• Wpisów:1456
  • Średnio co: 1 dzień
  • Ostatni wpis:wczoraj, 22:52
  • Licznik odwiedzin:317 529 / 2058 dni
Jesteś niezalogowany. Niektóre wpisy dostępne są tylko dla znajomych.
 
Liz rozejrzała się wokół, otrzepując się z ostatnich kropli wody. Stałą po kostki w płytkim jeziorze. Zadarła głowę wychodząc na trawiastą wysepkę. Gdzieś z góry zwieszały się pnącza lian, nie potrafiła dostrzec natomiast nieba. Przeniosła wzrok na skalną ścianę ze szczeliny której wypływała cienka strużka wody.
- Czy to... - odezwała się, podchodząc bliżej.
- Owszem. - odpowiedział Jack, stając za nią. - Wspaniałe, co? - Liz skinęła głową, podsuwając obie dłonie o strugę.
- Ani mi się waż, Harrington! - wrzasnął Czarnobrody, gdy nachyliła się, by się napić. - Ja pierwszy jej skosztuję! - Angelica powiodła wzrokiem wokół, nasłuchując.
- Ojcze... - odezwała się ostrzegawczo. Edward Teach wytężył słuch.
- Jednonogi. - powiedział, odwracając się.
- Sprowadziłeś go tu! - rzuciła Angelica oskarżycielsko.
- A niby po co? - Jack rozłożył ramiona w geście niewinności.
- Edwardzie Teach! - z mgły okalającej Źródło wyłonił się Barbossa wraz ze swoją załogą. - Za zbrodnie popełnione na pełnym morzu, działając z upoważnienia Jego Królewskiej Mości, ze sporą dozą osobistej satysfakcji... Pozbawiam cię wolności i ogłaszam iż jesteś... Moim więźniem.
- Moja wachta dobiegła końca, tak? - odpowiedział pytaniem Czarnobrody, podchodząc bliżej.
- Wśród wspomnianych przestępstw zarzuca ci się piractwo, zdradę, morderstwo, zadawanie haniebnych tortur, takich jak kradzież używanej, owłosionej i krzywej prawej nogi. - Barbossa dobył szabli. Czarnobrody również.
- Odważysz się stanąć przeciwko temu ostrzu?
- Z dala od twojego okrętu? Owszem. - Liz nachyliła się do Jacka.
- Od kiedy to Barbossa jest korsarzem w służbie koronie? - spytała.
- Nie jest. - odparł Jack. - Ma w głębokim poważaniu króla Jerzego. Rozumiesz? - kobieta westchnęła, pojmując i skinęła głową. Barbossa potrzebował przecież okrętu i załogi, a swoje utracił.
- Czuję na karku lodowy oddech przeznaczenia. - kontynuował Czarnobrody. - Ale nie odmówię sobie ostatniej potyczki. Wybić ich! - jego załoga natychmiast dobyła szabli, podobnie jak Anglicy pod wodzą Hektora.
- Zaraz, momencik jedną chwilkę! - zawołała Liz, zamachawszy rękami. - Czegoś tu nie rozumiem. Więc... Wy macie walczyć z nimi, a oni z wami... - zaczęła, gestykulując żywiołowo. - Bo ten ma ochotę utrupić tego? Gdzie tu logika? - załoganci popatrzyli po sobie. - Właśnie. Niech więc sami się biją, a my popatrzmy, wypijmy, poróbmy zakłady... Dosyć mam piractwa jak na jeden dzień. - Barbossa rzucił jej spojrzenie.
- Zabić ich! - rozkazał. Rozgorzałą walka.
Liz drgnęła, gdy zewsząd rozległy się strzały. Stal uderzała o stal. Barbossa wymachiwał dwiema szablami naraz, próbując odpierać ataki Czarnobrodego, co swoją drogą nieźle mu szło.
- Lizzie... - Jack postukał palcem w swój kompas. - Domyślasz się chyba, co masz robić? Ja spróbuję tu trochę posprzątać.
- Jasne, daj mi trochę czasu. - Liz ścisnęła w dłoni busolę i odbiegła z miejsca jatki. Jack rzucił się za Angelicą biegnącą ku Źródłu.
- Oddaj łezkę. - powiedział, przystawiając ostrze do szyi Scrum'a. - Wiem, że ty ją masz. Bądź grzeczny. - dodał.
- Jej boję się bardziej niż ciebie. - odparł tamten, atakując. Jack zgrabnie odbił jego ciosy, a okręcając się na pięcie, wyjął mu z kieszeni fiolkę. Uśmiechnął się.
- Dziękuję. - rzucił przelotem, ale zaraz zamarł w bezruchu. Na odległość ostrza trzymała go Angelica.
- Oddaj ją. - rzuciła ostro. - Wybacz mi. - dodała. - Mówiła, że potrzebuję lat. Teraz zadowolę się twoimi. - Jack bez namysłu zabił jej szablę swoją, a kielichy posłał kopniakiem w pobliże Źródła, po czym - unikając cięcia kobiety - rzucił się w tamtą stronę. Angelica rzuciła się za nim, klnąc na czym świat stoi.

Liz przedzierała się przez dżunglę z kompasem Jacka w dłoni, raz po raz potykając się i odgarniając liście i gałęzie, zwieszające się nisko nad ziemię. W końcu jednak wypadła na plażę i odetchnąwszy z ulgą, pobiegła przed siebie po miękkim piasku, co jakiś czas rzucając okiem na busolę, dopóki ni dostrzegła zacumowanej na mieliźnie Zemsty Królowej Anny.
- No, jesteś... - szepnęła, zatrzaskując klapkę kompasu. Po olinowaniu wspięła się na pokład, a odnalezienie kajuty kapitańskiej nie sprawiło jej już trudności. Znów zerknęła na kompas, a igła zawirowała, wskazując jej dokładnie to, czego w tej chwili potrzebowała najbardziej, czyli klucze do ciężkiej drewnianej szafy. Chwilę potem miała już w dłoni to, czego szukała, a drzwi szafy stanęły otworem. Liz wstrzymała oddech. Półki były bowiem wypełnione butelkami z uwięzionymi weń dziesiątkami okrętów. Perłę odnalazła wcale nie bez trudu.
 

 
Katrin usiadła na skraju łóżka, ściągając koszulkę nocną na uda. Wstydliwie spojrzała na prześcieradło splamione krwią. Policzki niemal natychmiast zapłonęły jej rumieńcem na wspomnienie tego, co stało się poprzedniego wieczoru i jak potem zasnęła z głową przytuloną do piersi elfa. Spróbowała zmienić pozycję na wygodniejszą. Bolało ją w kroczu, wciąż też krwawiła, miała przy tym nadzieję, że prowizoryczna lniana podpaska spełni swoje zadanie.
- Boli? - spytał Legolas jakby czytając jej w myślach, przysiadając tuż obok. Katrin odwróciła wzrok, zakładając za ucho kosmyk włosów.
- Tak, trochę. - odpowiedziała. - To normalne. - dodała.
- Nigdy bym cię nie skrzywdził. Nie umyślnie. - zapewnił ją znów elf.
- Wiem. - dziewczyna spojrzała mu w oczy.
- Nie mówiłaś, że to twój pierwszy raz. - Legolas speszył się.
- Nie pytałeś... - odpowiedziała. - Myślałam, że to dość oczywiste...
- To był również mój pierwszy raz. - Katrin podniosła wzrok, zaskoczona nagłym wyznaniem. - Nigdy wcześniej nie czułem tego, co czuję do ciebie. To dla mnie zupełnie nowe...
- Rozumiem. - Katrin skubała skrawek koszuli. - Bo i ja... - umilkła zaskoczona, gdy Legolas objął ją ramieniem i pocałował czule, zupełnie jak poprzedniego dnia. Zamknęła oczy, czując jego dłoń na swoim udzie, którą powoli przesuwał coraz wyżej, ale pieszczota urwała się tak niespodziewanie, jak się zaczęła.
- Chodź, zjemy śniadanie. - odezwał się Legolas, uśmiechając się promiennie. - Ubierzesz się? - Katrin skinęła głową, znów delikatnie się rumieniąc. Wiedziała, że po tym co się stało nie będzie już w stanie patrzeć na niego jak na przyjaciela.
 

 
Chciałam napisać coś porządnego, ale jedyne co mi przychodzi do głowy to szkoła, a tej mam w nadmiarze w świecie rzeczywistym, więc z tym tematem dajmy sobie spokój... Poza nauką nic specjalnego się u mnie nie dzieje, kłócą się o wycieczkę klasową, bo bez przerwy coś komuś nie pasuje, a wiadomo, wszystkim nie dogodzi, staram się jak najbardziej skupiać na sprawach szkolnych, ale też są takie chwile, kiedy mam po prostu dosyć. Chciałam od września zacząć sobie powoli powtórki do matury, ale ledwie wyrabiam się z materiałem bieżącym... A odpoczywać też przecież muszę...

Dobrze, dość. Coraz bardziej nie mogę doczekać się październikowego wyjazdu na Comic Con. Zgadałam się z przyjaciółką i tak jakoś wyszło, że jedziemy tam razem. W tym tygodniu kupiłyśmy bilety i naprawdę zaczynam powoli skakać z radości. Będzie John Rhys-Davies! Odtwórca roli Gimlego z "Władcy..."! A oprócz tego jeszcze Adam Brown, czy Ori z "Hobbita", ale z bólem serca musiałam sobie podarować spotkanie z nim, bo chyba poszłabym z torbami. W każdym bądź razie pojadę, choćby się waliło, paliło, żabami rzucało, ja tam będę i nikt mi tego nie zabierze.

Co w związku z moją wesołą twórczością... Z nowym rozdziałem "Piratów..." zapowiadam się na niedzielę. Nawet mam już połowę napisaną, ale znowu zostawiłam skrypty w internacie (tak to jest jak się mieszka w dwóch miejscach jednocześnie), więc ten... Jutrzejsze popołudnie zamierzam poświęcić "Tożsamości wroga", żeby wreszcie wrzucić coś porządnego i oficjalnie potwierdzam, że będzie obiecywany spin-off tego opowiadania (zanosi się, że niejeden). A odnośnie fragmentu poniżej... (Trochę inspiracja "Pięćdziesięcioma twarzami Greya", tak oglądałam ostatnio... Znowu...) Bo tak sobie pomyślałam, że wy nawet nie wiecie, jak wyglądał pierwszy raz Legolasa i Katrin, więc teraz możecie sobie przeczytać poniżej. A za chwilę powyżej co z tego wynikło.
 

 
Legolas spojrzał pytająco na Katrin, kiedy ta wstała z miejsca obok niego i rumieniąc się wstydliwie, zdjęła przez głowę koszulkę nocną. Stanęła przed nim naga i bezbronna. Elf objął wzrokiem jej ciało, potem spojrzał w oczy, gdy przysunęła się do niego, pochyliła i zamknąwszy oczy, zbliżyła wargi do jego ust.
- Katrin... - odezwał się elf, odsuwając odrobinę. - Ja trochę się boję jak to się skończy... - powiedział z dozą niepewności.
- Może to właśnie bardzo dobrze. - odpowiedziała mu dziewczyna, całując go. Spróbował jej na to pozwolić, spróbował też ją pocałować. Odwzajemnił muśnięcie jej warg, potem jeszcze raz, coraz intensywniej i z coraz większym uczuciem, sięgając przy tym do zapięcia własnej tuniki. Zanim zorientowała się, co się dzieje, Legolas położył ją na łóżku. Leżała na plecach, wpatrzona w jego oczy. Zwinnie zmieniła więc pozycję i jego ciało wślizgnęło się na miejsce tuż przy niej. Jego palce musnęły szyję dziewczyny. Jej żołądek zacisnął się. Zamknęła oczy, żeby zaraz poczuć jego dłoń na swoich udach. Zesztywniała. Nie mogła pozbyć się wrażenia, że mógłby... Mógłby zrobić, co tylko by zechciał, a ona nie miałaby na tyle siły, żeby go powstrzymać. Dłoń Legolasa przesunęła się w górę po jej udzie. Serce Katrin zabiło mocniej, ona sama zaczęła głębiej oddychać. Legolas odsunął się i spojrzał jej w twarz.
- Chcesz, żebym przestał? - spytał cicho. Nie mogła odpowiedzieć. Pokręciła tylko głową przecząco, zamykając oczy. Westchnęła, kiedy wszedł w nią delikatnie i czułością, a po policzkach poleciały jej łzy. Odetchnęła głębiej, czując ból w podbrzuszu.
- W porządku? - spytał znów elf. Znów odpowiedziała mu skinieniem głowy, ale tym razem udało jej się nawet powiedzieć; "Tak".
 

 
Na całym świecie zaczyna dochodzić do serii dziwnych zdarzeń: rząd Chin zrzuca na siebie bombę atomową, agent FBI, który prowadzi śledztwo w sprawie tajemniczej katastrofy lotniczej odkrywa coś makabrycznego, pani prezydent USA stara się mieć wszystko pod kontrolą, podczas gdy do laboratorium w Waszyngtonie dociera paczka zawierająca stare jaja pająków. Bardzo stare... W końcu przebudza się potworny gatunek który jest wygłodniały i rusza na krwawy żer. Zaczyna się apokalipsa...

Choć z założenia jest to horror, ja pospisuję tę książkę do mocnego thrillera, ponieważ mój strach przed pająkami nie jest aż tak mocno rozwinięty, ale te osoby, które naprawdę boją się tych stworzeń, na pewno w większym stopniu odbiorą ją jako przerażającą. A co przeraża? Miałam nieuzasadnione przeczucie, że w tej książce bohaterowie będą mierzyć się z ogromnymi pająkami wielkości samochodów (trochę jak Szeloba z "Władcy Pierścieni" ), a tymczasem autor przedstawia je jako falę czerni, morze odnóży, którego nie sposób zatrzymać. Przedstawia pająki, które obsiadają ofiarę jak rój much i poożerają ją w całości.

I to jest przerażające, bo na pewno łatwiej byłoby zabić jednego wielkiego pająka, aniżeli nieskończenie wiele małych, krwiożerczych istotek, które pełzną i pełzną... I są bardzo szybkie... I jeszcze do tego inteligentne... Słabo trochę, nie? No, właśnie. Nie zmienia to faktu, że pająki są niewątpliwie największym plusem tej książki. Dalej, narracja. Przeplatające się ze sobą miejsca akcji, różne perspektywy, różni bohaterowie i krótkie rozdziały, które ja osobiście bardzo lubię. Klimat; jest bardzo mrocznie i niepokojąco... Taki nastrój utrzymuje się prawie przez całą książkę, nie wspominając już o bardzo realistycznych opisach (bujna wyobraźnia to rzecz piękna).

Ważną sprawą jest tu narracja. Mamy wiele punktów widzenia, przeskakujemy od jednego bohatera do drugiego, mamy tutaj agenta FBI, panią z laboratorium, zajmującą się pająkami, obserwujemy punkt widzenia pani prezydent, a tych postaci jest o wiele więcej. Ponadto każda z nich ma bardzo mocno zarysowany charakter, wyróżnia się na tle innych, ma swoje obawy i lęki, dzięki czemu łatwo ich zapamiętać i nie gubimy się w ilości bohaterów pierwszoplanowych. Warte uwagi są również opisy pająków - bardzo realistyczne, aż zmuszające do rzucenia okiem, czy gdzieś w pobliżu nie czai się jeden z nich. Sama książka rzeczywiście daje powody, by bać się pająków. Grzechem byłoby nie wspomnieć o tym, jak bardzo podoba mi się okładka. Ta pajęczyna rozwleczona, na nasadzie grzbietu jest kokon jeszcze, wybaczcie, że nie pokażę, trudno.

Musimy mieć na uwadze, że to pierwszy tom serii (o czym początkowo nie wiedziałam), więc jego zadaniem jest wprowadzenie nas do całej historii i zaprezentować dla niej konkretne tło. Dla mnie jednak styl autora, układ książki i fakt, że już w pierwszym rozdziale przeszedł mnie dreszcz strachu, wystarczyły żeby czerpać z tej lektury naprawdę wiele przyjemności. Pomysł na fabułę tej książki jest bardzo prosty: pająki, bazowanie na wrodzonym strachu co poniektórych z nas względem nich, dodatek fikcji, krwiożerczości i zagrożenia ludzkości czymś, co skutecznie nas wszystkich oplecie białymi włóknami i pożre. Udało się? Tak.
 

 
Ostatnio cały mój wolny czas zajmuje szkoła i poza nauką właściwie nic innego nie robię popołudniami i tylko wieczór zostaje mi na chwilę wytchnienia, przeczytanie kilku rozdziałów książki, albo napisanie kawałka nowego rozdziału. Miałam ambitny plan zaczęcia powtórek do matury już we wrześniu, ale plany niezależnie ode mnie uległy trochę zmianie (ledwie wyrabiam z bieżącym materiałem). Rozumiem, że jesteśmy troszeczkę opóźnieni, ale sprawdzian na sprawdzianie to jednak lekka przesada, zwłaszcza, że teraz uczę się trzech przedmiotów naraz i każdemu trzeba poświęcić te półtorej godzinki, albo więcej, to już akurat zależy od przedmiotu.

Chwilowo nie ma dnia, żebym nie ślęczała nad książkami (tak, w weekend też), więc siłą rzeczy w tym roku odpada mi basen, jazda konna, która miałam nadzieję kontynuować jeszcze we wrześniu, może nawet październiku i klub łuczniczy, do którego się chciałam zapisać, przynajmniej na razie. Boli mnie to strasznie, bo jakaś odskocznia by się przydała, ale ale z drugiej strony wolę teraz pocierpieć i cieszyć się w pełni najdłuższymi wakacjami w życiu, niż przez trzy miesiące siedzieć w domu i uczyć się na poprawkę.

I poza tym nic ciekawego się u mnie nie dzieje, bo przeważnie kursuję teraz na trasie szkoła - internat, jak mam coś do załatwienia na mieście to biegiem, a wieczorem naprawdę wolę sobie poczytać, niż wychodzić gdziekolwiek. Bardziej z ogłoszeń parafialnych; powoli kończę pisanie opowiadania z Jackiem i Liz i to już będzie ewidentnie to prawdziwe zakończenie, bo nie chcę z tego robić tasiemca. Może kiedyś... Ale nic nie obiecuję. Bo nie cierpię pisać rozdziałów na siłę, po których widać, że napisanie ich nie sprawiło mi radości. Powoli i opornie kontynuuję "Tożsamość wroga" i w głowie siedzi pomysł na spin-off tegoż opowiadania, teraz trzeba tylko znaleźć czas, żeby to wszystko złożyć w logiczną całość, bo z thrillerami pod tym kątem zawsze coś zepsuję. Rozdziałów możecie wyczekiwać z niecierpliwością, a ja lecę czytać "Wesele".
  • awatar Kate - Writes: @Blinky: Z rozszerzeń to uczę się angielskiego (jak chyba wszędzie), biologii i WOS-u, a na maturze zamierzam zdawać rozszerzoną biologię i polski. Nas WOS-em też się jeszcze zastanawiam, ale chyba odpuszczę.
  • awatar Blinky: U mnie nie lepiej, chociaż jeszcze nie mamy sprawdzianu na sprawdzianie. Jednak moja wychowawczyni z panią od biologii dobitnie nam dały do zrozumienia, że: Możemy wykreślić słowo "weekend" z naszego słownika. jednak masz rację. Lepiej się pomęczyć przez te 8 miesięcy a później cieszyć się 4 miesiącami wakacji. ^^ Że się tak spytam, jakie masz rozszerzenia?
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Angelica przedzierała się przez dżunglę na czele załogi, w dłoni ściskając kompas Jacka. Przystanęła, spoglądając na leniwie obracająca się igłę i drgnęła, czując ostrze szabli na szyi, ale uśmiechnęła się, spoglądając w bok.
- Przy każdym spotkaniu czymś we mnie celujesz. - powiedziała na powitanie. Jack płynnie wsunął szablę z powrotem do pochwy i odwzajemnił uśmiech. Zza jego pleców wyłoniła się Liz.
- Widzę, że nie sposób was rozdzielić, choć to Sparrowa wysłałem, żeby zdobył dla mnie skarb Ponce de Leona, nie pannę Harrington. - rzucił Czarnobrody. - Masz kielichy?
- Tak. - odpowiedział Jack i skinął głową na towarzyszkę, która na dowód jego słów rozchyliła poły płóciennej torby.
- Jednonogi też jest blisko, tak?
- Tak. - potwierdził znów Jack. - Przekaże ci je pod paroma warunkami. - powiedział, stając między starym piratem a Liz. - Po pierwsze: oddasz mi kompas. Nie, to po drugie... Po pierwsze: dasz słowo, że nie skrzywdzisz Lizzie. - kobieta spojrzała na niego zdumiona, podobnie jak Angelica.
- Nie daję słowa takim łajzom, jak ty. - warknął Czarnobrody. - Ale mogę cię zapewnić, że nigdy nie była zagrożona.
- Po drugie... - przerwał mu Jack. - Czy wcześniej po pierwsze: upomnę się o zwrot kompasu. Poproszę. Zasłużyłem. - Angelica przewróciła oczami, rzucając mu jego własność. - Dziękuję. A po trzecie... Czasem, nie za często, rozmyślam o swoich haniebnych występkach. - Czarnobrody westchnął z rezygnacją, co bynajmniej nie zniechęciło Jacka do kontynuowania monologu. - Boli mnie zwłaszcza to, jak podle traktowałem pannę Harrington, lojalną pierwszą oficer. - Liz złożyła ręce na piersi, spodziewając się - niesłusznie zresztą - oficjalnych przeprosin. Przeliczyła się po raz kolejny. - Było mi obojętne, czy zginie po drodze do Źródła, trawioną gorączką... I wciąż jest...
- Ha! - żachnęła się kobieta. - Jack, ja cię normalnie...
- A jednak teraz musicie ją uwolnić. - pirat puścił jej słowa mimo uszu. Czarnobrody uniósł brwi.
- Czy to wszystko? - spytał. Jack zastanowił się.
- Chyba tak. - odparł wreszcie. Edward Teach spojrzał mu w oczy.
- Zgoda. - powiedział. Jack uśmiechnął się.
- Co?! - wyrwało się Liz. Na jej głos nałożył się krzyk Angeliki i kobiety spojrzały po sobie.
- Przekaż proszę kielichy naszemu dobrodziejowi. - Jack skinął głową Czarnobrodemu. Liz spojrzała na niego z wahaniem, ale w końcu zdjęła torbę z ramienia i oddała piratowi. Sparrow rzucił jej kompas. - Przepustka do wolności. - wyjaśnił krótko. Kobieta przytroczyła busolę do paska, ale ruszyła za Jackiem i Angelicą. Był palantem, owszem, ale nie zamierzała do teraz zostawiać.

Jack rozchylił kolejne liście tarasujące drogę.
- Przysiągłbym, że to gdzieś tutaj. - odezwał się. - To na pewno gdzieś tu niedaleko... - pirat zatrzymał się przed szerokim urwiskiem. Na skalnej ścianie wyryte były niezrozumiałe symbole, gdzieś w dole połyskiwało jezioro, a w głąb urwiska sięgała grota. Jack uśmiechnął się. - A właśnie...
Prędko zapalono pochodnię i zadecydowano o wejściu do środka. Szli gęsiego, jeden za drugim, brodząc po kostki w wodzie, aż w końcu dotarli do rozwidlenia korytarza i niewielkiej wysepki na płytkim jeziorze. Jack musnął palcami pokrytą starożytnym chyba pismem skalną ścianę.
- Aha! - Czarnobrody ruszył ku niemu. - Martwy punkt!
- Jack... Zaczyna podejrzewać, że nie znasz drogi. - powiedziała Angelica. Sparrow odwrócił się ku niej.
- Nie o to chodzi, by złapać króliczka. - rzucił. - Kielichy proszę. - Czarnobrody skinął przyzwalająco na bosmana i Jack wziął od niego naczynia, unosząc je w górę. - Cofnijcie się. - polecił, popatrzywszy po załodze. Po jaskini poniósł się czysty dźwięk, gdy kielich uderzył o kielich. Bardziej przesądni rozejrzeli się wokół niepewnie, ale nic się nie wydarzyło. Nic. Absolutnie.
- Czyś ty kiedykolwiek widział na własne oczy Źródło Wiecznej Młodości? - spytała Angelica, składając ramiona na piersi.
- Możesz powtórzyć pytanie? - Jack uśmiechnął się uroczo.
- Dość tego. - Czarnobrody wyszarpnął pistolet.
- Zaraz! - Liz rzuciła się ku Jackowi. - Nic ci nie przyjdzie z tego, że go zabijesz.
- Właśnie. - podchwycił natychmiast Sparrow, zasłaniając się kielichami, które uniósł na wysokość oczu. - Momencik! - zawołał zaraz, dostrzegając napis na metalowym okuciu naczyń. - Aqua de Vida. - przeczytał na głos. Niemal natychmiast rozległ się głośny szum. Woda z jeziora wezbrała, zawirowała i otuliła ich miękko, porywając ze sobą.
 

 
- Co znowu knujesz, Jack? - spytał szeptem Barbossa, gdy Hiszpanie prowadzili ich do swojego obozu.
- Jest dziewczyna. - odparł Sparrow. - Kobieta płci przeciwnej. - Barbossa skrzywił się. - Powinienem rzec "dama".
- Śpieszysz na ratunek damie? To coś nowego. - parsknął Hektor.
- Tak. - odpowiedział całkiem poważnie Jack. - Ale mogłem wyrządzić kiedyś wyżej wymienionej damie krzywdę. To ta kobieta z Sewilli.
- Jak zawsze. Udawałeś, że kochasz, a potem porzuciłeś ze złamanym sercem? - Liz przysłuchująca się rozmowie, prychnęła.
- Nie, gorzej. Być może coś we mnie... Przez krótką chwilę... Drgnęło. - Hektor wlepił w niego wzrok. - To nie uczucie, nie przesadzajmy. Bardziej coś jak... Uczucie.
- A jednak ją porzuciłeś. To podłe. - Jack zastanowił się przez chwilę.
- Masz rację. - stwierdził.
Hiszpanie przywiązali całą trójkę grubymi linami do drzew tuż przy ich obozie, wcześniej skonfiskowawszy Jackowie kielichy.
- Jak tam nasz plan odwrotu? - zagadnął Sparrow.
- Masz okazję improwizować. - odpowiedział mu ponuro Barbossa. Liz patrzyła na nich oboje z rządzą mordu w oczach. Od pojmania nie odezwała się do nich ani słowem, manifestując w ten sposób swoją wściekłość. Coraz bardziej złościło ją jednak to, że nikt nie zwracał na nią uwagi. Była niewidzialna.
- Może mógłbym wyswobodzić rękę... - zastanawiał się na głos Jack. - Masz nóż? - spytał, gdy Barbossa odkręcił swoją drewnianą nogę. Hektor uśmiechnął się.
- Coś lepszego. - odparł, zębami wyjmując korek z ukrytej w protezie butelki trunku. Jack patrzył na to w zdumieniu.
- Ja też taką chcę. - powiedział w końcu. Barbossa upił łyk rumu i z trudem, przez krępujące go liny, podał butelkę towarzyszowi niedoli.
- Za zemstę. Słodką i bezkarną. - wzniósł toast Jack.
- Za zemstę? - zdziwił się Barbossa.
- Owszem. - Sparrow skinął głową. - No, Hektor... Przyznaj wreszcie, że zaczaiłeś się na Czarnobrodego. Nie dam się zwieść.
- Liz? - Barbossa skinął na nią, podając jej butelkę. Chwilę jeszcze się wahała, aż w końcu z westchnieniem przytknęła ją do ust. Rum rozlał jej się ciepłem w gardle i żołądku.
- Nie było cię tamtej nocy. - odezwał się znów Hektor. - Gdy zabrali mój okręt. Zabrali, nie zatopili. Byliśmy u wybrzeży Hispanioli, gdy przypuścili atak. Bez prowokacji, ostrzeżenia, prób pertraktacji. Obsypał nas grad pocisków... Pod nami zakipiały wody... Statek zaczął tańczyć na fali. Deski, reling, drzewce zaczęły nagle trzeszczeć. Takielunek ożył. Aż okręt zwrócił się przeciw nam... Liny pętały załogę, wijąc się niczym węże... Pochwyciły mnie za nogę. Ale ręce miałem wolne, a pod ręką szablę. To ja, nie Czarnobrody, byłem panem okrętu. To ja, nie Czarnobrody, byłem panem swego losu. Zrobiłem to, co zrobić należało. - Barbossa pociągnął jeszcze łyk rumu i umieścił drewnianą nogę na jej miejscu.
- A więc... Odciąłeś sobie nogę... - odezwała się Liz.
- Przeżyłem. - odpowiedział Hektor.
- I nie szukasz Źródła. - dodał Jack, odwracając wzrok.
- Oddałbym lewą rękę za możność zemsty na Czarnobrodym.
- A nie prawą? - Jack znów się uśmiechnął. Liz też.
- Tę zachowa, by wbiła zatrutą klingę prosto w jego serce.
- Zadbam, byś miał sposobność. - Sparrow pomachał uwolnionymi dłońmi. Liz i Barbossa wymienili zdumione spojrzenia, po czym oboje przenieśli wzrok z powrotem na Jacka, który właśnie wstawał, wysuwając się zgrabnie z krępujących go lin. Kobieta roześmiała się.
- No jasne... - skomentowała. - A ja cię nie doceniałam.
- Sza. - upomniał ją pirat, przykładając palec do ust, po czym uwolnił ją z więzów i pomógł wstać. Wkrótce również Barbossa był wolny. Najciszej jak potrafili, pomknęli w stronę hiszpańskiego obozu, po drodze zgarniając trzy szable. Uzbrojeni wpadli między Hiszpanów, wśród których zawrzało. Barbossa wywijał szablą na wszystkie strony, Liz radziła sobie nie gorzej od niego. Jack skołował wiec linę, którą wkrótce obwiązani byli wszyscy wrogowie, łącznie z ich dowódcą.
- Zwiewajmy, póki się nie uwolnią. - odezwała się Liz.
- Nie pomogę z kielichami. - powiedział Barbossa, spoglądając na Jacka. - Jestem umówiony i już nie wrócę.
- Nie będziesz musiał. - odparł Sparrow, unosząc do góry obie dłonie, w których trzymał kielichy. - Napijemy się?
- Tak! Przy Źródle! - odkrzyknęła Liz, zrywając się do biegu. Jack pognał za nią.
- Czyżby panna Harrington zmieniła zdanie? - spytał.
- Nie. - odpowiedziała. - Ale akurat jestem pod twoim wrażeniem, więc radzę ci tego nie zepsuć.
 

 
Alice powoli podniosła się do pozycji siedzącej i przeczesała palcami włosy. Poprzedniego dnia zasnęła na fotelu, przy laptopie, ale ktoś musiał ją przenieść na łóżko, najpewniej Jack. Kobieta powoli zsunęła z siebie koc i opuściła nogi na podłogę.
- Wstałaś... - odezwał się mężczyzna, wchodząc do pokoju. - Kawa. - powiedział, wręczając jej kubek. - Na fotelu masz ubrania na zmianę. Chyba twój rozmiar.
- Dzięki. Kawa się przyda. - Alice upiła łyk z kubka i przejrzała leżące na oparciu fotela ciuchy. Spodnie i sweter rzeczywiście były w jej rozmiarze i po szybkim prysznicu z przyjemnością przebrała się w coś czystego. Jack spojrzał na nią.
- Zejdziemy na śniadanie? - spytał. - Dzwoniła do ciebie Emily, pozwoliłem sobie odebrać. Znaleźli tego człowieka, który podłożył ładunek wybuchowy w tym centrum handlowym i który próbował cię skasować. Maglują go od wczoraj, ale poza tym wiedzą niewiele. Namierzyli jego kryjówkę...
- Spałeś? - Alice przerwała mu i bez zbędnych wstępów zadała pytanie.
- Nie mogłem, musiałem cię pilnować. - odpowiedział Jack, wstając z miejsca. Alice oparła się biodrem o fotel, a kiedy spojrzała na niego z wyczekiwaniem, mężczyzna westchnął. - Wiesz jak nas znaleźli? - spytał, pokazując jej maleńkie urządzenie, które jeszcze wczoraj podpięte do baterii jego telefonu mrugało na zielono. - To znalazłem pod obudową komórki.
- Podsłuch? - spytała Alice, wyciągając dłoń po zieloną diodę.
- I urządzenie namierzające. - podpowiedział Jack. - Alice... - mężczyzna odwrócił wzrok. - Zawsze wszystko muszę spieprzyć.
- Jeszcze niczego nie spieprzyłeś. - kobieta pokręciła głową. - Żyję, tak? Stoję tu. - Alice uśmiechnęła się. - Zejdźmy na śniadanie, bo mam nieuzasadnioną ochotę na dżem truskawkowy. - Jack uśmiechnął się lekko. - Potem się prześpisz. A ja spróbuję się czegoś dowiedzieć i skontaktuję z centralą.

Alice wsunęła do ust tost z dżemem truskawkowym i przeniosła wzrok na Jacka. Mężczyzna mieszał w kubku drugą kawę, najwyraźniej pomimo jej prośby, nie zamierzając kłaść się później spać.
- Zastanawia mnie... - odezwał się w końcu. - Wiedzą, że tu jesteśmy. Wczorajszej nocy ktoś od Mercera stał po drugiej stronie ulicy, obserwował nas. Dlaczego nie spróbują wejść do hotelu, tak jak to zrobili tamtym razem? - Alice nie zdążyła nawet otworzyć ust, gdy szyba ogromnego okna wychodzącego na ulicę, rozsypała się w drobny mak, a tuż koło ucha kobiety śmignął pocisk. Ktoś krzyknął. Obsługa próbowała zaprowadzić porządek.
- Proszę zachować spokój! - zawołał Jack, zrywając się z miejsca. Jedną dłonią wyszarpnął naładowany pistolet zza paska, drugą, tą w której trzymał identyfikator, podniósł do góry. - Proszę o spokój! - powtórzył. - Wszystko będzie dobrze. CIA. - Alice podniosła z podłogi łuskę i dokładnie ją obejrzała.
- To było ostrzeżenie. - stwierdziła, pokazując pocisk partnerowi. - Gdyby chcieli mnie teraz zabić już bym leżała martwa na podłodze. Do wieczora musimy się stąd ewakuować. Tak myślę... - dodała, wyjmując własną broń. - Wszystko pod kontrolą, nikomu nic się nie stanie! - zawołała jeszcze, spoglądając na przestraszone twarze gości hotelowych. Skinęła głową na Jacka, kierując się w stronę windy.
Będąc już w pokoju, Alice podeszła do hotelowego telefonu, z pamięci wybierając numer Emily.
- Technika. - odezwała się kobieta, okręcając się na swoim fotelu. - A, to ty Alice.
- Emily? Zrób coś dla mnie. - Alice obejrzała trzymany w dwóch palcach pocisk. - Chodzi o analizę łuski.
- Nie dajecie mi odpocząć. - uśmiechnęła się do siebie Emily. - O co chodzi?
- O łuskę. Miedziana, centralny zapłon, wygląda na kaliber dwanaście, ale oznaczona jest liczbą trzydzieści trzy. Słyszałaś o czymś takim?
- Nie ma takiego numeru, to jakaś lipa.
- Przed chwilą omal nie rozwaliła mi głowy. - Emily zaniemówiła.
- Przepraszam... - odpowiedziała po chwili. - Co rusz produkują coś nowego. Sprawdzę, możesz zadzwonić za godzinę? - Alice potwierdziła, rozłączając się. Jack stanął za nią.
- To co teraz? Masz jakiś plan? - spytał, składając ramiona na piersi. - Ty zawsze masz plan.
- Chyba nie tym razem. - kobieta pokręciła głową. - Na razie czekamy aż Emily się odezwie.
- Alice... - mężczyzna wziął ją za nadgarstek i stanowczym ruchem posadził na skraju łóżka. - Nie chciałem tego robić w takich okolicznościach. - dodał, siadając obok. - Chciałem... - Jack wyjął z kieszeni niewielkie pudełeczko. - Racine, kocham cię. Wyjdziesz za mnie?
- Niewiele o mnie wiesz. - Alice odwróciła wzrok.
- To mi opowiedz. - Jack ujął ją pod brodę, nakierowując jej wzrok z powrotem na siebie.
- Najpierw zastanów się czy chcesz się wiązać na śmierć i życie z kimś, kogo Stany Zjednoczone śledzą od poczęcia. Tego Hunter ci nie powiedział. - dodała, widząc nieco zdziwioną minę partnera.
- Co zrobiłaś? - spytał tylko Jack.
- Kiedy miałam dwanaście lat matka wywiozła mnie do Stanów, rok później opieka społeczna zgarnęła mnie z ulicy. Kilka rodzin zastępczych, sześć różnych szkół... Nic ciekawego. Złamałam nauczycielowi rękę, bo podejrzewałam go o dobieranie się do uczennic.
- Podejrzenia były... Zasadne? - domyślił się Ascott. Racine tylko pokiwała głową z uśmiechem. - No proszę... Urodzony pies gończy.
- Gliniarze wciągnęli mnie do policyjnej ligi sportowej, trzy lata później dostałam stypendium sportowe w Northwestern. Zwerbowano mnie, bo miałam rewelacyjne wyniki testów, a w agencji brakowało oficerów śledczych. Cała historia. Próbowałam odejść po zamachu w 2012, ale zlecono mi misję w środowisko londyńskich dżihadystów. Resztę mniej więcej znasz.
- I po tym wszystkim wciąż chcę dzielić z tobą życie. - uśmiechnął się Jack. - To jak będzie? - Alice uśmiechnęła się, wyjmując mu z dłoni pudełko z prostym, srebrnym pierścionkiem i powoli wsunęła krążek na palec. Mężczyzna odwzajemnił uśmiech i objął ją ramieniem, przytulając. - Zobaczysz, tego gnoja, który na ciebie poluje, dorwiemy. Obiecuję.
 

 
Legolas zajrzał do komnaty, w której zwykle spał z małżonką, podczas pobytu w Rivendell i uśmiechnął się lekko, widząc Katrin siedzącą na łóżku, wpatrzoną w widok za oknem.
- Hej... - odezwał się, podchodząc do niej bezgłośnie u objął ją ramieniem, siadając obok. Katrin pośpiesznie otarła łzy lśniące w oczach i spojrzała na niego. Elf odwzajemnił spojrzenie.
- Coś nie w porządku? - zagadnął, muskając palcami jej policzek.
- Chyba się po prostu... Stęskniłam. - odpowiedziała dziewczyna, biorąc drżący wdech i znów otarła oczy zachodzące mgłą.
- Nai arma mare... - Legolas delikatnie przyciągnął ją do siebie, a gdy oparła głowę na jego ramieniu, przytulił ją czule. Stwierdzenie "wszystko będzie dobrze" zawsze brzmiało jak pospolity, bezużyteczny frazes, który ludzie powtarzali, gdy nie wiedzieli jak inaczej zareagować na sytuację, ale kiedy te słowa wyszły z jego ust, zabrzmiały jak najprawdziwsza prawda, jaką wypowiedziano w całej historii Ardy. Katrin westchnęła cichutko, przysuwając się bliżej do ukochanego i również go objęła.
- Kocham cię bardzo... - usłyszała jego szept tuż przy swoim uchu. - Powiedz, że ty też... - Katrin przygryzła wargę, nagle delikatnie się rumieniąc, a potem musnęła wargami jego usta w delikatnym pocałunku. Nie musiała nic mówić. Zrozumiał ją bez słów...
 

 
Piosenka, którą dziś katuję w kółko i w kółko, bo jest po prostu idealna na mój dzisiejszy nastrój. Odrobinę melancholijna i smutna melodia, piękny, romantyczny wydźwięk i te słowa... "Tell me that you love me to..." A przy okazji inspiracja dla fragmentu powyżej.
Przydałby mi się teraz ktoś, kto by po prostu podszedł i mnie przytulił, tak jak Legolas Katrin. Ja też potrzebuję teraz chwili miłości i takiego zapewnienia. Nai arma mare... Bo na pewno będzie, ale chyba każdemu zdarzają się takie chwile, kiedy wszystko jest jakieś inne, smutne i szare. Więc jak będzie...? Przytulisz mnie?

Powoli przyzwyczajam się do rytmu szkolnego, wstawanie przysparza coraz mniej trudności, zadawane są pierwsze zadania domowe, pierwsze powtórzenia (za dwa tygodnie pierwsze konsultacje). Właściwie teraz wydaje mi się, że rok temu wszystko było lepsze. Chciałabym z powrotem tamten plan lekcji, choć klęłam na niego nie raz, tamten rozkład materiału i tamten pokój w internacie, bo do tego jakoś nie mogę się przyzwyczaić. Wydaje się dziwnie duży, gdy mieszka się w nim tylko w dwie osoby... No i jeszcze rok temu wydawało się, że do tej matury jeszcze tak daleko, a teraz ledwie osiem miesięcy... Pomijając już fakt, że ja właściwie nie wiem co mam na tej maturze zdawać. Czytam sobie teraz wymagania i z takim trochę niedowierzaniem jakby dowiaduję się, że na ten sam kierunek na różnych uczelniach wymagane są różne przedmioty rozszerzone (a pięciu rozszerzeń pisać nie zamierzam), więc w sumie to ja już nie wiem... Historia na kryminalistyce... Co...?
 

 
Jack przedzierał się przez zarośla z szablą w dłoni, starając się podążać śladem Angeliki i załogi Czarnobrodego. Uśmiechnął się do siebie, gdy wreszcie dostrzegł ich między drzewami.
Liz szła za Angelicą w myślach klnąc najgorzej, jak umiała. Zostawił ją. Przebrzydły tchórz, zostawił i zwiał, jak zwykle troszcząc się tylko o siebie. W następnej sekundzie pisnęła cicho, gdy ktoś zatkał jej dłonią usta i wciągnął w zarośla. Chwilę szarpała się w uścisku, wreszcie w stosownej odległości od Czarnobrodego i jego załogi, Jack postanowił ją puścić.
- Ty idioto! - wrzasnęła, spojrzawszy mu w twarz, bo nic innego nie przyszło jej do głowy, po czym z rozmachem trzepnęła go po głowie. Jack uchylił się przed kolejnym uderzeniem i objąwszy ją za ramiona, odciągnął głębiej w las tropikalny.
- Ćśś... - nakazał, przykładając palec do ust. - Wróciłem, więc się nie awanturuj. A teraz zwiewajmy. - dodał, chwytając ją za nadgarstek i pociągnął za sobą. Liz posłusznie podążyła za nim przez tropiki, aż wypadli na plażę. Pirat pociągnął ją jednak dalej, stając wreszcie u stóp kamiennego klifu. Uśmiechnął się lekko.
- Santiago. - odezwał się. - Słynny okręt Ponce de Leona. - wytłumaczył, zerkając na kobietę i pokazał jej statek zawieszony tuż nad krawędzią urwiska. - I ani żywego ducha. - dodał, rozglądając się. - No dobra. - Jak wzruszył ramionami, ruszając w górę po kamienistym zboczu. Liz rzuciła się biegiem za nim.
- Dalej chcesz zdobyć te kielichy? - spytała zdziwiona, doganiając go. - Przecież mówiłeś, że...
- Posłuchaj... - przerwał jej Jack. - Oni mają Perlę, a ja nie znam położenia okrętu, zadowolona? Masz zatem wybór. Albo pomożesz mi zdobyć kielichy i zostaniesz bezpiecznie odstawiona do domu, lub też mi nie pomożesz i możemy się w tym momencie rozstać. Jak będzie? - Liz westchnęła zrezygnowana.
- Nienawidzę cię... - warknęła, ruszając za nim.

Liz rozejrzała się po wnętrzu starożytnego okrętu. Starała się ogarnąć wzrokiem bogactwo zgromadzone na tak niewielkiej powierzchni, jaką stanowiła kajuta kapitańska. Pod jedną ze ścian dojrzała ludzki szkielet.
- Ponce de Leon... - odezwał się Jack, zanim zdążyła choćby otworzyć usta. - Gdyby czterdziestu piratów marzyło przez czterdzieści dni o skarbie, ich wizja wypadłaby blado przy zawartości tej kajuty. - powiedział, uśmiechając się. Liz odeszła kilka kroków i zachwiała, tracąc równowagę, gdy statek przechylił się.
- Stój w miejscu! - zawołał Jack. - Niczego nie dotykaj. - nakazał, stając naprzeciw niej. - Kielichy. Gdzie one są? - zastanowił się na głos, rozglądając się po kajucie, dopóki jego wzrok nie padł na bogato zdobioną skrzyneczkę. Skinął głową z zadowoleniem. - Liz... Razem. - kobieta odpowiedziała skinieniem. Zrobiła pierwszy krok, gdy i on go zrobił, a w końcu oboje położyli dłonie na skrzyni.
- Nareszcie... - Jack z namaszczeniem uniósł wieki. Liz przeniosła wzrok z zawartości skrzyneczki na pirata. - Kamienie? - zdziwił się tamten. - Gdzie są kielichy?
- Tutaj. - Jack odwrócił się, słysząc za sobą znajomy głos. Ukryta w cieniu postać wyciągnęła przed siebie dłoń z dwoma kielichami. Jack zmrużył oczy, gdy mężczyzna w pirackim kapeluszu zrobił krok w ich stronę. Drewniana noga stuknęła o podłogę.
- Barbossa... - westchnęła Liz.
- Pani Turner... - pirat uśmiechnął się. - Widzę, że wciąż ciągnie panią do życia na morzu. - Jack bez słowa dobył szabli.
- Oddaj mi kielichy. - rozkazał z kamienną twarzą.
- Nie zrozum mnie źle przyjacielu... - zaczął Barbossa. - Ale Źródło Wiecznej Młodości w ogóle mnie nie interesuje...
- Kłamca. - rzucił Jack, nie dając mu dokończyć. Zaatakował lekką primą przed czym Barbossa zgrabnie się uchylił, żeby potem sięgnąć po własną broń. Zatańczyli na środku kajuty w morderczym tańcu, aż Liz znów zachwiała się, gdy statek zakołysał się na krawędzi klifu. Ciężko klapnęła na podłogę, tuż obok szkieletu Ponce de Leona i powoli sięgnęła do mapy, którą tamten wciąż trzymał w wysuszonej dłoni. Jack zgrabnie przekoziołkował w drugi kąt kajuty, od razu wstając. W prawej dłoni wciąż ściskał szablę, w lewej jeden z kielichów. Liz znowu przeniosła wzrok na mapę i spróbowała wyjąć ją z dłoni szkieletu. Mapa nie ustąpiła, a Ponce de Leon przekręcił głowę i wpatrywał się w nią teraz pustymi oczodołami.
- Liz... - Barbossa natychmiast przerwał walkę. - Nie dotykaj mapy. - kobieta natychmiast cofnęła dłoń.
- Wynośmy się stąd. - zdecydował Jack, wyjmując z dłoni Barbossy drugi kielich, mimo jego protestów. Hektor już bez słowa wyrwał mu oba kielichy, a kiedy znowu zaczęli się kłócić, kobieta westchnęła ciężko, otwierając drzwi kajuty i stanęła w miejscu jak wryta, widząc przed sobą zastęp uzbrojonych mężczyzn. Jack i Barbossa przerwali wyrywanie sobie kielichów, natychmiast zamierając.
- Hiszpanie... - odezwał się Hektor.
 

 
Rok szkolny uważam za rozpoczęty. Będzie ciężko, w końcu to klasa maturalna, więc podwójny stres, bo już nie tylko średnia na świadectwie i oceny końcowe, ale i egzaminy, a przy tym krótsze semestry. To straszne... Od wczoraj jestem już w internacie. Niby nic się nie zmieniło, ale podświadomie czuję, że to nie to samo co rok temu, czy choćby w pierwszej klasie, bo wszystko jest inne, nawet rozmieszczenie mebli w pokoju. Chwilowo mieszkamy z Natką we dwie tylko i modlę się żeby kogoś sensownego nam dokwaterowali, skoro już muszą. Lubię zmiany, te pozytywne oczywiście, ale... Czasami wolałabym, żeby nic się nie zmieniało...

Dzisiaj pierwsze po dwóch miesiącach wakacji spotkanie z ludźmi z klasy. Mimo wszystko tęskniłam za nimi, za wychowawczynią zresztą też. Okazało się, że będzie chodził z nami nowy kolega. Widziałam go dzisiaj tylko przelotem, potem mi tylko donieśli jak ma na imię, sama zdążyłam tylko zakodować, że całkiem przystojny (nie, wcale mu się nie przyglądałam), już jutro pewnie zobaczymy jak u niego z charakterem i czy da się pogadać Mój plan lekcji jest spoko. Mogłoby być lepiej, ale nie narzekam, tragicznie też nie jest. Mniej przedmiotów, a więc więcej czasu na ewentualne konsultacje i naukę w domu. Znowu zmieniono nam nauczyciela wuefu, a ponieważ ten nas jeszcze nie uczył, trochę go jestem jednak ciekawa. I religię z powrotem mamy z katechetką, zamiast z księdzem, z czego akurat bardzo się cieszę.

Tytułem szybkiego wstępu chyba tyle. Dzisiejsza inspiracja - Ed Sheeran i jego fantastyczna Nancy Mulligan:
Przesłuchałam dzisiaj "Divide" (i to dwa razy) przy okazji odkrywając, że fantastycznie działa na zszargane nerwy i lepszej płyty jeszcze w rękach nie trzymałam. To fantastyczny prezent urodzinowy...
A za każdym razem jak słucham tego kawałka, widzę szalejącą na parkiecie w rytm krasnoludzkich przyśpiewek Katrin, próbującą zachęcić do zabawy innych (co skutecznie jej się udaje) i Legolasa, przyglądającego się z boku z lekkim politowaniem i tym urzekającym krzywym uśmiechem. Narzeczona stara się i jego wyciągnąć do tańca, a w końcu po prostu chwyta za rękę... Tak...
Jutro postaram się machnąć nowy rozdział tego fanfiction pirackiego, ale różnie może być. Na chwilę obecną życzę dobrej nocy.
  • awatar Poicele: Klasa maturalna... Bardzo dobrze wspominam ten czas! Kiedy to było... Chętnie bym wróciła :D
  • awatar SugarFirefly: Na pewno dasz radę, bo jesteś ambitna i zdolna :) Będzie dobrze, zobaczysz ;)
  • awatar Blinky: Jesteś w klasie maturalnej? Jak dobrze, że jest na pingerze ktoś kto rozumie mój ból. Powodzenia moja droga! ^^ "Divide" jest bardzo dobre. Nie dziwię się, że zyskało dużą popularność.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 
- Pracujesz dla Davida Mercera, tak czy nie? - powtórzył Ed Romley, siedząc naprzeciwko Toma Reeda w pokoju przesłuchań.
- Tak, no i co z tego? - odpowiedział tamten. - Niczego nie wiem. Nie widziałem go od ostatniego zlecenia, przed odsiadką, nie wiem gdzie jest. - Romley rozparł się wygodnie na krześle.
- Posiedzisz kilka dni za kratkami, wytrzeźwiejesz, może pamięć ci wróci. - powiedział.
- Za kratkami? A za co? - Reed złożył ramiona na piersi.
- A za czynną napaść na funkcjonariusza. - odpowiedziała mu Emily, stojąca za Romley'em. - Już zapomniałeś? Dwa dni temu pod Whiteleys postrzeliłeś jednego z naszych agentów. Rozpoznała cię na zdjęciu. Poza tym znaleźliśmy tam twój odcisk buta.
- Mówicie o tym centrum handlowym? Ja tamtędy tylko przechodziłem. Nic nie wiem, ani o zleceniu na tę babę, ani o wybuchu. - Emily i Ed popatrzyli po sobie. Na twarzy Romley'a wykwitł uśmiech.
- Nie pogrążaj się. - powiedział się. - A to? To skąd masz w takim razie? - spytał, spoglądając na zranioną nogę mężczyzny.
- Na polowaniu byłem... - zaczął tamten niepewnie.
- Mhm. I pewnie pomylili cię z jeleniem, nie nabierzesz mnie na to. - rzuciła przez zęby Emily. Romley położył jej dłoń na ramieniu, przywołując ją do porządku.
- Spokojnie. - powiedział łagodnie, przewijając taśmę nagrywarki. "Nic nie wiem ani o zleceniu na tę babę, ani o wybuchu." Reed spojrzał na niego, blednąc gwałtownie. - Coś mi się zdaje, że masz nam o wiele więcej do powiedzenia. Ale na razie wybierzemy dla ciebie celę.

- Okazuje się, że nasz ptaszek miał stały kontakt telefoniczny z Mercerem. - powiedział Romley, wchodząc bez pukania do gabinetu Emily. - Moi ludzie to sprawdzili.
- Dobrze, on i tak wszystko wyśpiewa. - odpowiedziała kobieta, przeglądając akta bieżących spraw. Żadna jednak nie była tak priorytetowa jak sprawa Alice. - Dajmy mu tylko czas do rana. Dopadnie go delirka.
- Jasne. - Romley westchnął. - Wracam do siebie, odwieźć cię do domu? - Emily pokręciła głową.
- Jeszcze zostanę. - odpowiedziała. - Następnym razem zapukaj. - dodała, gdy Romley, zamykał za sobą drzwi. Mężczyzna odpowiedział jej uśmiechem, a Emily padła na oparcie fotela. - Gdzie jesteś, Alice? - westchnęła.
Jack usiadł obok Alice, skulonej w fotelu i wyjął z rąk śpiącej kobiety MacBook'a, a ją samą przykrył kocem. Chwilę jeszcze wpatrywał się w jej łagodnie zarysowany profil, a uśmiechnąwszy się do siebie, podszedł do okna, z zamiarem zasunięcia zasłon. W oczy rzuciła mu się postać, stojąca po drugiej stronie ulicy. Mężczyzna w czarnej kurtce. Wpatrujący się dokładnie w okno ich pokoju. W tym samym momencie zadzwoniła jego komórka. Jack powoli podniósł ją, a mimo nieznanego mu numeru odebrał połączenie.
- Ćwierć miliona. Gotówką. - odezwał się głos po drugiej stronie. - Za dziewczynę. - serce Jacka przyspieszyło, tak samo jak oddech.
- Nie ma mowy. - odpowiedział. David Mercer roześmiał się.
- Daj spokój, Ascott. - rzucił. - Co takiego mają służby specjalne, czego ja nie mam? Na pewno nie płacą ci lepiej.
- Ale nie zabijają dla własnej korzyści. - Jack mocniej ścisnął telefon. Śmiech zamarł na ustach Mercera.
- Daję ci ostatnią szansę, Ascott... - zaczął, ale Jack mu przerwał.
- Wiem, że mnie słuchasz i rozumiesz, sukinsynu. Nigdy nie dostaniesz Alice, dorwę cię i zatłukę własnymi rękami, gorzko pożałujesz...
- Czcze groźby, Ascott. Nie wiesz kim są moi ludzie, ani do czego są zdolni.
- Dowiem się tego. A wtedy będziesz skończony. - Jack przerwał połączenie i z westchnieniem opadł na fotel, kryjąc twarz w dłoniach. Odgarnął kosmyki włosów z twarzy. Skąd Mercer wiedział? Skąd wiedział gdzie są? Skąd znał ich każdy krok, zanim jeszcze go zrobili. Spojrzenie mężczyzny padło na telefon komórkowy, a tknięty przeczuciem zdjął tylną obudowę. Tuż przy baterii migotała mikroskopijna zielona dioda. Jack musnął ją palcem. Urządzenie namierzające. Bez wahania wyrwał je z telefonu i zamknął w dłoni. Jak mógł się nie domyślić wcześniej? To wszystko co się wydarzyło od wyjazdu z Londynu... To była jego wina. Niczyja więcej. Jego.
Jack westchnął, potarłszy twarz dłońmi. Delikatnie wziął Alice w ramiona, przenosząc śpiącą kobietę na duże podwójne łóżko, sam - choć zmęczony - nie położył się jednak. Usiadł z powrotem w fotelu z pistoletem w pogotowiu, aż do rana nie zmrużywszy oka. Na szczęście aż do rana nikt ich nie niepokoił.
 

 
Miałam być twórcza, miał być rozdział, ale stwierdziłam, że i tak za długo się zbierałam, żeby wrzucić ten post zakupowy, więc jest dzisiaj. Zaczynając od prezentów z urodzin... Przyjaciółka, z którą spędzałam urodziny obdarowała mnie niebieskim albumem Eda Sheerana, moim ulubionym zresztą, wzbogaconym o cztery dodatkowe kawałki oraz ostatnim tomikiem "Kształtu twojego głosu".

Przy okazji wczorajszego wypadu do kina poleciałam do Emipku po "Wyklucie". Książka o wielkich pająkach, o "czarnej szeleszczącej masie" atakującej turystów w peruwiańskiej dżungli? O, tak... W sumie trafiłam na nią przypadkiem, a ponieważ z takim pomysłem mam do czynienia po raz pierwszy, przekonajmy się co do wykonania (a wielkie pająki fascynują mnie odkąd pierwszy raz ujrzałam Szelobę). W komplecie z książką w Croppie kupiłam koszulkę. Jest fantastycznie upiorna i dziwnie słodka, ta czaszka mnie rozczula. No i pasuje kolorystycznie do książki, więc moje poczucie estetyki się raduje i to dość mocno. Oprócz tego trafił do mnie jeszcze beżowy sweterek, dysponujący wszystkimi cechami idealnego swetra.

No i w końcu przyszła ta paczka od Aśki, o której wspominałam gdzieś tam niżej. Ile ja się na nią wyczekałam... Stawiałam już Pocztę Polską na nogi, bo w pewnym momencie miała status zaginionej i oni sami nie wiedzieli co się z nią dzieje, ani gdzie jest, ale po dwóch tygodniach w końcu trafiła do mnie. Dzień po moich urodzinach (w środę), więc poniekąd mogę i ją uznać za prezent, a w środku czekały sobie na mnie dwie koncertowe koszulki Eda. Aśka, kocham cię...

Wpadła mi też w łapki nowa torba. Fantastyczna, pojemna i wygodnie się ją nosi (przechrzciłam ją wczoraj, jest super). Link (ponieważ aparat odmówił współpracy): https://www.reserved.com/pl/pl/media/catalog/product/T/R/TR674-99X-002_2.jpg
 

 
Podczas gdy wszyscy wieszają psy na polskich filmach, ja na "polską szmirę" wybieram się do kina, żeby się dobrze bawić. Kolejne wakacyjne wyjście do kina i wspaniałe zwieńczenie tego lata, a przy tym kawałek dobrej polskiej historii, świetny film i doborowa obsada, a do tego te efekty specjalne i Adamczyk w mundurze. ^^

Film to prawdziwa historia polskich asów przestworzy, inspirowana bestsellerem Arkadego Fiedlera o tym samym tytule. Polscy lotnicy, początkowo niedoceniani i wyśmiewani, stają się legendą. W ramach Królewskich Sił Powietrznych Wielkiej Brytanii (RAF-u) tworzą elitarną jednostkę - Dywizjon 303, który nie ma sobie równych. Ich ponadprzeciętne umiejętności i niezwykły patriotyzm mogą być przykładem dla kolejnych pokoleń Polaków, czym jest prawdziwe bohaterstwo. Film opowiada nie tylko o spektakularnych akcjach, w których brali udział podczas Bitwy o Anglię, ale pokazuje również ich życie prywatne. Kogo kochali, kogo stracili i za kim tęsknili.

Zaczyna się od dynamicznej walki powietrznej, którą przez przypadek podczas lotu treningowego stoczył Jan Zumbach, jeden z polskich asów powietrznych. Ta scena od razu pokazuje, co w tym filmie będzie najciekawsze. Sekwencje podniebnych potyczek są w nim naprawdę imponujące: dynamiczne, na swój sposób malownicze, a jednocześnie: przejrzyste i czytelne, o co często nie jest łatwo. Reżyser filmu pokazał wyjątkowy talent do realizowania tego typu scen, w których sekwencje z aktorami, nakręcone w oryginalnych samolotowych kokpitach, ujęcia historycznych maszyn i ich replik w locie oraz filmowe archiwalia z czasów bitwy o Anglię, łączą się płynnie z udanymi animacjami komputerowymi. Szwów praktycznie nie widać i te fragmenty filmu ogląda się z zapartym tchem. Widać przy tym, że duża część budżetu została zainwestowana właśnie w tę część filmu.

Całkiem dobrze sprawdza się też większość obsady, która potrafi nadać swoim bohaterom głębię, indywidualizm, a momentami nawet właściwą psychologiczną głębię. Zdecydowanie najlepiej z nich wszystkich radzi sobie Piotr Adamczyk, który budzi we mnie sympatię już jako aktor ogólnie, tutaj dodatkowo sprawił, że szybko polubiłam jego postać przywiązałam się do granego przezeń Witolda Urbanowicza. Wspaniały zarówno w kokpicie myśliwca jak i w scenach dyplomatycznych negocjacji z brytyjskimi dowódcami.

O ile sceny kręcone "w powietrzu" sprawiają, że nie można wręcz oderwać się od ekranu, o tyle odrobinę gorzej wypadają te, które mają uzupełnić ekranizację o życie prywatne naszych lotników. Wpleciono tu parę retrospekcji takich jak historię romansu między jednym z pilotów i córką inżyniera lotniczego, samą biegłą w sprawach takich jak wtrysk paliwa do silników myśliwców czy wątek prywatnej szlachetnej rywalizacji między dwoma asami lotnictwa, oraz pokazano wieczory spędzane w pubach, które mają za zadanie nadać głębi postaciom, a momentami spowalniają cały film, który traci na wyrazistości. w dodatku ma się wrażenie, że niektórzy z bohaterów drugoplanowych dostają za mało czasu ekranowego.

Mimo tego niewielkiego w sumie potknięcia film naprawdę zasługuje na uznanie i swoje pięć minut. Polecam bardzo.