• Wpisów:1480
  • Średnio co: 1 dzień
  • Ostatni wpis:3 dni temu
  • Licznik odwiedzin:320 179 / 2115 dni
Jesteś niezalogowany. Niektóre wpisy dostępne są tylko dla znajomych.
 
- Dziś wspominamy tych, którzy przelali krew w obronie tej krainy za czasów Pierścieni Władzy. Chwała zwycięskim poległym! - Katrin razem z innymi wzniosła toast, powoli upiła łyk wina i równie powoli odstawiła swój kielich na stół, przysiadając na szerokiej drewnianej ławie. Legolas chciał spędzić trochę czasu z dawno niewidzianymi przyjaciółmi, co doskonale rozumiała, ale bez niego czuła się odrobinę zagubiona. Nie mógł cały czas jej pilnować, mimo to brakowało jej towarzystwa elfa. Dziewczyna westchnęła, rozglądając się wokół niepewnie, ale podniosła wzrok, gdy obok niej przysiadł Aragorn.
- Źle się bawisz? - spytał mężczyzna, uśmiechając się do niej. Odwzajemniła uśmiech, mimo wszystko speszona.
- Nie, wręcz przeciwnie. - odpowiedziała. - Podoba mi się atmosfera i to, że każdy jest tu każdemu życzliwy, ale... Tak naprawdę nikogo tutaj nie znam. I chyba wolałabym być gdzie indziej... - Katrin sięgnęła po kielich z trunkiem i upiła kolejny łyk wina.
- Doskonale cię rozumiem. - Aragorn znów się uśmiechnął. - Mam powiedzieć Legolasowi, że powinien bardziej dbać o narzeczoną i nie zostawiać jej samej sobie? - Katrin pokręciła głową.
- Nie. - odpowiedziała zdecydowanie. - On i Gimli dawno się nie widzieli, powinni spędzić ze sobą ten wieczór i... Co tam się dzieje? - dziewczyna przerwała, słysząc rosnące zamieszanie kawałek dalej. Aragorn pokręcił głową przecząco i kiedy wstała z miejsca, podążył za nią. Katrin przepchnęła się przez żądny uciechy tłum mężczyzn i złożyła ręce na piersi, widząc co było przyczyną tej niezmiernej radości. Legolas na wpół leżał przy stole, policzki miał zarumienione, a wzrok rozbiegany, a mimo to sięgnął po kielich z winem, kiedy Eomer dolał do niego trunku.
- Pierwszy raz widzę pijanego elfa. - szepnął Aragorn, nachylając się do dziewczyny. Katrin spojrzała na niego z mieszaniną osłupienia i oburzenia i nie zastanawiając się dłużej, wyjęła z dłoni narzeczonego kielich, a jego wzięła od ramię, mimo protestów.
- Legolas, wstań proszę. - odezwała się. - Wracamy do komnaty, koniec zabawy na dzisiaj. - dodała zdecydowanie. Elf posłusznie wstał, omal się przy tym nie przewracając, co wywołało kolejną falę śmiechu. Katrin podtrzymała go mocno i nie zaszczyciwszy stojących wokół nawet spojrzeniem, powoli wyprowadziła go z sali biesiadnej.
 

 
Tu jest soundtrack'u część pierwsza; https://youtu.be/wj9jkVQS-No



Lekcje z Tauriel sprawiały Katrin wielką przyjemność, pomimo oschłości z jaką traktowała ją elfka. Zajęcia pozwalały jej czuć się wolną i choćby w niewielkim stopniu panować nad własnymi działaniami i losem. Dziewczyna wciąż nie wiedziała, co postanowi w jej sprawie władca elfów, choć nie tylko to zaprzątało jej głowę.
- Aire er mahta? - rzuciła któregoś dnia Tauriel. Katrin obejrzała się na Legolasa. Przez minione dni udało jej się opanować jedynie kilka sindarskich słów i wielu rzeczy jeszcze nie rozumiała.
- Tauriel proponuje ci pojedynek. - wyjaśnił elf. Elfka uniosła wyzywająco brew, uśmiechając się przy tym.
- Sare. - odpowiedziała Katrin, wyrażając zgodę. Dziewczyna przybrała pozycję, poprawiła chwyt i uniosła ostrze. Tauriel zaatakowała natychmiast, natychmiast sparowała cios miecza Katrin i wykonała pchnięcie. Dziewczyna zrobiła kilka uników uchylając się przed klingą, po czym natarła. Tauriel bez wysiłku zablokowała cios i skontrowała cięciem od dołu. Katrin odskoczyła w tył; ostrze o włos minęło jej policzek. Tauriel natarła znowu i trafiła dziewczynę ciosem od góry, tnąc przez ramię. Katrin skrzywiła się, czując ból w miejscu zranienia, ale walki nie przerwała. Starły się ponownie. Tym razem Katrin nie popełniła tego samego błędu i nie dała się tak łatwo podejść. Skierowała ostrze w twarz elfki. W odpowiedzi tamta machnęła dziko swoim mieczem i dziewczyna musiała się wycofać by nie trafić pod jej ostrze. Zwiodła przeciwniczkę, opuszczając klingę. Tauriel dostrzegła szansę, uniosła wysoko swój miecz, zamierzyła się na odsłoniętą głowę Katrin. Dziewczyna odskoczyła i zamachnęła się mieczem. Elfka zgięła się wpół, pokonana niespodziewanym manewrem. Potem znowu zaatakowała, nie czekając, aż obie staną w gotowości. Katrin ledwie zdołała wywinąć się od ciosu i wycofała się szybko, by zwiększyć dystans pomiędzy sobą a Tauriel. Elfka uderzyła poprzecznie tuż nad ziemią, zmuszając Katrin do podskoku. Dziewczyna zachwiała się, lecz jakimś sposobem udało jej się zablokować powracający cios Tauriel wymierzony w ramię.
- Tauriel...! - zareagował Legolas, lecz elfka go zignorowała. Uderzyła od dołu w miecz Katrin, wytrącając go dziewczynie z rąk. Potem mocno kopnęła przeciwniczkę, aż ta uderzyła plecami o pień najbliższego drzewa. Kontynuując atak, zamachnęła się mieczem prosto na głowę Katrin. W ostatniej chwili, wiedziona impulsem dziewiętnastolatka, zanurkowała.
- Tauriel, telya! (Tauriel, dość!) - wrzasnął Legolas, łapiąc elfkę za ramię. - Telya! (Dość!) Farya... (Wystarczy...) Lye atar ista ar ta! (Mój ojciec dowie się o tym!) - poinformował ją.
- Ta firima, Legolas! (To śmiertelniczka, Legolasie.) - zaprotestowała Tauriel.
- Ta ni firima, ava moina ni me dagnir! (To, ze jest śmiertelna, nie znaczy, że nm zagraża!) - Legolas podniósł głos. - Ta mellon, Tauriel... (To przyjaciółka...) - elfka spojrzała mu w oczy ze zdumieniem i rozczarowaniem. - Wracaj do obowiązków. - polecił twardo. Tauriel znów otworzyła usta, żeby mu odpowiedzieć, ale pod jego spojrzeniem spuściła wzrok, skłoniła głowę i posłusznie odeszła.
Legolas pomógł Katrin podnieść się z ziemi. Dziewczyna starała się jeszcze powstrzymywać, ale łzy już leciały jej po policzkach. Zaszlochała krótko, wstając.
- Katrin... - odezwał się elf, gdy ukryła twarz w dłoniach, szlochając już głośniej i bardziej rozpaczliwie. - Katrin, proszę... Dlaczego płaczesz? - Legolas bezradnie rozłożył ręce. Nie miał zbyt dużego doświadczenia w takich sytuacjach. - Powinienem cię teraz przytulić? - elf delikatnie objął ją ramionami i przygarnął do siebie. Katrin ufnie przylgnęła do niego, wspierając głowę na jego piersi. Legolas pogładził ją kojąco po włosach, szepcząc słowa pociechy.
- W porządku? - spytał, gdy zaczęła się uspokajać i wypuścił ją z objęć. - Jesteś ranna. - stwierdził, muskając dłonią poszarpany rękaw sukni i okolice rany, która - choć płytka - wciąż krwawiła. - Chodź, zajmiemy się tym.
Katrin spoglądała spod długiej grzywki na Legolasa, obmywającego jej ramię wodą. Robił to tak spokojnie i w takim skupieniu, że dziewczyna mimowolnie zaczęła przypatrywać się jego twarzy. Elf podniósł głowę, napotykając jej wzrok. Dziewczyna zarumieniła się ze wstydem, nie powinna była tak wnikliwie mu się przypatrywać.
- Tauriel mnie nie lubi, prawda? - spytała. - Twój ojciec też za mną nie przepada. W głębi serca oboje uważają mnie za intruza i mają rację. - Legolas bez słowa skończył owijać jej ramię lnianym bandażem i usiadł obok niej na łóżku.
- Mój ojciec... Jest taki odkąd umarła matka... Nigdy nie chciał ze mną o tym rozmawiać. - powiedział z żalem. Katrin wpatrywała się w niego jeszcze przez chwilę, potem pod wpływem impulsu delikatnie ujęła jego dłoń.
- Przykro mi... - powiedziała powoli.
- W porządku. - elf odwrócił wzrok, ale nie wyswobodził ręki z jej uścisku, mimo to dziewczyna puściła ją sama. Pragnęła, aby jeszcze raz ją przytulił, ale nie śmiała prosić... Zamknęła oczy, biorąc głębszy oddech. Co ona wyprawiała? Czyżby zaczynała się zakochiwać w elfickim księciu?
 

 


- Katrin, to jest Tauriel. - powiedział Legolas dwa dni później, przyprowadzając na pałacowy dziedziniec rudowłosą elfkę. - Będzie cię uczyć posługiwania się ostrzem. Nie radzisz sobie z łukiem, może miecz będzie dobrze leżeć ci w dłoni. - Legolas uśmiechnął się.
- Trzymaj. - Tauriel rzuciła dziewczynie miecz w pochwie. - Do ćwiczeń wystarczy. A my się już chyba znamy.
- Nie sądzę. - Katrin wyjęła miecz z pochwy i przekonała się, ze jest niezwykle lekki.
- Chwyć go obiema rękami. - Tauriel zwróciła się do dziewiętnastolatki. - Ostrzem w dół. - przekręciła miecz w dłoniach Katrin. - Nie opuszczaj końca miecza. Ma się znajdować na wysokości gardła przeciwnika. Jedna stopa do przodu. Druga do tyłu. Musisz stać pewnie. - zapalając się do roli nauczycielki, Tauriel krążyła wokół dziewczyny i drobiazgowo poprawiała jej pozycję, aż ją zadowoliła.
- Najpierw poćwiczymy postawy. Prosta zastawa i cios. - stanęła naprzeciwko Katrin i uniosła ostrze na taką samą wysokość jak dziewiętnastolatka. Chwilę potem uderzyła w jej miecz. Broń zadrżała w rękach dziewczyny. Klinga Tauriel spadła i zatrzymała się o włos od gardła Katrin. Elfka uśmiechnęła się.
- Podnieś miecz. - powiedziała. - Następnym razem nie trzymaj go między kciukiem, a palcem wskazującym. To słaby chwyt, łatwo wytrącić miecz. Spójrz na mnie. Małym palcem lewej ręki obejmij podstawę rękojeści. Potem pozostałymi palcami chwyć rękojeść. Dwa dolne palce powinny być mocno zaciśnięte. To jest prawidłowy uchwyt. - kiedy Katrin przyswoiła sobie właściwy uchwyt, elfka powtórzyła atak.
- Dobrze. Teraz twoja kolej. - początkowo sposób zadawania ciosów był dla Katrin niewygodny. Trudno było wykonać blok z odpowiednio dużą siłą, ale Tauriel kazała jej powtarzać ruch tyle razy, ze technika zaczęła się wydawać dziewczynie naturalna. Ćwiczyły całe popołudnie. Tauriel nauczyła ją jeszcze podstawowego ciecia, uniku oraz prostego bloku.
- Na dzisiaj wystarczy. - zdecydowała w końcu elfka.
- Hannon le (Dziękuję), Tauriel. - uśmiechnął się Legolas, podchodząc do nich. - Lav kel lye. (Możesz odejść.) - elfka skłoniła głowę i skierowała się ku wrotom pałacowym. Katrin z westchnieniem opuściła miecz.
- Jak ci się podobało? - spytał Legolas, zwracając się do niej. - Mam poprosić Tauriel, żeby znalazła dla ciebie czas jutro? - Katrin z uśmiechem pokiwała głową.
- To o wiele prostsze niż kontrola nad łukiem. - powiedziała.

- Jak na śmiertelniczkę nie brak ci charakteru. - zauważyła Tauriel z lekkim rozbawieniem. - Powtarzaj za mną ruchy. Dokładnie. - zwróciła się do Katrin, kiedy obie trzymały już broń w rękach. Tauriel wsunęła miecz do pochwy. Lewą ręką trzymała go tuż pod rękojeścią, mocno przyciskając do biodra.
- Teraz patrz. - uniosła prawą dłoń do paska i chwyciła rękojeść. Wysunęła prawą nogę do przodu, przyjmując szeroką postawę. Równocześnie szybkim ruchem wyciągnęła miecz, chwyciła go obiema rękami i wykonała cios z góry na dół. Zrobiła następny krok naprzód, uniosła ostrze na wysokość gardła wyimaginowanej ofiary. Po zakończeniu ataku ostrym ruchem nadgarstka przekręciła miecz na prawo, przyjęła pozycje wyjściową i starannie schowała ostrze do pochwy.
- Teraz twoja kolej. - Katrin zaczęła naśladować ruchy elfki, lecz nie zdążyła dobrze uchwycić rękojeści, kiedy jej przerwano.
- Nie! Musisz trzymać rękę tuż przy boku. Jeśli ją odsuniesz, orkowie po prostu ci ją odrąbią. - Katrin zaczęła znowu. Na każdym etapie Tauriel przerywała jej i poprawiała jej ruchy. Dziewczyna szybko straciła cierpliwość. Należało pamiętać o tak wielu rzeczach, a Tauriel nie ustawała w krytyce. Całe popołudnie zeszło im na powtarzaniu tych ruchów wciąż i wciąż od nowa. Katrin uczyła się każdego elementu sekwencji, aż potrafiła ją wykonać całą. Z pewnością nie osiągnęła płynności, nauczyła się jednak podstawowych technik. Kiedy Tauriel zakończyła sesję, słońce chyliło się ku zachodowi.
- Nawet nieźle ci idzie. - skomentowała elfka po zakończonym treningu. Katrin uśmiechnęła się. W ustach Tauriel taka pochwała na pewno wiele znaczyła. Dziewczyna odwróciła się, spoglądając na Legolasa, obserwującego ćwiczenia z gałęzi drzewa. Elf właśnie podniósł głowę znad ostrzonego sztyletu, a podłapując spojrzenie dziewczyny, uśmiechnął się ciepło.
 

 
Soundtrack; https://youtu.be/kTOuAkh14Gk

Kolejny tydzień upłynął na zwiedzaniu pałacu i poznawaniu elfich obyczajów i tradycji. Katrin czuła się zaskakująco dobrze w świecie, o którym z początku nic nie wiedziała. Zdążyła nawet kilka razy porozmawiać z Thranduilem, który, pomimo swojej niechęci do ludzkiej rasy, tolerował dziewiętnastolatkę. Katrin obudziła się gdy pierwsze promienie słońca zajrzały do jej komnaty. Gdzieś z zamkowego dziedzińca słychać było świst strzał, wypuszczanych z łuku. Katrin uśmiechnęła się do siebie. Legolas... Bo kto inny zrywałby się skoro świt, żeby potrenować?
- Jak ty to robisz? - spytała chwilę potem dziewczyna, stając obok elfa. Legolas spojrzał na nią.
- Co takiego? - napiął cięciwę i wypuścił kolejną strzałę, która trafiła w sam środek niewielkiej tarczy przymocowanej do drzewa.
- Tak doskonale strzelasz. - Legolas uśmiechnął się kącikiem ust.
- Jestem elfem. - odpowiedział, wzruszając ramionami.
- Chciałabym się nauczyć strzelać tak jak ty. - powiedziała Katrin. - Może mógłbyś... Nauczyć mnie? - Legolas znowu naciągnął cięciwę. Pęk piór śmignął w powietrzu z szybkością jastrzębia spadającego na ofiarę; towarzyszył temu przenikliwy świst, a potem donośny stuk, kiedy strzała trafiła do celu. Chwilę później w tarczy utkwiła druga strzała równolegle do pierwszej; jej opierzone lotki drżały. Legolas jeszcze przez chwilę zachował pozycję, jego skupienie było niemal namacalne.
- Łuk to broń do walki na odległość. Może z niego strzelać mężczyzna lub kobieta z równie zabójczym skutkiem. - powiedział. - Inaczej niż miecz, łuk stawia opór. W pełni naciągnięty jest w istocie bliski pęknięcia na pół. - elf ustawił dziewczynę bokiem do celu. Przytrzymał cięciwę prawą ręką, potem starannie umieścił lewą na głowni łuku. Naciągnął cięciwę aż do policzka, ze strzałą na wysokości oka. Strzała pomknęła ze świstem i raz jeszcze trafiła w cel. Potem opuścił łuk podał go Katrin i to samo zrobił z kołczanem pełnym strzał.
- Możesz strzelić kiedy będziesz gotowa. - powiedział Legolas. Katrin spojrzała na niego i powoli podniosła łuk, starając się naśladować jego ruchy. Wypuściła strzałę, lecz cięciwa zaczepiła o jej ramię; strzała zafurkotała słabo w powietrzu i upadła nie sięgając celu. Druga próba wywarła większe wrażenie, pocisk pomknął prosto, ale minął tarczę.
Zorientowawszy się, że Katrin ma problemy z celnością Legolas jastrzębim wzrokiem ocenił jej postawę.
- Odpręż się, Katrin. - polecił. - Trafienie w cel jest nieistotne.
- Jak to? - odezwała się dziewiętnastolatka.
- Nie rozumiesz. Porzuć przeświadczenie, że musisz trafić. - Legolas stanął przy niej. - między umysłem, a ciałem trwa nieustanna walka o kontrolę nad naciągnięciem. By trafić do celu z taką precyzją, niezbędna jest całkowita koncentracja. Tur arwa (Skoncentruj się), Katrin. - szepnął w elfickim języku. Dziewczyna przyjęła postawę i chwyciła cięciwę. Legolas widział, że ręce lekko jej drżą, gdy ujmowała łuk i starała się uspokoić oddech. Następnie jej twarz zamarła w wyrazie kamiennej determinacji. Katrin stanęła pewnie, wolno naciągnęła cięciwę.
- Niżej łokieć. - poinstruował Legolas, przytulając swój policzek do policzka dziewczyny. - Złap mocniej... Ale nie aż tak... Nie tak mocno, Katrin... - dziewczyna przełknęła ślinę. Oddech na chwilę zamarł jej w piersi. Pociągnęła cięciwę aż za policzek i zwolniła. Strzała przecięła powietrze i trafiła w cel. Zaskoczona Katrin promieniała z zachwytu.
- Mare (Dobrze). - szepnął jej na ucho Legolas. Dziewczyna odwróciła się, ocierając się policzkiem o jego policzek.
- Co to znaczy? - spytała. Elf uśmiechnął się tylko i skierował w stronę wrót pałacu. Katrin podniosła głowę, czując na sobie czyjś wzrok. W jednym z pałacowych okien stał Thranduil, spoglądając na nią z uwagą. Dziewczyna drgnęła zmieszana. Dlaczego nie mogła się oprzeć wrażeniu, że król wie o czymś o czym nie wie ona?
 

 
Legolas zajrzał do komnaty, w której ulokowano Katrin, a nie zobaczywszy dziewczyny w środku, wszedł dalej, nieco zaniepokojony. Słońce zaczynało zachodzić, zbliżał się wieczór... Martwił się. Elf obrzucił uważnym spojrzeniem pomieszczenie. Potem odetchnął już spokojniej. Drzwi na taras stały otworem, wiedział więc już gdzie podziewa się jego zguba.
- Katrin? - odezwał się, wychodząc do niej, ale to co zobaczył przytrzymało go w miejscu. Dziewczyna siedziała tuż przy ścianie tarasu, oparta o nią plecami. Kolana podciągnęła pod brodę, a twarz skryła w dłoniach, drżąc od tłumionego szlochu. Legolas uśmiechnął się lekko, podchodząc do niej, choć doskonale wiedział jak musi być jej teraz ciężko. Katrin drgnęła, gdy położył jej dłoń na ramieniu, ale podniosła wzrok. Elf otarł wierzchem dłoni lecące jej po policzkach łzy.
- Nai arma mare... (Wszystko będzie dobrze...) - wyszeptał łagodnie.
- Nie rozumiem... - zaszlochała nerwowo dziewczyna. - Nie rozumiem niczego, co się stało. Jak się tu znalazłam, co tu robię, ani dlaczego to się stało... - Katrin osłoniła twarz ramieniem. Nie chciała, żeby oglądał ją w takim stanie, mimo, że tak naprawdę wcale go nie znała.
- Na pewno wszystko się wyjaśni. - Legolas ukląkł naprzeciwko niej. - Obiecałem, że spróbuję ci pomóc, ale nie wszystko da się załatwić od razu. - Katrin znów spojrzała mu w oczy.
- Ja przepraszam... - odezwała się, ocierając dłonią oczy. Legolas uśmiechnął się. Miała zaczerwienione policzki, co tylko dodawało jej uroku. - Nie powinieneś mnie zastać w takiej sytuacji. - dodała ciszej.
- Nie szkodzi. - odpowiedział miękko elf. - Może spróbujesz się przespać? Na pewno jesteś zmęczona, a kiedy trochę odpoczniesz, zobaczysz wszystko w zupełnie innym świetle. - Katrin pokiwała głową. Dała się nawet wziąć za rękę i odprowadzić z powrotem do środka, choć długo jeszcze nie mogła zasnąć.
 

 


Mężczyzna, który chwilę temu przewrócił Katrin, przeturlał się na plecy i z tej pozycji wypuścił z łuku pierwszą strzałę, która utkwiła w gardle najbliższego stwora.
- Co to jest? - wyjąkała Katrin. Tamten wypuścił drugą strzałę.
- Orkowie. - odpowiedział krótko i wrócił do przerwanej walki. Naciągnął cięciwę swojego łuku, po czym znów wystrzelił. Nie mógł powstrzymać wstrętu, który odmalował się na jego twarzy. Orkowie. Plugawe, głupie poczwary. Stworzenia tak odrażające, że aż w pewien przewrotny sposób śmieszne. Wypuścił strzałę, gdy tylko zza pni drzew wynurzył się kolejny ork. Oddział wroga otrząsnął się z zaskoczenia i z wrzaskiem ruszył na młodego łucznika. Szczęknęła stal. Strzały przecinały powietrze jedna za drugą. Któryś z orków odłączył się od reszty i usiłował zajść go od tyłu, ale zanim Katrin zdążyła ostrzegawczo krzyknąć, strzała przeszyła kolano poczwary. Nie minęło dużo czasu, gdy orkowie zaczęli się wycofywać.
- Już po wszystkim. - powiedział młody mężczyzna, wyciągając dłoń do Katrin i pomógł jej wstać. Popatrzył na nią z ciekawością. Miał sięgające łopatek blond włosy, niebieskie oczy, które też przykuwały uwagę i łagodną twarz. Ubrany był w luźną tunikę i spodnie w kolorze brązowo-zielonym. Uśmiechał się miło, ale nagle wyraz jego twarzy zmienił się z łagodnego na wrogi.
- Co robiłaś w sercu Mrocznej Puszczy? - spytał. - Wszyscy wiedzą, że to terytorium orków z południa. I skąd wzięłaś o ubranie?
- Ja... - zaczęła Katrin. - Ja sama nie wiem, jak się tu znalazłam.
- Dlaczego się tak ubrałaś? - łucznik obrzucił krytycznym wzrokiem dżinsy dziewczyny i grubą bluzę z kapturem.
- Nie uważasz, że rozmawiałoby nam się o wiele lepiej gdybyśmy chociaż znali swoje imiona? - dziewiętnastolatka złożyła ramiona na piersi. - Jestem Katrin. - powiedziała.
- Legolas, syn króla Thranduila, przyszły władca królestwa elfów.
- Książę? - odezwała się Katrin, a Legolas skinął głową. - Proszę o wybaczenie. Ja... - dziewczyna podniosła wzrok, słysząc, że elf roześmiał się. W milczeniu przyglądała się twarzy Legolasa, zastanawiając się, z czego młody książę się śmieje. - Zaraz, nie! - Katrin potrząsnęła głową. - Powiedziałeś, że jesteś elfem?!
- Owszem. - odpowiedział spokojnie Legolas. - Jestem elfem.
- Nie... Nie wierzę. - dziewczyna hardo spojrzała mu w oczy. - Elfy nie istnieją! I co... Gdzie... Gdzie ja jestem?
- W Śródziemiu. - Katrin odetchnęła, czując wyraźne drgniecie serca, które wywołało u niej wypowiedzenie tej nazwy.
- Nie jesteś stąd. - stwierdził Legolas. Katrin tylko spojrzała na niego z przestrachem pomieszanym z rozpaczą. - Chodź ze mną. Zabiorę cie do pałacu, liczę na to, że ojciec przymknie oko na jedną zagubioną śmiertelniczkę. Najwyraźniej nie wiesz co się stało, ja też nie, ale jestem przekonany, że wszystko się jakoś wyjaśni. Chodź. - elf powtórzył propozycję, chwytając ją za nadgarstek. - Przebierzesz się w... Bardziej odpowiednie ubranie. I spróbujemy ci pomóc. - Katrin z duszą na ramieniu podążyła za Legolasem.

Katrin rozglądała się wokół z zachwytem, ale i rosnącym przerażeniem gdy wraz z Legolasem wchodziła na pałacowy dziedziniec.
- Czy twój ojciec pochwaliłby wprowadzenie w nasz świat śmiertelniczki? - elf przystanął, słysząc kobiecy głos i podniósł głowę. Na gałęzi drzewa, w pewnej wysokości nad ziemią siedziała rudowłosa elfka, ostrząca sztylet.
- Nie obchodzi mnie, co myśli mój ojciec, Tauriel. - opowiedział Legolas. - I ty dobrze o tym wiesz. Elf bez słowa poprowadził Katrin do swojej komnaty i przyniósł dla niej suknię. Dziewczyna z wahaniem sięgnęła po ubranie i obejrzała je dokładnie.
- To suknia wyjściowa jednej ze służek. - wyjaśnił Legolas. - Powinna pasować. Przebierz się proszę, w tym nie będziesz się rzucać w oczy. Później dostaniesz drugi komplet ubrań. Ja mam do pomówienia z królem. - oznajmił, wychodząc z komnaty. Katrin przebrała się w suknię, swoje codzienne ubranie składając w kostkę i wsunęła stopy w buty, również przyniesione przez Legolasa. Potem przysiadła na skraju łóżka z baldachimem. Nie mogła oprzeć się ponurym myślom. Może i ona powinna zobaczyć się z władcą królestwa elfów? Wytłumaczyć się z wtargnięcia na ich ziemie? Katrin wstała z łóżka, cichutko wymknęła się z komnaty, zamykając za sobą drzwi i ruszyła w stronę, skąd dobiegał ją głos wybawcy.
- Katrin tutaj zostanie ojcze, czy tego chcesz czy nie. - powiedział ostro Legolas. Thranduil podniósł się z tronu.
- Ta twoja Katrin jest człowiekiem. Śmiertelniczką! A chyba zapominasz, że nasza przyjaźń z ludźmi to odległa przeszłość. Po tym co się stało, nie jesteśmy już w stanie im ufać. Powinieneś wiedzieć o tym najlepiej! - Katrin zajrzała do komnaty, w której rozgrywała się kłótnia syna z ojcem. W tym samym momencie wzrok Legolasa padł na drzwi.
- Katrin! - zawołał. Thranduil odwrócił się.
- Podejdź tu! - polecił. Dziewczyna powoli przemierzyła komnatę i skłoniła się przed władcą. - Ty jesteś tą, która zawdzięcza życie mojemu synowi?
- Tak, Panie. - odpowiedziała Katrin. Dumny król elfów przyjrzał się wnikliwie twarzy dziewczyny. Patrzył jej prosto w oczy. Ciemne tęczówki i czarne źrenice. I to spojrzenie. Skądś je znał, tylko skąd... Zaraz drgnął poruszony. Owszem, znał je! Takie samo miała... Król potrząsnął głową.
- Możesz odejść. - zdecydował. - Każę przygotować dla ciebie komnatę.
  • awatar Gość: Fajnie będzie znów przeczytać twoje opowiadanie bo poprzednio przegapiłam parę rozdziałów :) "I skąd wzięłaś o ubranie?" zjadłaś literkę ;) W sumie Legolas mógłby odprowadzić ją do najbliższej wioski/miasta ludzi, bo jednak po co sprowadzać człowieka do pałacu elfów. Jednak jeśli zainteresowało go dziwne ubranie czy pochodzenie to chyba miał dobry dzień xD
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Jakiś czas temu zaczęłam pracę nad korektą tego opowiadania, a więc dociągam niedociągnięcia, wyjaśniam wątki pozostawione bez wyjaśnienia, poprawiam je pod względem konstrukcyjnym, fabularnym (bo trochę to wszystko pomieszane) i stylistycznym. Starą wersję zostawiam bez zmian do porównania, a was zapraszam na nową odsłonę starszego opowiadania (bo ze Śródziemiem rozstać mi się jest wyjątkowo ciężko).

Marzę, aby zostać z nią sam na sam. Mieć ją tylko dla siebie. Porozmawiać z nią o tym co było i o tym, co dopiero będzie. Wyznać jej co czuję. Muszę jej to powiedzieć wprost. I zapytać, czy to odwzajemnia. Problem w tym, że ona jest zwykłą śmiertelniczką, a ja jestem elfem.

Katrin stała na stacji metra, wpatrując się w pusty o tej porze peron. Była zmęczona niekończącym się szaleństwem zakupowym, na które wyciągnęła ją jej najlepsza kumpela, Patty.
- Dlaczeeego jest tyle fajnych ciuchów w tych sklepaaach?! - zajęczała przeciągle Patty. - Jak żyć?! - Katrin westchnęła.
- I tak wydałaś dzisiaj zdecydowanie za dużo. - powiedziała. - Kupiłaś wszystkie ubrania, które przymierzyłaś. Czułam, że to się tak skończy.
- No bo wiesz... To, że dzisiaj były, nie znaczy, że jutro też będą. Lepiej wydać teraz więcej, niż potem żałować. Zresztą w święta i tak mogę liczyć na zastrzyk gotówki!
- Właśnie, święta. Miałaś kupić prezenty dla najbliższych, to po to wybrałyśmy się do miasta. A Boże Narodzenie już za cztery dni. - Katrin oparła się o deskorolkę. Był środek zimy, ale na ulicach wciąż nie widać było śniegu i dziewiętnastolatka mogła swobodnie korzystać z ulubionego środka transportu.
- Wiesz, że po zakupach nigdy się nie wysypiam? - zamieniła temat Patty.
- Czemu? - spytała znudzona Katrin.
- Bo robię sobie w pokoju własny pokaz mody, żeby zobaczyć, jak nowe nabytki komponują się z resztą szafy! Potem te ciuchy tak leżą porozrzucane przez kilka dni, bo nie chce mi się ich sprzątnąć! - Katrin uśmiechnęła się. Dziewczyny były swoimi zupełnymi przeciwieństwami. Patty była osobą energiczną, głośną i pełną entuzjazmu. Nigdy nie mogła spokojnie usiedzieć w miejscu, co skutkowało tym, że nigdy nie robiła nic porządnie. Lubiła nosić ubrania, które odkrywały o wiele więcej ciała niż powinny, nosiła mnóstwo biżuterii każdego rodzaju, malowała się, a jej włosy, spięte na czubku głowy w coś w rodzaju końskiego ogona odsłaniały jej pogodną twarz. Katrin za to była cicha i spokojna, najlepiej czuła się w czterech ścianach swojego pokoju i niechętnie zawierała nowe znajomości. Po kilku dniach noszenia miniówek i kusych koszulek (oczywiście za namową Patty), stwierdziła, że ten styl nie jest dla niej i porzuciła go na rzecz dżinsów i bluz z kapturem w czarnym kolorze. Jedyną ozdoba na jaką sobie pozwalała był pentagram na rzemyku, wiszący na jej szyi, a ona sama chowała się za zasłoną czarnych jak skrzydła kruka włosów. Pomimo tych wszystkich różnic dziewczyny znalazły wspólny język, a wkrótce zostały najlepszymi przyjaciółkami.
- Hej, mówię do ciebie! - głos Patty wyrwał Katrin z zamyślenia. - Podoba ci się lakier, który kupiłam? Daje najlepszy efekt ombre. Chodzi o to, żeby kolor był nakładany warstwami, od najjaśniejszej do najciemniejszej. Hej, a może przestaniesz się w końcu chować za włosami?
- Co? Czemu? - spytała Katrin.
- Masz chyba za długa grzywkę. Byłoby ci dużo ładniej z grzywką na bok. Wisz co?! Mam dzisiaj wolną hacjendę, zostań na noc. Przeprowadzimy metamorfozę Katrin! Najpierw nałożymy mój podkład zawierający wyciąg z drzewa herbacianego. Działa antybakteryjnie. Potem puder, pociągniemy policzki różem, a całość wykończymy błyszczykiem... Katrin przestała zwracać uwagę na paplaninę przyjaciółki i znowu pogrążyła się w rozmyślaniach. Zaczynał wiać wiatr. Zaraz... Skąd wiatr w podziemiach i to w dodatku na stacji metra? Coś było zdecydowanie nie tak. Dziewczyna podniosła głowę. Tuż przed jej twarzą przewijały się wagony pociągu. Katrin spojrzała w bok, chcąc spytać Patty co o tym myśli, ale Patty też zniknęła. Wszystko było jakieś inne niż jeszcze chwilę temu i... I dziwne. Dziewczyna spojrzała w dół, czując pod nogami dziwną miękkość. Stała na trawie, co było jeszcze bardziej dziwne, kiedy podniosła głowę przed sobą zobaczyła gęstwinę lasu. Katrin ostrożnie zrobiła pierwszy krok, potem następny, a chwilę potem dotknęła dłonią najbliższego drzewa, tylko po to, żeby przekonać się, że jest prawdziwe. Zaraz potem odruchowo cofnęła dłoń, gdy w korze utkwił sztylet, prosto na Katrin ruszył z rykiem dziwny stwór, a ona krzyknęła.
- Padnij! - usłyszała głos, przez ułamek sekundy dojrzała błękitne tęczówki, i ciężar czyjegoś ciała rzucił ją na ziemię.
 

 
David Mercer z przeciągłym jękiem dotknął pulsującej skroni, ale zaraz pozbierał się z asfaltu, po drodze zgarniając z jezdni pistolet. Podrywając się na nogi wycelował i strzelił w kierunku oddalających się biegiem Jacka i Alice. Kobieta uchyliła się odruchowo, ale żadnemu z nich nic się nie stało. Mercer ponownie nacisnął spust, ale magazynek był pusty. Mężczyzną wstrząsnęła wściekłość i zaklął głośno, rzucając broń o ziemię.
- Nic się panu nie stało?! - zawołała ku niemu jedna z ratowniczek medycznych, które wespół z policją i strażą pożarną próbowały zapanować nad sytuacją.
- Nie, wszystko w porządku. - Mercer przywołała na twarz grzeczny uśmiech. - Ale bardzo pani miła.
- Chyba jest pan ranny. - stwierdziła, muskając palcami jego krwawiące ramię, na które w ogóle nie zwrócił wcześniej uwagi. - A już na pewno może pan być w szoku. Proszę ze mną do karetki.

Emily powoli podniosła się ze swojego miejsca za stołem w sali odpraw, gdy Ed Romley włączył telewizor na stacje wiadomości.
- Kilka minut po godzinie dziesiątej na dwieście pięćdziesiątym czwartym kilometrze autostrady M8 w kierunku Glasgow, jak na razie z niewyjaśnionych przyczyn doszło do karambolu, w którym wzięło udział siedem samochodów osobowych. Sześć osób z obrażeniami ciała, w tym trzy z ciężkimi trafiły do szpitala. Do czasu zakończenia czynności na miejscu, kierowcy będą się musieli liczyć z utrudnieniami. - Romley posłała Emily spojrzenie. Kobieta bez słowa wyjęła z kieszeni komórkę, z pamięci wybierając numer Langley.
- Hunter, włącz telewizor na angielską stację. - rzuciła krótko do słuchawki. Romley bez słowa wpatrywał się w ekran telewizora.
- Możemy mieć tylko nadzieję, że naszym nic nie jest. - odezwał się. - Nie mamy z nimi kontaktu od... Dwóch dni?
- Nie, Ed, dość. - odpowiedziała twardo kobieta. - Lecę po nich.
- Emily... - upomniał ją mężczyzna, ale agentka mu przerwała.
- Potrzebuję śmigłowca na zaraz. - rzuciła.

Alice szła chodnikiem przed siebie, nie zwracając uwagi na krzyczącego za nią Jacka. Miała tego wszystkiego serdecznie dosyć.
- Ej, dokąd to?! - Ascott podniósł głos, w końcu zachodząc jej drogą i kładąc dłonie na jej ramionach.
- Jak najdalej! Przed siebie! Mam cię dosyć! - odpowiedziała mu krzykiem. - Ciebie i twoich genialnych pomysłów!
- O nie, zostajesz ze mną, jedyne co teraz musimy to zachować spokój i pomyśleć co dalej.
- Jakie my?! To mnie chcą zabić! - wrzasnęła kobieta, wyrywając się z jego uścisku. Jack zaśmiał się krótko, starając się nadążyć za partnerką, a zaraz potem znów chwycił ją za ramię i przyciągnął do siebie, całując mocno. Alice zamknęła oczy, starając się wyszarpnąć nadgarstek z jego zaciśniętych palców.
- Nie przekonasz mnie w ten sposób. - rzuciła, kiedy w końcu postanowił ją puścić.
- Założymy się? - Ascott wyjął z kieszeni spodni kajdanki i zanim kobieta zdążyła się choćby odezwać jedną bransoletę zatrzasnął na jej lewym nadgarstku, drugą na swojej prawej ręce. - Zadowolona? - Alice bezradnie potrząsnęła dłonią.
- Zdejmij mi to! - poleciła wrogo. Jack pokręcił głową. - Zdejmij, już jestem spokojna.
- Nie mogę, zostawiłem kluczyk w stacyjce. - odpowiedział krótko, starając się wyszarpnąć z kieszeni legitymację. - CIA, proszę opuścić pojazd. - polecił, pokazując identyfikator młodej kobiecie, która właśnie miała odpalić niewielki samochód zaparkowany przy chodniku. - Wsiadaj. - Jack delikatnie wepchnął Alice do środka. - Samochód podlega konfiskacie na czas nieokreślony. - powiedział, odwracając się do właścicielki auta, która obserwowała tę scenę szeroko otwartymi oczami. - Na pewno go pani zwrócimy. - mężczyzna uśmiechnął się do niej i usiadł za kierownicą.
- Czy ty właśnie ukradłeś komuś samochód? - spytała Alice po chwili milczenia.
- Nie ukradłem. Zarekwirowałem. Jest różnica. - odpowiedział ponuro Jack.
- Nie, no jasne... - kobieta z westchnieniem opadła na oparcie fotela, znów potrząsając nadgarstkiem.
- Przestań, nie mogę prowadzić. - rzucił w odpowiedzi jej partner. Zmierzyła go wzrokiem, ale już się nie odezwała.
 

 
Byłam, widziałam, stałam w kilometrowych kolejkach (nie no, tak źle nie było) i świetnie się bawiłam. To był zarówno mój pierwszy raz w Warszawie, jak i pierwsza edycja Comic Conu (nie wspominając już o tym, że pierwszy konwent w ogóle), ale na pewno nie ostatnia.

Byłam przygotowana na to, że co najmniej godzinę spędzę w kolejce do wejścia, ale okazuje się, że nie, mam bilet kupiony wcześniej, więc zostaję niemal od razu wpuszczona, a w kilometrowej kolejce stoją sobie ci, którzy bilet dopiero chcą kupić. Tym cudownym trafiam od razu na halę i jak na skrzydłach lecę prosto do strefy gwiazd. Byłam przygotowana na to, że nie zdążę na panel dyskusyjny z moimi ulubieńcami z "Władcy Pierścieni" i "Hobbita", tymczasem byłam jeszcze przed czasem i cały udało mi się obejrzeć. John Rhys-Davies mówił wspaniale, trochę o swojej postaci i jej relacjach z Legolasem, trochę o swojej przyjaźni z Orlandem, która się potem zawiązała, ale i tak najlepsze było, jak odgrywał ich słynną kłótnię o to, który więcej orków zabił. Trochę się potem pogubiłam w kolejkach, w końcu trafiając do właściwej i również niemal od ręki wpuszczono mnie do zdjęcia z Johnem Rhysem-Daviesem.

Moja mina na tym zdjęciu to jest jakiś koszmar, bo ja nie umiem się uśmiechać, zresztą widać. A w tamtym momencie radość i uniesienie zdecydowanie wzięły górę, a zanim zdążyłam się uspokoić i w miarę normalnie uśmiechnąć, zrobili mi zdjęcie. Ale, broń Boże, nie mówię, że jest złe. Wręcz przeciwnie, jest takie urocze, kochane i po prostu super!

Z części zdjęciowej przenoszę się później do kolejki po autograf, w której stoję półtorej godziny. Zrządzenie losu chciało, że zaraz za mną stała kolejna Tolkienistka, więc zagadnęłam, jakoś się to rozwinęło i półtorej godziny przegadałyśmy. W międzyczasie w głowie sobie tworzyłam listę, co ja w ogóle powiem, jak już się po ten autograf przepchnę, a jak wreszcie przed Johnem stanęłam, oczywiście mnie zatkało i na początku udało mi się tylko nieśmiało sklecić proste zdanie; "My name is Kate". Potem już jakoś to poszło, nie wiem czy to adrenalina zrobiła swoje, ale rozumiałam wszystko co do mnie mówił i sama też się potrafiłam wspaniale wysłowić (co jest u mnie rzadkością, bo z językami obcymi chyba mi nie po drodze). W jednym tylko momencie wolontariusz siedzący obok musiał przetłumaczyć, bo pokręciłam słówka i nie zostałam zrozumiana. Ale na końcu już bez krępacji rzucałam hasłem "Could you hugging me?".

Do samego końca nie mogłam uwierzyć, że to się stało naprawdę. Że naprawdę stałam przed nim, że z nim rozmawiałam, to było niesamowite... A po fakcie miałam jeszcze półtorej godziny do autobusu powrotnego, żeby pochodzić po straganach. Uświadomiona, że gdzieś na hali jest stoisko Śródziemia poleciałam go szukać, a jak już znalazłam to aż mi się smutno zrobiło, takie było biedne. Mijając stoisko z oryginalnymi wydaniami książek ujrzałam "Upadek Gondolinu", którego momentalnie zapragnęłam, ale mój portfel krzyczał, że nie wolno, więc z żalem sobie poszłam (ale potem dorwałam "Opowieść o Kullervo" ). Szukałam też figurki Sarumana w wersji Funko Pop!, bo zasadzam się na niego od dawna, ale go nie znalazłam niestety. Zdziwiła mnie tylko dość mała liczba cosplayerów, bo wiem, że taka impreza aż się prosi o przebranie, ale wyjazd udał się fantastycznie i dostarczył pozytywnych wrażeń na kilka dni naprzód, więc w przyszłym roku... Kto wie...
 

 
Jack Ascott z westchnieniem przeciągnął się na fotelu samochodowym, usiłując rozprostować zdrętwiałe plecy i nogi. Przetarł twarz dłonią i spojrzał na skuloną na fotelu obok partnerkę. Alice spała, jej pistolet leżał na desce rozdzielczej, przeładowany i zabezpieczony. Jack uśmiechnął się, potrząsając ramieniem kobiety.
- Dzień dobry, skarbie. - odezwał się, kiedy Alice spojrzała na niego pytająco i zaśmiał się krótko, widząc ją jeszcze zaspaną i rozczochraną. - Tak nas pilnowałaś? - spytał z uśmiechem.
- Musiałam zasnąć. - odpowiedziała Alice, nie podejmując ich zwyczajowego przekomarzania. - Te fotele są koszmarnie niewygodne. - stwierdziła w końcu, sięgając po butelkę z wodą.
- Schowaj broń, niech nie leży na widoku. - upomniał ją Jack, przekręcając kluczyk w stacyjce.

- Jasny szlag! - Ascott zaklął, gdy samochód zakaszlał, a przednia szybę Land Rovera pokrył spieniony płyn chłodniczy. Alice obejrzała się na niego.
- Co jest? - spytała.
- Chłodnicę diabli wzięli. - odpowiedział krótko Jack, oglądając się i chwilę potem zjechał na pobocze. Alice wysiadła za nim, gdy mężczyzna grzebał w silniku. - Poszła chłodnica. - powtórzył, zatrzaskując maskę i złożył ramiona na piersi.
- Dzwoń po mechanika. - Alice podała mu telefon komórkowy.
- Namierzą nas. - Ascott pokręcił głową.
- To telefon na kartę od Huntera. Może nie namierzą. - odpowiedziała kobieta twardo. Jack spojrzał jej w twarz. - Dzwoń. - powtórzyła kobieta, wkładając mu w dłoń komórkę. - Co jak co, ale samochód jest nam teraz chyba najbardziej potrzebny. - Ascott z westchnieniem, ale już bez sprzeciwów wybrał numer pomocy drogowej i odszedł na bok, żeby porozmawiać.
- Tak, to chyba chłodnica, pewnie silnik się przegrzał. - usłyszała chwilę potem Alice. - Może pan przyjechać i sprawdzić? Dam pięćdziesiąt funtów ekstra. Świetnie, czekam. - Jack przerwał połączenie. - Holownik jedzie. Przewiezie samochód zastępczy - poinformował, wracając do partnerki. - Trochę to pewnie potrwa.

- Coś przedziurawiło chłodnicę. - zameldował mechanik, odwracając się ku Jackowi, a Ascott niemal natychmiast ukucnął przy nim, zaglądając pod podwozie. Zaklął głośno, wyrywając stamtąd niewielkie, okablowane urządzenie. Alice spojrzała ku niemu.
- Mogli się włamać do systemu śledzącego. - powiedział, odwzajemniając spojrzenie i otworzył przed nią drzwi samochodu zastępczego. - Wsiadaj, byle prędko.
- Sto funtów na konto! - zawołał za nim mechanik.
- Jedź, Alice. - Jack usiadł na fotelu pasażera, od razu sięgając po swój pistolet. Słusznie, bo chwilę potem rozległy się strzały, a zza zakrętu wyłonił się wóz Mercera. Kobieta ruszyła niemalże z piskiem opon.
- Prędzej. - polecił Mercer człowiekowi za kierownicą, doganiając ich. Chwilę potem strzelił. Kula śmignęła tuż przed twarzą Alice, a kobieta drgnęła nerwowo, nie wypuściła jednak kierownicy z rąk. Jack odpowiedział strzałem, trafiając kierowcę czarnej furgonetki w dłoń. Tamten wrzasnął rozdzierająco.
- Do dechy, Racine! - krzyknął Ascott. - Jeśli się z nami zrównają, będzie po nas. - Alice mocniej docisnęła pedał gazu, klnąc pod nosem. Mały Volkswagen, którego mieli do dyspozycji, zdecydowanie nie dorównywał szybkością samochodowi Jacka. Ascott strzelił przez tylną szybę i autem Mercera zarzuciło na lewą stronę, gdy obie szyby - tylna Volkswagena i przednia furgonetki - poszły w drobny mak.
- To nie było mądre posunięcie! - skomentowała Alice, odwracając się.
- Co lepszego mogłem zrobić?! - odpowiedział jej Jack, uchylając się gdy padł kolejny strzał. Alice skręciła gwałtownie, o włos mijając auto jadące zna przeciwka. Jechała nieprzepisową stroną szosy, a w szybkim tempie zbliżali się znowu do miasta. Samochód Mercera szybko ich doganiał. Alice uchyliła się przed kolejnym strzałem.
- Gazu, nie mogą nas dogonić! - krzyknął znowu Ascott, zmieniając magazynek. Alice zgrabnie wyprzedziła kilka aut i z trudem powstrzymała się od krzyku, gdy z bocznej uliczki wyjechała ciężarówka. Szarpnęła kierownicą, omal nie tracąc przyczepności. Obejrzała się, mając nadzieję, że Mercera mają już z głowy i jęknęła, widząc czarny furgon, wciąż siedzący jej na ogonie. Mężczyzna znowu uniósł pistolet.
- Za tobą! - krzyknęła Alice ostrzegawczo, w tej samej chwili, w której Jack oddał trzy strzały. David Mercer uchylił się. Kule minęły go o włos. Ascott znowu zaklął. Magazynek miał już prawie pusty.
- Jedź na centrum! - krzyknął, pokazując partnerce drogowskaz, a ona posłusznie skręciła. Zaraz potem krzyknęła, gdy Jack szarpnął kierownicę w swoją stronę. Samochodem zarzuciło na prawy pas.
- Otwórz drzwi kiedy ci powiem! - polecił. - To nie są żarty! - dodał, widząc minę partnerki i znów skręcił kierownicę. Tył samochodu uderzył w czarną furgonetkę, spychając ją niemalże na chodnik. - Już, Alice! - kobieta szarpnęła za klamkę i przetoczyła bezwładnie po asfalcie, gdy Jack wypchnął ją z auta. Sam wyskoczył zaraz po niej. Furgonetka stanęła w płomieniach, gdy Volkswagen wybuchł uderzywszy w słup latarni.
- Rany boskie... - wyszeptał Jack. - Udało się. Nic ci nie jest? - spytał, pomagając wstać partnerce. Alice jęknęła, ale pokręciła głową.
- Nie, ok. - odpowiedziała, stając na nogach. - Uważaj! - wrzasnęła, odpychając go od siebie, gdy jakiś nadpalony kawałek metalu o włos minął jej policzek.
- Zwiewamy, chodź. - Jack objął ją ramieniem i rzucił się biegiem przed siebie.
 

 
Niektóre przypadkowe spotkania czasem okazują się darem z nieba, chociaż nie zawsze od razu takimi nam się wydają. Kiedy więc pewnego dnia Uenoyama postanawia uciąć sobie energetyczną drzemkę w nowo znalezionej, obiecującej miejscówce, a na miejscu okazje się, że już śpi tam jakiś dziwny, milczący koleś przytulający się do gitary... nie jest zbyt szczęśliwy. Nie wie jednak, jak bardzo ten niepozorny chłopak, przypominający mu czasami bezpańskiego, słodkiego pieska, zmieni jego życie.
Cholerstwo jest naprawdę dobre i muszę przyznać, że wydanie tej mangi w Polsce to strzał w dziesiątkę. Kreska jest świetna. Historia to typowy, łzawy dramat, ale nie ma co, polubiłem Ueno i jego kumpli, bo chociaż są w tle, ich historie są ze sobą powiązane. Samo przeplatanie tej historii muzyką sprawia, że chciałoby się posłuchać bohaterów.

Historia Ritsuki Uenoyamy i Mafuyu Sato zaczyna się od tej desperacko przytulanej gitary i wymiany jej zardzewiałych, popękanych strun, od pierwszego, nienastrojonego jeszcze akordu oraz nieco szalonej prośby o naukę gry na instrumencie. Ta pełna pasji oraz zaparcia prośba sprawia, że Uenoyama zaczyna wspominać, jak to było, gdy sam po raz pierwszy sięgnął po gitarę. Z jakim zacięciem oraz uporem ćwiczył dzień i noc, doprowadzając całą rodzinę do szału nieporadnymi akordami. Z zupełnie niezrozumiałych dla siebie powodów zaczyna również coraz częściej myśleć o wycofanym Mafuyu, wręcz zapominając o bożym świecie. Zabiera go nawet na próbę swojej kapeli, kiedy ten koniecznie upiera się, aby "popatrzeć" i przedstawia go swoim kumplom – nieco groźnie wyglądającemu chłopakowi swojej siostry, Kaijiemu, perkusiście oraz przyjacielskiemu Harukiemu, basiście. Relacja pomiędzy tą czwórką zmieni się diametralnie, gdy pewnego dnia Mafuyu, nie umiejąc jeszcze powtórzyć na instrumencie pewnej niedającej mu spokoju historii – zaśpiewa ją.

Kiedy przyniosłam z Epiku pierwszy tom "Given" miałam ogromną ochotę, żeby czytać tę mangę "już, teraz, natychmiast!". Sama okładka z gitarami sprawiała, że przyciągała mnie do niej jakaś magiczna siła. Nie wspominam o pewnym cichym i nieśmiałym jegomościu, który stał się moim ulubionym bohaterem. Już po pierwszych stronach odpadłam całkowicie, bo i Ritsuka jest tak charakterystyczną postacią męską że miałam ochotę tylko na niego patrzeć i nie czytać dalej. Z każdą kolejną stroną, kiedy poznawałam jego przyjaciół z zespołu, siostrę i tajemniczego Mafuyu wysiadałam jeszcze bardziej. Wszystkie postaci mają tutaj "to coś" co sprawia, że każdą z nich lubię i jej kibicuję. Przede wszystkim "Given" jest opowieścią o pasji i miłości do muzyki, podzielanej przez członków kapeli Ritsuki. Jak również o tej przekazywanej nieogarniającemu zbyt wiele, ale chcącemu się wiele nauczyć Mafuyu wiedzy dotyczącej gry na gitarze. Dlatego też większość scen kręci się wokół grania na instrumentach, prób, a także na komponowaniu. I tutaj pojawia się największa wada tej mangi – muzyki, o której nam opowiada, nie możemy usłyszeć, do czego wręcz zachęcają rysunki Kizu.

Inną kwestią jest to, dlaczego Mafuyu jest tak wycofany i skąd, właściwie, w jego ręce trafiła dobrej jakości, acz zaniedbana gitara. Mam jedynie nadzieję, że Natsuki Kizu w tej kwestii nie pójdzie na tak horrendalne skróty, jak Takarai Rihito w "Ten Count" (choć tę mangę też ubóstwiam). Ten wątek ma spory potencjał i szkoda by go było marnować tylko na rzecz przyspieszenia pojawienia się romantycznych scen. No i jeszcze piękna kreska, która skłania do zatrzymania się na dłużej przy rysunkach. Do tego fascynujące ułożenie włosów jednego z członków zespołu, piercing u innego i cudowne gitary u dwóch głównych bohaterów...

"Given" jest śliczną, słodko-gorzką historią, która jak na razie rozwija się spokojnie, rozsądnie budując relacje pomiędzy bohaterami. Kizu główny wątek rozwija w pierwszym tomie sprawnie, wprowadzając również jeszcze jeden, poboczny, mogący przynieść trochę więcej zawirowań niż główny. Jeśli się zastanawiacie czy sięgnąć po tę mangę od Kotori moja podpowiedź brzmi: TAK, zdecydowanie.
 

 
Jeśli chodzi o "Hotel Transylwanię", jestem wierna pierwszej części przygód paki Dracka i do kolejnej podchodziłam z początku sceptycznie, bo mimo wszystko sequele wszelkiej maści to nie zawsze dobry pomysł. Do kina nie mogłam się jednak nie wybrać i zostałam dość pozytywnie zaskoczona, bo chociaż "trójka" nie dorównuje swoim poprzedniczkom świetnie się przy niej bawiłam, a i śmiechu było dużo. Tym razem ponownie skupimy się na miłosnych rozterkach targających sercami bohaterów. Strzałą amora oberwie nie kto inny, a sam Dracula, który pozna swoją wybrankę na statku podczas luksusowego rejsu zafundowanego mu przez jego córkę.

Pomysł był, gorzej jednak wyszło z samym wykonaniem. Pierwsze dwie części filmu cenię sobie bardzo i uwielbiam (zwłaszcza pierwszą), a i "trójkę" ogląda się bardzo przyjemnie. Na pewno interesująca jest zmiana scenerii, która jest ciekawym zabiegiem, ale ja tam szczerze mówiąc wolę tytułowy hotel. Tutaj może i mamy coś nowego, ale wszystko jakieś przerysowane i zbyt jaskrawe (zdecydowanie nie do tego przywykłam). Fabuła jest super, wątki miłosne przedstawione w ciekawy i uroczy sposób (biednym zakochany Dracula), ale wszystko to przemieszane z innymi elementami sprawia, że trochę to poplątane. I właśnie sposób w jaki historia została opowiedziana sprawia, że film nie dorównuje pierwszej części. Wtedy Dracula miał przed sobą konkretny problem, z którym musiał się zmierzyć, wewnętrzne wady, które musiał pokonać, żeby na końcu można było mówić o happy endzie. Tutaj wszystkie dylematy moralne są przesunięte na dwie postaci drugoplanowe, przez co nie jesteśmy aż tak bardzo zaangażowani emocjonalnie, niż gdyby historia dotyczyła tylko i wyłącznie Draculi.

W trzeciej części "Hotelu Transylwanii" mamy przyjemność poznać odwiecznego wroga Draculi, który niezmiennie marzy o tym, by zakopać go w piachu, aby już po kres wieczności wąchał kwiatki od spodu. Mowa oczywiście o Van Helsingu. Wszystko byłoby miłe, fajne i przyjemne, gdyby tylko z odwiecznego pogromcy wampirów nie zrobiono zdziwaczałego pół człowieka, pół machinę, ogarniętego tak ogromną żądzą zemsty i śmierci, że z niego samego nie zostało prawie nic. Uważam, że sama jego kreacja była mocno creepy, ale mimo wszystko rozumiem taki zabieg.

Film polecam jako alternatywę na wolne popołudnie, lub weekend. Na filmie na pewno można się świetnie bawić, nie jest to jednak jakieś wybitne arcydzieło, ale nowe przygody Hrabiego Draculi, pomimo kilku wad, dostarczają dużej dawki humoru i pozytywnego przekazu. Warto więc wybrać się na seans z rodziną.
 

 
Mercer obejrzał się z nadzieją na swojego człowieka, gdy usłyszał sygnał GPS-a. Tamten spojrzał na szefa z uśmiechem.
- Zgadza się. - odpowiedział. - Racine zalogowała się na swoją skrzynkę mailową. Jeśli to potrwa, namierzę ją. - zameldował. - Mam ją. - dodał po chwili.
- Jedziemy. - rzucił krótko Mercer. Samochód zawrócił z piskiem opon.
Młody mężczyzna bezwładnie przetoczył się po ladzie, pchnięty przez jednego z ludzi Mercera i skulił się na podłodze, usiłując osłonić głowę rękami, ale zaraz i tak został poderwany do pionu. David Mercer podszedł do niego, gdy znów został pchnięty i uderzył plecami o ścianę. Powoli musnął palcami jego gardło, patrząc w oczy w gruncie rzeczy młodego chłopaka i dopiero wtedy poddusił, stopniowo zwiększając nacisk na krtań.
- Gadaj. - powiedział, wyjmując zza paska pistolet, który przyłożył mu do skroni. - Kobieta z CIA i jej partner, postawny brunet. Byli tu. - tamten nerwowo pokiwał głową, wciąż czując chłód pistoletu. - Dokąd pojechali? - mężczyzna pokręcił głową przecząco.
- Nie wiem. - z gardła wyrwał mu się szept przemieszany z jękiem.
- W którą stronę?! - Mercer podniósł głos. Po policzkach pracownika stacji poleciały łzy, a on bez słowa wyciągnął rękę, wskazując odpowiedni kierunek.
- No proszę, więc jednak się na coś przydałeś. - uśmiechnął się mężczyzna. - Kto wie, może nawet daruję ci życie. - dodał, chowając broń i skinął dłonią na swoich ludzi, którzy posłusznie podążyli za nim do wyjścia. Pozostawiony samemu sobie sprzedawca powoli osunął się po ścianie na podłogę, wzdychając z ulgą i otarł twarz dłonią. Zaraz potem stracił przytomność.

- Alice... - odezwał się Jack, zerkając na kobietę. Spojrzała na niego pytająco, odwracając wzrok od okna. - Muszę ci coś powiedzieć. Zanim zorientowałem się, że mam założony podsłuch, zadzwonił do mnie Mercer. Oferował ćwierć miliona, jeśli mu cię wydam.
- Ale się nie zgodziłeś. - odpowiedziała Alice.
- Nie, nie zgodziłem. - Ascott pokręcił głową przecząco.
- Więc nie ma o czym mówić. - podsumowała kobieta, składając ramiona na piersi. - Mogę cię zmienić za kierownicą, nie chciałbyś się przespać? Mam też inny pomysł, zatrzymaj się na jakiejś stacji, wtedy prześpimy się oboje.
- Co będzie, jeśli nas znajdą? O tym nie pomyślałaś? - spytał Jack.
- Nie znajdą. - odparła Alice. - Wyprowadziłeś ich w pole, nie wiedzą gdzie nas szukać.
- Ciekawe tylko jak długo. - mężczyzna spojrzał na nią. Agentka niemal natychmiast odwróciła wzrok, nie znajdując żadnego racjonalnego argumentu, ani tym bardziej ciętej riposty.

- Poczekaj no, czekaj - powiedział Ascott, spoglądając na siedzącą obok Alice. - Naprawdę uważasz, że Julia Roberts to największa amerykańska aktorka naszych czasów?
- Tak - odpowiedziała kobieta, unosząc brwi. - A ty nie?
- Daj spokój! A co z Juliannę Moore... Holly Hunter... Meryl Streep... - przez ostatnie dwie godziny dyskutowali o filmach. Jack w wielu kwestiach się z nią nie zgadzał. Uważał na przykład, że Steven Spielberg jest przeceniany a wszystkie komedie romantyczne nakręcone w ciągu ostatnich dziesięciu lat powinno się zniszczyć. I że Gwyneth Paltrow nie jest nawet ładna. Może podróżowała z wariatem?
- Więc uważasz, że nie powinna dostać Oscara za Erin Brockovich? - spytała Alice.
- Żartujesz sobie? Okradziono Joan Allen - stwierdził Jack. - Była niewiarygodna w Ukrytej prawdzie. Racine zmarszczyła brwi
- Czy ty masz słabość do starszych kobiet?
- Nie. Do dobrych aktorek - odparł Ascott, czerwieniąc się i chwilę potem zjechał na parking przy stacji benzynowej. Alice spojrzała na niego pytająco.
- Co ty wyprawiasz? - zadała kolejne pytanie.
- Sama kazałaś mi się przespać, a ja dosłownie padam na twarz, więc dla kilku godzin snu jestem gotowy narazić się na każde ryzyko. - Jack przetarł twarz dłonią. - Głodna?
- Okropnie. - przytaknęła Alice, wysiadając z auta i zatrzasnęła za sobą drzwi. Miała ponaciągane mięśnie nóg, a plecy bolały w milionach miejsc. Przeciągnęła się i ziewnęła. Potem pomaszerowała za Jackiem do wnętrza budynku.
Chwilę potem oboje siedzieli przy niewielkim stoliku w małym barze. Alice upiła łyk swojej herbaty i odwinęła z folii jeszcze ciepłą kanapkę. Jack podniósł na nią wzrok.
- Nie wiem, czy to dobry pomysł. - odezwał się.
- Dam sobie radę, idź spać. - odpowiedziała Alice. - Jestem agentką Secret Service, a gdybyś o tym zapomniał, noszę przy sobie glocka, z którego umiem strzelać i to całkiem nieźle.
- Alice, to nie są żarty. - Jack spojrzał na nią z powagą. - Mercer cię ściga...
- A ja się nie boję Mercera. - przerwała mu kobieta. - Wręcz przeciwnie, chcę tego sukinsyna wreszcie skazać. - Ascott patrzył na nią nie do końca przekonany. - Idź już. - dodała łagodniej Alice. Jack westchnął, ale posłusznie wstał od stolika. Odprowadziła go wzrokiem, gdy kierował się z powrotem w stronę swojego Land Rovera.
Kiedy dołączyła do niego, mężczyzna od dawna już spał. Kobieta uśmiechnęła się, patrząc na niego przez szybę w drzwiach pasażera, potem oparła się plecami o maskę, powoli wdychając chłodne nocne powietrze. Zza paska spodni wyjęła pistolet i magazynek. Powoli przeładowała broń i usiadła na swoim miejscu w samochodzie, pistolet kładąc na desce rozdzielczej.
 

 
Do tej pory miałam okazję czytać bardzo wiele różnych wersji legendy o królu Arturze i jego Rycerzach Okrągłego Stołu, lecz ta w wykonaniu Bernarda Cornwella staje się powoli moją ulubioną. Z tego względu, że nie jest to kolejna wariacja na temat losów Artura, ale odrealnienie jego legendy, pokazanie jak jego przygody mogły naprawdę wyglądać, co autorowi udało się znakomicie.
W poprzedniej części Arturowi udało się zjednoczyć brytyjskie księstwa i powstrzymać najazd Saksonów. Jednak spokojne czasy wcale nie nadchodzą... Pojawiają się bowiem coraz to nowe problemy z którymi Artur musi sobie poradzić. Kolejni ambitni wodzowie, rosnące w siłę chrześcijaństwo, jak i zdrady oraz namiętności ponownie skierują Brytanię w stronę chaosu i wojen...

Długo mogłabym wychwalać trylogię Bernarda Cornwella. Drugi tom w niczym nie ustępuje pierwszemu, a momentami go przewyższa. Tak jak poprzednio fabuła na początku toczy się swoim wolnym rytmem, później co raz bardziej przyspieszając, by na koniec porazić całkowicie. W porównaniu z "Zimowym Monarchą" tu wszystko jest bardziej stonowane i opiera się głownie na wzajemnych relacjach między postaciami. Następuje ogromny skok w fabule - bohaterowie rozwijają się i na koniec wszystko obraca się o 360 stopni. Właśnie to sprawia, że ta druga część jest jeszcze lepsza. Tu już nie ma miejsca na czcze słówka, każda decyzja przynosi za sobą konsekwencję i tym samym nie da się uciec od przeznaczenia. Atmosfera powieści jest coraz bardziej mroczna i pełna szarości. Dialogi są kapitalne, a wizja legend arturiańskich w wersji Cornwella sprawia, iż historia ożywa na kartach książki.

To co jeszcze sprawia, że lektura jest tak wciągająca to wątek religijny i szeroko zakrojona intryga. Do tego motyw Tristana i Izoldy. Wszystko to zdecydowanie kradnie całą opowieść. Opisy są tu pełne plastyczności, co prawda niektóre można by było śmiało ukrócić, lecz nie jest to jakiś utrudniający czytanie mankament. Mamy do czynienia z rozrywką na wysokim poziomie i godną spędzenia z nią każdej wolnej chwili. Świeże spojrzenie na legendę arturiańską, celtyckie wierzenia i masa świetnych charakterów sprawia, że jest to tak bardzo zajmująca lektura. Nic tylko polecić. Pozostaje teraz brać się za ostatni tom, który znów przeniesie mnie w zamierzchłe czasy rządzone przez wojnę, namiętności i ukrytą magię.
 

 


Katrin stała z założonymi rękami przed Legolasem, spoglądając mu w oczy buntowniczo. Elf westchnął ciężko.
- Widzę, że moje tłumaczenia nie wywarły na tobie żadnego wrażenia. - powiedział z nutą gniewu. - Mimo to powtórzę raz jeszcze. To co zrobiłaś było niebezpieczne! - Legolas podniósł głos. - Pomyślałaś choć przez chwilę jak ja bym się czuł, gdyby stało ci się coś złego
- A jakby się to skończyło, gdyby nie ja?! - przerwała mu Katrin. - Biedna, niewinna dziewczyna skończyłaby ze strzałą w gardle! Bo nie zawahałbyś się, prawda? - Legolas zmierzył ją wzrokiem.
- Jest kimś obcym, a obrona granic to mój obowiązek. - odparł szorstko. - Tak samo jak dbanie o twoje bezpieczeństwo.
- Ja po prostu nie rozumiem, dlaczego nie chcesz nigdzie mnie zabierać ze sobą! Dlaczego nie mogę ci towarzyszyć w pełnieniu obowiązków?! Dlaczego nigdy nie zabrałeś mnie ze sobą na zwiad?! Wciąż mówisz o moim bezpieczeństwie, ale czy to bezpieczne dla ciebie rzucać się biegiem, gdy granice zostaną naruszone, choć tak naprawdę nie wiesz, co tam zastaniesz? Straż pałacowa...
- Straż pałacowa nie ma tu nic do rzeczy! - elf zacisnął dłonie w pięści.
- A całe to pilnowanie granic... - kontynuowała Katrin. - Zaczynasz mówić jak swój ojciec! - w oku elfa błysnął gniew, ale dziewczyna nie odwróciła wzroku. Nie uderzyłby jej. Nie potrafiłby. Mimo to drgnęła wystraszona, gdy Legolas chwycił ją mocno za kark, a swoje wargi przycisnął mocno do jej ust.
- Teraz rozumiesz, dlaczego zabraniam ci jeździć ze sobą? - spytał, gdy wreszcie odsunął się od niej. - Gdyby stała ci się krzywda, nie darowałbym sobie. - Legolas uśmiechnął się.
  • awatar Kate - Writes: @Angel Girl: Jakże ja mogłam o tym nie słyszeć? Mała korekta informacyjna; serial ma traktować o młodości Aragorna, więc Legolasa tam raczej nie zobaczymy. Trochę sceptycznie jestem nastawiona, ale serial ma być realizowany we współpracy z Peterem Jacksonem, więc poczekamy, obejrzymy (i być może będziemy się zachwycać). ;)
  • awatar Gość: Słyszałaś że ma być serial Władcy pierścieni? Świetnie by było gdyby Orlando grał Legolasa *.*
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Próbowałam już wczoraj sklecić coś sensownego, ale po półgodzinie dałam sobie spokój, stwierdzając, że wolę wam wrzucić porządny post po dłuższej przerwie, niż coś, co tak po prostu, żeby było.
Parę osób dopytuje się mnie o "Po drugiej stronie oceanu", czy to już koniec, czy Jacka więcej nie będzie, czy może jakiś ciąg dalszy. Powiem tak; chociaż panna Harrington gdzieś w głębi mojej podświadomości domaga się jeszcze swoich pięciu minut, nie sądzę, żebym napisała jeszcze coś więcej w tym uniwersum. Nie chcę pisać tasiemców, z doświadczenia wiedząc, że nie kończy się to za ciekawie. Tym samym przygoda na otwartym oceanie dobiegła końca. Za to w niedalekiej przyszłości dostaniecie nowy rozdział "Tożsamości wroga", ale też nie umiem się określić kiedy dokładnie, bo teraz jednak nauka jest najważniejsza (ja tej matury nie dożyję...).

Odkryłam wczoraj coś wspaniałego, a mianowicie Taylor Davis i jej skrzypce. Moje ulubione melodie w jej wykonaniu są piękniejsze niż w oryginałach, a myślałam, że w tym przypadku to prawie niemożliwe; https://youtu.be/AhJILVW7vlE https://youtu.be/gmn7QFvIwDM

Jeśli chodzi o Comic Con, to powoli ustalamy z Natką ostatnie szczegóły. Wczoraj kupiłyśmy bilety do Warszawy, więc teraz już musimy jechać. Wszystko mamy prawie idealnie zgrane w czasie i tylko mnie trochę martwi poruszanie się po samej stolicy, bo ja się jeszcze gubię w tych wszystkich liniach autobusowych (ledwie je opanowałam u siebie, a w porównaniu ze stolicą to małe miasto). Ale skoro Frodo dał radę do Mordoru, nie znając drogi w ogóle, ja dam radę na teren konwentu. Odrobinkę przeraża mnie też wielkość hali, na której się konwent będzie odbywał, ale tam na miejscu już sobie poradzę. Grunt, żeby tam dotrzeć na czas, bo o dwunastej zaczynają się zdjęcia z moim aktorem (druga tura wpół do czwartej, więc jakbym się spóźniła to jak znalazł), a o wpół do drugiej są rozdawane autografy. Pół dnia pewnie spędzę w ogromnych kolejkach, ale najważniejsze, żeby tam być. To będzie mój pierwszy konwent i tak strasznie nie mogę się już doczekać. :3