• Wpisów:2621
  • Średnio co: 16 godzin
  • Ostatni wpis:wczoraj, 13:38
  • Licznik odwiedzin:299 865 / 1750 dni
Jesteś niezalogowany. Niektóre wpisy dostępne są tylko dla znajomych.
 
- Z życiem i obserwować pogodę! - zawołał pan Gibbs. - Nie bez kozery zwą ją Wyspą Rozbitków, gdzie nad Zatoką Rozbitków leży Wioska Rozbitków. - zbliżali się do lądu. Widać już było wyspę.
- Słyszeliście?! Żywo! - załoga zapaliła się do pracy. Liz siedziała wysoko na maszcie, wpatrzona w ziemię, która była coraz bliżej. Czarna Perła płynęła szybko. Dziewczyna westchnęła. Chciała porozmawiać z Willem. Wszystko mu wytłumaczyć. Ale tak dawno go nie widziała...
- Tak słyniemy jako wielcy mądrale, ale brak nam wyobraźni nazewniczej. - Liz zerknęła w dół, słysząc Jacka. - Pływałem kiedyś ze staruchem, który stracił obie ręce i oko.
- Jak go wołaliście? - spytał pan Gibbs. Jack umilkł.
- Larry. - powiedział w końcu. Liz zeskoczyła na pokład.
- Jack... - odezwała się. - Gdzie jest Will?
- Nie ma go, kwiatuszku. - odpowiedział jej kapitan. - Wczorajszej nocy opuścił statek.
- Opuścił statek, ale... - zaczęła znowu Liz.
- Davy Jones jest bardzo rad, że znowu go zobaczy.
- Posłałeś go na pastwę Davy,ego Jonesa?! Tylko dlatego, że postępował słusznie?! Ty śmierdzący tchórzu!
- No, tylko nie śmierdzący. - Jack skinął na załogantów. - Zabierzcie ją. - Liz zaprotestowała gwałtownie, kiedy dwóch mężczyzn chwyciło ją pod ramiona. - Dziękuję. - kapitan zerwał jej jeszcze z głowy swój kapelusz.
- Nie renegocjuję warunków umowy. - odezwał się Barbossa, stojący niedaleko. - Ale ustaliliśmy jedynie cenę, o środkach decyduję ja. - Tia Dalme spiorunowała go wzrokiem.
- Uważaj Barbossa. Nie zapominaj, ze to moje moce wyciągnęły cię z krainy śmierci, ani o tym co będzie, jeśli mnie zawiedziesz. - kapłanka chciała odejść, ale pirat złapał ją mocno za nadgarstek.
- A ty nie zapominaj dlaczego mnie stamtąd wyciągnęłaś. Dlaczego nie zostawiłem Jacka na zasłużony, nędzny los. Trzeba było dziewięciu pirackich władców, by cię odszukać i uwięzić Calypso i trzeba będzie niemniej tylu, by cię uwolnić. Zabrać tę przekupkę do kubryku! - zawołał do stojących nieopodal załogantów.

Davy Jones z hukiem otworzył drzwi kajuty.
- Nie przybiegam na gwizdniecie jak nierasowe szczenię. - rzucił do siedzącego przy stole Becketa.
- A jednak przybiegłeś. - uśmiechnął się lord. - Chyba się znacie. - siedzący po drugiej stronie mężczyzna skinął mu głową, upijając łyk herbaty z filiżanki.
- Znów chcesz dołączyć do mojej załogi, paniczu Turner?
- Nie twojej. Jego. - Will ruchem głowy wskazał Becketa. - Jack Sparrow przesyła ukłony.
- Sparrow? - zdziwił się Davy Jones.
- Nie mówiłeś mu? - Will zerknął na Becketa. - Uwolniliśmy Jacka wraz z Czarną Perłą.
- O czym jeszcze mi nie mówiłeś? - wysyczał Jones.
- Jest też inna kwestia, budząca dużo większą troskę. - Becket zignorował pytanie. - Domyślam się, że znana ci jest osoba o imieniu Calypso. - Davy Jones drgnął zmieszany.
- Nie osoba. - odpowiedział. - Pogańskie bóstwo, podsuwające mężczyznom najśmielsze sny, by ukazać, ze są puste i garści popiołu niewarte. Świat się od niej uwolnił.
- Nie do końca. - odezwał się Will. - Trybunał Braci chce ją wypuścić.
- Nie! Nie mogą tego zrobić! - zaprotestował Jones. - Pierwszy Trybunał przysiągł uwięzić ją na wieki, zgodnie z naszą umową.
- Waszą? - Will upił łyk herbaty.
- Pokazałem im jak ją pojmać. Nie można jej było ufać. Nie pozostawiła mi wyboru.
- Kochałeś ją... To ona... - Davy Jones odwrócił wzrok. Gdyby był człowiekiem na pewno by się zarumienił. - A potem ja zdradziłeś.
- To ona udawała, że mnie kocha. To ona mnie zdradziła!
- Po której z tych zdrad wyciąłeś sobie serce? - Jones wytrącił z ręki Willa filiżankę, która uderzywszy o ścianę, roztrzaskała się na miliony porcelanowych kawałeczków.
- Nie prowokuj mnie. - wysyczał.
- Uwolnisz mojego ojca. - zażądał Will. - A ty zapewnisz bezpieczeństwo Elizabeth. Liz. I moje. - zwrócił się do Becketa.
- Twarde warunki paniczu Turner. - skwitował jego wypowiedź lord. - Oczekujemy czegoś równie dobrego w zamian.
- Jest tylko jedna rzecz, na którą mogę przystać. - dodał Davy Jones. - Uśmiercenie Calypso.
- Jest na pokładzie Czarnej Perły. - Will wzruszył ramionami. - Jack popłynął nią do Zatoki Rozbitków.
- Jak nas tam doprowadzisz? - Will uśmiechnął się, wyjmując z kieszeni kompas Jacka i zakręcił nim w powietrzu.
- Czego pragniesz najbardziej na świecie? - spytał.
 

 
Do niczego był ten tydzień. Dobra, ok, może z wyjątkiem drugiej połowy wtorku i całej środy, ale i tak do niczego. No, w dość brutalny sposób pozbawiono mnie dwóch godzin biologii, więc proszę mi się nie dziwić, że narzekam. Spódnicę chciałam sobie kupić. I z rozmiarem nie mogę trafić, bo S na mnie za luźna, XS za ciasna. Bogowie się na mnie uwzięli... Z drugiej strony dostałam rabat w Liberze i trafiły do mnie nowe książkowe zdobycze.

Do Assassin'a przymierzałam się już dawno i pierwotne założenie było takie, że kupię sobie pierwszą część, spróbuję i jeśli mi podejdzie to dopiero będę ewentualnie próbować z dalszymi tomami. Ale jak się w końcu zdecydowałam, to pierwszej części już nie było, a rzuciło mi się w oczy to. I ponieważ dzieje się to w "złotej erze piractwa" postanowiłam spróbować. Czytanie jakiejkolwiek serii od środka nie stanowi dla mnie problemu. Z drugą książkę sprawa była prosta. Okładka zrobiła swoje. Potem przeczytałam opis w internecie i cała historia. Sama pchała mi się w ręce.

Oprócz tego trafiło do mnie jeszcze "Światło" Jay'a Ashera, a zdjęciem nie dysponuję, bo sprzęt znowu odmówił posłuszeństwa. Byłam we wtorek w kinie na najnowszych "Listach do M." i koleżanka zaciągnęła mnie później do Empiku. Tutaj też robotę zrobiła okładka i fakt, ze napisał to autor "Trzynastu powodów", które były pozycją fantastyczną. Mam nadzieję, że i druga książka Ashera zachwyci mnie tak samo. Obiecuję recenzje, was zostawiam bez rozdziału i lecę pisać dramat, który ostatnio idzie jak marzenie.
 

 
- William! - liz dopadła do mężczyzny, kiedy tylko zdjęto jej kajdany z rąk. - Co ty wyrabiasz?!
- Usiłuje uratować swojego ojca! - odkrzyknął w odpowiedzi Will. - To po to płynąłem na kraniec świata!
- Właśnie posłałeś swoją narzeczoną na pewną śmierć!
- Próbowałem ją zatrzymać. Sama posłała się na śmierć. Ma wolną wolę i potrafi sama o sobie decydować. - mężczyzna odwrócił się na pięcie, chcąc odejść.
- William! - głos Liz przytrzymał go w miejscu. Dziewczyna złapała go za rękaw. - A co ze mną? Nie tak dawno powiedziałeś mi jak wiele dla ciebie znaczę...
- Bo znaczysz... - odpowiedział Will, uwalniając rękaw z uścisku jej palców.
- Więc... Porozmawiaj ze mną. Ja wiem jak to jest stracić ojca. Wiem, co czujesz. Więc nie odwracaj się ode mnie.
- Przykro mi Liz. - westchnął mężczyzna. Dziewczyna patrzyła z anim. W oczach wzbierały jej łzy, ale nie miała odwagi znowu go zawołać. Poderwała głowę gwałtownie, kiedy na pokład wpadł biegiem Jack Sparrow.
- Chciał zawrzeć układ? - spytała, podbiegając do niego.
- Becket? Tak. - kapitan zbył ją oszczędną odpowiedzią. - Panie Gibbs! Żagle staw! - zawołał, rzucając się na mostek kapitański. - Odpływamy. - Liz stanęła w miejscu, nie wiedząc co ma począć. Misternie układany plan runął, a najgorsze było to, że ona nie mogła z tym nic zrobić.
- Aha! - Jack uniósł palec, przypominając sobie o czymś. - Jego... - powiedział, wskazując na Willa. - Zabierzcie do kubryku. Nie chce widzieć tego przebrzydłego zdrajcy na oczy.

Lord Becket odjął od oczu lunetę. Na wodzie dryfowała kolejna już beczka z przywiązanym doń ciałem angielskiego żołnierza. Za mężczyzną stanął jeden z jego podwładnych.
- Ślad z okruszków chleba... - odezwał się lord. - Mamy nim podążyć.
- Jest wśród nich zdrajca? To pułapka? - zaniepokoił się żołnierz. Becket uśmiechnął się.
- Gambit wytrawnego przeciwnika, tak. - pokiwał głową z uznaniem. - zmieńcie kurs. - polecił. - Obyśmy dopłynęli do celu zanim zabraknie im trupów.

Will przywiązał do kolejnej beczki następne ciało i odciął nożem linę, która mogła się jeszcze przydać. Z westchnieniem spojrzał na niewielki nożyk. Dostał go w podarunku... Od ojca.
- Wymknąłeś się z kubryku szybciej niż się spodziewałem. - Will drgnął i odwrócił się w stronę skąd dobiegał głos. Na dziobie statku siedział Jack Sparrow, przyglądając mu się z zainteresowaniem. - Czy niczego nie dostrzegasz? a raczej... Czy dostrzegasz brak czegoś, co by można było dostrzec? - Will zastanowił się przez chwilę.
- Nie wszcząłeś alarmu. - odpowiedział.
- Dziwne, co? ale nie tak dziwne, jak to. - Jack pokazał na beczkę. - Sam to sobie wykoncypowałeś?
- Powiedziałem sobie; "Rozumuj jak Jack".
- I to ci przyszło do głowy? - Jack zeskoczył na pokład. - Doprowadzić Becketa do Zatoki by zaskarbić sobie jego łaski? Osiągnąć własne cele? Zachowujesz się jakbyś mnie w ogóle nie znał. A co twoja ukochana sądzi o tym planie? - Will nie odpowiedział. - Aaa... Uznałeś, że nie należy jej go zdradzać.
- Tracę ją, Jack. Każdy krok w stronę ojca oddala mnie od Elizabeth. - kapitan spojrzał na niego.
- Jeśli zamkniesz serce, stracisz ją na pewno. A co z ta dziewczyną? Liz? Przecież jest coś między wami.
- Nie jest taka jak Elizabeth. Jest wrażliwa, nie awanturuje się o najmniejsza nawet błahostkę. Jest od niej zupełnie różna. Jack... Ona mnie doprowadza do szaleństwa.
- Pożyczę ci maczety,m byś wyszedł z chaszczy intelektu. Uniknij dokonywania wyborów. Niech ktoś inny ukatrupi Jonesa.
- Kto? - kapitan uśmiechnął się skromnie. - Ty?
- Śmierć osobliwie wpływa na kolejność listy priorytetów. Zakradam się, odnajduję serce, dźgam, uwalniam twego ojca.
- Jesteś gotów wyciąć sobie serce i zaokrętować się na wieczność?
- A ty jesteś gotów odrzucić wspaniałe życie ze wspaniałą kobietą? Nie, druhu. Czeka mnie wieczna wolność. Wolność pływania poza krańce mapy. Wolność od śmierci.
- Ale będziesz miał obowiązki, Jack. Będziesz przewoził dusze na tamten świat. Albo skończysz jak Jones.
- Nie do twarzy mi będzie z mackami. Ale... - Jack wyciągnął z kieszeni swój kompas i podał Willowi.
- Do czego to? - spytał mężczyzna.
- Rozumuj tak jak ja. Domyślisz się. - kapitan położył mu dłonie na ramionach, a w kolejnej sekundzie wypchnął za burtę i zrzucił za nim beczkę. - Ukłony dla Davy'ego Jonesa.
 

 
Limmaniel wpięła we włosy Katrin ostatni klejnocik i ułożyła ostatni, niesforny kosmyk. Katrin spojrzała w lustro. Za sobą miała swoją matkę, jak zwykle spowitą w biel i srebro. Limmaniel położyła jej dłonie na ramionach.
- Przepięknie wyglądasz. - odezwała się elfka.
- Dziękuję. - odpowiedziała miękko dziewczyna. Limmaniel musnęła palcami policzek córki. Katrin uśmiechnęła się.
- Zakocha się w tobie jeszcze bardziej. - policzki Katrin pokryły się rumieńcem, a ona odwróciła wzrok. - Co zrobimy z perfumami? Wyjęłam kilka moich... Ale chyba niezbyt do ciebie pasują. Róża jest zbyt pospolita. Piżmo będzie z kolei zbyt ciężkie... - Limmaniel zamyśliła się. Katrin pociągnęła nosem, wdychając zapach, którym co rano spryskiwała się jej matka. Rozpoznała go od razu i bez wahania chwyciła odpowiednia buteleczkę. Elfka zerknęła na nią.
- Konwalia! Popieram z całego serca! Delikatne, kwiatowe zapachy bardzo do ciebie pasują. Niech będzie konwalia.

Katrin powoli schodziła po schodach do sali, w której odbywało się przyjęcie. Elfowie złożyli głębokie ukłony kiedy szła po schodach, wyrażając tym samym szacunek wobec monarchini. Legolas czekał na nią na samym dole. Podał jej rękę, od razu przechodząc do tańca. Limmaniel przystanęła przy poręczy schodów, uważnie obserwując parę królewską. Legolas wyszeptał do ucha małżonki kilka słów, a ona momentalnie się zarumieniła. Potem pociągnął nosem.
- Ten zapach... - odezwał się. Katrin odpowiedziała uśmiechem.
- To perfumy. Konwalia. - wyjaśniła. Elf uśmiechnął się, a dziewczyna odpowiedziała uśmiechem jeszcze szerszym.
 

 
Zdałam sobie sprawę z tego, że "Emmę" skończyłam oglądać już jakiś czas temu, a recenzja jeszcze się nie pojawiła, dlatego nadrabiam zaległości, a was przepraszam najmocniej, że nie wcześniej.

Obie serie były cudowne, ale druga część jawi mi się jako bardziej dynamiczna, więcej się dzieje i jest bardziej wciągająca. No i wielki plus za Hansa... Jeszcze mi się nie zdarzyło, żebym w sytuacji, gdy główna bohaterka może być "odbita" przez kogoś "temu jedynemu" nie tylko nie protestowała, ale i w pewnej mierze mu kibicowała... Bardzo dostojna postać, to rzadkość widzieć w anime porządnie wykreowanego mężczyznę. Naprawdę duży plus!

Pozycja wciąż trzymająca poziom pierwszej serii. William zaskarbił sobie moją sympatię. Niektórzy winią go za swoją postawę, ale czy tak naprawdę potraktował Eleanor źle? Myślał, że Emmy już nigdy nie zobaczy, więc sądził, że ślub z inną rozwiąże problemy rodzinne. Czuł wielką presję wywieraną przez najbliższych, ciekawi mnie jak niektórzy z Was postąpiliby w takiej sytuacji. Chyba jedynie zbiegi okoliczności raziły w oczy. Przypadkowe spotkanie Emmy i matki Williama były nieco naciągane. Kwestię, że rodzina nie straciła twarzy ze względu na związek pokojówki i Dżentelmena - przemilczę. Każdy jednak po cichutku kibicował szczęśliwemu zakończeniu. Mimo tych nielicznych potknięć historia w dużym stopniu realistyczna i z całym sercem polecam. Ja sama żałuję, że to już koniec. Na pewno jeszcze nie raz wrócę do perypetii tej pary i przywołam miłe wspomnienia.

No bo na przykład taki Hans, który zresztą według mnie byłby dla Emmy najbardziej odpowiednim partnerem życiowym, faktycznie miał okazję się w dziewczynie zakochać, obserwując ją dzień po dniu, przy pracy i odpoczynku, mogąc wnioskować o zaletach jej charakteru mimo jej wycofania. Second act jest też według mnie zdecydowanie bardziej nasycony emocjami. Skutecznie ewokowanymi, wiarygodnymi, angażującymi widza emocjami! Postacie w sposób wyraźny ewoluują, zmieniają się – przede wszystkim William i Eleonora – miło było obserwować ich dorastanie. Nawet Emma zyskuje na trójwymiarowości – tu zdecydowanie podpisuję się pod komentarzem Manni. Jednakże najbardziej interesujące w całym seansie wydało mi się to, jak przez europejską historię o mezaliansie prześwituje tradycja japońskich dramatów obyczajowych. Nie bez kozery dylematy i cierpienie Willa związane z niemożnością pogodzenia osobistych uczuć z powinnością wobec rodziny przedstawione są w tak żywy, przekonujący sposób i stanowią jeden z kluczowych tematów całej opowieści.

Sama Emma o wiele bardziej wyrazista i mniej bierna. W poprzedniej serii praktycznie się nie odzywała, jedyne co robiła to spacerowała z Williamem i zajmowała się domem. W "Drugim Akcie" już od początku jest znacznie bardziej aktywna i wyrazista niż w poprzedniej. Emma biega, wchodzi na drzewa, ratuje służącą przed utratą pracy, zostaje oskarżona o kradzież, znacznie więcej mówi i nawet pisze pamiętnik,... Czy to nie są oznaki aktywności? Te wszystkie elementy wzbogacają postać i sprawiają, że lubi się Emmę jeszcze bardziej niż we wcześniejszych odcinkach. Mimo wszystko najbardziej podobała mi się fabuła. Tak różna od mangowego pierwowzoru, co rzeczywiście ma związek z tym, że anime powstawało w trakcie wydawania mangi i gdzieś tam, w którymś momencie zaczyna żyć własnym życiem. A to jest naprawdę fantastyczny kąsek dla fanów tej opowieści. Że już nie wspomnę o pięknym openingu.
 

 
Liz z mieszaniną niedowierzania i przerażenia patrzyła na ogromne cielsko krakena, wyrzucone na brzeg. Stwór był martwy, a mimo to nie miała odwagi podejść do niego i przekonać się o tym.
- Wciąż myślisz o ucieczce Jack? - spytał Barbossa, podchodząc do kapitana, wpatrującego się w ogromną źrenicę potwora. - Myślisz, ze prześcigniesz cały świat? Z byciem ostatnim wiąże się pewien szkopuł. Wkrótce nie ostanie się żaden. - Jack Sparrow wzruszył ramionami.
- Czasem to co przeminęło, wraca. Jesteśmy tego żywym dowodem.
- Ale szanse na to są raczej znikome. Nikt ci nie zagwarantuje, że wrócisz. Ale to, ze się przekręcisz, masz jak w banku. - Jack spojrzał na niego.
- A zatem zwołujesz Trybunał?
- To nasza jedyna szansa, chłopcze. - Barbossa położył mu dłoń na ramieniu. Sparrow westchnął.
- Smętny to komentarz. - odpowiedział.
- Świat był kiedyś znacznie większy.
- Świat jest taki jaki był. Tyle tylko, ze coraz w nim mniej.
- Panowie... - Liz wychyliła się zza ogromnego cielska krakena. - Chyba powinniśmy się zbierać, mamy towarzystwo. - powiedziała, pokazując na okręt zbliżający się do Czarnej Perły.

Barbossa wszedł po sznurowej drabince na pokład Perły i uśmiechnął się szeroko.
- Sao Feng... - odezwał się na widok jednego z piratów. - To, że cię tu spotykamy to zaiste niezwykły zbieg okoliczności.
- Jack Sparrow... - pirat najzwyczajniej w świecie zignorował Barbossę. - Srodze mnie kiedyś znieważyłeś.
- To zupełnie nie w moim stylu. - odpowiedział Jack, ale zaraz umilkł, bo Sao Feng uderzył go prosto w twarz. Liz skrzywiła się, słysząc trzask miażdżonej chrząstki. - Już jesteśmy kwita? - spytał Jack, usiłując zatamować krwotok z nosa. Nic nierozumiejąca Liz rzuciła okiem na pirata, który mało delikatnie złapał ją za ramię i pchnął ku stłoczonej na środku pokładu załodze.
- Puśćcie ją. - odezwał się Will. - Nie jest stawką w przetargu.
- A czegóż dotyczy przetarg? - spytał podejrzliwie Barbossa, ale nikt ni był łaskaw mu odpowiedzieć.
- Słyszeliście kapitana Turnera! - rzucił Sao Feng. - Puśćcie ją!
- Kapitana Turnera?! - Jack przestał zajmować się swoim nosem na samą wzmiankę. - Perfidna gnida wznieciła bunt!
- Potrzebuję Perły, żeby uwolnić ojca. - wyjaśnił beznamiętnie Will. - To jedyny cel mojej podróży. - Liz spojrzała na mężczyznę. W jej oczach malowała się rozpacz, a serce właśnie pękało na dwoje. Elizabeth szarpnęła się. Była zakuta w kajdany, zadźwięczały stalowe bransolety.
- Nie mówiłeś mi o tych planach! - krzyknęła.
- Sam dźwigałem to brzemię. - odpowiedział Will nawet na nią nie patrząc.
- Potrzebowałeś Perły! - parsknął Jack. - Ona chciała uciszyć wyrzuty sumienia, a ty zwołujesz Trybunał! - wskazał kolejno Elizabeth i Barbossę. - Czy nikt nie ruszył mi na ratunek tylko dlatego, że się stęsknił? - Liz niepewnie uniosła dłoń, a zaraz po niej to samo zrobił pan Gibbs. Kapitan posłał w ich stronę uroczy uśmiech, ale zaraz poczuł na ramieniu dłoń jednego z podwładnych Sao Fenga.
- Wybacz Jack. - uśmiechnął się pirat. - Twój stary znajomy chce się z tobą spotkać. - pstryknął palcami. Dwójka jego załogantów powlokła Jacka ze sobą, a na pokład Perły przeszedł jeden z angielskich marynarzy, posyłając Sao Fengowi spojrzenie. Ten ponownie pstryknął palcami i nadgarstki Willa zostały skute kajdanami.
- Zgodziłeś się. - wysyczał mężczyzna. - Czarna Perła miała być moja. - Sao Feng wzruszył ramionami.
- Była. - odpowiedział i zwrócił się do angielskiego komodora. - Becket zgodził się oddać mi Czarną Perłę.
- Sądzisz, że odda jedyny statek, który jest w stanie prześcignać Holendra? - zbył go tamten.
- Szkoda, że nie honorują kodeksu Braci, prawda? - odezwał się Barbossa, gdy komodor zajęty był rozmową z podwłądnymi. - Honor to w dzisiejszych czasach rzadki towar. - Sao Feng spojrzał nań podejrzliwie.
- To żaden honor trzymać stronę przegranych. Przejście na stronę zwycięzców to tylko dobry interes.
- Stronę przegranych mówisz? - Barbossa uśmiechnął się.
- Mają Holendra. Teraz przechwycili Perłę. A co mają Bracia? - Barbossa uśmiechnął się kusząco.
- Mamuy Calypso. - wyszeptał.
- Calypso... - powtózył Sao Feng. - Postać z legend.
- Nie. Boginię we własnej osobie, zaklętą w ludzką postać. Pomyśl... Cała potęga mórz przeciw naszemu wrogowi. Mam zamiar ją uwolnić. Ale potrzebuję na to zgody Trybunału. W pełnym składzie. - pirat uśmiechnął się.
- Co proponujesz kapitanie? - spytał.
- A co przyjmiesz... Kapitanie? - Barbossa odwzajemnił uśmiech.
- Dziewczynę. - Elizabeth pobladłą gwałtownie, gdy zostałą wskazana.
- Nie jest kartą przetargową. - zaprotestował Will.
- Zgoda. - odpowiedziała kobieta przez ściśnięte gardło.
- Co? Nie ma zgody!
- To cena woności, więc zgoda. - Liz spoglądała to na jedno, to na drugie, podczas gdy kłótnia wrzała.
- To piraci. - dodał Will, w akcie depseracji.
- Mam aż nadto doświadczenia w kontaktach z piratami. - Elizabeth wystąpiła przed szereg, oddając się w ręce Sao Fenga.
- A zatem doszliśmy do porozumienia? - spytał Barbossa chytrze.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Takie cudeńko ostatnio do mnie trafiło. zniechęcona perspektywą trzech sprawdzianów nakładających się na siebie, poszłam do Libery i wyszłam stamtąd z własnym egzemplarzem "Fantastycznych zwierząt...". A mój stary, rozlatujący się aparat przeszedł samego siebie i jak raz zrobił porządne zdjęcie.

Nie, poważnie, z tego zdjęcia jestem dumna. A wracając do książki, to niezupełnie jest książka, ale oryginalny scenariusz filmowy. Bedę szczera, do scenariuszy byłam uprzedzona, to właśnie z tego powodu tak długo zwlekałam z przeczytaniem ósmej części Harry'ego Pottera, który jest scenariuszem właśnie. Ale w wakacje koleżanka miała go ze sobą w pociągu i podczas jazdy do Międzyzdrojów przeczytałam całego, stwierdziwszy, że nie jest taki zły. I zawarłam rozejm ze scenariuszami, a teraz posiadam jeden na półce.

Film o zwierzętach, osadzony w świecie młodego czarodzieja z blizną na czole, niewiele miał wspólnego z cyklem o tymże czarodzieju, jednakże od razu ujął moje serce (pani Goldstein, kocham panią!) i jednocześnie był czymś tak niezwykłym i pogmatwanym, że jak najbardziej w moim stylu i stwierdziłam, że pora wrócić do tego uniwersum w trochę innej formie. Recenzję wam podrzucę, jak najbardziej, tylko na pewno nie w najbliższej przyszłości. Mój czas bez reszty kradnie materiał z wiedzy o społeczeństwie, który muszę opanować do sprawdzianu i właściwie tylko tym się teraz zajmuję. Nawet dramat mam zastopowany, bo wena mi siadła, wszystko stoi w miejscu i odrobinę zaczynam panikować, bo muszę się z tym wyrobić do świąt. Zostało mało czasu. Niemniej recenzji na pewno możecie się spodziewać.
 

 
Liz siedziała skulona na schodkach, prowadzących na mostek kapitański. Nie mogła dojść do siebie po ujrzeniu ojca przebywającego w krainie zmarłych. Zarejestrowała, ze Will wsunął jej w dłonie kubek czegoś ciepłego. Podniosłą głowę, patrząc mu prosto w oczy.
- Jak się czujesz? - spytał.
- Dobrze, w porządku. - Liz skinęła głową. - Jego śmierć nie byłą dla mnie niczym nowym, po prostu znowu zobaczyłam go takiego, jakim był za życia. I chyba właśnie to najbardziej mną wstrząsnęło.
- Możliwe, że już niedługo do niego dołączysz. - odezwał się pan Gibbs. - Jeśli przed nocą nie wypłyniemy z tego pasa ciszy, znajdziemy się na wodach, na które nikt się nie zapuszcza. Skazani na żeglugę na pograniczu obu światów. Przez wieczność... - Liz umilkła. Nie uśmiechała jej się taka perspektywa. Jeśli oni zostaną uwiezieni w tym miejscu, kto zajmie się Davy'm Jonesem?
- Najgorsze jest to, ze Jack niewiele robi, żeby to zmienić. - rzuciła Elizabeth, przechodząc obok. Liz rzuciła okiem na kapitana. Jack Sparrow siedział przy prowizorycznym stole, pochylony nad mapą. Wydawał się nią bez reszty pochłonięty.
- Żadnego w tym sensu. A zielony błysk przychodzi o zmierzchu, nie o świcie. - szeptał do siebie. - Góra to dół. Frustrująco mało to pomocne. Czemu wskazówki nigdy nie są przejrzyste? Żegluj przez morze po wieczność. Uwielbiam morze. A porty? Od portu wolę rum. Raz na dziesięć lat... Dziesięć lat to szmat czasu... Zwłaszcza gdy nie ma rumu. Ale wieczność dłuży się jeszcze bardziej. Jak chcesz ją spędzić? Jako trup? Czy też nie? Nieśmiertelny Jack Sparrow... Dobre... - kapitan znowu spojrzał na mapę. - Słońce... Świt zachodzi... - wyszeptał, odwracając środkową część mapy do góry nogami. Wtedy go olśniło. Zerwał się ze swojego miejsca i dopadł do burty, wyraźnie czegoś wyglądając. Zaciekawiona załoga spojrzała na niego.
- Co to? - zawołał Jack, rzucając się ku przeciwnej burcie. Załoganci pobiegli za nim, zastanawiając się, co też znowu strzeliło do głowy staremu Jackowi. Will również do nich dołączył, choć nie widział sensu w poczynaniach pirata.
- Co się dzieje? - spytała Liz, zrywając się ze schodka.
- Biegiem! - pogonił ją kapitan, lekko popychając. Pan Gibbs wykrzywił usta w uśmiechu.
- Chce rozbujać statek... - odezwał się. Dziewczyna westchnęła głęboko, nareszcie rozumiejąc. Barbossa pochylił się nad mapą.
- Tak! - zawołał. - Rozgryzł zagadkę! Zgrajcie to z ruchem fal! - rzucił do załogi jak szalona biegającej w tę i z powrotem, p czym zszedł pod pokład. - - Odwiązać działa, wy szczury lądowe! Odształować ładunek! Niech się suwa! - Czarna Perłą kołysała się coraz bardziej, przechylając to na jedną, to na drugą stronę, aż wreszcie przechyliła się za bardzo. I o to właśnie chodziło Jackowie. Liz wzięła głęboki wdech, kiedy statek odwrócił się do góry dnem, a oni zostali uwięzieni pod wodą. Kurczowo trzymała się burty, ale odważyła się otworzyć oczy. Włosy falowały wokół jej twarzy. Widziała słońce dotykające wody. I rozbłysk zielonego światła. A potem siła grawitacji znowu zaczęła działać i Czarna Perła wynurzyła się na powierzchnię. Dziewczyna z trudem pozbierała się z pokładu i oparła o burtę.
- Kochane zachodnie wiatry... - usłyszała obok pana Gibbsa. - Wróciliśmy.
- Wschód słońca... - wyszeptała. - Dziękuję. - dodała, kiedy Will zarzucił jej koc na ramiona. Odpowiedział uśmiechem.
- No dobrze... - zaczął Barbossa. - Trybunał Braci zbiera się w Zatoce Rozbitków. I obaj się tam wybieramy, bez gadania. - powiedział, patrząc na Jacka.
- A ja pogadam. - odpowiedział mu kapitan. - Skoro zbierają się piraci, biorę kurs w przeciwną stronę.
- Chcą walczyć z Becketem. - zaprotestowała Elizabeth. - Sam jesteś piratem. - dodała, po chwili zastanowienia.
- Walcz lub nie, ale nie uciekniesz. - odparł Will.
- Jeśli nie połączymy sił, wybiją nas, a ty zostaniesz sam jeden. - Jack uśmiechnął się.
- Nawet nieźle mi to brzmi. Jack Sparrow, ostatni pirat. - Barbossa prychnął.
- Tak. I sam staniesz do walki z Jonesem. Nie pokrzyżuje ci to szyków? - mina Jacka zrzedła.
- Jeszcze tego nie rozgryzłem. - przyznał. Will sięgnął po mapy, które rozłożył na stole i wskazał na wyspę, majaczącą w oddali.
- Na wyspie jest źródło. Odnówmy zapad wody.
- Zejdziesz na ląd, a ja będę pilnował mojej łajby. - odezwał się Jack.
- Nie oddam ci swojego statku pod rozkazy. - zaprotestował Barbossa. Liz westchnęła w duchu.
- Może obaj zejdziecie na ląd, oddając statek pod moje rozkazy? - zaproponował Will. - Tymczasowo... - dodał natychmiast, widząc, że obaj piorunują go wzrokiem.
- Świetnie, idziemy? - Liz poprawiła na głowie kapelusz Jacka. - Mam powyżej uszu waszych kłótni. - rzuciła, schodząc do szalupy.
  • awatar Wiky the Metal-Punk!: Nie potrafię długo wytrzymać pod wodą, zawsze zaczyna mi brakować powietrza... Zazdroszczę im ;). A sprzeczki między Barbossą i Jack'iem mnie bawią xD.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Jack szedł przez pokład Czarnej Perły, pokrzykując na załogantów. To samo robił Barbossa.
- Co robisz?! - wrzasnął w końcu Jack, stając przed nim.
- Nie, co ty robisz? - odpowiedział mu pytaniem Barbossa?
- A co ty robisz? Statkiem dowodzi kapitan. Mój statek, wiec jestem dowódcą. - Jack złożył ręce na piersi.
- A to są moje mapy. - odparł Barbossa.
- Więc jesteś... Mapoludem.
- Dobra, dosyć tego! - wrzasnęła Liz, wchodząc między nich. - Zamknąć mordy. Obydwaj. To rozkaz, zrozumiano? Jack... - dziewczyna wyjęła z dłoni Barbossy mapy i podała Jackowi. - Na mostek kapitański w tej chwili. Za ster. Ani słowa! - wrzasnęła, słysząc protesty ze strony Barbossy.
- Tak, panno Harrington. - Jack Sparrow ukłonił się, wsunął na głowę Liz swój kapelusz i posłusznie pognał na mostek.

Will zszedł pod pokład. Oparł się o ścianę kajuty, widząc siedzącą na schodach Elizabeth.
- Rzuciłaś jacka na pastwę krakenowi. - odezwał się.
- Ale go wyratowaliśmy. - zaprotestowała kobieta. - Will... - dodała, zrywając się ze schodka. - Nie mogłam inaczej.
- Mogłaś mi powiedzieć. - Wil podszedł do niej.
- Nie. - Elizabeth pokręciła głową. - To nie było twoje brzemię. Ty... Myślałeś, że się w nim zakochałam. - kobieta spojrzała na niego z wyrzutem i odwróciła się, chcąc odejść, ale mężczyzna natychmiast przyciągnął ją do siebie z powrotem.
- Skoro sama dokonujesz wyborów, jak mogę ci ufać? - spytał.
- Nie możesz. - stwierdziła Elizabeth, patrząc mu głęboko w oczy i wyszarpnęła ramię z uścisku. Wybiegła z powrotem na pokład. Liz podniosła głowę znad szorowanych desek, widząc Elizabeth zalewającą się łzami. Odłożyła szczotkę.
- Will... - odezwała się, zaglądając pod pokład. Mężczyzna odwrócił się ku niej. - Coś się stało?
- Ja i Elizabeth... - zaczął William. - To co było między nami... Uleciało. Nie czuję się za nią odpowiedzialny.
- To moja wina, prawda? - spytała Liz. - To przeze mnie.
- Nie. - zaprotestował Will. - Już wcześniej nam się nie układało. - powiedział, obejmując dziewczynę ramieniem. Wtuliła się w pierś mężczyzny, mimo wszystko czując palące wyrzuty sumienia.

Liz opierała się łokciami o burtę, wpatrując się w czarne jak noc morze. Większość załogi pewnie spała, ale ona nie mogła zasnąć. Niepokoiły ją widmowe sylwetki, widoczne na dnie oceanu. I łodzie, opływające Perłę. W każdej siedział człowiek z płonącą latarnią na kolanach.
- Powinien się nimi zająć Davy Jones. - odezwała się Tia Dalme, stając obok niej. - Taki obowiązek został na niego nałożony przez boginie Calypso. Przewozić tych, co zginęli na morzu, na drugą stronę. A raz na dziesięć lat mógł przybić do brzegu, by odwiedzić tę, która go kocha, Ale ten człowiek stał się potworem. - Liz wpatrywała się w twarz kapłanki, a potem odwróciła wzrok, opierając głowę na dłoni.
- Ty wiesz jak można go zabić. - stwierdziła. Tia Dalme skinęła głową z uśmiechem.
Pan Gibbs wychylił się przez burtę, dobywając strzelby. Położył palec na spuście, ale natychmiast doskoczył do niego Will.
- Nie stanowią dla nas zagrożenia... - odezwał się. - Mam rację?
- Jesteśmy dla nich tylko duchami. - odpowiedziała Tia Dalme.
- Lepiej zostawmy ich w spokoju. - dodała Liz, ale chwilę potem jej serce zabiło szybciej. Powoli podniosła się ze swojego miejsca, wpatrując się w ciemność. W jednej z łodzi dostrzegła mężczyznę. Czarnowłosego, w okularach z drucianymi oprawkami. Ubranego w starą, zniszczoną kurtkę i łatane spodnie. Tyle razy widywała go pracującego, pogrążonego w obliczeniach. Genialnego matematyka.
- Tato! - krzyknęła, wychylając się za burtę. - Tato, spójrz na mnie! Tato... - ostatnie słowo zamieniło się w jęk, kiedy z oczu poleciały jej łzy.
- Liz... - Will natychmiast dopadł do dziewczyny, zamykając ją w uścisku. Dziewczyna szlochała, wtulona w jego pierś. Will kurczowo trzymał ją w objęciach, nie pozwalając odwrócić głowy. Tylko on dostrzegł spojrzenie mężczyzny, utkwione w Perle.
- Liz, już dobrze... - wyszeptał. - Słyszysz?
- To mój ojciec. - wykrzyczała dziewczyna przez łzy. - To mój ojciec... - powtórzyła, szarpiąc się. Will trzymał ją mocno.
- Jest jakiś sposób? - spytał, patrząc na Tię Dalme. Kapłanka pokręciła głową przecząco.
- Już znalazł spokój. - odpowiedziała. Liz padła na kolana. Kuliła się na deskach pokładu, szlochając gorączkowo. Nie docierały do niej ani głos Willa, ani jego dotyk.
  • awatar Wiky the Metal-Punk!: Will i Elizabeth powinni ze sobą poważnie porozmawiać... Poza tym, mam wrażenie, że Will nie miałby problemu ze zdradzeniem dziewczyny, z którą jest... Nie przepadam za takim czymś u ludzi, nie ważne jakiej płci... Szkoda mi Liz... Przykro mi z powodu jej ojca; wiem co czuje...
  • awatar Hanti: JUż nie wem kto lepszy dla Willa. Liz czy Elizabeth? Obie są wyjątkowo denerwujące. Mam nadzieje, że będzie happy end w tej nowej historii, w której Barbossa i tak jest najlepszy <3
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Po tej przerwie wracam z nowymi rozdziałami fanfica pirackiego. Mam nadzieję, że jeszcze pamiętacie, co się stało w siódmym rozdziale i że nie macie mi za złe tak długiej przerwy.

Jack Sparrow pociągnął nosem i pożądliwie spojrzał na niewielki orzeszek leżący na talerzu. Zawiązał pod szyją serwetkę i nabił orzeszka na widelec, ale zanim zdążył włożyć go do ust, został zastrzelony przez... Jacka Sparrowa.
- Mój fistaszek. - powiedział pirat, wkładając go do ust. Rozejrzał się po okręcie. - Panie Sparrow... - odezwał się, podchodząc do jednego z załogantów.
- Tak jest, kapitanie. - Jack wyprostował się natychmiast.
- Jak oceniasz stan tego takielunku?
- Po mojemu jak się patrzy.
- Jak się patrzy? - zdenerwował się Jack Sparrow. - Nie jest ani jak się patrzy, ani jak trzeba. Ani zadowalający, ani należyty. Jest w stanie wołającym o pomstę do nieba. - kapitan odwrócił się do reszty załogi. - Właśnie takie rozumowanie wpędziło nas w tarapaty. Straciliśmy prędkość, a co za tym idzie, czas. Cenny czas. Który raz utracony staje się nie do odzyskania. Zrozumiano?
- Tak jest! - odpowiedział kapitanowi Jack Sparrow.
- Czy aby na pewno? - Jack obnażył szablę. - Wszystko trzeba poprawiać. Wszystko! - krzyknął, przeszywając ostrzem Jacka. - Niech to będzie dla wszystkich nauczka! Panowie! W obliczu tego dziwactwa umywam ręce! - zawołał, chwytając oburącz linę i zeskoczył z pokładu Czarnej Perły, lądując na jasnym podłożu, przypominającym ni to śnieg ni to piach.
- Nie ma wiatru... - powiedział śliniąc palec. - Oczywiście, że nie ma, do cholery! Oddałbym duszę za bryzę. Za podmuch, zefirek, maleńkie, minimalne tchnienie. - przerwał, obrzucając spojrzeniem leżący u jego stóp kamień. Następnie odrzucił go jak najdalej od siebie. Wrócił z powrotem do Perły i pociągnął za cumę. Lina upadła mu do stóp. Obok znów leżał biały kamień. Jack podniósł go nieufnie powąchał i dla pewności jeszcze polizał.
- Kamień... - odezwał się, odkładając go z powrotem. - Sio... powiedział i znów pociągnął za cumę. Zakotwiczony statek ani drgnął. Jack znów przeniósł wzrok na kamień, który wpatrywał się w niego czarnymi, błyszczącymi oczkami. Puścił cumę i padł na ziemię, mdlejąc.
Otworzył oczy, kiedy padł na niego cień. Podniósł się do siadu. Czarna Perła płynęła. Płynęła niesiona przez tysiące białych kamieni. W rzeczywistości przyjaźnie nastawionych krabów. Chwilę przyglądał się temu fenomenowi. I rzucił się biegiem za okrętem.

Liz gwałtownie wciągnęła powietrze do płuc, wypełzając na piaszczysty ląd. Podniosła się na nogi, kaszląc i prychając. Odgarnęła mokre loki z twarzy.
- To doprawdy miejsce zapomniane przez Boga. - odezwał się pan Gibbs. Will spojrzał na kapitana Barbossę.
- I co teraz? - spytał. - Utknęliśmy tu przez ciebie, tak samo jak Jack. - powiedział oskarżycielsko. Tia Dalme odwróciła się ku nim z uśmiechem, głaszcząc białego kraba.
- Przebiegły Jack jest bliżej, niż się nam wydaje. - powiedziała. Zza piaszczystej wydmy powoli wysuwały się znajome maszty. Czarna Perła sunęła po piasku, zachowując się tak samo jak na morzu. Załoga przyglądała się z niedowierzaniem, jak statek niesiony przez tysiące małych krabów wypływa na morze.
- Niemożliwe... - odezwała się Liz. - To Perła...
- To Jack! - krzyknął pan Gibbs, kiedy na ląd rzeczywiście wylazł Jack Sparrow. - Kapitan! Balsam dla oczu...
- Spodziewam się, że mi wyjaśnisz swoje poczynania. - odezwał się Jack. - Na statku panuje chaos i rozprężenie. Dlaczego? Dlaczego, pytam. - pan Gibbs nie zdążył odpowiedzieć.
- Jack Sparrow! - odezwał się Barbossa, wychodząc przed szereg.
- Hektor! - uśmiechnął się kapitan. - Od ostatniego spotkania minął szmat czasu, pamiętasz?
- Isla de Muerta. Zastrzeliłeś mnie. - mina Jacka zrzedła.
- Nieprawda. - zaprotestował. - Tia Dalme... - westchnął, spoglądając na kapłankę. - Nosi cie po świecie, co? Wniesiesz uroczy akcent makabreski w każde delirium.
- Bierze nas za halucynacje. - stwierdził odkrywczo Will.
- Powiedz... - zaczął Jack, podchodząc do niego. - Przybywasz tu, by ocalić pewną potrzebującą damę, czy raczej... Damę w potrzebie... Jedno z dwojga. - William pokręcił głową.
- Nie. - odpowiedział.
- Inaczej byś tu się nie zjawił. Wiec nie możesz tu być. Wniosek? Tak naprawdę cię tu nie ma. - kapitan złożył ręce na piersi.
- Jack? - odezwała się Elizabeth. - To rzeczywistość. Jesteśmy tu.
- Przybyliśmy by cię ratować. - dodała Liz.
- Co ty powiesz? - Jack zerknął na nią. - Bardzo wam się to chwali. Choć wydawałoby się, ze skoro to ja mam statek, a wy nie, to raczej was trzeba ratować. - Liz pokręciła głową.
- Becket ma serce Davy'ego Jonesa! Dowodzi Holendrem!
- Przejmuje władzę nad morzami. - dodała Tia Dalme. - Pieśni już rozbrzmiały. Zwołano piracką brać.
- Spuszczam was na chwilę z oka i wszystko schodzi na psy. - podsumował Jack, wyjmując swój kompas.
- Świat cię potrzebuje, a ty potrzebujesz załogi. - powiedział Will.
- A po co miałbym was werbować? Czworo z was chciało mnie ukatrupić. Jednej się udało. - William spojrzał na Elizabeth, która odwróciła wzrok, rumieniąc się. - Nie powiedziała ci? No to czekają was długie rozmowy. Podnieść kotwicę! Za chwilę wypływamy! - dodał, najwyraźniej zmieniwszy zdanie.
  • awatar Wiky the Metal-Punk!: Ło matko! Gdzie oni są? :P. Oj, Jack powiedział Willowi o Elizabeth... No to ciekawa jestem co się między nimi wywiąże...
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
No przepraszam, nie mogłam się powstrzymać. Teraz będę musiała napisać jakieś specjalne świąteczne rozdziały. Tymczasem John Powell i jego "Coming Back Around". Proponuję to sobie włączyć na dobrych głośnikach, bo wtedy można w pełni docenić jej urok.


Katrin szła przez salę jadalną, rozglądając się wokół. Na jej twarzy malował się uśmiech, kiedy spoglądała na elfy wysokiego rodu, siedzące przy jednym stole ze służbą, na dzieci biegające wokół. Skinęła głową jednej ze służących, kiedy tamta podłapała jej spojrzenie i pomachała. Ten wieczór należał do nich wszystkich. Na tę jedną noc znikały wszelkie podziały między nimi, jednak... Brakowało jej dzisiaj jednej ważnej osoby. Zapatrzona w blask setek migoczących świec myślała o matce. Gdzie była? I kiedy wróci?
- Na pewno ci teraz strasznie przykro. - odezwał się Legolas, podchodząc do niej. - Ale zrobiłaś coś naprawdę wspaniałego, wiesz? Pokazanie nam tego święta i wszystkiego co się z nim wiąże... Wcześniej... - Katrin uśmiechnęła się. - Teraz, choć przez jeden wieczór w roku służba może odczuć, jak bardzo jesteśmy im wszystkim wdzięczni. To już nie jest święto tylko dla wysoko urodzonych. Dzisiaj wszyscy jemy przy jednym stole i... - Legolas musnął wargami usta małżonki. - Dziękuję. - dodał, przytulając ją mocno do siebie.
- Legolas... Gdzie jest Limmaniel? - spytała Katrin.
- Naprawdę nie wiem. - odpowiedział z westchnieniem elf. A zaraz potem podniósł głowę, gdy drzwi sali jadalnej otworzyły się gwałtownie, a do środka dostojnym krokiem weszła elfka. Katrin odwróciła się, a zaraz potem podkasała suknię.
- Limmaniel! - krzyknęła w biegu. - Mamo! - wreszcie dopadła elfki i zanim ta zdążyła się choćby uśmiechnąć, zarzuciła jej ramiona na szyję. Limmaniel odwzajemniła uścisk.
- Myślałam, że cię nie będzie. - odezwała się Katrin.
- Mnie miałoby nie być? - zdziwiła się Limmaniel. - Tutaj? Dzisiaj? Jak ty mogłaś w ogóle tak pomyśleć? Katrin... Jestem twoją matką. I póki co... To ja się stąd nigdzie nie ruszam.
 

 
Narkotyzując się muzyką Johna Powella... Dzień był ciężki, nie wińcie mnie... Czy te grzyby naprawdę muzą się rozmnażać każdy w inny sposób? Ale nie o grzybach mam dzisiaj, tylko o planie wydawniczym.

Póki co wszystko mniej więcej zgodnie z grafikiem, bo wczoraj dostaliście ostatni rozdział "Mistrzyni i Uczennicy", a tym samym od jutra wracamy do fanfica z Piratami, który będziecie mili przyjemność czytać przez resztę listopada, a początkiem grudnia mam nadzieję wrzucić pierwszy rozdział dramatu psychologicznego.

No właśnie, jeśli o ten dramat chodzi, to ostatnio wzięłam się za niego naprawdę mocno, bo w końcu chcę go skończyć przed Bożym Narodzeniem, a zdałam sobie sprawę z tego, że mam mnóstwo luźnych fragmentów i nie bardzo wiem jak to wszystko poskładać w całość. Jakoś idzie, ale to będzie długa i żmudna praca, aczkolwiek zniechęcona tym nie jestem. Akurat nad tym opowiadaniem mogę siedzieć godzinami. No i wynikła ciekawa sytuacja, bo dzisiaj przy okazji pisania pierwszych rozdziałów z punktu widzenia Kate, dotarło do mnie, że druga z głównych bohaterek (to wiadomo o kogo chodzi) nie ma nazwiska. Bo stwierdziłam, że jest oklepane i przez pół godziny starałam się znaleźć jakieś pasujące do niej nazwisko, ale... Koniec końców chyba zostanę przy tej Jarockiej, bo chociaż oklepane i to już było i tak dalej, to jednak żadne inne mi nie podchodzi.

Jeśli ktoś wyraża sprzeciw, lub ma lepsze pomysły to bardzo proszę w komentarzach. Ewentualne pomysły na zaistnienie ciekawych sytuacji w klasie Kate, lub pomiędzy nią, a jej (przyszłą) przybraną mamą również poproszę pod wpisem. Mam nadzieję, że podrzucicie mi coś ciekawego, a powyżej obiecany fragmencik.
 

 
Yennefer włożyła ostatnie drobiazgi do torby, którą miała za chwilę zanieść do juków na grzebiecie swojego konia. W duchu pogratulowała Kate wspaniałej decyzji. Sama również nie miała ochoty zostawać w Aretuzie ani chwili dłużej niż to będzie konieczne.
Poprzedniego wieczoru zdążyła jeszcze zerwać amulet z szyi Sabriny, tym samym odbierając jej przynależność do magicznego półświatka i wyrzucić Dorotheę z Akademii, a także odbyć poważną rozmowę z jej rodzicami, którzy zaalarmowani o nagłym wydaleniu córki ze szkoły, którą dla niej opłacali, przyjechali natychmiast w bardzo złych humorach, a w gabinecie Yennefer przez bitą godzinę rzucali obelgami i zapowiadali, że na tym to się nie skończy.
Czarodziejka westchnęła, wspominając spotkanie z tamtą dwójką. Była jednak pewna, że choć raz wykazała się jako pierwsza rektorka Aretuzy. Teraz stanowisko po niej miała objąć inna czarodziejka.
- Więc wyjeżdżacie? - odezwała się Elena, zaglądając do komnaty.
- Tak. - Yennefer, zdjęła z półki ostatnie księgi, które czekały na spakowanie. - Naprawdę mi przykro, ale nie mogłabym...
- Rozumiem. - przerwała jej uzdrowicielka. - Wszystko rozumiem. Ale w takim razie, komu zamierzasz przekazać stanowisko?
- Tobie. - odpowiedziała Yennefer, na co Elena natychmiast zareagowała mieszaniną niedowierzania i oczywistej radości. - Aretuza zasługuje na porządną pierwszą rektorkę, a ty moja droga spełniasz wszystkie kryteria. - Yennefer podała uzdrowicielce pęk kluczy. - To tylko symbolicznie, ale niech ci dobrze służą.
- Dziękuję. - odpowiedziała z westchnieniem Elena. - Ale jesteś pewna, że ja...
- Jestem pewna. - odpowiedziała Yennefer z uśmiechem. - Ale jako twoja przełożona mam do ciebie ostatnią prośbę. Zbierz adeptki na dziedzińcu, chcę... Pożegnać się z nimi.
- Jesteś gotowa? - spytała Katje, wchodząc do komnaty. Elena wyszła chwilę temu i Yennefer w spokoju kończyła zbieranie swoich rzeczy.
- Tak. - odpowiedziała, podnosząc torbę z łóżka. - Ścięłaś warkoczyk? - spytała w następnej kolejności, zauważając zmianę, jaka zaszła w wyglądzie jej adeptki. Katje musnęła palcami krótką fryzurę, którą teraz miała na głowie.
- Tak. - odpowiedziała. - Uznałam, że powinnam. A ty co o tym myślisz?
- Pasuje ci. - stwierdziła czarodziejka, schodząc po schodach. Katje uśmiechnęła się, biegnąc za nią. Te dwa słowa rzucone od niechcenia dużo dla niej znaczyły, rzadko była przez mistrzynię chwalona.
Yennefer włożyła swoje rzeczy do juków na końskim grzebiecie i odwróciła się od wierzchowca, słysząc kroki wielu osób na dziedzińcu i nerwowe szepty. Z Akademii wychodziła Elena, prowadząc za sobą cały sznur adeptek. Czarodziejka uśmiechnęła się. Pierwsza podbiegła do niej dziewczyna z najstarszego roku. Spojrzała jej w oczy, jakby chcąc coś powiedzieć, ale potem już tylko przytuliła ją mocno. Yennefer rozejrzała się wokół, kiedy kolejne adeptki podbiegały do niej, przyłączając się do zbiorowego tulenia. Elena uśmiechnęła się na ten widok. Katje, siedząca już w siodle, tylko spoglądała na to z niedowierzaniem. Dopiero teraz zrozumiała, jak wielkim poważaniem wśród uczennic cieszyła się jej mistrzyni.
- Dziewczęta... - odezwała się Elena. - Dość czułości. Yennefer na pewno chce jak najszybciej ruszyć w drogę. - czarodziejka podziękowała jej spojrzeniem, a kiedy adeptki wreszcie odstąpiły od niej, zgrabnie wskoczyła na siodło. Spięła konia, który zarżał radośnie, stając dęba, a w następnej sekundzie pogalopował przed siebie. Katje pośpieszyła za nią. Adeptki wykrzykiwały za nimi słowa pożegnania i nadziei na rychłe zobaczenie, ale żadna z nich się nie odwróciła.
- To co teraz robimy? - zagadnęła Katje, kiedy zostawiły Aretuzę daleko ze sobą.
- Nie będę teraz o tym myśleć. - odpowiedziała jej Yennefer. - Jestem wolna, jak jeszcze nigdy dotąd i nie chcę się teraz niczym martwić. Na razie jedźmy. Przed siebie. Później... Może dołączymy na szlaku do Geralta. A zresztą, kto to wie. - czarodziejka wbiła pięty w boki wierzchowca, wyrywając się do przodu w dzikim pędzie.
Gnały jak szalone, na złamanie karku. Jechały przez lasy, które zaczynały się złocić, jechały przez pola, z których zbierano plony. Konie niosły je cwałem, a ludzie, prostując zgięte nad rolą karki i plecy, spoglądali za nimi, niepewni, co widzieli. Jechały przez tętniące życiem wioski, zielone polany, przeskakiwały nad rwącymi strumieniami, zatrzymując się tylko po to, by przespać kolejną noc pod gołym niebem. Mistrzyni i Uczennica na wiecznym wygnaniu.
  • awatar Gość: Piękne zakończenie, jak w bajce ;) oby już na zawsze były razem <3 PS. Fajny był pomysł z tym, że dziewczyny tak pędziły, że ludzie nie byli pewni, co widzieli xd
  • awatar Hanti: Dobrze, że to tak się skończyło. Aretuza to nie było właściwe miejsce dla Kate i Yennefer.
  • awatar Wiky the Metal-Punk!: Jak ja się cieszę, że wszystko się dobrze skończyło! Już się bałam, że koniec będzie smutny... Szkoda, że to już koniec "Mistrzyni i Uczennicy". Bardzo dobrze czytało mi się to opowiadanie i za każdym razem, kiedy przeczytałam nowy rozdział, to czekałam na kolejny. Teraz czekam na "Piratów z Karaibów" oraz na jakieś Twoje nowe opowiadania ;). PS Jeżeli kiedyś wydasz książkę, od razu mówię, że chcę egzemplarz z Twoim autografem wypisanym ręcznie, nie wydrukowanym :P.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 
Yennefer otworzyła oczy, jęknąwszy cicho. Całe ciało miała zdrętwiałe, widoczność ograniczoną, a obraz zamazany. Zamrugała parę razy i dopiero wtedy odzyskawszy ostrość widzenia, uświadomiła sobie, że jest w jakimś pomieszczeniu. Sufit miał jasną barwę, charakterystyczną dla Aretuzy. Pod palcami wyczuła gładki materiał i oparcie niewielkiej sofy. Zaraz też poderwała się z wąskiej leżanki i spanikowana rozejrzała wokół, ciężko oddychając. Znajdowała się w komnacie rektorki Eleny, co poznała od razu. Wciąż jeszcze nie mogła uwierzyć w to, że jest teraz bezpieczna. Całkowicie bezpieczna. To, co wydarzyło się poprzedniej nocy na dziedzińcu akademii wydawało się być tylko koszmarnym snem.
- Ocknęłaś się, widzę. - odezwała się Elena, wchodząc do komnaty z kubkiem ziołowego naparu w dłoni. - Już po wszystkim, Yennefer.
- Po... Po wszystkim... - wyjąkała czarodziejka.
- Zgadza się. Musiałam ci wyciąć kawałek wątroby, ale spokojnie, da się z tym żyć. Bardziej martwi mnie twoja śledziona, przez jakiś czas musisz na siebie uważać. - Yennefer dotknęła miejsca, w którym powinien znajdować się rzeczony organ i dopiero teraz, wyczuwszy pod palcami dodatkowe warstwy materiału, zdała sobie sprawę, że w talii jest obwiązana twardymi bandażami.
- A... Katje? - odezwała się niepewnie. Elena uśmiechnęła się.
- Nic jej nie jest. Przed chwilą zajrzałam do niej, twardo śpi.
- Ona żyje? - dopytywała się czarodziejka, wpatrując się w uzdrowicielkę szeroko otwartymi oczami.
- Żyje, nic jej nie jest. Straciła co prawda sporo krwi i potrzebowała sporo czasu na dojście do siebie, ale jest cała. - Yennefer zerwała się na równe nogi, ale zaraz opadła powrotem na miękką sofę, czując przeszywający ból, ogarniający całe jej ciało.
- Chce ją zobaczyć. Wybacz mi, ale muszę ją zobaczyć, żeby mieć pewność. Nie mogę inaczej. - Elena z uśmiechem skinęła głową i podała czarodziejce dłoń, którą Yennefer chwyciła bez wahania. Wsparła się na ramieniu uzdrowicielki, która poprowadziła ją do komnaty piętro wyżej.
- Katje... - odezwała się Yennefer, czując nieopisaną ulgę. Dziewczyna już nie Spałą, siedziała na skraju łóżka, wciąż w tej samej zakrwawionej sukience, którą miała na sobie tej nocy. Dłonie i lewy policzek również miała umazane krwią. Yennefer zerknęła na swoje dłonie. Sama wyglądała nie lepiej.
- Pani Yennefer... - odezwała się w odpowiedzi dziewczyna. - To już nie sen, prawda? - czarodziejka wyzwoliła się spod ramienia Eleny i z największym wysiłkiem wyprostowała. Potem dopadła adeptki.
- Jak ty wyglądasz dziewczyno. - zganiła ją. - Spójrz tylko na siebie, jak ty wyglądasz! Popraw włosy! Nie garb się. - Yennefer poprawiła i wygładziła jej kołnierzyk, spróbowała zetrzeć zaschniętą krew z rękawa. Dotknęła włosów. Wreszcie objęła mocno. Bardzo mocno. Katje odwdzięczyła się tak samo mocnym uściskiem. Yennefer osunęła się na podłogę, a zaraz za nią adeptka.
- Dobrze cię znowu widzieć. - westchnęła czarodziejka. - Myślałam, że cię już nie odzyskam.
- Martwiłam się, pani Yennefer. - odezwała się dziewczyna, pociągając nosem, który otarła wierzchem dłoni. Yennefer zgromiła ją spojrzeniem, sama otarła oczy.
- Ja cię już nigdy nie zostawię, kruszynko, nigdy cię nie zostawię. - odpowiedziała, zaczynając płakać. Z gardła wyrwał jej się przeciągły jęk. Katje wtuliła się w ukochaną mistrzynię.
- Nie wierzę, że po tym wszystkim możesz jeszcze płakać. - wyszeptała. - Co by na to powiedziała Tissaia de Vries? - Yennefer roześmiała się przez łzy.
- Pewnie byłaby z nas obu dumna. - odpowiedziała. Elena uśmiechnęła się, patrząc na tę rozczulającą scenę. Nie chciała im przerywać.
- Yennefer... - odezwała się mimo to. - Może pójdziecie obie do łaźni? Zmyjecie z siebie krew? Adeptki na pewno chciałyby przekonać się o tym, że ich pierwsza rektorka jest cała i zdrowa. Katje, podtrzymaj Yennefer.
- Nie trzeba mnie podtrzymywać! - zaprotestowała Yennefer, wstając z trudem, ale Katje i tak wzięła ją pod ramię.
Chwilę potem obie siedziały w ciepłej wodzie, zawzięcie szorując dłonie, twarze i całe ciała. Suknie, nienadające się już do ponownego włożenia, zostały ciśnięte gdzieś w kąt. Katje westchnęła cichutko, na co Yennefer również odpowiedziała westchnieniem. Dziewczyna spojrzała na nią.
- Co teraz? - spytała. - Znów jakimś cudem wyrwałaś się śmierci i Sabrina czeka na osąd, ale... Zamierzasz zostać w Aretuzie?
- Sama o tym zdecyduj. Czy zostać. - odpowiedziała Yennefer.
- Ale... - zaczęła znów Katje, jednak Yennefer zamknęła jej usta.
- Tym razem decyzja należy do ciebie. - powiedziała. - I czy naprawdę masz problem z jej podjęciem? - Katje uśmiechnęła się. Nie. Doskonale wiedziała, czego chce ona i czego na pewno chciałaby mistrzyni.
Katje zachichotała. Obie stały w komnacie Yennefer, wkładając na siebie czyste sukienki. Yennefer usilnie próbowała zawiązać na plecach kokardę z przepasanej w talii aksamitnej wstążki, ale w końcu doprowadzona przez uczennicę do ostateczności również wybuchła śmiechem. Wstążka wyślizgnęła jej się z palców. Katje okręciła się przed lustrem. Spódnica zafalowała.
- Daj, pomogę ci. - zaofiarowała się, biorąc w palce wstążkę i wiążąc z niej zgrabną kokardę. Yennefer znowu zachichotała, ale po chwili odkaszlnęła, milknąc.
- Nie musisz być ze mną, kiedy zapadnie wyrok. - odezwała się. - Poradzę sobie sama.
- Już raz zostawiłam cię samą. - zaprotestowała Katje. - I jak to się skończyło? - Yennefer spojrzała na nią niepewnie. - Pójdę z tobą. - dodała dziewczyna pewnie. I naprawdę czuła, że powinna być teraz z Yennefer.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Natomiast rozpisywać się będę o tym, co się dzieje w mojej głowie, a akurat tam dzieje się dużo, naprawdę dużo. Jestem tak naładowana pozytywną energią, że mam ochotę krzyczeć. I coś czuję, że w ten weekend nawet opowiadanie z Piratami poskłada się samo, więc czeka mnie dużo roboty i dużo pisania, nie wspominając już o tym, że mam w pokoju pokaźnych rozmiarów stos książek z biblioteki. No i odkryłam ostatnio coś tak wspaniałego jak muzyka komponowana przez Johna Powell'a i teraz słucham go w kółko i w kółko, bo jest tak piękna i tak inspirująca, że coś niesamowitego. Zwłaszcza jego kawałek "Coming Back Around" (polecam przesłuchać) stał się przyczyną napisania świątecznego fragmentu z Katrin i Limmaniel, który zamierzam wrzucić w ostatnią środę przed świętami, to jest dwudziestego grudnia, a jak to będzie w praktyce, to zobaczymy, bo jestem nakręcona i mogłabym go tu wkleić nawet teraz.

A Katrin i jej matka to czegóż one tam nie wyprawiają. Z nimi się naprawdę nie można nudzić, bo jak nie kolejne pojedynki i walki na miecze, to zawody łucznicze, albo polowania, a jak nie polowania to rodzinne wieczory w pokoju kominkowym. A jeszcze jak się do tych spokojnych chwil przy cieple ognia przyłącza Legolas, to w ogóle jest fajnie. Lubię te moje postacie. Zwłaszcza Katrin.

A skoro już przy tym jesteśmy to z zapowiedzi; jutro i w niedzielę ostatnie dwa rozdziały "Mistrzyni i Uczennicy", a od wtorku powrót "Piratów z Karaibów". W poniedziałek podrzucę wam jakieś luźno wyrwane z kontekstu fragmenty. No i dziękuję za te wszystkie piękne komentarze, naprawdę strasznie się cieszę, że tak mnie wspieracie, bo to też swego rodzaju forma motywacji. Miłego wieczoru!
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Dzisiaj na wpół realnie, na wpół w jednym z moich ulubionych światów, bo w Śródziemiu różne cuda się ostatnio dzieją, ale o tym za chwilę. Na początek krótka relacja z pobytu z Muzeum Pamięci Bełżec.

Pojechałam z klasą na lekcję historii w terenie. Mieliśmy się tam wczuć w panująca atmosferę, porozmyślać nad tym jak wielu ludzi zostało skazanych na śmierć w tym i podobnym temu obozach, a przy okazji czegoś się nauczyć. Ja dodatkowo akurat wtedy postanowiłam wreszcie sięgnąć po "Chłopca w pasiastej piżamie" i szczerze to powiem, że po powrocie z wyjazdu o wiele lepiej było mi się wczuć w to, co było tam opisane. Oprócz tego naprawdę dużo się nauczyłam, jako klasa oddaliśmy cześć zamordowanym, zostawiając dla nich zapalony znicz. Ale zdecydowanie najwięcej emocji wzbudzała w nas wszystkich sala kontemplacji, w której spędziliśmy kilka minut tuż przed wyjazdem z powrotem do domu. Stworzona na wzór komory gazowej, w której ginęli ludzie, ciemna, betonowa, w której każdy dźwięk odbija się echem, wywołującym ciary na plecach. Zaprojektowana tak, żeby nikt nie mógł czuć się w niej komfortowo. Nie potrafię opisać tego uczucia. To było tak... Tak, jakbym już nigdy nie miała być bezpieczna. Trochę jak Yennefer w lochu, tylko, że jeszcze bardziej. Naprawdę działo to na zmysły.

Dla odmiany dzisiaj pierwszy raz w życiu byłam na wagarach (co z tego, że za zgodą nauczyciela), bo podłączywszy się do pierwszej klasy, pojechałam z nimi na przejście graniczne pozwiedzać. Praktycznie nikogo nie znałam, a ludzie nie do końca wiedzieli co ja tam robię, ale co z tego? Było fajnie. W sumie nie będę się tu rozpisywać, bo właściwie nie ma o czym, czym się zajmuje straż graniczna każdy chyba wie.
  • awatar Wiky the Metal-Punk!: Chciałabym zwiedzić taką komorę gazową, żeby przekonać się o tym co piszesz... "Chłopiec w pasiastej piżamie" rzeczywiście idealnie komponuje się z takim miejscem, jak to, które opisałaś...
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
No, to jeszcze dwa rozdziały i po weekendzie zapowiada się powrót Piratów. Jak wam się widzi taka miła niespodzianka na początek listopada? No i jutro postaram się wreszcie wrzucić coś odnośnie niedawnych wyjazdów, na których byłam lub też nie.
--------------------------------------------------------------------------------------------
Katje wyjrzała zza załomu muru. Triss dyskutowała o czymś zawzięcie z Sabriną, ale z tej odległości dziewczyna nie mogła usłyszeć słów. Dziewczyny z kręgu powoli zaczynały się wykruszać, ale nie można im się było dziwić. W końcu już drugą dobę stały bez ruchu wokół Akademii, szepcząc zaklęcia. Katje spojrzała na Yennefer, wychylającą się zza węgła tuż nad jej ramieniem.
- Co teraz robimy? - spytała. Czarodziejka zastanowiła się przez chwilę.
- Proponuję wziąć je z zaskoczenia. - odpowiedziała. - Idź przodem. Podejdź do nich jak gdyby nigdy nic. Zaufaj mi. Nie bój się. Wszystko będzie dobrze?
- Na pewno? - spytała z powątpiewaniem Katje.
- Czy ja cię kiedyś okłamałam? - Yennefer wzięła się pod boki i to do końca przekonało dziewczynę. Wzięła głęboki wdech i nie śpiesząc się skierowała kroki ku czarodziejkom. Triss dostrzegła ją pierwsza. Dłonie jej drżały, ale dalej szła przed siebie pewnym, dostojnym krokiem.
- Ponoć mnie szukacie. - odezwała się, stając przed nimi. Sabrina złożyła ręce na piersi. Zaczynała coś podejrzewać. Katje uniosła obie dłonie. - Nie zamierzam sprzeciwiać się waszej woli. Ale posłuszna też nie będę. - dodała, kiedy Triss spętała ją magicznymi więzami.
- Merigold! - rudowłosa czarodziejka poderwała głowę, kiedy niebo przeszył piorun. Na środku placu stałą Yennefer, w dłoni której iskrzyło od wyładowań elektrycznych. - Nie waż się tknąć mojej adeptki. Anie jej, ani żadnej innej. Nigdy więcej... - Katje uśmiechnęła się wykorzystując chwilę nieuwagi czarodziejki z całej siły rąbnęła ją łokciem w brzuch. Sabrina posłała ku niej pocisk, który zaraz zderzył się z tarczą, którą dziewczyna wytworzyła wokół siebie. Zanim Triss zdołała podnieść się z kolan, rektorka została przygwożdżona do ściany Akademii przez Yennefer.
Katje spojrzała ku mistrzyni. W jej oczach znowu szalały tak dobrze znane iskierki, ale także gniew. Docierało do niej właśnie co tak naprawdę działo się w Aretuzie, a o czym nie miała zielonego pojęcia. Pochylona, gotowa do ataku i obrony. Obrony siebie i uczennic. W jej dłoniach buchały fioletowe płomienie. Katje przyzwała do siebie magiczną energię. Złożyła moc uderzenia świetlnego i ogniowego, tak jak uczyła ją mistrzyni. Tuż przy jej palcach zatańczyły błękitne iskry. Triss wykrzyczała jedno jedyne zaklęcie, ale to wystarczyło. Rektorki i adeptki będące pod jej władzą, przestały szeptać zaklęcia ochronne. Magiczny krąg rozpadł się, a klatka utworzona przez nie wokół Aretuzy zniknęła. Powietrze przeszywało teraz natężenie setek głosów kobiet i dziewcząt. Każda z nich wykrzykiwała kolejne zaklęcia.
Yennefer utworzyła tarczę wokół siebie i Katje. Stały teraz razem na środku placu, oparte o siebie plecami.
- Pamiętaj, ze to tylko niewinne dziewczęta. - przypomniała czarodziejka. - Nie wolno zrobić im krzywdy.
- Wiem, jedynie ogłuszyć. - odpowiedziała jej adeptka. Spojrzały po sobie. Rozumiały się bez słów. Obie wyszeptały to samo zaklęcie w tym samym czasie, formując ogromne kule energii i każda posłała swoją w przeciwnym kierunku. Wybuch światła na moment oślepił Katje, ale kiedy przetarła oczy zobaczyła, że w porannym brzasku wszystkie będące pod kontrolą Triss dziewczęta, odzyskują panowanie nad sobą. Zdziwione przecierały oczy i patrzyły po sobie, nie rozumiejąc co zaszło.
- Yennefer! - z budynku Akademii wybiegła Elena, omal nie wywracając się na ostatnich schodach. - Co tu się stało?
- Zabierz stąd adeptki. - odpowiedziała jej Yennefer. - Nie chcę, żeby musiały to oglądać. To jeszcze nie jest koniec. - przerwała, czując na ramieniu uścisk palców Triss.
- Nie, masz rację, nie koniec. - wysyczała czarodziejka. - Ale zaraz będzie po wszystkim. - zanim Yennefer zdążyła się obejrzeć, na jej szyi zatrzasnęła się obroża z dwimerytu, a Triss szarpnęła ją za nadgarstek w stronę zawczasu ułożonego z drewna stosu. - Wystarczy, ze raz wszystko zepsułaś! - wrzasnęła. - A trzeba było cie zabić kiedy miałam ku temu okazję. Teraz wszystko naprawię. - dodała, wyrywając z dłoni jednej z nieprzytomnych rektorek pochodnię. Yennefer gwałtownie wciągnęła powietrze, kiedy Triss rzuciła ją pod nogi. Drewno momentalnie zajęło się ogniem. Buchnęły płomienie. Yennefer natychmiast poczuła na twarzy żar i palący ogień. Jak przez mgłę widziała zebrane na placu adeptki, Elenę, przykładającą sobie dłoń do ust, Triss Merigold patrzącą jej prosto w oczy. Katje z rozpaczą wołającą jej imię. Dorotheę, która właśnie złapała pierwszy lepszy przedmiot, który miała pod ręką, a którym były ostro zakończone widły.
Katje poczuła tylko osty ból pod żebrami. Kiedy przyłożyła tam rękę, po jej dłoni natychmiast spłynęła struga ciemnej krwi. W świetle wschodzącego poranka wydawała się tym bardziej szkarłatna, niż powinna być normalnie.
- Katje... - wyszeptała Yennefer i w ostatnim przebłysku świadomości rzuciła się wprzód. Szarpnęła Triss za suknię. Czarodziejka patrzyła na nią z mieszaniną strachu i zdziwienia.
- Jak... - zaczęła, ale zaraz wrzasnęła dziko, pchnięta na płonący stos. Plecami uderzyła o płonące drewno i zanim zorientowała się, co właśnie zaszło, ogień dosięgnął jej twarzy, ramion... Zawyła rozpaczliwie, czując na całym ciele palący ból i wbijające się w nie tysiące malutkich igiełek. Yennefer wpatrywała się w płonącą czarodziejkę, dopóki ta nie umilkła. Nie do końca zdawała dobie sprawę, co dokładnie zrobiła. I zaraz drgnęła, kiedy ją olśniło. Dorothea. Widły. Katje. Krew. Ona się wykrwawi! Elena rzuciła się ku niej, zdejmując z szyi dwimeryt, ale czarodziejka nawet tego nie czuła.
- Katje... - odezwała się. Wzięła w dłoń lepką od krwi rękę adeptki. Dziewczyna z trudem otworzyła oczy, patrząc wprost na nią.
- Pani Yennefer... - wyszeptała słabo, tylko po to, by zaraz znowu umilknąć.
- Nic nie mów, kruszyno. - odpowiedziała jej natychmiast mistrzyni. - Katje, patrz na mnie. Katje! - krzyknęła, ale głowa dziewczyny opadła na bok. Yennefer przyłożyła dłoń do żołądka Katje, szepcząc zaklęcia tamujące krwawienie. Wysłała impuls do wnętrza ciała adeptki, nakazując zrosnąć się tkankom.
- Yennefer, przestań... -odezwała się Elena, klęcząc przy niej. - Yennefer, wykończysz się. - czarodziejka nawet nie zwróciła na nią uwagi. Oczy zachodziły jej łzami, ale nie przestawała szeptać zaklęć. Po ciele Katje skakały fioletowe rozbłyski światła. Yennefer odetchnęła, kiedy zaczęło kręcić jej się w głowie. Obraz stawał się coraz bardzie niewyraźny. Pochyliła głowę niżej. I jeszcze niżej.
- Yennefer! - kiedy osuwała się na ziemię dotarł do niej ostatni krzyk Eleny. Opadła bezwładnie na brukowany dziedziniec, tuż obok swojej uczennicy.
  • awatar Gość: Najważniejsze, że łączyła je miłość do końca.. :)
  • awatar SimSylwia :): Zakonczen ie niby takie samo Ale jednak inne. ☺
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Katje wślizgnęła się za Sabriną do podziemi Aretuzy i rzucając na siebie zasłonę iluzji bezszelestnie poszła za nią. Czarodziejka przystanęła, wyczuwając użycie magii, ale odwróciwszy się nie zauważyła nikogo. Patrzyła przez Katje na wylot. Dziewczyna wpatrywała się w napięciu w twarz Sabriny, nie śmiąc wykonać najmniejszego nawet ruchu. Czarodziejka jeszcze chwilę rozglądała się po korytarzu, ale wreszcie potrząsnęła głową i szarpnęła za łańcuch przy kajdanach.
- Nie musisz mną szarpać, rozumiem, czego ode mnie chcesz. - odwarknęła Yennefer. - Jestem w stanie iść za tobą.
- To świetnie. - odpowiedziała szorstko Sabrina, ale łańcucha nie puściła. Szarpnęła znowu, pchnięciem posyłając Yennefer na ścianę lochu.
- Nie rozumiem dlaczego się opierasz. - wyszeptała, stojąc niebezpiecznie blisko niej. - I tak jest już po tobie. - Yennefer uśmiechnęła się, a w jej oczach Katje znów dojrzała tak znajomy błysk.
- Jest coś, czego nigdy we mnie nie zabijecie. Dumy. - odpowiedziała Yennefer. Sabrina uniosła rękę do uderzenia, ale opuści łają po namyśle. Yennefer otworzyła jedno oko. Głowę odruchowo odchyliła na bok, spodziewając się bólu, ale teraz znowu się uśmiechnęła.
- Co by powiedziała Triss, widząc, że nie jesteś w stanie mnie uderzyć? - zadrwiła. Sabrina pokręciła głową.
- Rano trafisz na stos. Dopilnuję tego. I nie ma tu znaczenia, czy twoje adeptka się znajdzie, czy nie. Wkrótce i ona dostanie to, na co zasługuje. - Yennefer nie odpowiedziała nic, a Sabrina po raz ostatni szarpnąwszy za łańcuch, wyszła z celi. Katje czekała za załomem korytarza i kiedy czarodziejka przechodziła obok niej, wyciągnęła dłoń ku przypiętym do paska kluczom. Udało jej się zdjąć je z kółka bezszelestnie i w dodatku tak, że Sabrina nic nie poczuła.
Mimo to na westchnienie ulgi pozwoliła sobie dopiero po jej wyjściu. Kiedy trzasnęły drzwi do podziemi. Zdjęła z siebie zasłonę iluzji i czym prędzej pobiegła do kamiennej sali, w której przetrzymywano Yennefer. Drżącymi palcami zdjęła kłodkę z drzwi i wpadła do środka.
- Katje... - wyszeptała Yennefer z mieszaniem niedowierzania i ulgi.
- Przecież nie mogłam cię tak zostawić, prawda? - odpowiedziała dziewczyna, ściskając w dłoni klucze.
- Dzielna z ciebie dziewczyna. - pochwaliła ją Yennefer, zupełnie zapominając o tym, że kazała jej zapomnieć i nie wracać po nią. Katje wybrawszy odpowiedni klucz, zdjęła jej z rąk kajdany. Yennefer potarła zdrętwiałe nadgarstki, podczas gdy Kaje szukała klucza otwierającego zamek w dwimerytowej obroży.
- Nic z tego, nosi go za dekoltem. - odpowiedziała czarodziejka. - Magicznie będę bezużyteczna. - Katje pokręciła głową, wyjmując spinkę z włosów. Powoli wyginała metalową wsuwkę, Az w końcu włożyła ją do zamka i kilka razy przekręciła. Zamek stanął otworem z cichym kliknięciem.
- Gdzie się tego nauczyłaś? - spytała Yennefer, stając na nogi i niepotrzebnie otrzepując z kurzu i tak wyglądająca jak siedem nieszczęść suknię.
- Ciri... - odpowiedziała Katje, patrząc na nią porozumiewawczo.
- No tak. - Yennefer uśmiechnęła się szeroko. - Mogłam się domyślić. A jaki masz plan? Bo założyłam, że wracając tu do mnie, coś sobie w tej główce ułożyłaś.
- Właściwie to... Moje planowanie kończy się na uwolnieniu ciebie. - przyznała dziewczyna.
- Świetnie. - parsknęła czarodziejka. - Na zewnątrz mamy magiczny krąg. Słabnący co prawda, ale jednak. Jest Triss, pragnąca zemsty, Sabrina, ślepo w nią wpatrzona i ta dziewczyna, Dorothea, z kolei ślepo wpatrzona w swoją mistrzynię. nie możemy uciec i nie możemy z nimi walczyć. Magicznie jestem sprawna, ale jakiekolwiek działania skutecznie uniemożliwia mi uszkodzona wątroba. Poza tym zerwały mi z szyi amulet, wiec do niczego ci się nie przydam.
- O ten amulet ci chodzi? - spytała Katje, na otwartej dłoni podając jej gwiazdę z obsydianu.
- Tak, o ten właśnie. - Yennefer zgarnęła z jej ręki czarną aksamitkę i na powrót zapięła ja sobie na szyi. Katje bez słowa dotknęła jej nadgarstka, odejmując dłoń mistrzyni od brzucha. Dotknęła miejsca, w którym znajdowała się wątroba. Zamknęła oczy, koncentrując się i wysłała strużkę magii w głąb ciała czarodziejki, ale Yennefer natychmiast odjęła jej dłoń od swojego ciała.
- Nie marnuj na mnie energii. - poprosiła, zamykając adeptce usta, bo Katje już otwierała buzię, chcąc protestować. - Tam na górze będzie ci o wiele bardziej potrzebna.
- No ale... Ty... - zaczęła dziewczyna niepewnie.
- Dam sobie radę. - przerwała jej natychmiast mistrzyni. Dziewczyna na powrót wyczuła w jej głosie dobrze znany surowy ton. - Chodźmy. - dodała już łagodniej Yennefer. - Będziemy improwizować. - Katje uśmiechnęła się, a czarodziejka wbrew sobie odwzajemniła uśmiech. Dotknęła palcami policzka dziewczyny, a adeptka przytrzymała jej dłoń na miejscu.
- Nie chcę cię stracić. - odezwała się czarodziejka. - Zapamiętaj to sobie dobrze. Nie chcę śmierci kolejnej adeptki.
- Tak pani Yennefer. - odpowiedziała jej Katje z największą powagą, na jaką tylko było ją stać. Czarodziejka wstała i to samo zrobiła dziewczyna. Potem obie skierowały się korytarzem do wyjścia z podziemi. Yennefer położyła dłoń na ramieniu adeptki. Były razem. Mistrzyni i Uczennica. I każda chciała walczyć o tę drugą.
  • awatar Gość: Madre to, by zachowała swoja energię na ważniejsze momenty. Bardzo mądre i tak bardzo nieegoistyczne, chwilowe, ale perspektywiczne, rozsądne, przyszłościowe, mądre ze wzgledu na cel, który chcą osiagnąć...
  • awatar Gość: Piękna końcówka. Ale co one zrobią, skoro nie mogą ani uciec, ani walczyć? Martwię się o nie :(
  • awatar Wiky the Metal-Punk!: Pięknie! :D. Katje to mądra dziewczyna ;). Nie da skrzywdzić swojej Mistrzyni :).
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 
Jak wam mija Halloweenowy wieczór moi drodzy? Ja pierwszy raz w życiu obchodziłam to święto w jakiś bardziej szczególny sposób, bo przystawszy na propozycję kolegi... Przyjaciela... Pojechałam z nim do Starbucksa i jeszcze nigdy nie spędziliśmy popołudnia tak fantastycznie jak dziś. Piłam kawę dyniową. Tą zachwalaną przez wszystkich Pumpkin Spice Latte i muszę przyznać, że faktycznie przepyszna, choć dla mnie odrobinę jednak za słodka i całej wypić nie dałam rady. Mimo wszystko naprawdę polecam i jeśli tylko będziecie mili ochotę na jakąś bardziej wykwintną słodycz to zachwalam.

Na jakość nie patrzcie, bo komórką robione, a gdyby ktoś chciał dorzucić mi dodatkowe polubienie, a może nawet i obserwację, to to samo zdjęcie możecie znaleźć na moim Instagramie. W sumie tylko do Starbucksa się nie ograniczaliśmy, bo potem zaciągnęłam go jeszcze do Croppa, co cierpliwie i dzielnie zniósł. Poza nim znam tylko jednego chłopaka, który z przyjemnością asystuje kobiecie przy zakupach. Doszłam do wniosku, że nie tylko do Empiku nie można mnie puszczać, ale do żadnego sklepu odzieżowego też, bo ja zaraz wypatrzę coś fajnego, czego nie będę mogła już zostawić. Tak było dzisiaj ze sweterkiem w kotki, ale on naprawdę był przecudowny.

I to zdjęcie również jest na moim Instagramie. A teraz to ja już jestem w domku i zaczytuję się w "Papierowych miastach", a na wieczór mam jeszcze "Strażnika domu Momochi", bo stwierdziłam, że Halloween to idealna okazja, żeby sobie co nieco odświeżyć w tym temacie. No i jakoś tak wyszło, że pierwszy tom tej mangi dostałam właśnie przed Halloween i mam po prostu sentyment.

Oprócz tego będę pewnie oglądać "Hotel Transylwanię", bo wnosi fajną atmosferę. Tak poza tym nic specjalnego. To co zwykle, orzeszki w chrupiącej skorupce i czytanie książki do późnej nocy. A jutro mnóstwo fajnych rzeczy do oglądania w telewizji. I wycieczka na cmentarz, co dla mnie nigdy nie było jakimś powodem do smutku. Wielu ludzi zawsze na cmentarzu jest smutnych. A przecież to w pewnym sensie święto szczęśliwe dla naszych zmarłych. Chwalić mi się jak wy spędzacie Halloween. Tak jak ja, na błogim lenistwie, czy może faktycznie bawicie się jakoś specjalnie tego dnia?
  • awatar Wiky the Metal-Punk!: Ja Halloween nie obchodzę, ale pomagałam mojej mamie i rodzeństwu w przygotowaniu słodyczy na halloween'owy kiermasz szkolny (wpis na moim blogu już o tym jest, więc zapraszam). Ja to takiej kawy bym się napiła, dla mnie raczej nie istnieje stwierdzenie "za słodkie", więc myślę, że wypiłabym całą :P. Ja w sieciówkach raczej rzadko znajduję coś dla siebie, jednak czasem w Croppie, Reserved lub jakimś innym Diversie można znaleźć fajne t-shirty ;).
  • awatar SugarFirefly: Jest bardzo słodka, ale można to wybaczyć, bo ta bita śmietanka..mmm.... Kocia bluzka fajna, chociaż osobiście staram się omijać ten kolor w ubraniach wierzchnich. Jakiś czas temu kupiłam białą bluzę w sushi i w sumie noszę ją tylko po domu lub do spania, bo jednak białe bluzy jakoś piżamowo wyglądają, niestety ;(
  • awatar darienn98: Twoja wcześniejsza nazwa tutaj to " Kowalski opcje?" bo z rok temu Cię obserwowałam:) Pozdrawiam i zapraszam do siebie:D
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 
- Katje, poczekaj. - Elena złapała dziewczynę za ramię. - Masz w ogóle jakiś plan? Nie puszczę cię do nich bez przygotowania, rozumiesz mnie? Nie masz szans, to czarodziejki, które władają potężną mocą magiczną, adeptki, które przez ostatnie miesiące były przez nie szkolone.
- A tam jest moja mistrzyni. - odpowiedziała Katje. - Nie interesuje mnie jak potężne są, chcę im jedynie wyrwać Yennefer.
- Nie podejmuj pochopnych decyzji!
- Jestem wystarczająco przygotowana! Przez ostatnie tygodnie do upadłego szlifowałam magiczne ataki. Pod jej okiem właśnie.
- Rozumiem, że działasz pod presją, ale co będzie jeśli znowu wpadniesz w ręce Sabriny? Czy tego chciałaby Yennefer? - Katje momentalnie przestała się awanturować.
- Kazała mi obiecać, że nie wrócę po nią. - wyszeptała. - Ona poświęci swoje życie, żebym ja miała szansę...
- A tego nie możesz zaprzepaścić. - Elena położyła jej dłonie na ramionach. - Twojej mistrzyni nic się nie stanie, Katje. Przynajmniej dopóki nie wiedzą gdzie jesteś. One chcą, żebyś patrzyła na jej śmierć. Żebyś widziała moment, w którym załamie się ostatecznie i podda ich woli. Yennefer to silna czarodziejka i da sobie radę. A ty nie możesz iść im naprzeciw wyczerpana i bez konkretnego planu. Idź teraz spaś. Pozwól energii się odnowić. Rano zobaczymy co dalej.
- Nie dam rady zasnąć. Nie wiedząc, że ona jest tam katowana.
- Nie godzę się na to. Nie godzę się, żebyś w tak głupi sposób dała im się znów złapać.
- Dobrze... - westchnęła Katje. - Pójdę teraz do siebie. Rano zobaczymy co dalej. - powiedziała, odwracając się na pięcie.
- Ani mi się waż ruszyć z komnaty. - zawołała za nią Elena. - Jeśli będzie trzeba zakuję cię w dwimeryt.
- Tak rektorko Eleno. - odpowiedziała dziewczyna, nie zamierzając jednak spełnić prośby.
Po drodze do swojej komnaty skręciła korytarzem w lewo. Gabinet Sabriny, który ostatnio dzieliła z Triss był otwarty. Katje przystanęła pod drzwiami. Czyżby czarodziejka naprawdę była przekonana, że nic jej nie zagraża? Czy też przewidywała, że Katje zechce spróbować wyciągnąć swoja mistrzynię z celi? Uchyliła drzwi, które skrzypnęły cicho. Miękki dywan tłumił jej kroki, kiedy szła po nim. Na biurku leżała czarna aksamitka Yennefer z gwiazdą z obsydianu. Chwyciła ją bez zastanowienia i najciszej jak potrafiła, rzuciła się pędem po schodach. Ostrożnie wyjrzała za drzwi frontowe. Wszystkie czarodziejki przeniosły się za budynek, powstała nawet luka w magicznym kręgu, w czym Katje dojrzała swoją szansę.
Wymknęła się za drzwi, czując jak chłodne, wieczorne powietrze owiewa jej twarz. Cały czas mając za plecami szorstkie mury Aretuzy przemknęła za budynek. To co zobaczyła wstrzymało ją w miejscu. Natychmiast zakryła sobie usta dłonią, żeby nie krzyknąć, ani tym bardziej się nie rozpłakać, choć do oczu już cisnęły się łzy. Osunęła się po ścianie i dobrze ukryta za krzakiem jałowca usiadła w kucki na trawie.
Na tyłach Akademii zgromadziły się wszystkie bez wyjątku rektorki i większa część adeptek. Wszystkie z pochodniami. Prawie wszystkie. Sabrina z Dorotheą u boku i Triss po swojej drugiej stronie wyglądały z tej perspektywy jak boginie, wymierzające sprawiedliwość. A przecież właśnie to robiły, przemknęło przez głowę Katje. U ich stóp klęczała Yennefer, skulona na trawie, czołem niemal dotykając ziemi. Podarta i brudna suknia zwisała na niej smętnie. Nadgarstki wciąż miała skute kajdanami z dwimerytu, obroża na szyję byłą wykonana z tego samego metalu. Czarodziejka oddychała ciężko. Czarne, splątane loki opadały na twarz.
- Milczenie nic ci nie da Yennefer. - odezwała się Triss, przykucając przed nią. - Gdzie jest Katje? - spytała dobitnie, unosząc twarz czarodziejki. Katje wstrzymała oddech. Z rozciętej wargi Yennefer spływała strużka krwi, zaczynająca krzepnąć. Lewy policzek miała opuchnięty i posiniaczony, zapadnięte oczy straciły swój zwykły blask.
- Nie wiem, przysięgam. - wyszeptała, patrząc Triss prosto w oczy.
- Cóż, może uda nam się coś na to poradzić. - uśmiechnęła się czarodziejka. - Dorothea... - dziewczyna jak na zawołanie doskoczyła do nich, wymierzając Yennefer potężnego kopniaka. Czarodziejka jęknęła, czując, że teraz ma uszkodzoną nie tylko wątrobę, ale i śledzionę i podparła się dłonią, żeby nie polecieć na ziemię.
- Patrz na mnie Yennefer! - wrzasnęła Sabrina, wymierzając jej siarczysty policzek. Czarodziejka odważnie podniosłą głowę, patrząc wprost na twarze swoich oprawczyń. Uśmiechnęła się, po czym wybuchła śmiechem. Katje poczuła dreszcz przebiegający jej po plecach.
- Nie mogę wam przecież powiedzieć czegoś, czego nie wiem! - wrzasnęła Yennefer, wciąż zanosząc się śmiechem. Katje zamknęła oczy, nigdy jeszcze nie widziała mistrzyni w takim stanie. Nie chciała widzieć... Doprowadzona do szewskiej pasji Sabrina szarpnęła za łańcuch spinający kajdany i poderwała czarodziejkę do góry. Yennefer nie mogąc utrzymać równowagi zatoczyła się na ścianę budynku i grzmotnęła o nią całym ciałem. Osunęła się na ziemię, oddychając ciężko. Katje ze swojej kryjówki obserwowała poczynania czarodziejek. Gdyby się odrobinę wychyliła, byłaby w stanie dotknąć mistrzyni. Pogładzić po ramieniu, wziąć ją za rękę...
- Gadaj ty kanalio... - wysyczała Sabrina, przyciągając do siebie podbródek Yennefer. Czarodziejka bez cienia strachu patrzyła jej w oczy. Czarodziejka zamachnęła się jeszcze raz, a Katje zacisnęła powieki, czekając na uderzenie, a kiedy nie nastąpiło, powoli otworzyła jedno oko. Za Sabriną stała Triss , trzymając jej nadgarstek w żelaznym uścisku.
- Daj jej spokój. - odezwała się. - Wszystko wyśpiewa, nie dziś to jutro. Póki nie znajdziemy dziewuchy, chcę żeby żyła. Chcę, żeby ta wywłoka patrzyła jak jej ukochana mistrzyni płonie. Zabierz ja do celi. - Sabrina powoli opuściła nadgarstek, a chwilę potem szarpnęła Yennefer za łańcuch przy kajdanach i powlokła za sobą do podziemi Aretuzy. Triss odprowadziła ją wzrokiem. Potem obrzuciła spojrzeniem krzak jałowca. Patrzyła wprost na nią. Na Katje. Dziewczyna wstrzymała oddech, kiedy czarodziejka w końcu odwróciła się i odeszła. Serce na moment przestało jej bić. Skoro od początku wiedziała o jej obecności na placu, dlaczego nie wywlokła jej z kryjówki? Mogłaby wtedy przyspieszyć egzekucję... Nie. Katje potrząsnęła głową. Chodziło właśnie o to, żeby odwlec ją jak najbardziej się da. Katowanie Yennefer sprawiało Triss przyjemność. Dziewczyna zacisnęła pięści i cicho jak myszka pobiegła za Sabriną, ściskając w dłoni czarną aksamitkę. ”Po moim trupie” tylko ta jedna myśl odbijała jej się w głowie echem.
  • awatar Wiky the Metal-Punk!: Katje nie da za wygraną :). Jest zbyt waleczną osobą ;). Szkoda mi Yennefer, że tak musi cierpieć... :(. Ciekawe co teraz Katje wymyśli :).
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
I tym optymistycznym akcentem skończyłam układ limfatyczny. No, mam nadzieję, że jutro na sprawdzianie niczego nie położę, bo nie ukrywam, ze chciałabym go dobrze napisać. Trochę gorzej może być z niemieckim, bo to mimo wszystko język obcy i dalej nie ogarniam pisowni niektórych słówek, ale nie będę się przecież martwić na zapas. Wzorem Scarlett O'Hary: "Pomyślę o tym jutro". A dokładniej rzecz biorąc zaraz na pierwszej lekcji.

Wróciła mi wena twórcza, co możecie wnioskować po fragmencie poniżej. Nie mogłam się powstrzymać, żeby go nie wrzucić, taki jest fantastyczny. Oczywiście wedle uznania, wszystkim nie musi się podobać. Dzisiaj już nie bardzo, ale od jutra ostro biorę się za fanfic z Piratami i wznawiam publikację jak tylko skończę "Mistrzynię i Uczennicę", czyli zgodnie z zapowiedzią. Opóźnienie jest i będzie, ale do grudnia mam nadzieję się wyrobić. W końcu w prezencie na święta macie dostać dramat psychologiczny.

No i nie dalej jak dwie godziny temu napisał do mnie kolega. We wtorek chce mnie zabrać do Starbucksa i pytał czy jestem wolna. Tak, mowa tu o tym koledze, przy którym moje serce szaleje. Do Starbucksa co prawda kawałek jest, ale zgodziłam się. Takiej okazji bym nie przepuściła i to jeszcze w Halloween... Co prawda powinnam po południu nadgonić angielski, ale... Całą środę będę miała na to.

Nie chcę was męczyć, więc zostawiam was ze zbiorem nikomu niepotrzebnych myśli moich do kontemplacji i z poniższym fragmentem to przeczytania, a ja idę śnić o dyniowej latte. Dobranoc.
 

 
Kate z ogromnym żalem wygramoliła się spod kołdry i ziewając przeszła do kuchni, gdzie już siedziała jej przybrana mama. Naprawdę zamierzała jeszcze trochę sobie pospać, ale dla nauczycielki najwyraźniej nie istniał taki wynalazek jak weekend.
- Dlaczego ściągasz mnie z łóżka o świcie? - spytała, stając w progu kuchni, zwabiona zapachem kawy. - W sobotę jeszcze. Ja się próbuję wyspać, wiesz? Wampirem nie jestem.
- Siadaj. - odpowiedziała jej roześmiana kobieta, stawiając na stole dwa kubki parującej latte. - Mamy coś do zrobienia, pomożesz mi.
- W środku nocy? - Kate posłusznie usiadła.
- Jest ósma. - odpowiedziała jej mama, upijając łyk kawy.
- No właśnie o tym mówię. Nie wiem, spać nie możesz, masz... nerwicę, jakieś problemy? - kobieta roześmiała się. - Albo jesteś pod wpływem substancji ciężko odurzających.
- Lepiej. Jestem nauczycielką. Siedzisz wpatrzona ciągle w ten swój podręcznik... Zdecydowanie za dużo się uczysz... A mi trzeba wprowadzić parę ankiet do komputera, to chyba nie będzie problemu, prawda? - kobieta położyła na stole stos papieru.
- Okey... - roześmiała się Kate. - Czego ty jeszcze nie wymyślisz... - westchnęła, przysuwając sobie kawę. - Ale... Jak nauczycielka może uważać, że licealistka za dużo się uczy?
- Nie zapominaj, że oprócz tego jestem twoją matką.
- Formalnie dopiero od sześciu tygodni. - przypomniała Kate.
 

 
Nigdy, nawet w najśmielszych snach nie sądziłam, że to powiem... Napiszę... Ale zniechęcona perspektywą ośmiu sprawdzianów a niedalekiej przyszłości nawet biologia nie wchodzi mi do głowy. Kto mądry tak skomplikował cały ten kład limfatyczny, że nie idzie się tego nauczyć? To nie jest normalne... Ale ty człowieku się ucz o tych wszystkich limfocytach, leukocytach, co na dobrą sprawę to mogłoby być to samo, ale nie, trzeba przecież skomplikować ludziom życie i wymyślić coś takiego, żeby nie mogli tego odróżnić. Leukocyty, ok, białe krwinki, powstające w szpiku kostnym, etc. etc. i tak dalej, ale limfocyty... Na pewno ma to coś wspólnego z limfą. I do tego ogranicza się moja wiedza o nich. Mam ochotę wyrzucić zeszyt przez okno...

Jeśli chodzi o pisanie, to stoję w czarnej dziurze. Nie wiem, czy to przez ten ostatni nawał obowiązków, ale o ile w piątek szlo mi wręcz koncertowo, tak ani wczoraj, ani dziś nic. Ani jednego zdania. Najmniejszego. Już pomijam to, że dramat względnie obyczajówka, bo coraz mniej to przypomina dramat psychologiczny sam składa się w całość, co jest naprawdę fajne. Nie muszę nic robić, bo wystarczy, ze pójdę do szkoły i mam mnóstwo gotowych scen. Akurat ten przybytek jest dla mnie największym źródłem inspiracji. Ale niestety, nie mam zielonego pojęcia co dalej zrobić z Yennefer, bo praktycznie mogłabym już pisać zakończenie, ale to zdecydowanie za wcześnie, no i u Piratów trochę mi się namotało z tym Willem, tak, ze już nie wiem jak sprawy stoją. Pomimo wszystko na jutro postaram się coś machnąć.

Miłego popołudnia życzę wszystkim, a sama wracam do układu limfatycznego (który jak na razie wzbudza we mnie agresję).
  • awatar Wiky the Metal-Punk!: Cieszę się, że pomimo tych wszystkich obowiązków i tak cokolwiek piszesz ;). Powodzenia ze sprawdzianami, wiem, że sobie poradzisz :).
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Pirackie opowiadanie - naprawdę przykro mi to ogłaszać - muszę na czas nieokreślony zawiesić (nie dłużej niż półtora tygodnia, spokojnie). Po prostu mam ostatnio taki nawał obowiązków, że nie bardzo uśmiecha mi się pisanie trzech opowiadań na raz. Po pirackiego fanfica mam cztery strony dialogów, a nie mam czasu, żeby cokolwiek z tym zrobić, dramat pisze się sam, wiec o tyle dobrze, ale postanowiłam najpierw dokończyć "Mistrzynię i Uczennicę", zanim wrócę do Piratów. Przepraszam, proszę o cierpliwość i życzę miłego czytania dzisiejszego rozdziału.
--------------------------------------------------------------------------------------------
Yennefer wpatrywała się w Sabrinę aż czarodziejka poczuła się nieswojo pod tym spojrzeniem, ale nie powiedziała ani słowa. Yennefer podniosła się z podłogi, ale nogi ugięły się pod nią. Podparła się dłonią o ścianę, a Katje natychmiast chwyciła ją za ramię.
- Puść. - odezwała się szorstko czarodziejka. - Sama pójdę. I nie będę sprzeciwiać się waszej woli. - dodała, widząc, że Sabrina wyciąga dłoń do jej drugiego ramienia.
- Tak będzie najlepiej. - przytaknęła rektorka. Katje nie rozumiała co się dzieje wokół niej. Yennefer nie mogła postępować w ten sposób, po prostu nie mogła. Otworzyła usta, chcąc się awanturować, ale zaraz uspokoiła się pod spojrzeniem mistrzyni. Czarodziejka mrugnęła do niej porozumiewawczo. Wobec tego dziewczyna wyprostowała się dumnie i ruszyła w stronę stalowych drzwi i ciągnącego się za nimi długiego korytarza. Yennefer położyła dłoń na jej ramieniu, wspierając się na adeptce.
- Jesteś gotowa coś dla mnie zrobić? - spytała szeptem, upewniwszy się, że idąca za nimi Sabrina znajduje się w takiej kolejności, ze na pewno ich nie usłyszy.
- Oczywiście, pani Yennefer. - odpowiedziała Katje, nawet się nie odwracając.
- Kiedy ci powiem, że masz uciekać, po prostu ucieknij. Rozumiesz mnie?
- O czym ty mówisz, przecież cię nie zostawię. - zaprotestowała dziewczyna.
- Tego jedynie od ciebie wymagam. Niczego więcej. Zrób to. Nie odwracaj się, bo tu już nie będzie na co patrzeć. Biegnij przed siebie. I nie wracaj po mnie, rozumiesz? - Katje przełknęła ślinę.
- Tak, pani Yennefer. - odpowiedziała. - Rozumiem.
- Świetnie. - czarodziejka obrzuciła spojrzeniem niewielką wnękę w ścianie, za którą znajdował się kolejny korytarz, o wiele węższy. Wiedziała, że tak jest. Zaraz potknęła się o kamienny próg i poleciała do przodu, całym ciężarem ciała, wspierając się na adeptce. Sabrina bez słowa dogoniła obie i podtrzymała czarodziejkę za ramię.
- Leć Katje, biegnij. - syknęła Yennefer, jednocześnie wbijając łokieć w brzuch czarodziejki. Sabrina zajęczała głucho, zginając się wpół, a w tym czasie Katje - sama nie wierząc w to, co robi - zniknęła w wąskiej wnęce i pognała korytarzem, w którym ledwie się mieściła. Za sobą wyczuła błysk magicznej energii, ale nie odwracała się, tak jak przykazała mistrzyni.
- Przepraszam, potknęłam się. - Yennefer uśmiechnęła się przepraszająco, choć godzona magicznym pociskiem, ledwie byłą w stanie utrzymać się na nogach.
- Wiedziałam, że coś wymyślisz. - warknęła Sabrina. W jej dłoni rozbłysnął kolejny świetlny pocisk. - Gdzie dziewczyna?
- A niby skąd ja mam to wiedzieć?! - czarodziejka wzruszyła ramionami, wyglądając na szczerze zdziwioną zadanym pytaniem. Sabrina wrzasnęła wściekle, posyłając pocisk w jej stronę. Yennefer wstrzymała oddech i zamknęła oczy i chwilę potem osunęła się na kolana. Była niemal pewna, że siła uderzenia połamała jej parę żeber i... Chyba uszkodziła wątrobę. Ale to nie było ważne. Najważniejsze było to, ze Katje... Była cała. A przynajmniej miała na to szansę. Na normalne życie.

Katje krzyknęła, osuwając się po stromym wzgórzu. Wąski korytarzyk zaprowadził ją na tyły Aretuzy. Póki znajdowała się po tej stronie wzgórza, po której się znajdowała, nie istniało ryzyko, że dostrzeże ją jedna z czarodziejek, tworzących krąg. A żeby cokolwiek zrobić, musiała się pozbyć obroży z dwimerytu. Inaczej nic nie wskóra. Przysiadła na trawie, podciągając kolana pod brodę i musnęła palcami obrożę. Niewielka dziurka od klucza chwilowo jej nie obchodziła. Szarpnęła metalowe okowy, mając złudną nadzieję, ze Sabrina nie zatrzasnęła obroży porządnie i metal puści. Chwilę siłowała się z dwimerytem, ale nic nie wskórała. Westchnęła ciężko, odejmując palce od szyi.
Rozejrzała się wokół, w poszukiwaniu jakiejkolwiek pomocy, a kiedy jej wzrok padł na okno komnaty, w której mieszkała, nagle ją olśniło. Rektorka Elena. Yennefer kazała jej wracać do komnaty i mogła nadal tam siedzieć. Musiała się tylko dostać do Aretuzy przez nikogo niezauważona. Uśmiechnęła się do siebie. Skoro już raz udało jej się wydostać z Akademii przez okno, w dodatku przez to na najwyższym piętrze, to tym bardziej da radę przez okno wejść.
Wsunęła stopę w pęknięcie w murze i podciągnęła się na dłoniach. Powoli sunęła pod górę, kurczowo czepiając się ściany Akademii, przy okazji rzucając za siebie wystraszone spojrzenia, ale jeszcze nikt jej nie zauważył. Tworzące krąg za bardzo były zajęte szeptaniem zaklęć, żeby zwracać na nią uwagę. Zerknęła w dół, ale zaraz potem zamknęła oczy i odetchnęła głęboko, obiecując sobie, że nigdy więcej. Okno znajdowało się o wiele wyżej, niż przypuszczała. Wreszcie udało jej się usiąść na wąziutkim zewnętrznym parapecie i uderzyła w ramę okienną. W tym momencie cieszyła się, ta w jej pokoju otwierała się od zewnątrz. Odkryła to, kiedy któregoś dnia wiewiórka zrobiła jej niespodziankę, wpadając bez zapowiedzi.
Okno ustąpiło od razu, a dziewczyna z krzykiem poleciała do środka komnaty i jęknęła, padając na twardą podłogę. Ale udało jej się. Dostała się do Akademii. Pędem pozbierała się z podłogi i pognała na dół po schodach, tupiąc głośno.
- Rektorko Eleno! - zawołała, wpadając do komnaty uzdrowicielki.
- Katje, wytłumaczysz mi, co się tu dzieje? - spytała czarodziejka, odwracając się od okna. - Mamy wokół Aretuzy magiczny krąg. Chcę wiedzieć co to wszystko ma znaczyć i gdzie właściwie podziewa się Yennefer? Chyba nie dostała się w ręce Sabriny.
- Wręcz przeciwnie. - wydyszała Katje. - One chcą ją spalić na stosie. Ale bardziej dziwi mnie to, że przesiedziałaś tu całą noc.
- Nie miałam wyjścia. - odpowiedziała Elena. - Nie mogłabym wyjść, kiedy one wszystkie tam stoją. Najwyraźniej o mnie zapomniały i dobrze. To działa na naszą korzyść. Powiedz mi lepiej, co ty masz na szyi.
- Właśnie, potrafisz to zdjąć? - Katje dotknęła obroży. - Nie mogę stanąć przed nimi w okowach z dwimerytu. - Elena wysunęła spod biurka teczkę, z której po chwili wyjęła niewielkie zakrzywione nożyczki.
- Odchyl głowę, żebym ci czasem nie uszkodziła tętnicy. - poleciła i zabrała się do ciecia metalu, co szło jej dość opornie, ale w końcu obroża opadła na pokrywającą podłogę wykładzinę.
- Dziękuję. - odezwała się Katje, rozprostowując palce. Znów czuła krążącą w ciele energię, a magia wręcz domagała się, żeby jej użyć. W dłoni dziewczyny buchnął jasnoniebieski płomień. - Teraz mogę tam do nich iść.
  • awatar Gość: Powiedz, że Katje nic się nie stanie i że będzie uważać na siebie? :')
  • awatar Gość: Cudowny rozdział <3
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Yennefer kuliła się pod ścianą kamiennego lochu w podziemiach Aretuzy. Prawdę mówiąc nie wiedziała, ze w Akademii jest takie miejsce, ani do czego niegdyś służyło. Kolana podciągnęła pod brodę i oparła na nich głowę. Nie miała siły nawet się ruszyć. Czarna aksamitka brutalnie zerwana z szyi, została zastąpiona przez ciężką obrożę z dwimerytu. Jednego na pewno nie mogła zarzucić Triss, znała się na rzeczy.
- Ała, jakim prawem?! - wrzasnęła Katje, szarpana przez Sabrinę. Dziewczyna wciąż walczyła, za co Yennefer podziękowała jej w duchu. W niej nie zostało już ani odrobiny uporu i woli walki, która do niedawna była jej największym atutem. Katje krzyknęła krótko, padając na kamienną podłogę.
- Nie wolno wam! - wrzasnęła za rektorką, zamykającą ciężkie stalowe drzwi.
- I będzie mnie tego uczyć wychowanka morderczyni. - parsknęła Sabrina, oddalając się. Katje słyszała jeszcze stukot obcasów na kamiennej podłodze.
- Nie jest morderczynią! - wrzasnęła. - Nikogo nie zabiła!
- Katje... - odezwała się Yennefer. - To nie ma sensu... - dziewczyna bezradnie klapnęła na twarde podłoże. Dopiero teraz zdała sobie sprawę z beznadziejnego położenia, w którym obie się znalazły. Musnęła palcami dwimerytową obrożę. Po raz pierwszy pożałowała, że nie przykładała się bardziej do magicznej sztuki walki. Gdyby potrafiła więcej poradziłaby sobie z Sabriną, a nawet z Triss. I wydarłaby im mistrzynię z rąk.
- Nawet w pełni doświadczona czarodziejka by tego nie potrafiła. - zaprotestowała Yennefer. Czytanie w myślach było jedyną rzeczą, którą mogła teraz zrobić. Nie wymagało nakładu magicznej energii, w większej mierze była to wyuczona umiejętność. - W głębi serca zdajesz sobie z tego sprawę.
- Tak... - odpowiedziała Katje. Głęboko w jej podświadomości siedziało również przekonanie, że Yennefer zawsze miała rację. Zawsze. W każdej kwestii. Często kłóciła się z nią o drobiazgi, ale przewaga zawsze i tak była po stronie mistrzyni. Dlaczego wcześniej tego nie dostrzegała?
- Chodź do mnie kruszyno. - poprosiła czarodziejka, wreszcie podnosząc głowę. Katje wstrzymała oddech. Sama nie wyglądała najlepiej, podrapana, posiniaczona, z rozbitą wargą i w podartej szacie, ale patrząc w twarz mistrzyni czuła tylko i wyłącznie głęboki żal.
- Co... Co one ci zrobiły? - wyszeptała, wpatrując się w twarz czarodziejki. Dłonie miała pokryte krwią, lewy policzek cały w sińcach, popękane wargi. Z łuku brwiowego ściekała powoli ciemna krew, zaczynająca już krzepnąć. Czarne loki były splątane i w nieładzie. W oczach nie było zwykłego blasku.
- Sama im na o pozwoliłam. - odpowiedziała Yennefer. - A teraz choć do mnie. - Katje powoli przysunęła się do czarodziejki i oparła głowę na jej ramieniu. Mistrzyni objęła ją i kojąco gładziła po plecach.
- To już nie ma sensu. - powiedziała. - Jutro rano zginiemy obie. Ja... Spłonę na stosie. Dosięgnie mnie przeznaczenie. Zginę tak jak żyłam. Ze spokojem malującym się na twarzy. Ty... Tobie może nie wymierzą tak okrutnej kary. - Katje ukryła twarz w fałdach suni Yennefer. Pociągnęła nosem, starając się powstrzymać od płaczu. Yennefer położyła jej dłoń na plecach.
- Płacz Katje. - powiedziała. - Wypłacz się teraz, bo potem nie będziesz już w stanie ronić łez. Nie ma paskudniejszego widoku niż płacząca czarodziejka.

Noc ciągnęła się w nieskończoność. Katje to podsypiała, oparta na ramieniu mistrzyni, to budziła się tylko po to, żeby uświadomić sobie, że Yennefer wciąż jest obok i wciąż czuwa. Nawet w ostatnich chwilach swojego życia najbardziej martwiła się dobrem adeptki, aniżeli swoim własnym. Choć nie zawsze jej to okazywała.
Yennefer miała wrażenie, że czas przecieka jej przez palce. Była zamknięta w lochu, nie mogła zrobić nic, żeby powstrzymać Triss, albo żeby chociaż przemówić jej do rozsądku. To niej nie docierały już racjonalne argumenty. Dłonią pokrytą zaschniętą krwią odgarnęła z twarzy niesforne kosmyki włosów. Gdy zamknęła oczy i mocno, mocno się skupiła mogła poczuć na twarzy powiew wiatru, którego już tak dawno nie czuła. Wiatru, wiejącego w Kaer Morhen, gdzie przebywała przez pierwsze trzy lata edukacji Katje. Doskonale pamiętała także swoją powtórną wizytę w świątyni Melitele, skąd najpierw zabrała Ciri, potem zamkniętą w sobie i wystraszoną Katje. Pamiętała pierwsze dni w starej szkole wiedźmińskiego cechu, kiedy małą czarnulka usiłowała unikać jej jak tylko mogła.
Mogłaby przysiąc, że znowu słyszała głosik Katje, nucący starą wyliczankę, kiedy dziewczynka skakała przez skakankę. Yennefer przyglądała jej się zza załomu muru, aż wreszcie podeszła do niej. Dziewczynka natychmiast stanęła w miejscu i spuściła wzrok, zawstydzona i onieśmielona obecnością czarodziejki.
- Pani Yennefer... - wyszeptała. - Ja tylko...
- Dasz mi skakankę? - spytała Yennefer, przerywając jej. - Dawno tego nie robiłam. Chyba najwyższy czas sobie przypomnieć. - Katje byłą wtedy tak zaskoczona, że bez słowa oddała jej skakankę. Yennefer podkasała suknię, upinając ja na biodrach, żeby nie przeszkadzała i zakręciła skakanką, nucąc starą rymowankę. ”Szła magiczka przez porębę, pogryzły ją żmije. Wszystkie żmije wyzdychały, a magiczka żyje.” Katje roześmiała się rozbawiona. Wtedy czarodziejka po raz pierwszy usłyszała jej śmiech.
Yennefer pogładziła adeptkę po włosach, uśmiechając się wbrew sobie. Wyszkoliła ją na cudowną młodą czarodziejkę. Upartą, to prawda, ale ona też w jej wieku doprowadzała Tissaię de Vries do bólu głowy. Tyle chciała jej jeszcze powiedzieć, zanim obie pójdą na śmierć. Tyle, że niebo zaczynało przybierać różowa barwę, a to oznaczało egzekucję. Do oczu czarodziejki napłynęły łzy, a ona drgnęła zaczynając szlochać bez opamiętania. Tak długo potrafiła się powstrzymywać, ale teraz wreszcie łzy przerwały mur, który wzniosła wokół siebie i spływały strumieniami po policzkach, żłobiąc jasne koryta w pokryte brudem i zaschniętą krwią twarzy. Katje poruszyła się i przebudziła ponownie, zerkając na mistrzynię.
- Była z ciebie fantastyczna adeptka. - wyszeptała Yennefer.
- A z ciebie wspaniała mistrzyni. - odpowiedziała jej dziewczyna. W korytarzu słychać już było kroki Sabriny, a chwilę potem drzwi uderzyły o ścianę.
- Pora na ciebie Yennefer. - odezwała się czarodziejka.
  • awatar Wiky the Metal-Punk!: Ten rozdział uderzył mnie jak żaden inny... Te wszystkie wspomnienia, normalnie łzy napłynęły mi do oczu, mówię serio... Coś czuję, że długo to będę wspominać...
  • awatar Gość: Piękny rozdział, obie kobiety (Yen i Kat) są rozczulające <3
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 

Piąta część przygód Geralta z Rivii to wyjaśnienie wszystkich wydarzeń i zawiłości, które dotąd pojawiły się w życiu bohaterów. Tutaj ostatecznie dowiadujemy się, jak potoczą się losy Ciri, czy Geralt i Yennefer zdołają pielęgnować swoją miłość i czy światem rządzić będą siły dobra czy zła. W większości lektura jest wciągająca, akcja płynie wartko, a mistrzowskie opisy walk urozmaicają czytanie. Styl Sapkowskiego ma wyjątkową ekspresję, z którą nie spotkałam się jeszcze u żadnego z polskich pisarzy (choć, w gruncie rzeczy, nie czytałam książek zbyt wielu z nich jeśli o fantastykę chodzi) i należy mu się za to niewątpliwa pochwała – w końcu takie właśnie detale są wyznacznikiem pisarskiego kunsztu.

Odkładając wszystkie plusy na bok, nie mogę pozbyć się wrażenia, że mam co do "Pani Jeziora" trochę mieszane uczucia. Z jednej strony – całe mnóstwo świetnych, trzymających w napięciu opisów bitew, ucieczek, rozstrzygających rozmów i odrobinę ckliwych powrotów, a z drugiej... Mało wiedźmina w wiedźminie, mało Ciri, śmierć wielu świetnych bohaterów, których tak lubiłam. Nie wiem, co to właściwie jest, ale ogromny odsetek autorów piszących sagi ma tendencję do uśmiercania połowy najciekawszych postaci w kilku ostatnich tomach. Czyżby to była jakaś niepisana zasada, o której nic mi nie wiadomo?

Mimo wszystko jestem zadowolona, że dowiedziałam się, jak potoczyły się losy bohaterów, którzy w historii polskiej literatury fantasy mają pozycję gigantów. Choć opasłe tomisko wyjaśniło wiele i pozwoliło na długi czas zatopić się w świecie wiedźmina, chciałoby się poczytać o nim jeszcze. Bo to właśnie chyba jest największym plusem książek Andrzeja Sapkowskiego – zawsze chcemy więcej i więcej. Na szczęście czekają na mnie jeszcze opowiadania, więc na pewno nie jest to ostatnie spotkanie z Geraltem.

Ale o tą końcówkę to naprawdę mam do pana Andrzeja żal, bo uśmiercił mi Yennefer. Kto chce pogrążyć się ze mną w żałobie?
 

 
Yennefer pędem wpadła do sali, w której zazwyczaj prowadziła zajęcia, omal nie potykając się o próg. Z największym trudem utrzymała równowagę i nie pozwoliła księgom wypaść jej z rąk.
- Przepraszam, już jestem. - odezwała się, jak gdyby musiała usprawiedliwiać się przed adeptkami. Położyła stos ksiąg na biurku i wreszcie podniosła wzrok na klasę.
- Katje... Gdzie jest reszta? - spytała, rozglądając się bezradnie po pustych ławkach.
- Jestem sama. - odpowiedziała cichutko Katje. - Nie wiem co się stało z innymi.
- Ale... - zaczęła Yennefer. Fiołkowe oczy błysnęły ogniem, ale blask natychmiast zgasł i czarodziejka opadła na krzesło. - Dobrze, nieważne. - westchnęła, opierając głowę na dłoniach. - Chodź tu do mnie, tylko weź podręczniki. Katje radośnie poderwała się z miejsca, porywając z blatu ławki książki. W głębi duszy cieszyła się, ze znowu ma mistrzynię tylko dla siebie.

- Yennefer... - odezwała się rektorka Elena, zaglądając do sali lekcyjnej. - Przepraszam. - dodała, widząc czarodziejkę, pochylającą się nad adeptką, zajmującą się skomplikowanym urządzeniem.
- Nie, nic się nie stało. - odpowiedziała natychmiast Yennefer. - Widzisz jaką mam sytuację.
- Widzę, że na twoich zajęciach także nie zjawiła się ani jedna. - westchnęła Elena.
- ”Także”? - Yennefer odwróciła się od uczennicy. - To znaczy, że na zajęciach z alchemii... Uzdrawiania...
- Nie przyszła ani jedna adeptka. To naprawdę niepokojące, nie mam pojęcia co teraz zrobić.
- Poczekaj... - czarodziejka zastanowiła się głęboko. - Inne rektorki?
- Cała Akademia wygląda jakby opustoszała. Odkąd uczę młodsze pokolenia, nie widziałam czegoś takiego. Jesteśmy we dwie. Lydia, Sabrina, nawet Triss Merigold, nie ma żadnej. Dormitorium też jest puste. Adeptki nie opuściłyby murów Aretuzy bez pozwolenia czy to twojego, czy innej rektorki.
- Rozumiem. Wróć do swojej komnaty, ja zaraz spróbuję się czegoś dowiedzieć. - westchnęła Yennefer. - Katje, obawiam się, że na dzisiaj koniec zajęć. - dziewczyna potulnie skinęła głową, choć nie miała najmniejszej ochoty przerywać obserwacji mikroskopowej. Nie wiedziała, skąd Yennefer wzięła to urządzenie, ale wspaniale się przy tym bawiła. Elena wyszła i Katje znowu została sama z mistrzynią. Dłonie czarodziejki drżały, kiedy dziewczyna pomagała jej w składaniu mikroskopu, a wreszcie oparła się o biurko i powoli opadła na klęczki.
- Pani Yennefer... - odezwała się Katje, zaniepokojona reakcją czarodziejki.
- Boje się Katje. - wyszeptała Yennefer. - To oczywiste, że to robota Triss i Sabriny. Zaczyna się. Znowu się zaczyna. A ja nie mogę z tym nic zrobić...
- Damy sobie radę. - odpowiedziała Katje. - Jestem twoją adeptką, a to...
- Przestań. - przerwała jej mistrzyni. - Nic nie mów. - dodała, kiedy Katje znowu otworzyła buzię. Powoli podniosła się z podłogi, wyraźnie nasłuchując. Potem podeszła do szyby i szarpnięciem otworzyła okno. Teraz i Katje usłyszała to, co wyraźnie zaniepokoiło Yennefer. Kobiece i dziewczęce głosy, skandujące kolejne Zakęcia. Yennefer wybiegła z sali kierując się ku schodom i pognała na dół. Katje dołączyła do niej, kiedy ta zdążyła już wypaść na dziedziniec. I sama stanęła jak wryta. Wszystkie adeptki i rektorki z Triss włącznie, a może właśnie przede wszystkim otaczały Aretuzę kręgiem. Ich dłonie były uniesione do góry, usta szeptały zaklęcia. Aretuza była odcięta od reszty świata. W tym momencie chronił ją magiczny krąg i bariera. Yennefer rozejrzała się po twarzach dziewcząt pogrążonych w głębokim transie.
- Polly! - Katje nie mogła powstrzymać się od krzyku. Jej najlepsza przyjaciółka nie reagowała. Wzrok miała zamglony, a jedyne co mogła w tym momencie to szeptać kolejne zaklęcia. Dziewczyna wiedziała, że Polly w końcu stanęła po stronie Dorothei, zastraszona i szantażowana, ale nie potrafiła się na nią o to gniewać. Yennefer okręcała się wokół własnej osi, szukając luki w kręgu. Panika narastała jej w gardle, a w końcu doprowadzona do ostateczności czarodziejka wydała z siebie przenikliwy wrzask, padając na kolana. Klęczała na ziemi, obejmując głowę ramionami, krzycząc przeraźliwie.
- Pani Yennefer! - wrzasnęła w odpowiedzi Katje. Klęknęła przy mistrzyni, kładąc jej dłoń na plecach. - Potrafisz je przezwyciężyć, naprawdę. Jestem tu z tobą i wierzę, że dasz radę. Pani Yennefer...
- Odejdź... Katje... - wyrzuciła z siebie czarodziejka, kuląc się coraz bardziej. Cała się trzęsła pod naporem ogromnej siły sugestii płynącej od tak wielu młodych czarodziejek.
- Nie! Właśnie, że nie odejdę! Nie zostawię cię, rozumiesz? - Katje otarła rękawem łzy. - Ty też mogłaś mnie zostawić, wtedy w świątyni Melitele. A jednak tego nie zrobiłaś. Zabrałaś mnie ze sobą, wyszkoliłaś... Dałaś mi możliwość wiary, że jestem kimś więcej niż tylko zwykłą dziewczyną ze wsi. Właśnie dlatego wstań teraz i walcz z całym światem, bo tak by właśnie zrobiła Yennefer, którą znam.
- Nie, nie mogę... - wyszeptała czarodziejka. - Nie jestem tą czarodziejką, za którą mnie uważasz.
- Obawiam się, że Yennefer ma rację... Siostrzyczko. - odezwała się Triss Merigold, stając obok.
- To wszystko jest twoja wina! - wrzasnęła Katje, zrywając się na nogi. Była gotowa walczyć, coś zrobić. Cokolwiek byleby jej mistrzyni nie usiała cierpieć. - To od ciebie wszystko się zaczęło. To przez ciebie moja mistrzyni straciła należną jej pozycję w świecie magicznym! Co takiego ci zrobiła, że zniszczyłaś jej życie?
- Oh, jesteś jeszcze dzieckiem, nigdy tego nie zrozumiesz. - prychnęła Triss lekceważąco. - Wszystko przez jednego wiedźmina.
- Ale wtedy jeszcze... Znam tę historię. Wtedy jeszcze nie było w niej Geralta.
- Nie, masz rację, nie było. Ale była pewna śniąca.
- Jesteś wiedźmą. - wysyczała Katje przez zęby.
- Tak. - potaknęła rudowłosa kobieta. - Podobnie jak ty i twoja kochana mistrzyni. Tyle razy obiecywała, że będzie cię chronić, a kiedy dochodzi co do czego...
- To ja będę bronić jej. - przerwała jej Katje. Przyzwała energię magiczną. W jej dłoni uformował się pocisk.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 

Katrin po raz ostatni sprawdziła sznurowanie w wysokich trzewikach i zarzuciła na plecy kołczan ze strzałami. Jej matka wsunęła naostrzony miecz z powrotem do pochwy i zgrabnie wskoczyła na koński grzbiet. Świtało. Całe królestwo jeszcze spało. Z wyjątkiem ich dwóch. One musiały się sobą nacieszyć.
- Jedziemy? - rzuciła Katrin, a Limmaniel prychnęła w odpowiedzi. Odpowiedź była oczywista. Tak oczywista, że nie wymagała wypowiedzenia na głos.
Chwilę potem obie galopowały przez wiecznie zielony las, co chwilę wypuszczając z łuku kolejne strzały. Limamniel napięła cięciwę i strzała śmignęła tuż obok policzka Katrin. Nie pozostając dłużna matce, wypuściła kolejną, która wbiła się w pień drzewa z głuchym stukotem, płosząc konia elfki. Limmaniel ściągnęła lejce.
- Poczekaj... - wyszeptała niemalże śpiewnie, posyłając za córką znikającą w zaroślach kolejną strzałę, która jednak nie sięgnęła celu.

Siedziały na trawie, napawając się popołudniowym ciepłem. Katrin zgrabnie posługiwała się sztyletem, którym starała się wydrapać na głowni łuku ptaka z rozpostartymi skrzydłami.
- Masz jeszcze siłę? - spytała. Limmaniel spojrzała na nią. - Czy twoje serce wytrzyma wspinaczkę do wodospadu?
- Chcesz się napić wody ognistej. - stwierdziła elfka. - Co ma nie wytrzymać. - dodała zaraz, zbierając z ziemi kołczan.
Wdrapały się na skałę, pomagając sobie nawzajem, trzymając się blisko, jak matka i córka połączone więzią. Katrin pierwsza wsunęła dłonie pod strumień lodowatej wody, spływający z gór. I wybuchnęła ożywczym śmiechem, wykręcając w miejscu ładny piruet.

- Jesteście nareszcie. - odezwał się Legolas, kiedy obie wjechały na pałacowy dziedziniec. Słonce chyliło się już ku zachodowi.
- I przywiozłyśmy kolację. - odpowiedziała Limmaniel, podnosząc ku górze upolowanego zająca. Mina elfa była naprawdę nieciekawa.