziewczyna uśmiechnęła się niepewnie, poczym rozpromieniła się, gdy Katje odpowiedziała uśmiechem. Następnie jej spojrzenie padło na kartkę, na której napisała ”Zapisałaś wszystko?”. Katje wzruszyła ramionami i odpisała na swojej kartce; ”Mam nadzieję - ona tak szybko mówi.” Dziewczyna znowu chciała coś napisać, ale rektorka w tej samej chwili rozpoczęła dokładne wyjaśnienie rysunku, który sporządziła na tablicy, a zarówno Katje, jak i jej towarzyszka zorientowały się z przerażeniem, że powinny były go skopiować.
- Na następne zajęcia proszę zapoznać się i zapamiętać nazwy oraz zastosowanie roślin o właściwościach rozpuszczających śluz, co omówiono szczegółowo w rozdziale piątym. Możecie się rozejść. - adeptki wstały równocześnie i ukłoniły się rektorce, która odwróciła się do tablicy i machnęła ręką. Ku rozpaczy Katje rysunek natychmiast znikł z jej powierzchni.
- Ile zdążyłaś przerysować? - obejrzała się. Piegowata dziewczyna stała obok niej, wyciągając szyję, żeby zajrzeć do jej notatek. Katje obróciła kartkę w jej stronę.
- Nie wszystko, ale wygląda na to, ze tobie udało się zauważyć parę rzeczy, które mnie umknęły. Mogę... Możemy porównać notatki?
- Jasne. Jeśli... Jeśli nie masz nic przeciwko. - pozostałe adeptki spakowały swoje rzeczy i wychodziły z sali. niektóre odwracały się, żeby się im przyjrzeć.
- Nie idziesz do sali jadalnej? - spytała Katje.
- Idę. - dziewczyna uśmiechnęła się promiennie.
- Pójdę z tobą. - skinęła głową. Pospieszyły za resztą adeptek na korytarzu. Niektóre rzucały im spojrzenia, ale nikt do nich nie podszedł, nikt również nie zdradzał zamiaru uczynienia jej złośliwości.
- Jak masz na imię? - zwróciła się Katje do swojej towarzyszki.
- Polly. Z Verden.
- Ja jestem Katje. - dziewczyna przygryzła wargę.
- Wiem. - odpowiedziała Polly. - Rozpoznałam cię. Jesteś tą dziewczyną, którą zaatakowała Dorothea, tydzień temu, prawda? - Katje powoli skinęła głową. - Byłam wśród tych, które usiłowały cię bronić. Chcesz... Pouczyć się ze mną dziś wieczorem? - Katje energicznie potaknęła. Czyżby to był pierwszy krok ku przyjaźni?
 

 
W Ereborze byłem jeszcze przed świtem następnego dnia. Tak jak się spodziewałem, nikt nie zauważył mojego zniknięcia. Za bardzo byli zaaferowani armią elfów, czekających na jakikolwiek sygnał od swojego władcy, żeby zasypać nas gradem strzał. Tuż u bram Góry stanął władca elfów z Bardem u boku. Dosiadał olbrzymiego łosia, co już samo w sobie robiło wrażenie. Thorin posłał w jego stronę strzałę, która odbiła się od kamienia tuż pod kopytami tego majestatycznego zwierzęcia.
- Następną trafie cię miedzy oczy! - zawołał, ponownie naciągając cięciwę. Krasnoludy poparły go wojowniczymi okrzykami. Ja tylko westchnąłem ciężko. Władca elfów nie musiał nawet nic mówić. Jego wojska w ułamku sekundy napięły łuki gotowe posłać ku nam miliony pocisków, ale opuściły broń na wyraźny sygnał króla.
- Przynosimy ci wieść. Zaoferowano nam spłatę twojego długu. - zaczął Thranduil. - Zgodziliśmy się.
- Jaką spłatę?! - zawołał Thorin. - Nie dałem wam niczego! I nie macie nic! - Bard sięgnął do kieszeni po wewnętrznej stronie płaszcza.
- Mamy to. - powiedział, unosząc do góry arcyklejnot. Thorin powoli opuścił łuk.Zareagował dokładnie tak, jak się spodziewałem.
- Mają arcyklejnot... - odezwał się Kili. - Złodzieje... Skąd macie dziedzictwo naszych przodków! Ten kamień należy do króla!
- I król może go mieć. - odpowiedział spokojnie Bard. - Jeśli zechcemy. - dodał, wsuwając kamień z powrotem do kieszeni. - Wpierw jednak niechaj dotrzyma słowa. - Thorin pokręcił głową.
- Biorą nas chyba za głupców. To nie klejnot, a oni łżą! Arcyklejnot ciągle jest tutaj! Oszukujecie!
- Nie, nie oszukują. - odezwałem się, postanawiając wziąć sprawy we własne ręce. - To prawdziwy klejnot. Ja im go dałem. - Thorin odwrócił się ku mnie. - To była moja czternasta część.
- Więc okradłeś mnie...
- Okradłem? O nie. Nie. Może jestem włamywaczem, ale jednak uczciwym. I niech to będzie cały mój udział w skarbie. - w oku Thorina błysnęła wściekłość.
- Udział w skarbie? Twój udział. Nie dostaniesz nic mojego skarbu ty podły szczurze! - powinienem zacząć się bać, czy może jeszcze trochę z tym poczekać?
- Zamierzałem ci go dać. Zamierzałem i to nie raz, ale... Ale zmieniłeś się, Thorinie. Thorin, którego poznałem w Bag End nie złamałby danego słowa. Nie wątpiłby w lojalność swoich ludzi.
- Ty chcesz uczyć mnie lojalności? - warknął Thorin. Zawładnęło nim szaleństwo. Rozejrzał się po kompanach. - Zepchnąć go z murów! - nakazał. - Głusi jesteście?! - wrzasnął znowu, kiedy żaden z krasnoludów nie kwapił się do wykonania rozkazu. - No to sam to zrobię. - Thorin szarpnął mnie za płaszcz i zanim zdążyłem się obejrzeć już czułem pod plecami gładki kamień, górną połową ciała zwisając za barykadą. Szarpał mnie, krzycząc coś o przeklętych hobbistach i przeklętych czarodziejach, które narzucają innym swoją wolę.
- Nie podoba ci się mój włamywacz?! - usłyszałem Gandalfa. - Proszę, nie krzywdź go! Niech powróci do mnie. - Thorin rozluźnił uścisk, ale wymknąć się jeszcze nie mogłem. - Jakoś chyba nie najlepiej się sprawdzasz jako król pod Górą, zgadza się? Thorinie, synu Thraina... - wreszcie wysunąłem się z jego objęć i na wpół przytomny zlazłem z barykady. Bofur podtrzymał mnie za ramię, kiedy omal się nie przewróciłem i zaraz popchnął ku kamiennym schodom.
- No już, uciekaj! - wyszeptał gorączkowo, a ja natychmiast zlazłem na dół.
- Mamy umowę?! - zawołał znów Bard. - Oddamy arcyklejnot za to, co nam przyrzekłeś. Odpowiedz nam! Chcesz pokoju, czy wojny?
- Wybieram wojnę. - wysyczał Thorin przez zaciśnięte zęby. Wśród elfów zapanowało poruszenie, kiedy zza horyzontu wyłoniła się armia krasnoludów, o której mówił Thorin. Pod rozkazem króla natychmiast ruszyły naprzód.
- Kto to jest? - spytałem, zrównując się z Gandalfem. - Jakiś taki ponury. - miałem na myśli wodza tamtych krasnoludów, dosiadającego ogromnego dzika.
- To jest Dain. Władca Żelaznych Wzgórz, kuzyn Thorina.
- Jaki on jest? - Gandalf westchnął.
- Zawsze myślałem, że Thorin to ten rozsądniejszy z nich dwóch. - świetnie. Więc ten krasnolud nam nie pomoże niestety.
- Dzień dobry, jak się miewamy? - odezwał się Dain donośnym głosem. - Mam malutką propozycję, więc może poświecicie mi chwilę czasu, co? Możecie, jeśli łaska... Zjeżdżać mi stąd!
- Och przestań, Żelazna Stopo! - zawołał Gandalf.
- Gandalf Szary... Każ odejść tej hołocie. Inaczej nasycę ziemię ich krwią!
- Nie potrzeba nam wojny między krasnoludami, ludźmi i elfami. Armia orków maszeruje na Erebor. - no proszę, o tym słyszałem pierwszy raz. - Wycofaj swoje wojska.
- Nie zamierzam cofać się przed żadnym elfem. Zwłaszcza jak jest opryskliwym leśnym gnomem. On pragnie tylko klęski moich braci. A jeżeli chce stanąć pomiędzy mną a nimi... Rozpłatam mu tę jego śliczną główkę! Ciekawe, czy wtedy będzie się uśmiechał. - zerknąłem na Thranduila. Na usta rzeczywiście wykwitł mu sarkastyczny uśmieszek.
- Widać oszalał. Jak jego kuzyn. - powiedział spokojnie.
- Słyszycie go?! Zaczynać! Spuścimy tym draniom porządny łomot! - krasnoludy wydały z siebie kolejny okrzyk i ruszyły do ataku, elfy również stanęły w gotowości do walki. Wtedy świat zadrżał, a spod ziemi wylazły ogromne poczwary przypominające robaki, tylko o wiele, wiele większe. Ziemiożercy. Z dwoma może i dwie armie by sobie poradziły, ale ich było więcej. O wiele. Westchnąłem. Obnażone żądełko czekało na okazję do walki, ale jak mieliśmy walczyć z tym czymś? To nie był jeszcze koniec. Z północy szli na nas orkowie.
- Piekielne hordy ruszyły! - zawołał Dain. - Do boju synowie Durina! - krasnoludy ruszyły ku armii orków.
- A elfy co? Nie będą walczyć? - spytałem, zerkając na Gandalfa.
- Nie. - potwierdził czarodziej, ale odwrócił się ku władcy elfów. - Thranduilu! To szaleństwo! - Thranduil patrzył na nas. Najwyraźniej nie wiedział co ma robić, ale zaraz potem wziął się w garść i wykrzyczał kilka rozkazów w dźwięcznym elfickim języku. Elfy ruszyły do walki wespół z krasnoludami, ze swoimi niegdysiejszymi wrogami. Tym samym zerwane zostały wszelkie więzy nienawiści między tymi rasami. Bitwa rozgorzała na dobre.
  • awatar Wiky the Metal-Punk!: No to się dopiero zaczęło... I pomyśleć, że gdyby Bilbo nie poszedł na wyprawę, to pewnie teraz by sobie siedział w swoim domku w Bad Eng i popijał herbatkę :P.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Kolejnej nocy wymknąłem się z Ereboru i popędziłem ku ruinom miasta Dale, gdzie - jak wiedziałem - stacjonowała armia elfów. W kieszeni ciążył mi arcyklejnot. Nie postępowałem do końca uczciwie, ale na pewno słusznie. Już z daleka słyszałem głos Gandalfa. Przemykałem się między ludźmi, aż wreszcie dopadłem do namiotu, z którego słychać było czarodzieja.
- Nie będą przelewać krwi. Wiedzą, że nie mogą wygrać. - to z kolei był Bard. Łucznik z Miasta na Jeziorze. Postanowiłem się ujawnić, jednocześnie wyprowadzając go z błędu.
- Uważasz, ze się poddadzą? O nie, będą bronić do śmierci swego złota. - odezwałem się, podbiegając do nich.
- Bilbo Baggins! - zawołał Gandalf, nadzwyczaj uradowany. Uśmiechnąłem się w odpowiedzi. Szczerze mówiąc nie miałem pewności, że jeszcze go zobaczę.
- Jeśli się nie mylę to jest niziołek, który ukradł klucze do moich lochów i okpił moje straże. - odezwał się władca elfów, kiedy Gandalf zaprosił mnie do namiotu. Rzuciłem okiem na elfa, rozpartego wygodnie na krześle.
- Tiaaa... Przepraszam za to. - nic innego nie przyszło mi do głowy, ale brak manier natychmiast został zatuszowany. - Przyszedłem, żeby dać wam to. - powiedziałem, wyjmując z kieszeni klejnot, owinięty w skórzaną szmatkę. W ciemnościach namiotu błyszczał swoim niezwykłym, wewnętrznym światłem.
- To jest serce góry... - odezwał się władca elfów, wstając z miejsca. - Klejnot króla. - Gandalf również patrzył na to, co robię, najwyraźniej nie rozumiejąc dlaczego.
- I wart królewskiej sumy. - dodał Bard. Potaknąłem, kiwając głową. - Skąd wziął się u ciebie?
- Należała mi się jedna czternasta skarbu. - Gandalf spojrzał na mnie z dziwnym wyrazem twarzy, jakby nie mógł powstrzymać uśmiechu.
- Czemu to robisz? Nic nie jesteś nam winien?
- Nie robię tego dla was. - patrzyli na mnie w milczeniu, najwyraźniej oczekując wyjaśnień. Wiec wyjaśniłem. - Wiem, że krasnoludy mogą być uparte. Aż głupie wręcz i... Trudne. Są podejrzliwe i skryte. I maniery mają takie, że o gorsze trudno, ale przy tym są odważne. I dzielne... I lojalne do bólu. Polubiłem tę gromadkę. Chcę ich ratować, jeśli się da. Thorin ceni ten kamień ponad wszystko. Aby go odzyskać myślę, że da wam to, co się wam należy. I może obejdzie się bez wojny. - Bard i elfi władca popatrzyli po sobie. Chyba nie byli co do tego przekonani. Ale co im szkodziło spróbować...

- Idź teraz spać. - odezwał się Gandalf po tym, jak już ucięliśmy sobie niewielką pogawędkę. - Rano musisz ruszać.
- Co? - pierwsze słyszałem. Dokąd?
- Lepiej, żebyś był jak najdalej stąd.
- Nie... Nie ma mowy. - zaoponowałem. - Wybrałeś mnie jako czternastego i nie zostawię kompanii.
- Już nie ma kompanii. To przeszłość. Boję się, co zrobi Thorin, gdy się dowie o arcyklejnocie.
- A ja się nie boję Thorina. - dodałem odważnie.
- To niedobrze. - umilkłem, kiedy Gandalf odwrócił się ku mnie. - Zło i złoto mają wiele wspólnego. To o złocie tylko od wieków myślał Smaug. Każdy, kto zbliży się do Góry zapada na ten smoczy obłęd. Prawie każdy... - poprawił się zaraz, spoglądając na mnie życzliwie. Nie uśmiechnąłem się. Choć to chyba był komplement. - Hej ty! - Gandalf zatrzymał jednego z mieszkańców Esgaroth, przechodzącego obok. - Daj hobbitowi jeść. I znajdź mu miejsce do spania. - poszedłem za nieznajomym mężczyzną. Nie wzbudzał we mnie zbytniego zaufania. Ale to nie było ważne. Nie mogłem tak po prostu zostawić przyjaciół. W głowie zaczynał mi się rodzić plan.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Dzisiaj krótko i na temat, bo jeszcze choć jeden rozdział chciałam przeczytać, a zaczyna się robić późno. "Biografia Tolkiena" jest cudowna, w weekend możecie spodziewać się recenzji. Jak już skończę... Eee... To pierwsze z poważniejszych ogłoszeń. Po drugie, spróbuję wreszcie machnąć coś na temat Zmierzchu w formie komiksu, bo bardzo mi się to podobało i niedługo sięgnę po książkowy pierwowzór.

Dalej, wspominałam o tym, że zamierzam próbować się w dramacie psychologicznym. Nie za wiele wiem o tym gatunku, ale wszystko do nadrobienia, materiały pościągane i niedługo chyba się za to wezmę. Wspominałam, że kończę z opowiadaniem "Pod jednym dachem z Pingwinami". Nie odwiedziecie mnie od tego. Mam już po prostu serdecznie dosyć tak samo fabuły jak i bohaterów, więc naprawdę dość. Aczkolwiek wspominałam też, że będę kontynuować historię Kate i pogłębiać relacje z jej przybraną mamą i zamierzam to realizować właśnie w dramacie. Konkrety... Zacznę od samiutkiego początku, czyli od tego jak Kate w ogóle do niej trafiła (w sensie do pani Ireny), a opowiadanie będzie miało trzy narratorki; Kate, panią Irenę i mnie, czyli narratora wszechwiedzącego (narracja trzecioosobowa). No i jako, że to poważny gatunek to trzeba będzie ściśle trzymać się realiów XXI wieku. Zobaczymy jak z tym u mnie będzie, bo wiecie, że lubię sobie czasem odlecieć.

I teraz tak... Skoro już kompletujemy plan wydawniczy, to... Do końca września trzymamy się "Dziennika Pewnego Hobbita", na październik zapowiadam się z fanfiction z "Piratów z Karaibów", w międzyczasie kontynuowana będzie "Mistrzyni i Uczennica" i wstawki opowiadania z Sherlocka, więc pierwszy rozdział dramatu (tytuł w robocie) dostaniecie początkiem listopada. Ambitnie... Mam nadzieję, że w tym roku się wyrobię, bo w zeszłym było trochę zamieszania. Pytania tradycyjnie w komentarzach, jak nie ma żadnych to dobrze.
 

 
W nocy krasnoludy zbroiły się do walki. Nie zamierzały odpuścić. A ja nie miałem najmniejszego pojęcia co z tym wszystkim zrobić. Nie miałem na Thorina żadnego wpływu.
- Panie Baggins! - zawołał Thorin, kiedy stanąłem przed zbrojownią. - Tutaj! - powoli podszedłem do niego, nie wiedząc czego się spodziewać.
- Może się przydać. - powiedział tylko, podając mi lśniącą koszulkę, przypominającą bardziej lekką kolczugę. - Załóż ją. - potulnie ściągnąłem z siebie płaszcz i włożyłem przez głowę kolczugę. - Jest zrobiona z szarego blasku. Mithril. Tak go nazywali moi przodkowie. Zatrzyma każde ostrze. - spojrzałem po sobie, potem przenosząc wzrok na krasnoludy, które również mi się przyglądały.
- Głupio wyglądam. - odezwałem się. - Jestem hobbitem nie rycerzem.
- To jest dar. W dowód naszej przyjaźni. - nie mówił szczerze. Czytałem to w jego oczach. - Trudno o prawdziwego przyjaciela. - warknął, ścisnąwszy mnie mocno za ramię i powlókł za sobą na drugi koniec korytarza. - A ja byłem ślepy. Ale przejrzałem na oczy. Zostałem zdradzony.
- Zdradzony? - spytałem niepewnie, starając się, żeby głos mi nie zadrżał.
- Arcyklejnot... - przełknąłem ślinę nerwowo. Czyli wiedział, że go mam. Byłem przygotowany na najgorsze. Serce waliło mi mocno, kiedy patrzyłem mu w oczy, w których łatwo można było dostrzec... Szaleństwo. - Ma go któryś z nich. - nie mogłem się powstrzymać od westchnienia ulgi. - Jeden z nich to zdrajca...
- Thorinie... - odezwałem się. - Wyprawa się... Udała. Odzyskałeś Górę. To ci nie wystarczy?
- Zdradzony przez najbliższych...
- Ale... Ale... Coś obiecałeś. Ludziom z Miasta nad Jeziorem. Czy ten cały skarb jest wart więcej niż twój honor? Nasz honor? Ja też tam byłem Thorinie, też dałem słowo.
- Za to ci dziękuję. To było szlachetne, ale skarby tej góry nie są własnością Miasta nad Jeziorem. To złoto... Jest nasze... Wyłącznie nasze... Niech nikt nie myśli, że je skradnie... To jest moje... Bogactwo. - smocza choroba. Thorin nawet zaczynał mówić jak Smaug. W ten syczący sposób. Nie wiedziałem jak do niego dotrzeć. Ale może był jakiś inny sposób, żeby go z tego wyleczyć.
 

 
Obejrzałam kolejny odcinek Sherlocka. Wiecie co? Ja od początku wiedziałam, że Mary to nie jest kobieta dla Johna. Nie dość, że brzydka i głupia to jeszcze morderczyni. Ja rozumiem, że miłość jest ślepa (tia), że strzała amora nie zawsze trafi tam gdzie trzeba (o szczegóły nie pytajcie), ale może bez przesady, co? Zadziało się w tym odcinku parę ciekawych rzeczy. Sherlock jak wywnioskowałam miał coś wspólnego z narkotykami, o co nigdy bym go nie posądziła. Co do papierosów to tak, nikotyna, te sprawy, ale narkotyki w życiu. I potem się okazało, że to tylko działanie a propos nowej sprawy, więc jednak szczęśliwie nie jest ćpunem. Ale o to mniejsza.

Sherlock został postrzelony - dochodzimy do sedna - przez Mary Watson. Ciekawie było jak potem zwiał ze szpitala. A ponieważ Mary okazała się morderczynią, John przeżywał w tym odcinku małe załamanie nerwowe, co i mnie troszeczkę wytrąciło z równowagi, bo ta pozbawiona skrupułów kobieta skrzywdziła Johna <złowroga cisza>. Tego jej nie daruję do końca trwania serialu. Ciekawie się zrobiło pod koniec. O tym, że Sherlock został posądzony o morderstwo - całkiem słusznie, bo faktycznie zabił - wam nie powiem, ale powiem tak; Moriarty powrócił, więc w czwartym sezonie na pewno będzie ciekawie. Mam nadzieję na epizodyczne pojawienie się panny Adler, bo doszłam do wniosku, że to moja ulubiona postać kobieca z Sherlocka. Ma taki uroczy koczek. I pałam do niej niczym nieuzasadnioną sympatią.

A teraz bardziej z ogłoszeń parafialnych. Jak zdążyliście zauważyć nagłówek bloga ma inną nazwę. I teraz z czego to wynika... Z opowiadaniem o Pingwinach dałam sobie spokój. Ostatnie rozdziały męczyły mnie jak jeszcze żadne inne opowiadanie, więc stwierdziłam "Dosyć". Było fajnie, od tego w końcu wszystko się zaczęło, ale trochę już tego za dużo. Po prostu coś się wypaliło i lepiej chyba tego nie ciągnąć w nieskończoność. Ani Kate, ani jej mamy nie zamierzam jednak zostawić w spokoju. Stwierdziłam, że poeksperymentuję sobie trochę z dramatem psychologicznym, co w sumie ciekawie się zapowiada. Jestem pewna, że to dobry początek czegoś nowego. Po więcej informacji zapraszam jutro (jak ja lubię rozbudzać ludzką ciekawość), a tymczasem dobranoc.
  • awatar Wiky the Metal-Punk!: Aż byłam ciekawa, czy ta cała Mary serio jest taka brzydka. Jak to zwykle u mnie bywa, ciekawość mnie zeżarła i sprawdziłam... Miałaś rację :P. Nie jest jakaś specjalnie ładna... Właśnie widzę, że zmieniłaś nazwę bloga i zastanawiałam się dlaczego, ale teraz już wiem ;). No nie wierzę, że dałaś sobie spokój z opowiadaniem o pingwinach, ale jednocześnie czekam na Twój eksperyment z dramatem. Ciekawa jestem co Ci wyjdzie ;).
  • awatar ♛Queen Chibi♛: Czytając ten wpis zaczyna mi się marzyć coś stworzyć. Największy problem nie wiem jak za to zabrać się za to
  • awatar Gość: Ciekawa jestem, co tym razem wymyślisz, tylko może... nie dramatyzuj za bardzo ;) pozdrawiam Coccolino
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (4) ›
 

 
Miał być kolejny rozdział "Mistrzyni i Uczennicy", obiecałam, wiem. Wiem! Ale nie będzie, bo zapomniałam z domu notatek tak jak i mnóstwa innych rzeczy, więc będziecie musieli wytrzymać do piątku.

W nocy znowu nie dali mi spać. Krasnoludy budowały umocnienia i oczywiście wciągnięto mnie w wir pracy. Pokrzykiwały na siebie nawzajem. Thorin wydawał polecenia, stojąc na szczycie ogromnej barykady.
- Przed świtem umocnienia muszą być gotowe! - krzyczał. - Ciężko walczyliśmy o tę górę. Drugi raz jej nie stracę! - nie rozumiałem po co to wszystko. Przed czym Thorin chciał się bronić? Przecież nie przed garstką ocalałych mieszkańców Esgaroth.
- Ludzie z miasta nie mają niczego! - zaprotestował Kili. - Przyszli do nas po pomoc. Stracili wszystko. Całkowicie...
- Chcesz mówić mnie co oni stracili?! - odpowiedział mu pytaniem Thorin. - Co ich spotkało dobrze wiem. Ci, którzy przeżyli ogień smoka niech się cieszą. Powinni być wdzięczni losowi. Więcej głazów! - krzyknął, odwracając się ku kompanii. - Więcej głazów przy wrotach! - patrzyłem na niego, nie wierząc... Thorin, którego znałem, nie był taki.

Rano przed Ereborem czekała na nas armia elfów. Nie mogłem uwierzyć w to, co widzę. Mimo niewyspania to na pewno nie były przywidzenia wywołane senną marą. Elfy obstawiły każdą, nawet najmniejszą wieżyczkę Dale. A raczej tego, co z niego zostało. Do Góry zbliżał się jeździec na koniu. Poznałem go. To był Bard. Krasnoludy zgromadziły się za zbudowanym umocnieniem. Tam czekaliśmy.
- Witaj Thorinie, synu Thraina! - zawołał Bard, zatrzymując się u stóp Samotnej Góry. - Cieszymy się, że przetrwałeś to wszystko!
- Czemu stajesz przed Królem pod Górą uzbrojony jak na wojnę?! - odkrzyknął Thorin.
- A dlaczego Król pod Górą zamknął się w tej twierdzy? Niby złodziej w kryjówce?
- Być może dlatego, że spodziewam się złodziei.
- Mój Panie... Nie przybywamy cię okraść. Przybywamy po sprawiedliwość! Nie porozmawiasz ze mną? - Thorin łaskawie skinął głową i zostawiając nas za barykadą, zszedł na dół. Rozmowa chyba nie poszła po myśli Barda. Nie dane mi było usłyszeć z niej ani słowa, ale jego mina gdy odjeżdżał wystarczyła mi za wszystkie słowa.
- Co ty wyprawiasz? - spytałem, gdy krasnoludy patrzyły za odjeżdżającym. - Thorinie... Nie wszczynaj wojny.
- To nie jest twoja sprawa. - odpowiedział spokojnie.
- Przepraszam, ale czy nie zauważyłeś, że stoi tam armia elfów?! Nie widzisz?! Już nie mówię o setkach rozeźlonych rybaków. Wiesz, chyba jest as trochę za mało. - poniosło mnie, ale ktoś musiał wreszcie przemówić mu do rozsądku. To nie mogło skończyć się w ten sposób. Thorin odwrócił się ku mnie.
- Będzie nas więcej. - odpowiedział i tym zupełnie zbił mnie z pantałyku.
- Będzie więcej? - wyrzuciłem z siebie.
- Drogi panie Baggins... Krasnoludów nie warto nie doceniać. Odzyskaliśmy Erebor. Teraz trzeba go bronić. - więc nie było już nadziei. Nie zamierzał zrezygnować. Spojrzałem jeszcze na Balina, myśląc, że może coś pomoże, ale on tylko odwrócił głowę. Nie zamierzał się do tego mieszać. Musiałem wziąć sprawy we własne ręce.
  • awatar Wiky the Metal-Punk!: No to nieźle się Thorinowi w głowie namieszało... Ciekawa jestem jak Bilbo sobie z tym wszystkim poradzi... No i zastanawia mnie co się stało z Gandalfem... Gdzie on jest...?
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Czyli tak jak zawsze, kiedy nie mam siły na nowy rozdział. Chociaż akurat fanfiction z Wiedźmina się rozkręca <diaboliczny chichot>. Kto ciekawy, co teraz zrobi Yennefer? Bo ja osobiście nagle zaczęłam pałać do Dorothei szczerą nienawiścią, co jest dziwne, bo swoich bohaterów zawsze traktowałam z jako takim dystansem, nawet tych negatywnych. No dobra, z dystansem to za dużo powiedziane... No lubię ich, no... A niektórych to nawet kocham... Jak przybraną mamę Kate... Ok, robi się niebezpiecznie, zmieniamy temat.

Jak tam się czujecie po pierwszym tygodniu roku szkolnego? Bo ja mam ten sam zastój, co tydzień przed wakacjami. Nie wiem, czy się śmiać czy płakać. Aczkolwiek chyba jednak będę się już teraz tylko cieszyć, bo mniej więcej od... środy (?) czuję się tak jakbym miała cały świat w rękach. W ogóle to od wczoraj jestem napromieniowana pozytywna energią, bo to dopiero tydzień, jak skończyły się wakacje, a już wydarzyło się tyle, że o matko! i nie macie zielonego pojęcia jak to fajnie znowu codziennie zrywać się bladym świtem i jak na skrzydłach pędzić do kochanego ogólniaka. Nie śmiejcie się, bo mówię jak najbardziej poważnie. Kocham swoją szkołę. I swoich nauczycieli. A że klasę też to się chyba rozumie samo przez się.

I teraz będę gadać o rozszerzeniu z biologii, bo na biologii jest cudownie. I będziemy hodować pantofelki. I oglądać pod mikroskopem jak biegają. A w przyszłym tygodniu mamy wychodne i na dwie godziny (religia, angielski) wychodzimy do oczyszczalni ścieków. Trochę mało romantycznie miejsce, ale najważniejsze, że przepada mi angielski, którego nie cierpię całym sercem. A później wracamy na... Godzinę rozszerzenia z biologii. Po prostu raj na ziemi... Ja tam jestem usatysfakcjonowana. No i zaczynam zajęcia z samoobrony. A najbardziej to się nie mogę doczekać, aż się znowu dorwę do pistoletu. Spokojnie, na strzelnicy. A tak najbardziej na świecie to bym chciała, żeby ten rok był jeszcze cudowniejszy niż pierwsza klasa. I żebym miała długo, długo co wspominać.

A tak na marginesie (bo już zaczęłam od Yennefer i tak dalej), to którą postać z moich opowiadań lubicie bądź nie lubicie najbardziej? Bo jestem ciekawa. Jutro zapraszam na rozdział.
  • awatar Wiky the Metal-Punk!: Ja jestem ciekawa baaardzo co będzie dalej u Katje i Yennefer :P. Super, że aż tyle się już u Ciebie wydarzyło i się nie nudzisz :P. A co do postaci, to ja chyba najbardziej lubię Yennefer :P.
  • awatar ♛Queen Chibi♛: Zazdroszczę energii i radość chodzenia do szkoły. Naprawdę musi być super atmosfera. Umnie zawsze jest na odwrót, dla mnie jest mnie cierpieniem tam siedzieć. Lecz wybawieniem jest biblioteka
  • awatar SugarFirefly: Ważne, aby w szkole czuć się dobrze. To połowa sukcesu ;) No i nie będziesz płakać po wakacjach XD
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (7) ›
 

 
Katje przyciskała książki mocno do piersi. Czekał ją kolejny dzień drwin i nieprzyjemności. Tydzień jawił jej się jako nieskończona seria prób. A to dopiero piąty tydzień, pomyślała. Między nią, a ukończeniem Akademii stało pięć długich lat. Każdy dzień był wyczerpujący. Kiedy nie musiała znosić Dorothei i pozostałych adeptek, ślęczała nad ogromna ilością materiału, które rektorki kładły im do głów. Wybawieniem były jedynie zajęcia z Yennefer. Przez krótki czas wydawało jej się, że jeśli będzie wracać na przerwę popołudniową do mieszkania czarodziejki i jeść z nią obiad, zdoła choć na godzinę każdego dnia uciec przed Dorotheą, ale ona wymyślała najróżniejsze rzeczy, żeby jej dokuczyć. Usiłowała parę razy spędzić tę godzinę w sali, ale kiedy Dorothea się o tym dowiedziała, czekała, aż rektorka wyjdzie i znowu zaczynała je douczać. W końcu umówiła się z mistrzynią, że podczas przerw będzie przychodzić do jej sali wykładowej. Pomagała ustawiać lub rozmontowywać aparaturę, z której Yennefer korzystała na zajęciach. Yennefer nie raz proponowała jej, ze będzie jej towarzyszyć w drodze do i z sal, ale Katje wiedziała, że to tylko dałoby Dorothei do rozumienia, że rzeczywiście jest górą. Starała się jak mogła, ignorować złośliwości i szydercze komentarze, ponieważ wiedziała, że jeśli zareaguje, to tylko je zachęci do dalszych kpin. Gong kończący lekcje w danym dniu przynosił jej ulgę. Najwyraźniej zabawy towarzyskie i plotki w dormitorium, były ciekawsze od dokuczania jej, jako że wszystkie dziewczęta wybiegały z gmachu, gdy tylko rektorki pozwoliły im się rozejść. Katje czekała, aż sobie pójdą i dopiero wtedy wracała w spokoju do własnej komnaty.

Tego dnia, jak każdego innego, zbliżając się do końca korytarza, czuła, że mięśnie jej ramion rozluźniają się, a skurcz żołądka nieco ustępuje.
- Jest! - usłyszała zaraz i zamarła w bezruchu. Przeszedł ją dreszcz. Korytarz był pełen adeptek ze starszych roczników, ale to nigdy nie było dla niej problemem. Przyspieszyła w nadziei, że dotrze do tłocznego holu wejściowego, gdzie z pewnością będą jakieś rektorki, zanim dogoni ją Dorothea i jej przyjaciółki. Za sobą słyszała tupot wielu par stóp.
- Katje! Kaaatjeee! - starsze adeptki odwracały się na dźwięk tego krzyku. Katje wciągnęła głęboko powietrze, postanawiając bez zmrużenia oka stawić czoło prześladowcom. Już raz jej się udało. Czyjaś ręka chwyciła ją za ramię i szarpnęła mocno. Strząsnęła ją odruchowo i spojrzała wściekle na Keirę.
- Lekceważysz nas? - spytała Dorothea. - To bardzo niegrzeczne, ale przecież po tobie nie można spodziewać się dobrych manier, prawda? - otoczyły ją. Spoglądała po uśmiechających się szyderczo twarzach. Chwyciła jeszcze mocniej książki, zrobiła krok do przodu i przecisnęła się miedzy Ilse i Arissą , żeby wyzwolić się z tego kręgu. Tamte jednak wyciągnęły ręce i chwyciły ja za ramiona, wciągając z powrotem do środka. Zaskoczyło ją to i przestraszyło. Dotychczas nie znęcały się nad nią fizycznie, jeśli nie licząc podkładania nóg, żeby się wywróciła.
- A dokąd to Katje? - spytała Keira. Ktoś popchnął ją od tyłu. - Chcemy z tobą tylko porozmawiać.
- Ale ja nie chcę rozmawiać z wami. - warknęła. Odwróciła się i spróbowała jeszcze raz wyrwać się, ale na powrót wciągnęły ją między siebie. Poczuła autentyczny strach. - Przepuście mnie. - Dorothea wyszła przed szereg, zmuszając ją do cofnięcia się. Katje przełknęła ślinę nerwowo, czując za plecami zimną ścianę.
- Czemu mnie o to nie poprosisz, pupilko pierwszej rektorki? - ostatnie dwa słowa wypowiedziała, jakby nie było na świecie nic bardziej obrzydliwego. - Myślisz, że jesteś taka cudowna, bo pozwala ci nosić za sobą księgi? - usiłowała ją sprowokować, zobaczyć, ile zdoła wytrzymać. Cóż, Katje miała doświadczenie w radzeniu sobie z takimi zagrywkami. Yennefer nie raz doprowadzała ją do szału swoimi uwagami. - Zdradzić ci tajemnicę? - Katje patrzyła jej prosto w oczy. Dorothea nachyliła się nad nią. Czuła jej oddech na twarzy. - Moją mistrzynią była Margarita Laux-Antile. - Katje wzięła gwałtowny oddech. Czuła, że trzęsą jej się ręce. Dorothea zachichotała. - Dokładnie. A ja nie spocznę, dopóki nie odpłacę jej się tym samym. - książki ściskane przez Katje z hukiem wyładowały na podłodze, a ona szybkim ruchem wyciągnęła rękę i chwyciła ją mocno za kark. Podniosła ręce do szyi, ale zanim zdołała złapać jej nadgarstek, okręciła jej nogę swoją i popchnęła ją z całej siły. Poczuła, jak ugina się kolano Dorothei i zalała ją fala triumfu, gdy upadła do tyłu, wymachując w powietrzu rękami. W korytarzu zapadło milczenie - wszystkie adeptki, starsze i młodsze, wpatrywały się w Dorotheę. Katje parsknęła pogardliwie. To był właśnie jej błąd.
- Doigrałaś się... - warknęła Dorothea, podnosząc się z podłogi. - Nie masz prawa podnosić na mnie ręki! - wrzasnęła i zaczerpnąwszy mocy, cisnęła kulą energii prosto w Katje. Dziewczyna uchyliła się, a pocisk minął jej twarz zaledwie o milimetr. Wśród adeptek podniósł się krzyk i wrzawa. Kilka dziewcząt ze starszego rocznika usiłowało przemówić jej do rozsądku, kilka zaczęło krzyczeć, jeszcze inne wołały którąś z rektorek. Ściana drżała od kolejnych kul energii ciskanych przez Dorotheę. Katje osunęła się na podłogę i utworzyła wokół siebie tarczę ochronną, która jednak szybko zaczęła pękać. Była zmęczona i wyczerpana po zajęciach, w dodatku sporo energii włożyła w sztuczkę, której nauczyła się a Kaer Morhen. Zaczynała słabnąć. Tarcza stawała się coraz słabsza, aż w końcu znikła zupełnie, głowa zaczęła opadać jej na podłogę, a oczy zamykać. W ostatnim przebłysku świadomości zdążyła jeszcze dostrzec Yennefer, próbująca opanować sytuację.

Yennefer zbiegała po schodach, podkasując suknię. W głowie huczało jej od rozpaczliwego telepatycznego krzyku adeptki. W dodatku cały korytarz był wypełniony adeptkami, które najwyraźniej były tak zaaferowane całym zajściem, że ani w głowie im było przepuszczenie rektorki. Czarodziejka zamknęła oczy i wściekle machnęła ręką. Potężny grzmot sprawił, że gwar natychmiast ucichł.
- Wynocha, nie ma na co patrzeć! - wrzasnęła Yennefer, wreszcie przecisnąwszy się przez tłum. - No już, rozejść się! - adeptki posłusznie ruszyły schodami ku dormitorium. Zdążyły się już zorientować, że z pierwszą rektorką Akademii lepiej nie mieć na pieńku. - Ty! Ty zostajesz! - krzyknęła Yennefer w stronę Dorothei i jednym ruchem nadgarstka przygwoździła ją do ściany. - Katje... - głos czarodziejki zabrzmiał łagodniej, kiedy klękała przy skulonej na podłodze adeptce. - Katje, odezwij się. Ocknij się. Jestem tu. - dziewczyna powoli otworzyła oczy, czując pod palcami dłoń mistrzyni, którą natychmiast ścisnęła czule. Kiedy Yennefer przy niej była, czuła się bezpiecznie. - Katje, odezwij się, powiedz coś. - Yennefer zamknęła oczy, sięgając po moc uzdrowicielską i przyłożywszy wolną dłoń do czoła adeptki, wysłała jej odrobinę magicznej energii. Dziewczyna natychmiast otworzyła oczy i odwróciła głowę, patrząc prosto w fiołkowe oczy mistrzyni.
- Pani Yennefer... - wyszeptała.
- Yennefer! - czarodziejka podniosła głowę, słysząc głos Sabriny. - Co tu się stało?
- Co się stało?! - wrzasnęła czarodziejka. - Już ja ci powiem, co się stało!
  • awatar Wiky the Metal-Punk!: Katje się doigrała? Teraz to Dorothea się doigrała! Z Yennefer nie ma żartów...
  • awatar Kate - Writes: @Hanti: Nie mój. Ja nie umiem tak ładnie rysować :D Ale niedługo znowu pokaże coś swojego.
  • awatar Hanti: PS To twój rysunek? :)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (6) ›